niedziela, 30 sierpnia 2015

Pies Baskerville'ów, Artur Conan Doyle

Dzisiaj "Pies Baskerville'ów" to już ramotka, którą czyta się przede wszystkim ze względu na jej status klasyki powieści detektywistycznej (no i może jeszcze dlatego by przekonać się, że pieniactwo sądowe nie jest tylko polską domeną).  Daleko jej do literackiego arcydzieła i nawet jeśli chodzi o kryminalną intrygę nie wydaje się jakoś znacząco lepsza od "Znaku czterech" czy "Studium w szkarłacie". Oparta jest zresztą na tym samym schemacie, wypróbowanym w obu tych powieściach: najpierw niewinna wprowadzająca zagadka, potem pojawienie się zagadki będącej "gwoździem programu", jej rozwiązanie przez Holmesa i wyjaśnienie całej historii.


Podobnie też, jak w przypadku poprzednich powieści, widać Conan Doyle nie do końca panował nad jej treścią, bo czytając ją współcześnie, trzeźwiejszym okiem, mniej skłonnym do poddawania się nastrojom, z daleka od wrzosowisk Devonshire chciałoby się zadać autorowi kilka pytań, na które odpowiedzi na próżno szukać w jego książce.

Ci, którzy znają losy Sherlocka i dr Watsona, zapewne pamiętają, że w "Sprzysiężeniu czterech", którego akcja rozgrywa w 1888 roku, ten drugi się ożenił. Tymczasem, rok później w "Psie Baskerville'ów", ma się wrażenie, że w jego życiu nic się nie zmieniło, bo jak za starych, dobrych, kawalerskich czasów mieszka razem z Holmesem. Cóż się stało z żoną Watsona, że nad jej urodę przedłożył zgryźliwość przyjaciela? Ale to tylko początek wątpliwości - jakim cudem buty kupowane przez sir Henry'ego w Londynie kosztują sześć dolarów a nie funtów? Albo - skoro przy zwłokach sir Charlesa nie znaleziono żadnych śladów, a najbliższe ślady psa doktor Mortimer odkrył w odległości prawie 20 metrów od zwłok, to jak, do licha, sir Henry mógł wspominać nich jako znajdujących się przy ciele zmarłego? Jak to możliwe, że widoczne były ślady biegnącego w panice sir Charlesa ale już nie olbrzymiego psa, który biegł za nim? Po cóż wreszcie Baskerville vel Vandeleur vel Stapleton kazał żonie udawać jego siostrę, w nadziei uwiedzenia przez nią sir Charlesa a jednocześnie urządzał jej sceny zazdrości? Dlaczego miała uwieść sir Charlesa a sir Henry'ego już nie?

Niejasna jest też sprawa przekazywania rodzinnej legendy, którą wykorzystał Stapleton. Na cóż potrzebny był list Hugona napisany blisko 100 lat po wydarzeniach, które legły u jej podstawy skoro miały one licznych świadków, którzy przecież nie składali ślubów milczenia, a w czasach współczesnych Sherlockowi i dr Watsonowi legendę znali nawet okoliczni chłopi a sir Henryk poznał ją jeszcze jako dziecko? Jak to możliwe, że sir Charles nie słyszał o niej wcześniej, jak można się domyślać? A jeśli znał ją, to dlaczego zaczął się nią przejmować dopiero kilka miesięcy przed śmiercią? Itd., itp.

No i jeszcze "sprawa kobieca" - Conan Doyle zakrawa w "Psie Baskerville'ów" na jakiegoś mizogina. Nie ma bowiem u niego żadnej pozytywnej bohaterki tylko same "złe kobiety", które kuszą i namawiają do złego mężczyzn; pani Lyons, która myśli tylko o tym, jakby tu powtórnie wydać się za mąż, pani Stapleton, która tkwi przy mężu mimo wiedzy o jego nikczemności czy pani Barrymore domo Seldon pomagająca bratu, zwyrodniałemu mordercy (pomagają mu zresztą, o zgrozo, dr Watson i sir Henry, a i Holmes nie kiwnął palcem by dopomóc w jego ujęciu, choć mógł to uczynić bez trudu). Eh! A przecież, to w gruncie rzeczy prosta historia, tyle że w anturażu powieści grozy, w której żeruje się na ludzkim strachu, a motywem zbrodni są, jak to często bywa, pieniądze.

piątek, 28 sierpnia 2015

Sztukmistrz z Lublina, Isaac Bashevis Singer

Zauroczenie Koczowniczki "Sztukmistrzem z Lublina" zdopingowało mnie do powtórki z niego ale nie był to dobry pomysł, biorąc pod uwagę, że miałem jeszcze świeżo w pamięci "Dwór" i "Spuściznę". O ile każda z tych książek czytana całkowicie odrębnie, tak jakby była jedyną powieścią Singera, robi wrażenie czegoś nowego, to czytane w niedługim odstępie czasu, wywołują wręcz przeciwne odczucie - ciągłego odgrzewania tych samych, starych kotletów.


Nie da się ukryć, że Singer eksploatuje te same pomysły. Znowu (gwoli ścisłości wypada, że "Sztukmistrz z Lublina" jest pierwszą, chronologicznie patrząc, powieścią z tych trzech przeze mnie wymienionych) mamy do czynienia z błądzącym w życiu Żydem, oddalonym od Boga, lubiącym używać życia pełną parą, i to do tego stopnia, że ociera się o promiskuityzm, który jest na najlepszej drodze od ostatecznej hańby. Tą zaś byłoby, a jakże by inaczej, przejście na katolicyzm i zostanie przestępcą, bo do tego prowadzą kontakty z gojką (zresztą ta gojka ma w sobie domieszkę krwi żydowskiej, podobnie jak - uwaga - polscy arystokraci). Nie wiadomo co z tego jest gorsze, choć w sumie łatwo się domyślić, bo przestępcy są przecież przez Żydów jednak akceptowani, oczywiście, o ile są starozakonnymi, dla zmiany wiary zaś nie ma wybaczenia. Można być więc Żydem złodziejem i mordercą ale przechrztą wykluczone.

