piątek, 27 lipca 2018

Ameryka, Franz Kafka

Napisać, że główny bohater "Ameryki" to "człowiek wyobcowany, którego związki z innymi ludźmi uległy znacznemu zniszczeniu. Bohater kafkowski walczy samotnie z niezrozumianymi strukturami rządzącymi światem. Mimo buntu i starań nie jest w stanie zmienić swego położenia, a walka kończy się klęską. Uwikłania bohatera w grozę istnienia mają na tyle niejasną strukturę, że możliwa jest bardzo różna interpretacja symboliki i sekwencji wydarzeń jakim ten bohater jest poddany. Samotność jest głównym z wielkich tematów kafkowskich - bohater walczy i przegrywa zawsze sam. Strach, koszmary, rozdwojenia jaźni i kompleksy, to inne z niszczycielskich i symbolicznych elementów.  Oddają one dobrze atmosferą dzieł, w których wyobcowani i samotni bohaterowie bezustannie poszukują - jak można sądzić - bezpieczeństwa i pewności, czego nigdy nie będzie in dane doświadczyć.", to truizm ale nie da się zaprzeczyć, że mniej więcej ma on zastosowanie także do głównego bohatera pierwszej powieści Franza Kafki. 


Wstyd się przyznać, ale książka przeleżała u mnie na półce kilkanaście lat, a kupiona była jeszcze u ś. p. Andrzeja Metzgera, znanego kieleckiego antykwariusza. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że za sprawą tytułu kojarzyła mi się ze "Stroszkiem" Wernera Herzoga, a kto miałby ochotę na powtórkę z głęboko depresyjnych klimatów? Ale w końcu nadszedł czas "Ameryki", a po jego lekturze, tak jak po lekturze każdej rasowej książki, z pewnym zażenowaniem mogę powiedzieć, że żałuję, że dopiero teraz ją przeczytałem. Teraz nie miałbym alibi w postaci filmu Herzoga bo książka została wydana niedawno pod zmienionym tytułem - "Zaginiony", choć ciągle w tłumaczeniu Juliusza Kydryńskiego (w którym ukazała się po raz pierwszy w Polsce w 1967 r. jako "Ameryka"), choć tytuł wcale nie odzwierciedla treści, a już kompletnym nieporozumieniem jest teza o poszukiwaniu odkupienia przez głównego bohatera, jaką Grzegorz Janowicz wysnuwa w posłowiu do nowego wydania. 


Cytat z Wikipedii, który wcześniej przytoczyłem tylko mniej więcej oddaje istotę "Ameryki". Jeśli bowiem jest w niej samotność i niezrozumienie struktur świata, to nie da się ukryć że jest ona wynikiem, że tak powiem, rozjazdu z obu stron, zarówno głównego bohatera jak i świata. Z jednej strony Karl Rossmann odstaje daleko od normy, z drugiej strony świat powieści, nie jest też zwykłym światem w jakim żyjemy. Przechodząc na język matematyki można by powiedzieć, że mamy do czynienia z wektorami o zwrotach przeciwnych, a jeśli chodzi o kierunek to wcale nie jest takie pewne, że jest on taki sam w odniesieniu do Karla i świata, w którym się znalazł (nie wątpię, że Lacan byłby w stanie stworzyć jakiś wzór matematyczny, który by to dokładnie opisywał).

Ameryka Kafki mogłaby w zasadzie istnieć w każdym miejscu na Ziemi, wyróżniają ją bowiem tylko trzy cechy: rozmach, skala oraz odległość od domu, a to co spotyka głównego bohatera to tak na prawdę w sporej części psychodeliczny wariant przygód Pinokia z okresu jego znajomości z lisem i kotem. Dla ścisłości - Karlowi oczywiście daleko do Pinokia ale już Robinsonowi i Delamarche'owi do lisa i kota całkiem blisko, no i oczywiście pozostaje cały kontekst: dwóch cynicznych obwiesi wyzyskuje naiwnego, nieposiadającego za grosz asertywności chłopaka, który znajduje się w nowej dla siebie sytuacji. Karl, przyznaję, jest trochę irytujący, przez swoje zachowanie, bo zachowuje się dokładnie na odwrót, niż my byśmy się zachowali na jego miejscu. Oczywiście ma prawo do wolności, zwłaszcza że jego działanie nie ogranicza wolności innych, ma prawo do niedostosowania się do oczekiwań innych ale czy nie powinien liczyć się z ryzykiem konsekwencji niedostosowania się do oczekiwań innych?

