Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka młodych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka młodych. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 stycznia 2017

Ucho od śledzia, Hanna Ożogowska

Usiłuję przekazać dziecku międzypokoleniową "pałeczkę czytelniczą" ale mam wrażenie, że jakoś słabo mi to idzie. Mój zawód i konsternacja jest tym większe, że wybieram swoje ulubione książki, crème de la crème z okresu kiedy sam zaliczałem się do "młodszej młodzieży". Tymczasem ich lekturze towarzyszą tzw. mieszane uczucia, sentyment miesza się z rozczarowaniem i poczuciem, że czas bardzo srogo i niesprawiedliwie obszedł się z tym co sprawiało kiedyś tyle przyjemności.. I nie inaczej jest z "Uchem od śledzia" i na nic zdała się nawet świadomość jego obecności na Liście Honorowej IBBY.


Niestety, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że zasadnicze kłopoty sześcioklasistów, pozostają ciągle takie same i sprowadzają się do tego jak przeżyć kolejny dzień w szkole bez strat zarówno w relacjach z rówieśnikami jak i "ciałem gogicznym" (jak pisał klasyk) oraz problemów "damsko-męskich" na miarę trzynastolatków, książka Ożogowskiej jest archaiczna. Tym czym przegrywa, to realia przełomu siermiężnych lat 50- i 60-tych.

Trudno dzisiaj sobie wyobrazić dziecku, że jazda windą w wieżowcu może być atrakcją (chyba że byłaby to winda w Pałacu Kultury i Nauki albo w Sky Tower), a telewizor i pralka z wyżymaczką (ciekawe, czy jakieś dziecko wie jeszcze, co to takiego?) były szczytem marzeń domowników. Albo cóż to za atrakcja - klaser na nalepki od zapałek?! Phi! O co chodzi z tą ekscytacją pomarańczami (przecież nikt, kto w nie żył w prlu nie wie, że rzucano je dwa razy do roku; przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem - tak przynajmniej było w spożywczaku na mojej ulicy) albo artykułami spożywczymi z zagranicy? Wycieczka do Czechosłowacji (co to w ogóle jest?), kiedy szkolne wycieczki za granicę nie są niczym nadzwyczajnym, też nie ekscytuje. Niestety, nawet interesujący pomysł by akcja rozgrywała się wśród sublokatorów przedwojennego "ostańca",  w mieszkaniu, w którym jest "trochę jak w teatrze, co pokój to inne przedstawienie, inni aktorzy i tyle nowych obserwacji" dzisiaj nie działa bo trudno dziecku wyobrazić sobie, że pięć obcych sobie rodzin musi korzystać z jednej toalety i łazienki i tej samej kuchni. Można powiedzieć, że na szczęście.

Niestety, to wszystko sprawia, że stają się niezbędne glosy do opisów realiów tamtych lat i "przykrywają" one naprawdę istotne problemy, których dotyczy "Ucho od śledzia", czego tu nie ma, choćby przemoc (fizyczna i psychiczna) i alkohol w rodzinie - nikt z bohaterów nie dziwi się, że matka bije Witka, to że Michał bije się z ojczymem też nikim specjalnie nie wstrząsa. Nad Agnieszką znęcają się psychicznie jej krewni - cóż, bywa. A, że konsekwencje spadają na ofiary a nie na sprawców, to cóż można na to poradzić? Ta tolerancja wobec przemocy w stosunku do dziecka sprawia, że zachowanie Michała wobec rówieśników i dorosłych staje się zrozumiałe. To prosty mechanizm obronny krzywdzonego dziecka, które widzi, że w jego świecie racja należy tylko do tych, którzy mają obrotny język, najlepiej poparty silną pięścią i którzy myślą tylko o sobie.  

Można by powiedzieć, że jak na to, co go w  życiu spotkało, główny bohater "Ucha od śledzia" i tak nie jest jeszcze taki zły. Bo cóż właściwie takiego robi - "odszczekuje się" dorosłym odmawiając im jednostronnego prawa wyrażania opinii na jego temat, "odwdzięcza się" im jak może na swój dziecinny sposób wykorzystując ich słabości. Mogło być znacznie gorzej. Nie mniej ważne jest ustalenie hierarchii w życiu szkolnym, także i tu wartości ze świata dorosłych sprawdzają się, choć młodzieńczy idealizm (by nie powiedzieć naiwność) stanowi dla skuteczną (w powieści) zaporę. Nie obyło się bez wątków feministycznych ale bez rewelacji, czyli kobiety gotują, piorą i sprzątają, tak jak było od początków świata "gdy Adam orał a Ewa przędła".