Sposób, w jaki Singer odsłania swoje antypolskie kompleksy, które mają chyba niwelować poczucie niższości, może dla niektórych czytelników okazać się irytujący bo jeśli chodzi o wizerunek Polaków, to utrzymane są "standardy" z "Dworu" i "Spuścizny".  Brat polskiej kochanki to przestępca, jej matka akceptuje istniejący stan rzeczy dla korzyści materialnych, czyli jak zwykle Polacy są postaciami z marginesu społecznego bądź też oń się ocierają i tylko knują, jak by tu sprowadzić błądzących Żydów, jednak w gruncie rzeczy o dobrych instynktach, na manowce, ku ich zgubie.

Jak to u Singera, ze złej drogi, tytułowego bohatera zawraca ingerencja Boga a przynajmniej wiara, że to z nią ma się do czynienia. W jej rezultacie doznaje przemiany i staje się on rabinem-pustelnikiem, zabawne, że przy całej "alergii" pisarza na chrześcijaństwo, ta przemiana na swój sposób kojarzyć się może z jego punktu widzenia, jak najbardziej nieprawomyślnie, bo choćby metamorfozą świętego Augustyna, nie mówiąc już o tym zamurowanie żywcem, przypomina akt katolickiej błogosławionej, Doroty z Mątowów.

To jeden, z nieprzekonujących motywów w powieści - ingerencja Boga w doraźne człowiecze sprawy. Zdumiewające, że coś takiego mogło się znaleźć w książce napisanej przez Żyda i o Żydzie, powstałej po Zagładzie, która postawiła pod znakiem zapytania ingerencję Boga w doczesne sprawy człowieka, łagodnie rzecz ujmując. Nieprzekonujący, podobnie jak "treści intelektualnie nośne" dotyczące natury człowieka, którym kłam zadaje przekonanie Singera o odrębności (czytaj: wyższości) Żydów nad inne społeczności.

Z całą pewnością nie można jednak odmówić Singerowi talentu narracyjnego, co to, to nie. Inna rzecz, że ma się wrażenie, że za nim kryje się humbug, w gruncie rzeczy nie wiele lepszy od "Malowanego ptaka" czy "Łaskawych" Littella.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Mistrz i Małgorzata, Michał Bułhakow

Wybór najlepszych polskich powieści wszech czasów wydaje się prosty - bezapelacyjnie wygrywa "Lalka" tuż za nią "Ziemia obiecana", "Noce i dnie", może ex-aequo z "Chłopami" i "Potopem". Z prozą rosyjską chyba byłoby podobnie - na pierwszym miejscu "Braci Karamazow"  ale o drugie musiała by już walczyć "Zbrodnia i kara" przeciwko "Biesom", "Annie Kareninie", "Wojnie i pokojowi"  i last but not least "Mistrzowi i Małgorzacie" a powieść Bułhakowa wcale nie byłaby w tym pojedynku bez szans.

Miejsce na podium należy się Bułhakowi już choćby dlatego, że potrafił się wyzwolić z mitu narodu "bogonośćca" i "duszy rosyjskiej", choć jego książka o zniszczonym talencie idealnie do tego by się nadawała. Cud, że udało mu się od tego ustrzec, zważywszy na odmalowany w niej kpiąco-gorzki obraz literackiego światka porewolucyjnej Rosji. Nie na darmo tam właśnie postanowił zstąpić Szatan, tak dobrze znany z Andersenowskiej "Królowej Śniegu" i "Fausta" Goethego i nie bez przyczyny ukazuje się literatom, to przecież oni są "inżynierami dusz" sami będąc jednocześnie niewolnikami. Jakże to łatwe ofiary, z ich negacją dotychczasowego świata  ("co to się u was dzieje? Cokolwiek tknąć, tego nie ma.") - nie zdają sobie sprawy z tego, że nie znosi on próżni i w miejsce odrzuconego Boga wkracza diabeł.


Zawiść i zachłanność, dodajmy do tego jeszcze próżność i pychę, wiarę we wszechmoc człowieka, która nie dostrzega, że "żeby czymś kierować, trzeba bądź co bądź mieć dokładny plan, obejmujący jakiś możliwie przyzwoity okres. (...) jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia? - jakie to dla niego pole do popisu.

Przy tym wszystkim jednak Bułhakow patrzy trzeźwo na ludzką naturę, widząc w niej też rysy ponadczasowe. "Ludzie są tylko ludźmi. Lubią pieniądze, ale przecież tak było zawsze... Ludzkość lubi pieniądze, z czegokolwiek byłyby zrobione, czy to ze skóry, czy z papieru, z brązu czy złota. Prawda, są lekkomyślni... No, cóż... Ludzie jak ludzie... W zasadzie są, jacy byli (...)", tyle że nowe okoliczności wydobywają z nich to co najgorsze. Ale wcale nie ponadczasowa jest sytuacja Mistrza.

Nie liczy się jego talent i dzieło, liczy się jedynie słuszny "kurs" i odgórne dyrektywy, tak jak zadekretowany ateizm - ten, kto o tym zapomina i próbuje wyrazić autentycznego siebie staje się celem i ofiarą bezwzględnych karierowiczów. Widać to wyraźnie gdy Mistrz przechodzi trzy stadia "reakcji na reakcję" po nieudanej próbie wydania książki, w czym zresztą można odnaleźć rys samego Bułhakowa - śmiech, "drugie stadium to stadium zdumienia. (...) A potem, proszę sobie wyobrazić, nadeszło trzecie stadium - stadium lęku."

Opis tych trzech stadiów zaskakująco realistycznie oddaje poczucie osaczenia, beznadziei i braku szans na znalezienie swojego miejsca we własnym kraju - "nie mogę stąd uciec, nie dlatego, że za wysoko, tylko dlatego, że nie mam dokąd uciekać". Własne państwo staje się więzieniem i jeśli weźmie się to pod uwagę, to to że z mieszkania przy Sadowej, "mieszkańcy jeden po drugim znikali bez wieści" nie jest już takie "niepojęte", a jeśli stają za tym nieczyste siły, to mogą mieć one bardzo realistyczną, zinstytucjonalizowaną postać. 

