wtorek, 25 kwietnia 2017

Zły, Leopold Tyrmand

Przeczytałem "Złego"... Pamiętam swoje zdziwienie, po pierwszym z nim spotkaniu, dwadzieścia lat temu z okładem, o co ten cały hałas, cóż to znowu takiego? Kryminał, którego akcja toczy się w Warszawie, wielkie mi rzeczy! Teraz już wiem, czemu książka narobiła tyle rabanu, ale nie ma co ukrywać, to nie tylko wiek zrobił swoje lecz także i lata mieszkania w Warszawie, bo "Zły" jest książką bardzo mocno "stargetowaną". Oczywiście może przeczytać ją każdy ale nieznajomość topografii Warszawy odbiera powieści Tyrmanda dużą część, jeśli nie całość jej magii, także dzisiaj. A jaka ona musiała być te 60 lat temu z okładem, gdy na własne oczy można było zweryfikować prawdziwość opisów miasta, to mogę sobie tylko wyobrazić.


Wówczas "Zły" rzeczywiście musiał robić niesamowite wrażenie, skoro i dzisiaj po latach obraz Warszawy stanowi równie ważny co sama akcja, jeśli nie ważniejszy, element książki. Jakaż różnica w zestawieniu z tym co spotyka się we współczesnych produkcjach nieudolnie przenoszących akcję w przeszłość. Jakoś nie wyobrażam sobie by ktoś był w stanie współcześnie konkurować z Tyrmandem w dziedzinie odmalowania Warszawy połowy lat 50-tych. Mistrz może być tylko jeden. Nie bez znaczenia jest także i to, że oprócz portretu zniszczonego, powoli odbudowującego się miasta stworzył niebanalną powieść sensacyjną.

Niech nikogo nie zwiodą trywialne nazwiska kioskarza Kolodonta, cukiernika Kompota, milicjanta Dziarskiego czy Olimpii Szuwar, obiektu uczuć prezesa spółdzielni "Woreczek" Filipa Merynosa bo ich perypetie i perypetie pozostałych bohaterów nie są już tak trywialne i śmieszne. Pewnie, może ktoś powiedzieć, że choćby "awantury miłosne" Marty Majewskiej to szczyt trywialności (choć biorąc pod uwagę to w jakimś świetle stawiają pannę Martę chyba jednak nie są tak trywialne jakby się to na pierwszy rzut oka wydawało), nie mówiąc już o "cierpliwym wzdychaniu" prezesa Merynosa ale przynajmniej w moim przypadku, na odbiorze "Złego" zaważyły nie one, lecz losy Kuby Wirusa i Hawajki. Powiem więcej, zwłaszcza Hawajki. Jej potulna rezygnacja, pogodzenie się z losem ale ze świadomością bezpowrotnej utraty tego czegoś, czego nie zazna u boku kochającego męża, który zapewni jej stabilizację, dostatnie życie i awans społeczny na miarę jej wyobrażeń, rzuca głęboki cień na całą książkę. Happy end innej pary, bez wątpienia ważniejszej z punktu widzenie konstrukcji powieści, ale budzącej mniej sympatii, jeszcze ten cień pogłębia i w rezultacie kończy się książkę w jakimś takim lekko depresyjnym nastrojem.

Dziwne, przecież finał jest szczęśliwy - miłość kwitnie, przestępcy (nie wszyscy) złapani, sprawiedliwość triumfuje (w ograniczonym stopniu), Warszawa się odbudowuje. Co za historia, chciałoby się powiedzieć. A jednak, coś tu szwankuje, "pospolitość skrzeczy". Tylko czekać kiedy miejsce prezesa Merynosa zajmie Szaja, natura przecież nie znosi próżni, a sędzia Chwała okazała się naiwna, choć pewnie nikt by się nie zdziwił gdyby Tyrmand uczynił ją przekupną, zwłaszcza, że efekt jej decyzji byłby taki sam w obu przypadkach? Porucznik Dziarski i jego koledzy z milicji będą znowu mieli pełne ręce roboty. I cóż z tego, że złapią złoczyńców, co wcale takie pewnie nie jest, bo kto im tym razem pomoże?

