Po "Ferdydurke" przyszła kolej na "Trans-Atlantyk"; i cóż za rozczarowanie. Zamiast lekkiego stylu i sarkastycznego dowcipu Gombrowicz uraczył czytelników ciężkostrawną stylizacją na język "naddziadów" a i z dowcipu niewiele pozostało. To co łączy obydwie powieści to ogólne "szarganie świętości", tyle że w "Trans-Atlantyku" ma ono znacznie większy kaliber, dotyka bowiem materii szczególnie wrażliwej u nas, a mianowicie patriotyzmu i tradycji.
O ile dzisiejszy wymiar tego pierwszego w gruncie rzeczy sprowadza się do deklaracji i gestów w rodzaju wywieszenia flagi narodowej bez możliwości, na szczęście, praktycznej weryfikacji, to wówczas gdy ukazało się w 1953 r. jego pierwsze wydanie (pierwsze krajowe z okładką i grafikami Jana Młodożeńca ukazało się w 1957 r.) wyznanie - "Rozluźnić to nasze poddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek! Ujawnić, zalegalizować ten drugi biegun odczuwania, który każe jednostce bronić się przed narodem, jak przed każdą zbiorową przemocą." - musiało szokować, w kraju, w którym ludzie ciągle umierali za Polskę i byli za nią więzieni.
To nic, że Gombrowiczowi nie chodziło o wyparcie się Polski lecz o to by "uzyskać - to najważniejsze - swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka!", taki postulat w ówczesnych realiach zatrącał o zdradę narodową. Podejmując taki temat stawiał się w sytuacji, o której pisał ks. Tischner w "Polskim kształcie dialogu" - "wyobraźmy sobie filozofa, Sokratesa, którego wtrącono do więzienia z powodów politycznych. Przypuśćmy, że nie zgadzamy się z jego filozofią i chcemy ją poddać krytyce. Uważamy jednak, że uwięzienie jest jawnym bezprawiem. Czy w tej sytuacji, gdy Sokratesowi grozi śmierć, mamy prawo wystąpić z krytyką jego poglądów? Czy nie powinniśmy raczej milczeć, aby nasza krytyka nie została źle zrozumiana i nie przyczyniła się do wydania niesprawiedliwego wyroku? (...) Kto mimo wszystko decydował się na krytykę (...), stawał - być może mimo woli - w dwuznacznej sytuacji moralnej. Groziło mu posądzenie, że bierze udział w nieuczciwym procesie."
Ale z perspektywy czasu okazuje się, że Gombrowicz miał rację. Każdy kto choć trochę zasmakował losu emigranta wie, jak prawdziwe i ciągle aktualne okazało się ostrzeżenie "lepiej ty z obcemi, z cudzoziemcami się trzymaj, w cudzoziemcach zgiń, rozpłyń się, a niechże ciebie Bóg broni od (...) Rodaków, bo Źli, Niedobrzy, skaranie boże, tylko ciebie gryźć będą i tak cię zagryzą!". A i "polskie piekiełko" z tym ciągłym spoglądaniem do tyłu, w którym ludzie "o świecie bożym zapomnieli, ze sobą tylko między sobą, wsobnie, a tyle im z dawnym czasów się starzyzny nazbierało, tyle to wspominków, uraz, słów rozmaitych, korków, flaszek starych, dubeltówek, puszek, szmat najprzeróżniejszych, kości, sztyftów, garnków, blaszek, puklów, że już i kto obcy, jeśli do nich przystępował, wcale nie mógł przeczuć co jemu powiedzą lub zrobią; bo korek, lub flaszka, albo słówko jakie niebacznie rzucone, zaraz im co Dawniejsze a Zapiekłe przypomina i jak kurkiem na kościele kręci." ma się całkiem dobrze.
Nie wydaje mi się jednak by alternatywa "Ojczyzna - Synczyzna" przed jaką pisarz stawia czytelnika była jedyna lub prawdziwa - "Szalony człowieku! Za postępem i ja jestem, ale ty Zboczenie postępem nazywasz. Rzekł mi na to: - A jakby tak trochę zboczyć, to co?". Nie dostrzegam "wartości dodanej" w potępianiu w czambuł tradycji ani forsowaniu na siłę "nowoczesności", która w "Trans-Atlantyku" brzmi wyjątkowo prowokująco, bo cóż takiego ona w gruncie rzeczy proponuje poza odrzuceniem tradycji.