U mojego dziecka niestety "Ucho od śledzia" przegrało z Maleszki. Żałuję, bo darzyłem tę książkę wielkim sentymentem i tylko niewielkim pocieszeniem jest myśl, że być może po prostu się z nią pospieszyłem bo przecież zwyczaj noszenia przez chłopców dziewczynom teczek ze szkoły ciągle funkcjonuje (tak mi się przynajmniej wydaje) więc przyjdzie na nią jeszcze czas.  

niedziela, 20 listopada 2016

Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek, Hanna Ożogowska

Mimo, że książka Hanny Ożogowskiej wymaga dzisiaj opatrzenia glosami przeznaczonymi dla młodych czytelników bo realia życia codziennego lat sześćdziesiątych znacząco odbiegają od tego, z czym stykają się dzisiaj, poczynając już od tytułowych fajerek, to jednak trud się opłaca. To chyba pierwsza książką, którą tak bardzo emocjonalnie przeżywał mój syn, z niecierpliwością śledząc perypetie bohaterów. 


U mnie "Dziewczyna i chłopak", nie ukrywam też wzbudziła emocje, choć innego rodzaju. Byłem w lekkim szoku, jak powieść, w której, jak mi się wydaje, Hanna Ożogowska chciała zmierzyć się ze stereotypami ról jakie w społeczeństwie zajmują najpierw dziewczynki i chłopcy, a potem kobiety i mężczyźni, w gruncie rzeczy te role utrwala. I muszę przyznać, że jest to co najmniej irytujące i bardzo widoczne, zwłaszcza w postaciach dorosłych. 

Tu kobiety nie mają wiele (jeśli w ogóle coś) do powiedzenia, zdecydowanie nie są to szyje, które kręcą męskimi głowami. Dotyczy to zarówno rodziców głównych bohaterów, ich stryjostwa i ciotki (wiadomo, czym jest dom bez męża o ojca). Mężczyzna u Ożogowskiej to "car i bóg", który utrzymuje dom i któremu reszta rodziny usługuje, który sprawia wrażenie, że nawet nie bardzo wie gdzie jest kuchnia, bo przecież jedzenie i picie jest mu podsuwane pod nos. Tak było, tak jest i tak będzie, bo przecież rodzice Tosi i Tomka ten model utrwalają u swoich dzieci. Tosia pomaga mamie w domowych zajęciach, gdy tymczasem Tomek pełni rolę młodego trutnia. To wszystko jest dla dzieci oczywiste, nieletni Jastrzębscy wiedzą co do nich należy i gdzie jest ich miejsce. 

Taki układ sprawia, że dla Tosi przemiana w chłopca to szczyt możliwości zarówno fizycznych jak i psychicznych a dla Tomka to owszem trudność ale wymagająca tylko trochę więcej starań niż to z czym ma do czynienia na co dzień. Cóż zresztą w tym dziwnego, jego "przeciwnikami" są wiejskie dziewczynki i chłopcy, już na starcie "gorsi" od niego, bo jaka dziewczyna może równać się chłopakiem, a jakie wiejskie dziecko może rywalizować z wielkomiejskim "cwaniaczkiem". A Tosia? - cóż Tosia! - ona jeśli dorówna swoim stryjecznym braciom, to już osiąga sukces, a jeśli może komuś zaimponować, to co najwyżej wiejskim dziewczynkom opowieściami o wzorach i krojach sukienek, o czymś co jest poniżej ambicji normalnego chłopaka. Dla niej zmiana roli oznacza stały stan lękowy, wszystko jest dla niej wyzwaniem i na każdym kroku musi udowadniać, że nie jest gorsza, Tomek zaś na każdym kroku udowadnia, że jest lepszy. 