Tyrmand zawiesił poprzeczkę autorom powieści kryminalnych i sensacyjnych bardzo wysoko, nie wiem czy komuś udało się ją przez te wszystkie lata od 1955 roku przeskoczyć. Pokazał, że literatura tego rodzaju, nie musi się sprowadzać do wypocin w stylu "zabili go i uciekł". Oczywiście, nie może się obejść bez przestępcy, zbrodni i kary ale nie to stanowi o rzeczywistej wartości książki. Tylko nieliczne kryminały przetrwały dzięki temu, "Zły" do nich nie należy bo przetrwał przede wszystkim jako obraz miasta przez lata nieobecnego w oficjalnym obiegu. Klimatu "Koszyków", "ciuchów" i barów dworcowych spełniających rolę "pogotowia", klimatu ruder, bram i pokątnych warsztatów krawieckich.

To co jest największą zasługą Tyrmanda, to to, że nie mitologizuje tego klimatu. Cóż za różnica, jeśli zestawi się go z Grzesiukiem (i nic to, że akcję ich książek dzieli jakieś dwadzieścia lat). W "Złym" sprawa jest jasno postawiona, "bohaterowie miasta" to nie żadni herosi ulicy kierujący się swoim kodeksem honorowym, lecz zwyczajni bandyci mniejszego i większego formatu (w tym znaczeniu, że gotowi popełnić mniejsze lub większe zło). Nie ma w nich żadnego "romantyzmu", im chodzi tylko o to by szybko zdobyć pieniądze, o to by się napić i zabawić (nie zawsze w tej kolejności). Mocni wówczas gdy czują przy sobie kolegów i których lojalność kończy się tam, gdzie zagrożony jest własny interes. Smutna prawda i upadek mitu "warszawskiego chojraka". 

środa, 5 kwietnia 2017

Cząstki elementarne, Michel Houellebecq

Spóźniłem się na dyskusję u Marty z "Leżę i czytam" ale nawet gdybym zdążył i tak bym się chyba o "Cząstki elementarne" nie awanturował, bo moje odczucia na ich temat nie są do końca sprecyzowane i należą do tak zwanych "uczuć mieszanych". Z jednej strony byłem, zdegustowany pornografią, z drugiej jednak zgadzałem się, co do oceny współczesnego społeczeństwa, mając przy tym wrażenie, że byłem w literackim gabinecie luster, w którym widzi się wyolbrzymione te cechy, które i w naturze są aż nadto wyraziste.


"Cząstki elementarne" są, że tak powiem powieścią "lokalną" w tym sensie, że odnoszą się do społeczeństwa francuskiego. Pokolenie '68 z jego kulturowym bagażem, które jest już w wieku sprzyjającym dokonywaniu bilansu u nas nie istnieje. Nie oszukujmy się, jesteśmy "IV ligą Europy" i choć występują one u nas problemy społeczeństw dobrobytu, to daleko im do rozmiarów jakie osiągnęły we Francji Houellebecqa. Nie dziwię się, że jego powieść odbiła się tam takim rezonansem - to musiało być denerwujące dla niektórych, gdy usłyszeli, że ich "nowoczesność", która "obaliła judeochrześcijańskie wartości moralne" wstawiając w ich miejsce "apologię młodości i wolności osobistej" oznacza klęskę humanizmu i stworzenie społeczeństwa zglajszachtowanego, a nieznająca granic wolność osobista znajdzie finał w praktycznej realizacji Huxley'owskiej dewizy, że "szczęśliwi ludzi to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji".

Tak jak mogło być denerwujące skarykaturowanie bełkotu guru francuskich intelektualistów - Lacana (ciekawe ilu czytelników "Cząstek elementarnych" wie o co chodzi, gdy Houellebecq pisze, że "według hipotezy Margnau świadomość indywidualną można dołączyć do pola prawdopodobieństwa w przestrzeni Focka, określonej jako prosta suma przestrzeni Hilberta. Przestrzeń ta mogła w zasadzie być zbudowana z podstawowych zdarzeń elektronicznych, dziejących się na poziomie synaptycznych mikropunktów. Zachowanie normalne można było wówczas łączyć z elastyczną deformacją pola, czyn wolny natomiast - z pewnym rozdarciem. Ale w jakiej topologii? Nie było wcale oczywiste, że naturalna topologia przestrzeni Hilberta pozwala na stwierdzenie istnienia czynu wolnego: nie było nawet pewności, czy ten problem może być w ogóle rozważany, chyba że przy użyciu niezwykle metaforycznych określeń").