Wyzwolenie przychodzi dopiero za sprawą dobrowolnego poświęcenia się Małgorzaty w imię miłości, okazuje się że tylko Szatan - Woland potrafi docenić dzieło Mistrza, z jego słynnym "rękopisy nie płoną", on oraz jego pomocnicy ("Dostojewski jest nieśmiertelny!") ale cóż z tego, skoro wyzwolenie i tak przychodzi dopiero po śmierci.

Drugi temat podjęty przez Bułhakowa to obrazoburczy obraz śmierci Jezusa, Jeszui Ha-Nocri (który w powieści ma 28 a nie 33 lata) opowiadany przez Szatana. Zakwestionowana jest w nim relacja z ewangelii świętego Mateusza, który nie tylko nie potrafił oddać rzeczywistego znaczenia nauk Chrystusa ale przekręcać miał też fakty - wszak umierając Jezus woła nie Boga lecz Piłata.

Tylko czy można wierzyć Szatanowi? Przecież nie czyni on dobra, chociaż z drugiej strony w "Mistrzu i Małgorzacie" to on okazuje się miłosierny. Co więcej okazuje się też miłosierny na prośbę, prośbę Chrystusa (przekazaną przez Mateusza), tak jakby byli obaj sobie co najmniej równi. Dobro i zło, światłość i cień się równoważą, są jednakowo obecne w życiu człowieka  - "na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie."

Ale to nie śmierć Jezusa wydaje się być tu najważniejsza a raczej wewnętrzne rozdarcie Poncjusza Piłata, który staje się ofiarą własnej decyzji, świadom jest jej niesprawiedliwości i chcąc jej uniknąć usiłuje przerzucić, bezskutecznie, ciężar odpowiedzialności za nią na innych.  Miotając się pomiędzy poczuciem sprawiedliwości i sumieniem a strachem i własną karierą wybiera to drugie skazując się tym samym na cierpienie. Jakie to ludzkie. Podobnie jak ludzka jest tęsknota za utraconymi szansami, a które już się nie powtórzą - nie ważne, kto je podsuwał i jaką ofiarą byłyby okupione. Rewelacyjna książka, polecam.

piątek, 31 lipca 2015

Dwór, Isaac Bashevis Singer

"Dwór", pierwszą część dylogii poświęconej historii Kalmana Jacobiego i jego rodziny, rozgrywającą się w okresie po powstaniu styczniowym, można zaliczyć do "powieści antypolskich" obok m. in. "Wyboru Zofii" czy "Malowanego ptaka", ze świecą bowiem szukać w niej pozytywnego bohatera Polaka. Polscy bohaterowie (z dwoma wyjątkami) albo staczają się coraz niżej albo żyją już na dnie pogodzeni z tym i akceptujący reguły gry, które tam obowiązują, chociaż właściwie można by mówić o braku reguł a jeśli nawet znajdziemy postać, która nie zasługuje na miano negatywnej, to i tak ciągnie się za nią jakaś "smuga cienia".


Żydowscy bohaterowie też mogą oczywiście budzić tzw. mieszane uczucia, zwłaszcza że ich postawa życiowa wynika w dużej części z przesłanek zupełnie dla nas obcych i tym bardziej może się wydawać niezrozumiała, oglądnie mówiąc. Nie mniej jednak, ma się wrażenie, że są oni odmalowani przez Singera znacznie cieplejszymi barwami. Jeśli błądzą i potykają się, to mają świadomość swoich pomyłek życiowych, są z ich powodów nieszczęśliwi i próbują swoje życie zmienić, choć nie zawsze im się to udaje. Ostoją w tym ich życiowym zabłąkaniu jest chasydyzm. Wychodząc z niego, usiłując się od niego uwolnić, stają się nieszczęśliwi - powracając na jego łono odzyskują wewnętrzną równowagę.

Nie ma co ukrywać, takie "ustawienie" postaci może drażnić. Wypada jednak oddać sprawiedliwość Singerowi, który ma odwagę postawić niewygodne dla swoich ziomków pytania - "Jak można się wprowadzić do cudzego domu, żyć w nim w całkowitym odosobnieniu i oczekiwać, że się na tym nie ucierpi? Jeśli człowiek gardzi bogiem swego gospodarza, biorąc go za wizerunek z blachy, stroni od jego wina jako zakazanego, uznaje jego córkę za osobę nieczystą, czyż tym wszystkim nie ściąga na siebie traktowania należnego osobie niepożądanej i obcej?", a potem jeszcze stwierdza, że Żydzi "nie mówią językiem kraju, w którym mieszkają, i posyłają dzieci do chederów". Ma więc świadomość, że coś w stosunku gości do gospodarzy jest nie tak. Co prawda w "Spuściźnie", drugiej części dylogii, Singer twierdzi, że takie słowa są godne antysemity ale warto pamiętać, że w czasie okupacji Żydzi ponieśli straszliwe konsekwencje pielęgnowania właśnie takiej postawy, choć oczywiście zachowanie odrębności nie wyjaśnia wszystkiego.

Ta dobrowolna alienacja Żydów, z tkwiącym u jej podstaw poczuciem wyższości, może chwilami irytować do tego stopnia, że przychodzą na myśl osławione słowa Zbyszewskiego o Słonimskim ze wstępu do "Niemcewicza od przodu i tyłu" - "dawał mi jakieś pouczenia – jeszcze do tego nie doszło, by taki Słonimski uczył mnie historii Polski. Gdy będę pisał życiorys reb Altera z Góry Kalwarii albo sporządzał wykaz Żydów osadzonych w Jabłonnie podczas wojny 1920 r. – wtedy poproszę go o pomoc i informacje", zwłaszcza, że jedyny chyba związek Żydów z powstaniem styczniowym, jaki można dostrzec w powieści polega na tym, że główny bohater "pożywił się" na klęsce powstania robiąc interesy z rosyjskim księciem, który przejął odebrany w ramach represji majątek powstańca (zapewniając jednak warunki do życia jego rodzinie).

