Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbyszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbyszewski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 kwietnia 2013

Niemcewicz od przodu i tyłu, Karol Zbyszewski

To był jeden z większych skandali literackich dwudziestolecia międzywojennego. Gałczyński napisał (podobno) pracę magisterską na temat nieistniejącego XVI-wiecznego poety angielskiego a Zbyszewski napisał pracę doktorską o człowieku jak najbardziej istniejącym - Julianie Ursynie Niemcewiczu. Doktoratu nie obronił ale nie ma się co dziwić, pewnie i dzisiaj nie zostałby przyjęty ale za to książka zyskała olbrzymią popularność, a po wojnie, z nimbem legendy zeszła do "podziemia" także dlatego, że autor przebywając na emigracji w Wielkiej Brytanii nie był entuzjastą powojennych porządków panujących w kraju.


Fenomen książki Zbyszewskiego polega na połączeniu obrazoburczej treści z pełną swady formą. To przebojowa interpretacja nie tyle życia tytułowego bohatera książki (choć to też) co historii Polski w okresie panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jeśli chodzi o same założenia, to nie ma co ukrywać, Zbyszewski nie był oryginalny - jego poglądy zbliżone są do krakowskiej szkoły historycznej, za to jeśli chodzi o ujęcie tematu - jak najbardziej. I to ona sprawia, że książka nie pozostawia czytelnika obojętnym bo przecież jakoś jednak się reaguje się na przykład na ocenę konfederacji barskiej, w której "Towarzysze w pancerzach, z rysimi skórami na barkach, obwieszeni medalikami i szkaplerzami, nieraz z bronią pradziadów w ręku, wierzyli święcie w zapewnienia ks. Marka, że w obronie dobrej sprawy wystarczy wyjść w pole - reszty dokona Matka Boska. Wychodzili więc dziarsko i z fantazją, widząc zaś, że Matka Boska nie rozprasza wrogów - rozpraszali się sami z żywą do Niej urazą, że tak się zaniedbuje w swych obowiązkach".

"Niemcewicz od przodu i tyłu"  stanowi druzgocącą, pełną pasji krytykę nie tylko polityki ale i ówczesnej polskiej obyczajowości.  Zapewne jest to uproszczony (ale chyba jednak nie aż tak bardzo) obraz epoki, przykrojony zgodnie z wizją i poglądami autora ale za to jakże barwny, smakowity i czasami ... aktualny. Kiedy czytałem, że "Piorunochrony znane już były na świecie, ale w Polsce więcej wierzono w świecę postawioną przed obrazem niż w kawałek drutu umocowany na dachu." przypomniał mi się inny równie dobry i wypróbowany sposób na ustrzeżenie się od pioruna. Otóż kilka lat temu otrzymałem od przyjaciół w prezencie skrzynię posagową pochodzącą z Kresów. Weszli w jej posiadanie przy okazji kupna domu od dawnych "repatriantów". W domu oprócz skrzyni zobaczyli też długą, drewnianą łopatę, jaką używa się do wyciągania chleba z pieca ale w domu nie było pieca chlebowego. Zapytali więc panie, od których nabywali dom, do czego służy ta łopata skoro nie ma pieca, na co usłyszeli w odpowiedzi, że to na wypadek burzy - wbija się ją wówczas na podwórku w ziemię, żeby piorun uderzył w nią a nie w dom.

Skoro takie obrazki możliwe były w Polsce pod koniec XX wieku, to co dopiero mówić o Polakach sprzed lat 200 z okładem. Zbyszewski nie zostawia na naszych antenatach suchej nitki zastrzegając przy tym - "ani mi w głowie "szarganie świętości". Lecz nie mogę ludzi, co doprowadzili Polskę do upadku, przedstawiać w korzystnym świetle. Bardzo wygodnie zwalać wszelkie nieszczęścia na zły los, fatum, sytuację międzynarodową - ale to nie przekonywujące. Jeśli zdechnie osioł - może istotnie to tylko pech, ale gdy ginie całe państwo, ktoś jednak jest temu winien." Dostaje się zresztą także i zewnętrznym wrogom Polski a opis zachowania Rosjan w czasie insurekcji kościuszkowskiej przypomina wypisz wymaluj ich "wyczyny" w czasie wojny 1920 r. i potem w czasie "wyzwalania" Polski.

Książka nie jest potępieniem wszystkiego i wszystkich w czambuł, choć kąśliwy język autora mógłby na to wskazywać. Tytułowy bohater, mimo uszczypliwości jakie spotykają go ze strony Zbyszewskiego bez wątpienia jest postacią z jego "bajki", podobnie oczywiście Kościuszko, czy Kiliński. Natomiast suchej nitki nie pozostawia Zbyszewski na Stanisławie Auguście Poniatowskim i na wszystkich tych, którzy prywatę i służbę Rosji przedłożyli ponad ojczyznę. Dostrzega też ożywcze próby naprawy Polski i jego zdaniem wcale nie były one zbyt późne, a ich niepowodzenie składa na karb niezdecydowania, niejednolitej postawy Polaków i błędów, które potrafiła wyzyskać Rosja.

"Niemcewicz od przodu i tyłu" jest książką bardzo "niewygodną", w tym sensie, że nawet uporawszy się, z bezpośrednim i dosadnym stylem wypowiedzi stanowiącym zaprzeczenie politycznej poprawności chyba we wszystkich tak dzisiaj wrażliwych dziedzinach (można zarzucić jej antysemityzm, seksizm, homofobię, antyklerykalizm etc. etc.) nie sposób zarzucić jej kłamstwa. Jest brawurową interpretacją faktów, których nikt skutecznie nie kwestionował. Zbyszewski to nie amator, któremu coś się wydaje, który coś kiedyś gdzieś słyszał albo pamięta, że kiedyś gdzieś coś czytał. Znamienna jest jego odpowiedź Marianowi Kukielowi, któremu wytyka ewidentną nieznajomość źródeł historycznych. Tak się podobno bowiem złożyło, że oponenci Zbyszewskiego oprócz tego, że nie zgadzali się z jego wizją historii nie bardzo potrafili wyjść poza, jak to zwykle bywa,  "nie bo ... nie".