I tak jak mógł być denerwujący głos na temat fiaska modelu życia, w którym zredukowano je do indywidualnej egzystencji, w której nic nie znaczą ani przeszłe ani przyszłe pokolenia sprawia, że "pod koniec jest już tylko samotność, chłód i cisza. Pod koniec jest już tylko śmierć.", a zwłaszcza fiaska osobistego życia kobiet, "które w roku 1968 miały dwadzieścia lat, w wieku lat czterdziestu znalazły się w przykrej sytuacji. Przeważnie rozwiedzione, nie mogły znaleźć oparcia w małżeństwie - czy to z miłości, czy z interesu - zrobiły bowiem wszystko, by doprowadzić do jego rozpadu. Należąc do pokolenia, które jako pierwsze głosiło wyższość młodości nad wiekiem dojrzałym, nie mogły się dziwić, że następne pokolenie patrzy na nie z pogardą." Cóż to za policzek w twarz dla feminizmu, oświadczyć, że kobieta jest nieszczęśliwa, jeśli w życiu nie zazna miłości ze strony mężczyzny i radości macierzyństwa!

Ale wypada oddać sprawiedliwość Houellebecqowi - w jego książce przegrywają nie tylko kobiety; samotne i rozpaczliwie szukające miłości, przegrywają także mężczyźni. Płeć nie stanowi tu żadnej różnicy. Wszyscy płacą za to, że dla ich rodziców postawiony na piedestale "ideał wolności osobistej" okazał się nie do pogodzenia z nudnymi i uciążliwymi zajęciami związanymi z wychowaniem dziecka. Główni bohaterowie zresztą sami w gruncie rzeczy nie są lepsi od swych rodziców robiąc to samo co oni i zbyt późno zdając sobie sprawę z własnych błędów. Żyjąc w "świecie rywalizacji i walki, próżności i agresji, nie dane im było żyć w harmonijnym świecie; ale nie uczynili nic, żeby zmienić świat, nie uczynili nic, żeby to naprawić". Nie mają nawet tego komfortu by winę za klęskę swojego życia zrzucić na kogoś innego.

To prawda, że do Francji nam daleko, ale chyba nie aż tak daleko jak się wydaje. Niedawno przeczytałem, że Superbohaterką "Wysokich Obcasów" została piosenkarka, której "zasługą" było to, że dokonała aborcji bo... mieszkanie było za ciasne. Witamy w świecie Michela Houellebecqa. 

sobota, 1 kwietnia 2017

Znaszli ten kraj?.., Cyganeria krakowska, Tadeusz Boy-Żeleński

Nie wiem, czy gdyby Boy-Żeleński był krakusem, to wystawiłby taki "pomnik" Krakowowi, z którego choć w finale osłodzony, to jednak rysuje się obraz prowincjonalnego miasta "z pretensjami". Którego elity to "kombinacja sknerstwa, bigoterii, snobizmu", o których Żeromski pisał przed ślubem do Oktawii - "Gdybyś tu była i gdybyś widziała tę nagą głupotę, tę bezczelną podłość, to nadużycie słowa, tę pompę idiotów - śmiałabyś się do rozpuku, jak ja. Galicja - Kraków, to niewyczerpane źródło humoru, to po prostu sam humor, potrzebujący opisu. Dookoła nędza, głód, ciemnota - i ci... w swoich kontuszach i kitach...".


Boy aż tak bezkompromisowy jak Żeromski nie jest, stara się opisać Kraków przełomu wieków (XIX i XX, tak dla przypomnienia) z przymrużeniem oka, nawet nie tyle miasto, ile jego elity kulturalne, koncentrując się w szczególności na redakcji tygodnika "Czas", Przybyszewskim oraz środowisku Jamy Michalika. Nie ma co oczekiwać po książce rzetelnego obrazu Krakowa, za to mamy pełne anegdot gawędy (felietony, jak Żeleński sam określa), w których przez wszystkie przypadki odmieniany jest "Zielony Balonik" (którego Boy był członkiem), który ma się wrażenie że pełni rolę wyraziciela opinii publicznej i ma jedynie słuszne poglądy na wszystko. Mnie to jakoś skojarzyło się z podporucznikiem Dubem, który też wszystko już od dawna wiedział najlepiej i omówił przed wojną ze starostą powiatowym. Żeleński nie zapomina też o sobie, przypominając w tym człowieka, który chcąc zawsze być w centrum zainteresowania na ślubie żałuje, że nie jest panem młodym, a na pogrzebie, że nie jest nieboszczykiem, apogeum egocentryzmu osiągając przy okazji wspominków o Przybyszewskim i laurce, jaką ten mu wystawił w swoich wspomnieniach.