Na szczęście, mam przynajmniej taką nadzieję, nieletni czytelnicy tego nie dostrzegają. Dla nich wątki społeczne przykryte są przez przygodowy anturaż i "Dziewczyna i chłopak" pozostaną zabawną i emocjonującą historią perypetii, w które dzieci same się wpakowały, na własne życzenie komplikując sobie życie. 

sobota, 2 listopada 2013

Zapałka na zakręcie, Krystyna Siesicka

Wyraźnie przeceniłem swoje możliwości i błędem było z mojej strony zlekceważenie "Zapałki na zakręcie" ze względu na jej objętość. Mordowałem się z nią przez dwa dni. Dwa dni z powieścią, z którą powinienem się uporać w trzy godziny - oto co znaczy dla faceta czytanie "babskiej" książki.


Rozumiem teraz swój brak zachwytu, gdy pod wpływem ochów i achów koleżanek, skusiłem się na nią w szóstej czy siódmej klasie podstawówki. To dowód na to, że w czasie gdy chłopaki biegają po podwórku z patykiem w ręku udającym, w zależności od potrzeb, karabin albo miecz, dziewczyny zajęte są już "dorosłymi" tematami, bo "Zapałka na zakręcie" to w sumie książka nie dla dzieci.

Po niewielkich przeróbkach mogłaby to być - nie przymierzając - chociażby któraś z powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat, tej Hedwig Courths-Mahler czasów peerelu. Wystarczy trochę postarzeć bohaterów, nieco zmienić scenografię i gotowe. Styl, zatrącający o grafomanię mógłby pozostać bez zmiany - "Pierwszy raz byliśmy tak blisko siebie, z dala od ludzkich spojrzeń, zdani tylko na łaskę własnych instynktów. Pomyślałam o tym przymykając oczy. Poczułam każdy milimetr kwadratowy swojej skóry, ogarniające ciepło, oczekiwanie, zatrważająca świadomość obecności Marcina ... Była w tym wszystkim jakaś bezwzględność, bo nad żadnym z doznawanych wrażeń nie umiałam zapanować. Umiałam tylko pytać samą siebie bezładnie i uporczywie: czy to jest miłość? Czy to jest właśnie miłość?" by nie wspomnieć o wzruszeniu jakie dostarczył "dół jego twarzy pociemniały niewyraźnym jeszcze zarostem."

Taaaa ... ale co się dziwić, to w gruncie rzeczy, tak jak pisałem książka adresowana do pań, no może rzeczywiście dla młodszych pań, monotematycznie obracająca się wokół jednego. Jest coś w tym, gdy jedna z koleżanek głównej bohaterki mówi - "Swoją drogą, jakie my jesteśmy dziwne! (...) Jak nam coś dają, to nie bierzemy, a jak tylko napotykamy trudności, zaraz ogarniają nas mordercze apetyty. Nawet gdybyśmy miały zwymiotować po konsumpcji." A podwójna perspektywa z jakiej czytelnik śledzi losy pogmatwanego związek Mady i Marcina takie wrażenie tylko wzmacnia.

Jedynym problemem dziewczyny jest jak złapać chłopaka a następnie związek skomplikować na wszelkie możliwe sposoby. O ile dla Marcina jest on jednym z elementów jego życia, to w jej przypadku, w sumie nie ma niczego innego (może oprócz incydentu z niedoszłym do skutku spotkaniem z ojcem). Przy okazji rzuciła mi się w oczy trwałość kalki w postrzeganiu mężczyzn widocznej w powieści. Mada przerzuca na swój związek opinię o ojcu. Coś zbliżonego mogłem zobaczyć w niedawno przeczytanym "Bambino" Iwasiów a przecież obie książki dzieli ponad 40 lat.

Jest też "Zapałka na zakręcie" dokumentem swoich czasów, bo mamy tam "kolektyw biblioteczny", szkolną klasę, która jest "komórką społeczną" i kieruje "akcją do walki z chuligaństwem na terenie (...) liceum i w ten właśnie sposób włącza się do akcji ogólnopaństwowej!". Miałem szczęście, że nie chodziłem do niej, bo jej sąd nad Marcinem, jako żywo, przypomina osławione krytyki przeprowadzane na posiedzeniach organizacji partyjnych, a już "wisienką na torcie" jest kapitan milicji w roli "wujka dobra rada".