Jak przystało na Kafkowskie opus imperfecum nie wiadomo, czy główny bohater poniesienie klęskę. Max Brod w posłowiu do pierwszego wydania "Ameryki" twierdził, "że ta powieść jest radośniejsza i "jaśniejsza" niż wszystko co kiedykolwiek napisał" Kafka, ale to wcale nie znaczy by była to powieść radosna i "jasna". Okazuje się w niej, że człowiek niekoniecznie jest kowalem własnego losu a raczej jest ofiarą sądów innych na jego temat, sądów w których nie działa zasada domniemania dobrej wiary. Karl już o tym wie - "nie można się bronić, jeśli druga strona nie ma dobrej woli", ale czy to znaczy, że mamy zrezygnować z własnej wolności, że zanim podejmiemy jakiś działanie najpierw powinniśmy wyobrazić sobie najgorsze konsekwencje własnego czynu i dopiero wówczas gdy dojdziemy do wniosku, że jesteśmy w stanie je zaakceptować, działać? Jak to się dzieje, że tylko ja jeden jestem osamotniony, przecież inni także są jednostkami, i to w dodatku takimi, z którymi znajduję porozumienie, jak to się dzieje, że oni akceptują otaczający ich świat? Na te pytania czytelnik musi sam sobie udzielić odpowiedzi, jak tylko otrząśnie się z Kafkowskiej atmosfery.

Co tu dużo mówić, dla miłośników dobrej książki, lektura obowiązkowa. 

sobota, 7 lipca 2018

Pamiętnik matki, Marcjanna Fornalska

Nie ma co ukrywać, "Pamiętnik matki" to książka mocno podejrzana już dzień dobry, bo to i autorka nie taka (Marcjanna Fornalska była matką "kanonizowanej" przez władze PRL-u komunistki Małgorzaty Fornalskiej, kochanki Bolesława Bieruta, zresztą sama należała do m. in. do bolszewików i KPP). Jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę, iż pisała ją (?) mając ponad osiemdziesiąt lat i nie bardzo umiejąc pisać, a tomiszcze, które popełniła może pod względem objętości śmiało stawać w zawody z sążnistymi dziełami Bondy Katarzyny i Cherezińskiej Elżbiety, to w tych podejrzeniach czytelnik jeszcze bardziej się utwierdza. Nie bez znaczenia jest też chyba osoba redaktorki książki Olgi Kierczyńskiej, córki osławionej Melanii. Mnie, przyznam się, zastanowiła ilość wydań - doliczyłem się dziewięciu w ciągu niecałych 30 lat, co prawda nie umywa się to do "Pamiątki z Celulozy" czy "Kolumbów, rocznik 20" ale to dużo jak na książkę, która zakrawa na pierwszy rzut oka na jakiś propagandowy panegiryk. Postanowiłem więc sprawdzić o co chodzi i... 


byłem w szoku. Nie jest to co prawda wielka literatura ale nie pozostawia czytelnika obojętnym, przynajmniej w pierwszej części wspomnień obejmującą historię rodziny sięgającą ("na oko") lat dwudziestych, może trzydziestych XIX wieku po rok 1919. Jeśli ktoś był pod wrażeniem "Germinala", to zapewne będzie też pod wrażeniem "Pamiętnika matki", bo przytłacza on opisem życia będącego niekiedy na granicy biologicznego przetrwania, świata w którym oddaje się dzieci obcym ludziom, by dać im i sobie szansę przeżycia a przecież nie traktuje on o miejscach ekstremalnych tylko polskiej wsi na Lubelszczyźnie w w końcu XIX wieku. Nie da się czytać obojętnie opisu szesnastoosobowej rodziny zamieszkującej chatę z jedną izbą mieszkalną, w której dziecko zachorowało na gruźlicę, gdy doktor "powiedział, że gruźlica jest w ostatnim stadium i on nic nie może już pomóc. Wtedy zupełnie otwarcie zaczęto się przygotowywać do pogrzebu. Sąsiadki płakały wraz z matką, przestano chłopca poić różnymi ziółkami, bo to i tak już nic nie pomoże... Żył jeszcze pół roku w wilgotnej, brudnej, przepełnionej rodzeństwem chacie i skutki nie dały na siebie długo czekać. Po śmierci chłopca nic się nie zmieniło: spano na tej samej pościeli, noszono buty, odzież którą nosił chory i po krótkim czasie - może po dwóch latach - zmarło ich pięcioro. I już w tej rodzinie gruźlica pozostawała długie lata".