Ale to nie relacje polsko-żydowskie są tematem książki, to w gruncie rzeczy saga rodzinna mająca za tło egzotyczne dla nas problemy związane z żydowskością i miejscem tradycji żydowskiej w zmieniającym się świecie, utrzymana w konwencji romansu (tych tu bez liku, co ciekawe jeden z nich kojarzyć się może z romansem Lucy Zuker i Karola Borowieckiego), rozgrywająca się w podwarszawskim miasteczku i Warszawie końca XIX wieku, odmalowana żywymi barwami, co sprawia, że książkę czyta się jednym tchem, jak na powieść laureata literackiej nagrody Nobla przystało. 

poniedziałek, 27 lipca 2015

Antygona, Sofokles

Sądziłem, że w dzisiejszych, merkantylnych czasach nabycie współcześnie wydanej książki, to tylko kwestia czasu i pieniędzy (ewentualnie). A jednak się myliłem i jakże to budująca pomyłka. Okazuje się, że wydawałoby się wyświechtany, dręczący kolejne pokolenia licealistów dramat jest nie do zdobycia. Ale nie chodzi też o lada jakie edycję lecz o przekład Stanisława Hebanowskiego wydany przez słowo/obraz terytoria w 2003 roku. Nie wiem, czy tłumacz, podobnie jak prof. Robert Chodkowski, chciał nadać tragedii nowy wymiar (tyle że byłby on nowy jednie w naszych,  rodzimych opłotkach, nie grzeszących nadmiarem inwencji), ale nawet jeśli nie, to bez trudu można w jego przekładzie znaleźć coś więcej niż tylko spór o słuszność wyboru pomiędzy prawem ludzkim a boskim, do którego zwykle sprowadza się "Antygonę".  


Nie znaczy to oczywiście, że dylemat ten jest pomniejszony i traci na znaczeniu, nie (zwłaszcza, że z całą ostrością okazał się aktualny w nieodległych przecież czasach), ale widać też wyraźnie także inne motywy. Pierwszy to spór nie tylko na linii władca - poddany ale także mężczyzna - kobieta. Dostrzec to można choćby w postawie Ismeny, która choć gotowa jest ostatecznie ponieść śmierć u boku siostry to jednocześnie twierdzi "nie nam - kobietom - walczyć z mężczyznami" uznając ich rolę jako silniejszych. Co więcej, sam Kreon przenosi konflikt z Antygoną także na pole płci, stawiając synowi zarzut, że staje po stronie kobiety, czy też zarzekając się - "dopóki żyję - kobieta nie będzie rządzić tym miastem", tak jakby sprzeciw ze strony mężczyzny był bardziej do przyjęcia i mniej mu uwłaczający. Ale jeśli traktował sprzeciw ze strony kobiety w tych kategoriach to nie miał racji, bo Antygona z pewnością przewyższała go przynajmniej w jednej rzeczy - w pysze. 

Bo w gruncie rzeczy, kim jest Kreon? - władcą niepewnym własnej władzy, obawiający się innych, wietrzący spiski tam gdzie ich nie ma, jak każdy tyran zaślepiony, oczekujący bezwzględnego posłuchu dla samego posłuchu i miotający się w swoich decyzjach: to chce skazać na śmierć Ismenę, to znów ją uwalnia, to zakazuje pogrzebania ciała Polinika - to je grzebie, to skazuje na śmierć Antygonę - to chce ją uwolnić. W żadnej swojej decyzji nie jest konsekwentny. A Antygona tak - tyle, że jej determinacja w imię miłości do zmarłych braci ("Współkochać przyszłam - nie współnienawidzić") jest trochę podejrzanej proweniencji. Czy chodzi jej tylko o oddanie czci zabitemu w bratobójczym pojedynku Polinikowi? Przecież mówi wyraźnie - ona chce "śmierci spojrzeć w oczy".

Jest coś dwuznacznego w tym, gdy mówi Kreonowi o czekającej ją chwale a Ismenie "nie chcę, byś sobie przywłaszczała prawo - do chwały". Czyż to nie grzech hybris, pychy? Pragnąc oddać cześć bratu, napawa się jednocześnie własnym poświęceniem - "To będzie piękne: odpocznę - kochana - przy nim, którego kochałam" - sprawia tym samym, że pogrzebanie Polinika staje się dla niej jedynie narzędziem dla osiągnięcia splendoru. To jest najważniejsze. Dlatego odcina się od Ismeny, jest wiadoma, że jej poświęcenie dla Polinika byłoby zrównoważone poświęceniem Ismeny dla niej samej, bo śmierć Ismeny byłaby przecież nie mniejszym poświęceniem niż jej własna śmierć. Nie bez przyczyny więc decyduje się na samobójstwo - i tak w powszechnym odczuciu będzie ofiarą Kreona, a dwa słońca nie mogą przecież świecić na tym samym niebie.

Tylko jakie ostatecznie znaczenie mają czyny każdego z bohaterów dramatu? Przecież nikt z nich nie jest panem własnego losu - "klątwa nad domem Labdakidów nie pozwala rozerwać łańcucha cierpień" a przeznaczenie "silniejsze jest niż rozum ludzi, niż wola bogów". Dotyczy to zarówno potomków Edypa jak i rodu Kreona. "Los trzyma w swoim ręku nici naszego życia. Raz wznosi nas - raz pogrąża. Szczęście i nieszczęście mijają się wzajemnie. Zrządzenia losu są tajemnicą nawet dla bogów." W gruncie rzeczy nie ma znaczenia, co bohaterowie Sofoklesa uczynią - "przyszłość to sprawa bogów" i nie mogą uwolnić się od przeznaczenia. Są tylko igraszką w rękach bogów, mającą złudzenia co do własnej roli, dowiadującą się o tym post factum - ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

niedziela, 12 lipca 2015

Stary człowiek i morze, Ernest Hemingway

Opowiadanie Hemingway'a jest jedną z trzech najsłynniejszych "rybnych" opowieści obok "Moby Dicka" Melville'a (choć w tym przypadku mamy do czynienia z ssakiem morskim) i "Szczęk" Benchley'a i podobnie jak one może być odczytana jako parabola zmagań dobra ze złem. Ale możliwości interpretacji jest więcej a więc człowiek przeciwko siłom natury, wytrwałość przeciwko sile, rozum przeciwko instynktowi, by wymieć te które są najoczywistsze. Nie zapominajmy też o interpretacji feministycznej, która wszystko potrafi zdekodować jako fallogocentryczne, a która nie wątpię, "W starym człowieku i morzu" znalazłaby do idealną wręcz pożywkę dla tego rodzaju dociekań.