Rzecz w tym, że Boy sam, z rozbrajającą szczerością przyznaje, z Przybyszewskim nie rozmawiał nigdy o literaturze i w ogóle rozmawiał z nim niewiele, za to... spoglądał mu w oczy. Zapomniał jednak dodać, że pisząc swoje wspomnienia Przybyszewski doskonale wiedział, że Żeleński nie jest już szerzej nieznanym studentem medycyny spędzającym zbyt dużo czasu przy kieliszku i kartach, jak to było za czasów kiedy się znali, lecz bardzo popularną osobistością życia kulturalnego, z którą znajomość może tylko nobilitować. Nie trzeba więc być zbyt przenikliwym by domniemywać, że peany na cześć Żeleńskiego były prawdopodobnie próbą zapewnienia sobie życzliwości z jego strony, co zresztą Przybyszewskiemu się udało.

Niewątpliwie najsilniejszą stroną książki jest jej anegdotyczny charakter, nie ma co ukrywać przyprawiony sporą dozą złośliwości. Przyznam szczerze, nie jestem z tego powodu na Boya oburzony ale też nie da się ukryć, że jego dowcip jest chwilami słabej próby, jak choćby wówczas gdy winę za zapyziały klimat Krakowa przypisuje mało pociągającym, prostytuującym się pracownicom fabryk tytoniu, niezdolnym do pobudzenia wyższych dążeń u swych klientów albo gdy w anegdocie o Józefacie Nowińskim jednym tchem pisze lekko o jego samobójstwie i jednocześnie podśmiewuje się z jego imienia. Miałyby rację krakowskie matrony, po których tak "jeździ" Boy, gdyby mu zwróciły uwagę, że to bardzo nie comme il faut, oj, miałyby rację.

Ale to nie jedyny rzecz, która jakoś zgrzyta w książce i rzuca na Żeleńskiego mało pochlebne światło. Widać bowiem wyraźnie, że Boy opowiadając swoje anegdoty, ma przy tym predylekcję do czegoś, co można by nazwać oględnie elastycznymi kryteriami opisu a mówiąc wprost, oportunizmem. Jeśli wczytać się w "Znaszli ten kraj?..", widać że w wielu przypadkach (mam wrażenie, że zwłaszcza tych, w których osoby lub ich rodziny "coś mogły") poprzestaje na inicjałach postaci, tam zaś gdzie bezkarnie może poużywać nie robi sobie ceregieli i to do tego stopnia, że można dowiedzieć się, kto chorował na choroby weneryczne. Ale ta dociekliwość ma u Żeleńskiego granice. Niczym wzorcowy "brązownik" jakoś "zapomniał" wspomnieć, że wielokrotnie pojawiający się na kartach książki Wyspiański zmarł na paraliż postępowy. Wyszukując antyklerykalne smaczki a la Kostruliew (dla mnie wcale nie smaczne) jakoś umknął mu "smaczek" jakim było... pochowanie syfilityka na Skałce. To zresztą nie jedyny przykład "selektywnego" podejścia do postaci. W ten sposób potraktowany jest bowiem, wspomniany już wcześniej, Stanisław Przybyszewski. Przytaczając anegdoty dotyczące swego dawnego idola Żeleński starannie przemilcza wszystko, to co mogłoby pokazać Przybyszewskiego, takim jakim był w rzeczywistości. Dziwne, a przecież samobójcza śmierć konkubiny w ciąży, porzucenie dzieci to byłby dopiero temat. Tyle, że byłoby już tak miło i zabawnie.

Lepiej więc nie traktować książki zbyt serio. Zresztą, kogo dzisiaj mogą zainteresować te historie burz, nawet nie w szklance ale w łyżce wody, gdy toczono spór o to, czy w jednym tekście może wystąpić święta Kinga i... gatki, może oprócz krakusów i tych, którzy interesują się historią literatury albo historią sztuki okresu Młodej Polski i lubią poczytać ploteczki "z myszką".