Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de Laclos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de Laclos. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

Niebezpieczne związki, Choderlos de Laclos

"What a fight! What a fight!" darł się nad czyimś uchem dziennikarz jakiejś amerykańskiej stacji telewizyjnej w czasie drugiej walki Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe, 14 grudnia 1996 roku w Convention Hall w Atlantic City. Ale ani ten ktoś, ani nikt obok nie zwracał na to uwagi, ani też nie miał mu tego za złe bo wszyscy byli tak pochłonięci walką, którą prawie wszyscy, w tym również "sztywniaki" z pierwszych rzędów, oglądali już na stojąco. 
 

- Co za zmagania! co za siła uczuć! co za emocje! - można powiedzieć, ba, zakrzyknąć po lekturze "Niebezpiecznych związków".  Tyczy się ich dokładnie to co pisał wicehrabia de Valmont do markizy de Merteuil; "zbyt powolny bieg tej miłostki drażni (...) te scenki nizane powoli; jedna za drugą, nudzą cię a ja przeciwnie, nigdy nie zaznałem tylu rozkoszy, ile ich czerpię w tej pozornej opieszałości". Może "nigdy" to przesada ale z pewnością nieczęsto, bo nie co dzień napotyka się książkę, w której przedstawione są wszystkie odcienie miłości, w której jest ona przedstawiona  jako gra, walka , w której nie ma zwycięzców a jedynie pokonani, walka, która kończy się dla sprawców i ofiar, na równi, cierpieniem i śmiercią.

I pomyśleć, że książka ma ponad dwieście lat ... przecież uczucia jej bohaterów są tak żywe i wyraziste, że wyglądają jakby znajdywały inspirację w dzisiejszych czasach a nie były przyprószone patyną wieków.

Z jednej strony bezwzględność w dążeniu do celu, cynizm i wyrachowanie, z drugiej naiwność, szczerość i zaufanie. To nie miało prawa dobrze się skończyć. Ale mimo takiej wyraźnej opozycji nie ma u de Laclosa postaci jednowymiarowych. Nawet markiza de Merteuil taka nie jest, choć mogłaby by być ideałem bohaterki dla ... feministek i tych, którzy "czytają genderowo", bo oto wreszcie kobieta jest "mocną postacią", głównym motorem działań, w której rękach marionetkami są mężczyźni (i kobiety). A przecież widzi się jej cierpienie (choć to może tylko duma) ukryte pod maską szyderstwa w jej listach do wicehrabiego de Valmont.

A on? Oh, cóż to za dureń! Dureń i drań! Skąd pomysł, że znał się na kobietach skoro dowodził w swych listach do markizy, że jest dokładnie na odwrót. "W jeszcze wyższym stopniu fałszywy i niebezpieczny niż gładki i pełen powabu, nigdy od najwcześniejszej młodości nie uczynił kroku, nie powiedział słowa bez jakiegoś zamiaru, nigdy zaś nie powziął zamiaru, który by nie był nieuczciwy lub zbrodniczy." a nie widział, że jest tylko narzędziem w rękach kobiety, narzędziem służącym wyłącznie zemście i zaspokojeniu jej urażonej miłości własnej. Co z tego, że "przy pięknym nazwisku, dużym majątku i wielu ujmujących zaletach, zrozumiał rychło, że aby stać się panem otoczenia, wystarczy posługiwać się zręcznie pochlebstwem i szyderstwem. Nikt nie posiada w tym co on stopniu tego podwójnego talentu: jednym zdobywa sobie ludzi, dzięki drugiemu umie wzbudzić postrach."

W starciu z markizą nie miał żadnych szans, był wodzony za nos nie gorzej od kawalera Danceny, to ona rozdaje tu karty a de Valmont miał złudzenie, że jest w tej grze równoprawnym partnerem. Co za głupota! Pomagał w próbie upokorzenia hrabiego de Gercourt, który ją porzucił - czyżby zapomniał, co sam zrobił jakiś czas wcześniej? cóż za nieostrożność - prawdziwy znawca kobiet nie popełnia takiego błędu.

I pomyśleć, że ofiarą kogoś takiego padły niewinne istoty, którym złamał życie. Na to nie ma żadnego usprawiedliwienia zwłaszcza, że nie ma tu ani żalu ani skruchy za wyrządzone zło. Cóż z tego, że być może kochał prezydentową de Tourvel, bo jak sam pisał "nie ma dla mnie szczęścia, nie ma spokoju, tylko w posiadaniu tej kobiety, której nienawidzę i którą kocham z jednaką furią." ale poświecił to uczucie na ołtarzu miłości własnej, mamiony tylko obietnicą spotkania z inną. Czy to może być okoliczność łagodząca? Dla mnie żadna, a nawet i tej nie ma w przypadku Cecylii de Volanges.

Rewelacja! Po raz kolejny okazuje się, że prawdziwa literatura się nie starzeje i upływ czasu nie ma dla niej żadnego znaczenia. Nie bez kozery książka ukazała się w serii "Biblioteka arcydzieł".