Ale pomijając tego rodzaju egzotykę, to gdy patrzy się na te zestawienia i widzi, że jeśli nawet przyjąć, iż zwycięża w nich dobro, człowiek i wytrwałość, to jednak nie da się zaprzeczyć, iż za każdym razem jest to pyrrusowe zwycięstwo. To konsekwencja potrzeby udowodnienia, przede wszystkim sobie samemu, swojej wartości. Z czym mamy do czynienia w przypadku Santiago, który żyje już tylko wspomnieniami dawnej siły i chwały, czyż nie ze znaną od tysiącleci hybris?
Dla innych jest to bez znaczenia, jego wysiłki budzą nie tyle podziw co przede wszystkim litość. Dla innych jest tylko starym, samotnym, biednym rybakiem. Mitologizowanie przez niego pojedynku z rybą,  przypisywanie jej wielkość i chwały, szlachetności i zręczności jest w gruncie rzeczy próbą dowartościowania samego siebie. Im wspanialszy jest pokonany przeciwnik, tym wspanialsze zwycięstwo i tym potężniejszy zwycięzca.

Ale przecież to tylko złudzenie zwycięstwa, tak jak złudzeniem jest wyobrażenie Santiago, że "człowieka można zniszczyć ale nie pokonać" - bo został nie tylko pokonany ale i zniszczony. Ta walka jego życia okazuje się dla innych, poza Manolinem, bez znaczenia. (Myśląc "ponowocześnie" - czyżby w relacji Santiago - Manolin ukryty był motyw homoseksualny? Z kolei hołdujący interpretacji postkolonialnej mogą dopatrzeć się przejawów rasizmu w zwycięstwie Santiago nad Murzynem, co prawda Santiago raczej nie był biały, ale co jaśniejsza skóra, to jaśniejsza.) Podziw dla Santiago za złowienie ogromnej ryby a właściwie dla wymiarów tego co z niej pozostało, równoważony jest uznaniem dla mającego zdecydowanie bardziej utylitarny wymiar połowu chłopca a ostatecznie zdeprecjonowany przez przygodnych turystów.

To werdykt właściciela kawiarni przypomina o tym, czego świadom był zresztą także Santiago, walka z tym co dla niego było ucieleśnieniem wielkości, chwały, szlachetności i zręczności prowadzona była w imię bardzo przyziemnego celu - dla pieniądza. Santiago przecież nie wypływa w morze dla przyjemności, dla sprawdzenia siebie samego - pojedynek, który stoczył jest przecież kwestią przypadku, rozpaczliwą próbą wynagrodzenia sobie dotychczasowych niepowodzeń. Wie, że tę próbę przegrał a szkielet marlina, nie jest dowodem zwycięstwa lecz klęski.

czwartek, 9 lipca 2015

Billy Bathgate, E.L. Doctorow

Moja znajomość z prozą Doctorowa datuje się od czasów liceum i lektury "Witajcie w Ciężkich Czasach". Kontynuowałem ją z różną intensywnością przez późniejsze lata i z różnym powodzeniem, większym w przypadku "Ragtime'u", "Billy'ego Bathgate'a""Wystawy światowej" i "Rezerwuaru",  mniejszym w przypadku "Księgi Daniela", "Jeziora Nurów" czy "Miasta Bożego"

Do trzech pierwszych mam szczególny sentyment, niezależnie od tego, że były lekturami czasów młodości a te zwykle mile się wspomina, choć powraca się do nich z różnym skutkiem - były wydane w PIW-owskiej serii "Współczesna proza światowa", która obok Klubu Interesującej Książki była literackim oknem na świat. Sporo tam było literatury z tzw. demoludów, która stanowiła równowagę dla pisarzy z Zachodu, którzy przeszli do historii literatury światowej i nadawali jej ton - Bellow, Cortazar, Eco, Grass, Heller, Kesey, Marquez, Nabokov, Vian, Vonnegut czy White, itd., itd., itd. Doctorow to może nie ta kategoria ale z pewnością pierwsza liga.


W pierwszej lidze mieści się też "Billy Bathgate", na którego podstawie został też nakręcony film pod tym samym tytułem i pewnie dlatego książka książka kojarzy mi się z "Dawno temu w Ameryce" (a i "Hoodlum gangster" za sprawą postaci, które występują zarówno w powieści jak i w filmie, zresztą nie najwyższych lotów mimo pierwszorzędnej obsady) ale także z "Manhattan Transfer" Dos Passosa. Jest to bowiem zarazem opowieść o inteligentnym i wrażliwym chłopcu, który odrzuca perspektywę, którą wieszczy swoim kolegom - "Przypisuję was na zawsze do wynajętych pokoi, wrzeszczących bachorów i nie rozgarniętych żon, skazuję na powolną śmierć w nieprawdopodobnym zniewoleniu, na drobne przestępstwa i nędzne zarobki, na oglądanie rzędu cel w bloku więziennym do końca waszych dni" na rzecz przynależności do świata gangów i jednocześnie portret Nowego Jorku lat 30-tych ubiegłego wieku.

Powieść Doctorowa w porównaniu z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni przez polskich autorów, którzy wzięli za bohaterów swoich książek, chłopców w okresie dorastania znacząco się różni, co wynika zapewne w dużej części z tego, że adresowana jest do dorosłego czytelnika w przeciwieństwie do powieści Żeromskiego, Parandowskiego czy Nowakowskiego. Tam mamy chłopców tkwiących w dzieciństwie z problemami klasycznymi dla "rytuału przejścia", tu przedwczesną dorosłość i próbę odnalezienia się "w rozległym, ziejącym pustką świecie dorosłości, gdzie króluje przerażenie." Wejście w ten świat oznacza konieczność sprostania jego wymaganiom bez żadnej taryfy ulgowej, z obowiązkami dorosłego, bez praw dziecka i zgodę na utylitarne traktowanie, gdzie ocenia się go tylko z punktu widzenia przydatności w rozgrywkach świata dorosłych.