Fornalska opisuje świat jeśli nie pozbawiony uczuć, to przynajmniej z mocno przytępionymi uczuciami - relacje z dziećmi ograniczają się do zapewnienia i wiktu i opierunku, edukacja jest kosztowną fanaberią, która wpędza rodzinę w niedostatek i pozbawia ją siły roboczej, małżeństwo zaś jest kieratem, który dwoje nieznanych sobie wcześniej młodych ludzi musi wspólnie pchać z woli rodziców. Lipce z "Chłopów" wyglądają przy tym jak jakaś sielska kraina mlekiem i miodem płynąca. Uderza beznamiętna (w zasadzie) relacja okraszona od czasu do czasu jakąś autorefleksją ale generalnie czytelnik sam musi uporać się z tym co czyta.

"Pamiętnik matki" jest pomnikiem miłości macierzyńskiej, tak jak ją Marcjanna Fornalska rozumiała, choć dzisiaj moglibyśmy się nad tym rozumieniem zadumać bo jest to miłość szorstka, nie wyrażana słowami i ani gestami, Fornalska sama zresztą poniewczasie zdaje sobie z tego sprawę ale nie ma się ani przez chwilę wątpliwości, że dzieci są dla niej najważniejsze. Niestety pod koniec pierwszej części wspomnień obraz "Pamiętnika matki" zaczyna się psuć, a w części drugiej, podejrzenia, o których pisałem na wstępie, zaczynają powracać i przeradzać się w pewność. Coś co uznalibyśmy za dokument dający asumpt bo rozważań na różnych polach szczególnie interesujących dla krytyki feministycznej; długo by pisać o relacjach rodzice - dzieci, relacjach między małżonkami, konkubinacie, trójkątach małżeńskich (córka Marianny była kochanką Bolesława Bieruta i matką jego córki), akceptacji nierówności społecznych a na interesującym podejściu do mieszanych polsko-rosyjskich małżeństw (zaskakujące, ale wiejscy analfabeci mieli takie same zdanie w tej mierze co potomkowie szlachty, stojący od nich na drabinie społecznej nieporównanie wyżej) oraz wiary i patriotyzmu skończywszy.

Niestety, "Pamiętnik matki" staje się od okresu, w którym Marcjanna Fornalska opisuje swoje zetknięcie się z codziennością czasów rewolucji październikowej i wojny domowej w Rosji jeszcze jedną "propagitką". Nie chodzi nawet o jej członkostwo w komunistycznych partiach, w sumie zważywszy na jej biografię nie specjalnie można się dziwić, że dała się złapać na lep komunistycznej propagandy ale na język jakim się posługuje i ewidentne zafałszowania. Jasne, że dzisiaj można się uśmiechnąć, gdy czyta się jej wyznania w rodzaju "Ja tylko wierzyłam w partię i rewolucję tak, że w każdej chwili byłam gotowa na wszelkie ofiary. Uszyłam woreczek z grubego płótna, włożyłam w niego moją legitymację partyjną, nosiłam ją w zanadrzu, przypiętą agrafką do koszuli i z nią byłam szczęśliwa i na wszystko gotowa (...)" albo "Ciężko było. Mój umysł i pióro zbyt słabe, aby to wszystko opisać. Ale co było najcięższe, to to, że towarzysz Lenin, wódz i nauczyciel proletariatu, był chory; za wielka była jego praca, siły się wyczerpały. I nad narodem zawisł smutek jak ciemna chmura". Ale jeśli weźmie się pod uwagę, że pisze to matka, której troje dzieci zabili w Rosji komuniści, a czwarte ledwo się wywinęło od śmierci w gułagu to już nie robi się śmiesznie lecz smutno i czytelnik czyta te "wyznania" z zażenowaniem i litością nad ponad osiemdziesięcioletnią staruszką, której wetknięto te słowa jako jej własne.

Z Marcjanny Fornalskiej zrobiono działaczkę komunistyczną ale gdy czyta się jej wspomnienia widać, że w gruncie rzeczy nie miała pojęcia w czym uczestniczy, jej działalność ogranicza się do czynności - jakby to powiedzieli prawnicy - materialno-technicznych, coś przynieść, coś zanieść, coś przechować. Nie za bardzo ma pojęcie o co w tym chodzi i tak naprawdę angażuje się w to nie dlatego, że chce wyzwolić proletariat z kajdan niewoli lecz dlatego, że proszą ją o to jej dzieci. Robi to, o co poprosi ją syn albo córka, jak każda matka. Tak jest też z jej przynależnością partyjną, skoro córka, w którą patrzy jak w obraz, bo osiągnęła to co dla niej samej było nieosiągalne, zapisuje się do partii, to to musi być dobre. Nie da się jednak ukryć, że to na konto Marcjanny Fornalskiej a nie jakiegoś ghostwritera idą wszystkie, zgodne z "nakazem chwili" wynurzenia, które sprawiły, że jej książka dzisiaj skazana jest na zapomnienie.