Mimo, że zdecydowanie wolę powieści Niziurskiego, to jednak muszę oddać Siesickiej sprawiedliwość. Owszem jej książka nie jest adresowana do chłopaków i muszą wykazać się oni nie lada cierpliwością przy jej lekturze, ale nie jest to książka ani nudna (może z wyjątkiem początkowych partii) i wierzę, że dla dziewcząt mogła być zajmująca.

niedziela, 20 października 2013

Diossos, Witold Makowiecki

Pominąłem tą książkę w plebiscycie Beznadziejnie Zacofanego w Lekturze tylko przez pomyłkę. Po prostu nie sądziłem, że została napisana w okresie Polski Ludowej, bo jakoś dziwnie współgrała mi z przedwojenną "Starożytnością bajeczną" Zielińskiego, o której pierwszy raz usłyszałem w innej znanej swego czasu powieści dla młodzieży - "Chłopcach ze Starówki" Haliny Rudnickiej.  


Trudno - stało się, "Diossos" co prawda stracił swoją szansę na przypomnienie w plebiscycie więc nie pozostało mi nic innego jak próba nadrobienia przeoczenia ponieważ książka Witolda Makowieckiego z pewnością zasługuje na przypomnienie. To ciąg dalszy "Przygód Meliklesa Greka" ale obie książki da się czytać niezależnie od siebie, zresztą "Diossos" chwilami nawiązuje do pierwszej części, bardzo treściwie ją streszczając.

Wartka akcja toczy się w czasach starożytnej Grecji, tuż po zakończeniu rządów Solona,  a jej głównym motywem są perypetie chłopca starającego się o uwolnienie swojej uwięzionej podstępnie rodziny. Jest jednak także wątek miłosny (coś dla dziewczyn) i spotkanie z piratami.

Ci, którzy spodziewają się natknąć w trakcie lektury na miejsca znane z turystycznych wycieczek mogą poczuć się zawiedzeni, bo co prawda część historii rozgrywa się w Koryncie a właściwie w Istmii, to ta nie dość, że leży kawałek od szlaku turystycznego, to w dodatku nie ma tam nic godnego specjalnej uwagi. Zresztą Makowiecki pomija materialne ślady kultury Hellenów, bardziej koncentruje się na relacjach, nazwijmy to społecznych - problemie niewolnictwa, kolonizacji prowadzonej przez państwa-miasta, czy igrzyskach. Te "encyklopedyczne" wątki są podane bardzo strawnie i nienachalnie, nie zakłócając opowieści o dramatycznych losach chłopcach.

A ta na prawdę jest godna uwagi, nie dość że wciągająca, chwilami wzruszająca (epizod, w którym tytułowy bohater płynie na statku pirackim) to jeszcze dająca przedsmak nieuchronności zemsty bogów - "Przysięgam na Zeusa, Aresa, na wielką macierz bogów, na Posejdona i Hefajstosa, na pamięć ojców i dziadów, że ratować będę przyjaciela mego Diossosa do ostatniego tchu, do śmierci, i ratować będę do ostatniego tchu, do śmierci, i ratować będę tych, których kochał, do ostatniego tchu, do śmierci. Gdybym nie dotrzymał tej przysięgi albo zawahał się, albo cofnął - niech Hades pochłonie mnie i niech rozszarpią mnie erynie. Przysięgłem. Zeus słyszał." Na szczęście przysięga została dotrzymana - bogowie nie musieli ingerować w losy śmiertelników - i wszystko skończyło się dobrze.

Wiadomo, że dobrą książkę poznać po tym, czy przetrzymała próbę czasu - "Diossos" przetrzymał.

środa, 18 września 2013

Plama na złotej puszczy, Bolesław Mrówczyński

Ciągnie mnie jakoś do książek z dzieciństwa. Niby wiem, że "było - minęło" i czasami niewiele albo zgoła wcale nie można się w nich doszukać "wartości dodanej" ale mają one dla mnie jakiś magnetyczny urok. Niekiedy jednak lepiej do nich nie wracać bo powrót po latach sprawia, że urok ten pryska jak bańka mydlana. Tak niestety stało się z "Plamą na złotej puszczy".