Ale to nie są dla Billy'ego wady, on akceptuje te prawidła - "cała sprawa polega na tym, że gdy już należysz, to nie lękasz się gwałtownej śmierci, w jej obliczu zwijasz się tak, jak nigdy by nie zdołał zwykły śmiertelnik", wszak alternatywa jest tak niepociągająca... Zresztą chce podbić świat - "żywił przekonanie, że nie powinien odczuwać wdzięczności za to co go spotyka, tylko brać, co dają, bo to mu się należy" i chociaż już wie, co wcale nie jest takie oczywiste w jego wieku, że "wszystko ma swoją cenę, i ponieważ nie wyrównałby rachunku nawet płacąc życiem, postanowił wykorzystać dany mu czas".

Chroni go inteligencja i wrażliwość, której wyznacznikiem jest miłość do dwóch kobiet jego życia: cierpiącej na zaburzenia psychiczne matki i kochanki gangsterów. To co sam mówi o swoim przyjacielu, patologicznym zbieraczu śmieci w jakimś sensie odnosi się do niego samego - "Kochać to, co zepsute, obdarte, uszkodzone. Kochać to, co nie działa. Kochać to, co pogięte, wyszczerbione i zdekompletowane. Kochać to co śmierdzi i nikomu by się nie chciało tego oczyścić z brudu, żeby ustalić, czym właściwie jest. Kochać to co ma nieokreślony kształt, niewiadomy cel i nieodgadniętą funkcję. Kochać i nie porzucić." Bo obie kobiety mają "feler" - matka jest chora psychicznie, a z kolei Drew Preston - nierozważnie dobiera sobie towarzyszy pozamałżeńskich przygód, mówiąc bardzo oględnie. Billy, obie te kobiety kocha i nie porzuca, co więcej, naraża życie by ocalić Drew (jedną z ciekawszych postaci książki), kobietę która "ma zbyt niezależny charakter i żyje samotnie wśród własnych tajemnic; taka już jest, wyłącznie sama decyduje i sama ze sobą rozmawia, bez względu na to, jak ponętnie blisko znajduje się w danej chwili." Ale wydaje mi się, że to tylko pozorna wolność, w gruncie rzeczy bowiem jest ograniczona przez mężczyzn nadających ramy jej życiu, choć decyzja co do tego czym i jak je wypełni pozostawiona jest już jej samej.

Świetna książka, polecam. 

środa, 1 lipca 2015

Imię róży, Umberto Eco

Jakiś czas temu trafiłem na recenzję "Psa Baskerville'ów", co prawda jej autorka dała upust fantazji dopisując do powieści Conan Doyle'a rzeczy, których w niej ze świecą szukać ale dla mnie ten tekst był niczym Proustowska magdalenka zamoczona w herbacie bo skojarzył mi się z innego rodzaju bohaterem z Baskerville. Chodzi oczywiście o Wilhelma z Baskerville, opiekuna i nauczyciela Adsa z Melku, narratora i głównego bohatera "Imienia róży", jednej z najlepszej powieści kryminalnych. Pamiętam wrażenie, jakie zrobiła ona na mnie wówczas, gdy zetknąłem się z nią lata temu, jak tylko ukazało się jej polskie tłumaczenie. Należała do tych książek, które wywołują efekt "wow"! Znacznie chłodniej odebrałem ją po latach, postanowiłem więc ponownie sprawdzić, jak to z nią jest naprawdę - do trzech razy sztuka.


Nie ma co ukrywać, to nie książka dla "paidikoi, ephebikoi, gynaikeiosi", jakby powiedział mentor Adsa. Za "historią kradzieży i odwetu rozgrywającą się wśród niezbyt cnotliwych mnichów" i "wokół zakazanej księgi" jakież kryje się bogactwo tematów wątków. O ich ważności można oczywiście dyskutować. Pierwszy - kryminalny, spopularyzowany przez film o tym samym tytule co powieść (ale różniący się od niej znacznie), jest najbardziej oczywisty. Średniowieczny Sherlock Holmes, franciszkański zakonnik przy pomocy swego doktora Watsona, benedyktyńskiego nowicjusza rozwiązują zagadkę śmierci jednego, potem dwóch, trzech i kolejnych śmierci zakonników, żyjących w opactwie, które "jest jakby pomniejszonym kosmosem" i którego życie nadaje powieści rytm widoczny nawet w samym podziale na rozdziały.

Poprzez przyczynę zbrodni dochodzimy do drugiego motywu, sprawiającego, że "Imię róży" ze względu na temat można postawić obok "Auto da fe" czy "Zbrodni Sylwestra Bonnard" a z młodszych powieści, także "Klubu Dumas", w którym "biblioteka jest wielkim labiryntem, znakiem labiryntu świata. Wchodzisz i nie wiesz, czy wyjdziesz", stanowi centrum wszechświata, gdzie jak przystało na powieść detektywistyczną "księgi nie po to są, by w nie wierzyć, lecz by poddawać je badaniu. Mając przed sobą księgę, nie powinniśmy zadawać sobie pytania, co ona zawiera, ale co chce powiedzieć".

Z kolei, motyw "książkologiczny" łączy się z trzecim - filozoficzno-religijnym, w szerokim tego słowa znaczeniu obejmującym, zarówno historię filozofii okresu średniowiecza - wymowny jest tu ukłon w stronę Etienne Gilsona autora m.in. "Historii filozofii chrześcijańskiej w wiekach średnich" i bezpośrednie odwołanie się do postaci i poglądów św. Tomasza z Akwinu, Williama Ockhama czy Rogera Bacona,  historię ruchów religijnych z ruchami odnowy Kościoła i nurtami heretyckimi wreszcie aluzje do zawodowych zainteresowań samego Eco.