Mam wrażenia, że Gombrowicz jakby zatrzymał się w pół kroku i w gruncie rzeczy nie wyszedł poza "wyśmiać i wyszydzić", nie potrafiąc/nie chcąc postawić następnego kroku być może z obawy przed jego konsekwencjami, bo nie przedstawia przecież świata nowoczesnego, chyba że za taki uznać estancję Gonzala a jeśli tak, to jego obraz jest zdecydowanie mało pociągający, zwłaszcza że żywi się on tym czemu się przeciwstawia - tradycją i trudno zatem powiedzieć, na czym miała by polegać jego wyższość nad światem obracającym się wokół tradycyjnych wartości.
To nic, że Gombrowiczowi nie chodziło o wyparcie się Polski lecz o to by "uzyskać - to najważniejsze - swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka!", taki postulat w ówczesnych realiach zatrącał o zdradę narodową. Podejmując taki temat stawiał się w sytuacji, o której pisał ks. Tischner w "Polskim kształcie dialogu" - "wyobraźmy sobie filozofa, Sokratesa, którego wtrącono do więzienia z powodów politycznych. Przypuśćmy, że nie zgadzamy się z jego filozofią i chcemy ją poddać krytyce. Uważamy jednak, że uwięzienie jest jawnym bezprawiem. Czy w tej sytuacji, gdy Sokratesowi grozi śmierć, mamy prawo wystąpić z krytyką jego poglądów? Czy nie powinniśmy raczej milczeć, aby nasza krytyka nie została źle zrozumiana i nie przyczyniła się do wydania niesprawiedliwego wyroku? (...) Kto mimo wszystko decydował się na krytykę (...), stawał - być może mimo woli - w dwuznacznej sytuacji moralnej. Groziło mu posądzenie, że bierze udział w nieuczciwym procesie."
Ale z perspektywy czasu okazuje się, że Gombrowicz miał rację. Każdy kto choć trochę zasmakował losu emigranta wie, jak prawdziwe i ciągle aktualne okazało się ostrzeżenie "lepiej ty z obcemi, z cudzoziemcami się trzymaj, w cudzoziemcach zgiń, rozpłyń się, a niechże ciebie Bóg broni od (...) Rodaków, bo Źli, Niedobrzy, skaranie boże, tylko ciebie gryźć będą i tak cię zagryzą!". A i "polskie piekiełko" z tym ciągłym spoglądaniem do tyłu, w którym ludzie "o świecie bożym zapomnieli, ze sobą tylko między sobą, wsobnie, a tyle im z dawnym czasów się starzyzny nazbierało, tyle to wspominków, uraz, słów rozmaitych, korków, flaszek starych, dubeltówek, puszek, szmat najprzeróżniejszych, kości, sztyftów, garnków, blaszek, puklów, że już i kto obcy, jeśli do nich przystępował, wcale nie mógł przeczuć co jemu powiedzą lub zrobią; bo korek, lub flaszka, albo słówko jakie niebacznie rzucone, zaraz im co Dawniejsze a Zapiekłe przypomina i jak kurkiem na kościele kręci." ma się całkiem dobrze.
Nie wydaje mi się jednak by alternatywa "Ojczyzna - Synczyzna" przed jaką pisarz stawia czytelnika była jedyna lub prawdziwa - "Szalony człowieku! Za postępem i ja jestem, ale ty Zboczenie postępem nazywasz. Rzekł mi na to: - A jakby tak trochę zboczyć, to co?". Nie dostrzegam "wartości dodanej" w potępianiu w czambuł tradycji ani forsowaniu na siłę "nowoczesności", która w "Trans-Atlantyku" brzmi wyjątkowo prowokująco, bo cóż takiego ona w gruncie rzeczy proponuje poza odrzuceniem tradycji.
Mam wrażenia, że Gombrowicz jakby zatrzymał się w pół kroku i w gruncie rzeczy nie wyszedł poza "wyśmiać i wyszydzić", nie potrafiąc/nie chcąc postawić następnego kroku być może z obawy przed jego konsekwencjami, bo nie przedstawia przecież świata nowoczesnego, chyba że za taki uznać estancję Gonzala a jeśli tak, to jego obraz jest zdecydowanie mało pociągający, zwłaszcza że żywi się on tym czemu się przeciwstawia - tradycją i trudno zatem powiedzieć, na czym miała by polegać jego wyższość nad światem obracającym się wokół tradycyjnych wartości.