Te ostatnie sprawiają, że gdy czyta się semiotyczne (zresztą nie tylko) wynurzenia Wilhelma z Baskerville, rozsiane po powieści, jak choćby te, w których mówi - "Nigdy nie powątpiewałem w prawdziwość znaków (...) są jedyną rzeczą, jaką człowiek rozporządza, by miarkować się w świecie. Tym, czego nie pojąłem, była relacja między znakami." albo "Nie zawsze ślad ma ten sam kształt, co ciało, które go odcisnęło, i nie zawsze powstaje z nacisku ciała. Czasem odtwarza wyobrażenie, jakie ciało pozostawiło w naszym umyśle, i jest to wtenczas ślad idei. Idea jest znakiem rzeczy, a obraz jest znakiem idei, znakiem znaku. Ale z obrazu odtwarzam, jeśli nie ciało samo to ideę, jaką ktoś inny o nim miał." czy "Dobrem dla księgi jest by była czytana. Księga uczyniona jest ze znaków, które mówią o innych znakach, te zaś z kolei mówią o rzeczach. Bez oka, które je czyta, księga kryje znaki, które nie wytwarzają pojęć, a więc jest niema" można odnieść wrażenie, że za postacią Wilhelma kryje się sam Umberto Eco, choć nie wiem czy Wilhelm tego przypuszczenia nie uznałby za zbyt wątłą przesłankę.

Jest też "Imię róży" powieścią historyczną, osnutą wokół sporu pomiędzy papiestwem a cesarstwem z tłem w postaci ruchów religijnych. Czas akcji, jeden tydzień roku 1327 jest w gruncie rzeczy granicą bardzo płynną bo akcja odwołuje się wielokrotnie to wydarzeń, które miały miejsce zarówno przed jak i po tym okresie. Jednak to co mnie najbardziej pociąga w tej książce to historia głównego bohatera odkrywającego świat i ludzką naturę. To tym odkryciom połączonych z chwilami melancholiczną tęsknotą za bezpowrotnie minioną przeszłością i świadomością własnej niedoskonałości poświęcone są najpiękniejsze strony książki, gdy Adso pisze z równym przejęciem i żarem o życiu i śmierci za wiarę na stosie i miłości do nieznanej nawet z imienia dziewczyny, która stała się źródłem tęsknoty niewygasłej przez całe jego życie - "Dzisiaj, starzec, znałbym tysiące sposób, by uciec od tych powabów (i zastanawiam się, na ile powinienem być z tego dumny, teraz, gdy wolny jestem od pokus południowego demona; lecz bynajmniej nie wolny od innych, tak że zastanawiam się, czy to, co teraz czynię, nie jest występną uległością wobec ziemskiej namiętności wspomnienia, owej głupiej pokusy ucieczki przed płynącym czasem i przed śmiercią)".

Eco prezentuje stoicki pogląd na naturę człowieka, świadom jest jego słabości, co widoczne jest w lakoniczniej a przecież poruszającej refleksji Hubertyna - "Może zgrzeszyłem - szepnął. - Na pewno zgrzeszyłem. Cóż innego mógł uczynić grzesznik?" i Wilhelma - "Były zastępy takich, którzy zastanawiali się, czy Chrystus się śmiał. Sprawa nie interesuje mnie zbytnio. Sądzę, że nie śmiał się nigdy, gdyż był wszechwiedzący, jak winien być Syn Boży, więc wiedział, co uczynimy, my chrześcijanie". Wywiera to na powieści niepowtarzalne piętno refleksyjności ale są też strony, przy których lekturze trudno się nie uśmiechnąć, choć pewnie na niektóre czytelniczki (bo raczej nie czytelników) mogą działać jak czerwona płachta na byka. To uwagi na temat kobiety, która jest "naczyniem diabła", przez którą "diabeł przenika do serc mężów" i która "chwyta drogą duszę mężczyzny i najmocniejszych doprowadza do zniszczenia". Miłośniczkom romansów też zapewne nie bardzo się spodoba miłość rozumiana "jako dręczące rojenie natury melancholijnej, które rodzi się wskutek ustawicznego rozmyślania o licu, gestach i obyczajach osoby przeciwnej płci", choć na szczęście jest na to lekarstwo, -wg Awicenny - "połączenie dwojga kochanków węzłem małżeńskim, i choroba minie."

czwartek, 25 czerwca 2015

Kordian i cham, Leon Kruczkowski

Nie wiem, czy ktoś jeszcze dzisiaj czyta "Kordiana i chama", chyba tylko jacyś dociekliwi maturzyści i studenci filologii polskiej a to przecież powieść, która swego czasu narobiła niezłego rabanu szarpiąc narodowe świętości. Kruczkowski ośmielił się bowiem zestawić romantyczny wzorzec z prozą życia, trochę ją, prawdę mówiąc, podrasowując, zapewne dla wywołania większego efektu.


Wbrew temu co pisał Kruczkowski, ani Wojciech Bartos Głowacki nie został po powstaniu kościuszkowskim oddany do wojska austriackiego (z prostego powodu - zmarł z ran po bitwie pod Szczekocinami), ani też główny bohater powieści, Kazimierz Deczyński, na którego pamiętnikach oparta jest książka, nie uchylał się od udziału w powstaniu listopadowym. Walczył w nim udowadniając, że postawa, o której pisał Broniewski - "są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli ale krwi nie odmówi nikt" miała swoją tradycję.

Dzisiaj, wiadomo, problem patriotyzmu jest traktowany co najwyżej jako stylistyczna figura i to jeszcze w dodatku przestarzała. To rzutuje oczywiście na odbiór i atrakcyjność "Kordiana i chama", który po latach komunistycznych porządków ze swoim społecznym przesłaniem może powodować reakcje alergiczne. Można więc powiedzieć - w czym problem? Dyskusja wokół słów Kazimierza Deczyńskiego - "- Ojczyzna jest jedna: ziemia - mowa - wiara! - Nie!... Ojczyzny są różne!... Chłopska ojczyzna - to jest głód, zimno, choroby i praca równa bydlęcej, chłosta i klątwy, i uciemiężenie!... Ona zawsze była oddzielona od ojczyzny szlachty - sytej, dostatniej ojczyzny, świętującej hucznie, pańskiej!...", to już anachronizm.

Ale wydaje się mi, że ten dychotomiczny rozdział był już fałszywy w chwili jego powstania, bo jego istota sprowadzałaby się do wyboru: czy żyć w podwójnym ucisku, narodowym i społecznym czy też żyć tylko w ucisku społecznym, co dylemat Deczyńskiego zmienia w jakieś kuriozalne nieporozumienie. Niezależnie jednak od tego, prowokuje on do pytania, na ile nasza sytuacja społeczna i materialna determinuje nasze poczucie patriotyzmu? Czy w ogóle taka relacja zachodzi? A może patriotyzm przejawia się w postawie wobec rodaków? I czy istotna jest tu narodowość ciemiężcy?

Jeśli dorzucić do tego stosunek Kościoła do nierówności społecznych, antysemityzm, próbę zmierzenia się z legendą napoleońską i wreszcie upatrywanie przyczyn wybuchu powstania listopadowego w mało patriotycznym motywie zawiedzionych nadziei na karierę w armii, na czele której stał brat cara, Wielki Książę Konstanty, nie trudno zrozumieć, dlaczego w okresie międzywojennym w ciągu zaledwie siedmiu lat książka miała aż cztery wydania. Dzisiaj po latach popularności także w okresie PRL-u, "Kordian i cham" musi je odpokutować kurząc się na półce. Chyba jednak trochę szkoda. 

wtorek, 23 czerwca 2015

Granica, Zofia Nałkowska

Helena Mniszkówna z tej historii zrobiłaby zapewne "wyciskacz łez" na miarę "Trędowatej" bo "rzecz cała ułożyła się ściśle według wiadomego schematu: dziewczyna wiejska i panna z mieszczańskiej kamienicy, narzeczona i kochanka, miłość idealna i zmysły", a tak, Nałkowska napisała naprawdę porządną psychologizującą powieść obyczajową. Może i nie stworzyła arcydzieła ale z pewnością dała sobie radę znacznie lepiej niż na przykład Sienkiewicz w "Wirach" (w obu powieściach można dostrzec podobieństwo motywu żon tolerujących zdrady swoich mężów, którzy wykorzystujących swoje uprzywilejowanie społeczne). Bez dwóch zdań potrafiła znaleźć się we współczesności i poradzić sobie z tym, z czym Sienkiewicz tak nieporadnie sobie poczynał - życiem kobiety.


"Granica" jest powieścią o Rubikonie, który jeśli się przekracza to nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a jeśli nawet, to usiłuje się zignorować, a co najmniej pomniejszyć znaczenie tego czynu, zniekształcić w samousprawiedliwieniu nadając mu inne znaczenie niż to czym był w rzeczywistości. I wcale nie "chodzi o to, że musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść, za którą przestaje się być sobą" bo postacie Nałkowskiej cały czas są przecież sobą, tyle że ich wybory powodują skutki, z którymi się nie liczą w chwili ich dokonania. Ich życie spuentowane jest w kojarzącym się z naturalizmem Dygasińskiego, życiu podwórzowego Burka (Fitka) będącym parabolą ludzkiego losu, losu ludzi upośledzonych społecznie; kobiet i biedoty.

Kto w tym trójkącie, trochę jednak nietypowym, bo nie ma w nim zdradzonej żony a jest zdradzona narzeczona, on i ta trzecia, jest ofiarą? Najprostsza odpowiedź - Justyna, ale przecież jeśli chwilę się nad tym zastanowić, to wypadałoby zapytać, dlaczego? Mamy przecież do czynienia z dorosłą kobietą, świadomą tego co robi, może naiwną ze swoimi nadziejami ale chyba też nie aż tak bardzo, bo przecież zdaje sobie sprawę z tego czego chcą od niej wiejscy "epuzerzy", nad których przedłożyła Zenona, która odpowiedzialność za własny czyn, przerzuca na niego. Fakt, popchnął ją do tego czynu ale przecież w ostatecznym rozrachunku tylko do niej należała decyzja i może właśnie dlatego nie potrafi się z jej konsekwencjami uporać, usiłując własną winę przerzucić także na Zenona.

A może ofiarą jest Zenon, ta prowincjonalna lady Makbet ścigana przez Erynie, zbyt słaby i zbyt wrażliwy by oderwać się od zdarzenia z przeszłości, który dla jego ojca zapewne stanowiłby nic nieznaczący incydent? To co uchodziło bezkarnie ojcu, w przypadku syna kończy się tragedią. Cóż za paradoks, gardził ojcem - a jednak okazuje się nie lepszy od niego. Robi dokładnie to samo, co prawda tylko raz, a odpokutować za winy ojca i swoją. Okazał się w gruncie rzeczy słabszy od słabeusza, jakim był ojciec - poczucie winy ciągnie się przecież za nim aż do końca życia. Ale ta wrażliwość, jeśli rzeczywiście była, była szczególnego rodzaju. Widać w niej przede wszystkim potrzebę oczyszczenia samego siebie, wyrzucenie z siebie tego co go dręczy bez względu na skutki. To jego "ale musisz to zrozumieć, ty właśnie musisz, to nie jest jak zawsze, że to nie jest takie pospolite, że tam ona, a tutaj ty. Tak często bywa, ja wiem, ale to tylko pozór jest taki... A dno jest inne" gdy usiłuje ciężar zrzucić na barki narzeczonej a później żony jest rozbrajające i irytujące zarazem. Bo tu nie ma innego dna, cóż po intencji, gdy w czynach okazuje się taki jak inni.

Wreszcie Elżbieta, która zaakceptowała "normę" - obowiązek kobiety wobec męża, tkwienie przy nim mimo bólu jaki jej zadaje i robienie dobrej miny do złej gry. Ale przecież ona także nie była w sytuacji bez wyjścia sama dokonała wyboru. Zresztą jaką ma w "Granicy" alternatywę? Jedyna jaka przed nią się rysuje to alternatywa jej matki ale to przecież zamiana jednego mężczyzny na innych. Pod tym względem powieść Nałkowskiej to policzek w twarz dla feministek, bo kobiety u niej nie żyją samodzielnie, zawsze gdzieś, choćby incydentalnie jako punkt odniesienia pokazuje się mężczyzna.