Kiedy czytałem ją po latach byłem zaskoczony tym, jak silnie pobrzmiewa tam frazeologia kojarząca się z partyjnymi zebraniami. A przecież po pierwszym wydaniu, które ukazało się w 1958 r., w czasie gdy literatura miała najgorsze za sobą, następne bodajże z 1962 r. było już zmienione. Aż strach pomyśleć jak w takim razie wyglądała pierwotna wersja powieści skoro w edycji Biblioteki młodych "zbrodnią" jest zniszczenie ogrodzenia szkółki leśnej, a prokurator z opisu kojarzyć się może z opiewanymi w wierszach "towarzyszami z bezpieczeństwa". Do tego dochodzi paternalistyczno-dydaktyczny ton, przy którym mentorstwo Zbigniewa Nienackiego w przygodach pana Samochodzika, to koleżeńskie uwagi.  

Ciekawiej prezentuje się tematyka - harcerska drużyna styka się z jednym z istotniejszych powojennych problemów społecznych wynikającym z przymusowych migracji ludności i mającym swoje źródło w regionalizmie. W "Plamie na złotej puszczy" jest to oczywiście, biorąc pod uwagę "grupę targetową", do której jest adresowana powieść, wariant uproszczony konfliktu migranci - autochtoni, choć w rzeczywistości różnice te były znacznie głębsze i także wśród przybyszy widoczny był podział na tych z  centralnej Polski i tych zza Buga. U Mrówczyńskiego zaś mimo, że w mazurskiej wsi, umieszcza pełną paletę przyjezdnych takich podziałów już nie widać.

Zresztą konflikt, w którym przybysze szykanują autochtona, Mazura, członka Związku Polaków w Niemczech uważając go za Niemca (relacja ta widoczna jest także w stosunkach między dziećmi, choć nie ma już tu mowy o tak ostrej wrogości) pisarz pokazuje w sposób budzący lekką konsternację. Można odnieść bowiem wrażenie, że o ile wrogość wobec Mazura, który czuje się Polakiem należy potępić, to już wobec tego, który czuł się Niemcem niekoniecznie. To jakby naturalny odruch i przejaw odpowiedzialności zbiorowej - skoro przyczyną wojny i wynikających stąd nieszczęść byli Niemcy, to czas najwyższy by sami poczuli jak one smakują. I nie ma tu nic do rzeczy logika i spostrzeżenie, że to przecież nie Niemcy lecz Rosjanie zmusili już po wojnie Polaków "zza Buga" do opuszczenia własnych domów.

W takich okolicznościach, nie dziwi już, że Sowiróg z "Dzieci Jerominów" Ernsta Wiecherta jest dzisiaj tylko miejscem na mapie. W "Plamie na złotej puszczy" wszystko jednak dobrze się kończy, sprawiedliwość wygrywa, a uświadomieni przez harcerzy mieszkańcy wsi zrozumieli swój błąd i starają się go naprawić.

Nie wiem, jaki dzisiaj jest obraz harcerstwa, ten odmalowany przez Bolesława Mrówczyńskiego jest kwintesencją tego, z czym kojarzyło mi się ono w dzieciństwie - to połączenie samodzielności, altruizmu, gotowości niesienia pomocy innym i sprawności w dodatku "w pięknych okolicznościach przyrody" i to jest najjaśniejszy punkt książki, choć chyba nie aż tak jasny by sprawić, że książka wróci do łask. 

poniedziałek, 9 września 2013

Chłopiec z Salskich Stepów, Igor Newerly

Nie będę ukrywał, po "Chłopca z Salskich Stepów" sięgałem mocno uprzedzony bo niejasne wspomnienie jego lektury jeszcze w czasach podstawówki i pamięć "opus magnum" Newerly'ego - "Pamiątki z Celulozy" nie były najlepszymi rekomendacjami.


Co prawda okazało się, że nie było tak strasznie jak się sądziłem ale jednak moje obawy nie były bezpodstawne. Sporo tu smaczków z gatunku zafałszowań i przemilczeń, które dopiero dzisiaj widać z całą ostrością. "I smieszno i straszno" może się zrobić, gdy czyta się, jak to kwaterując dwadzieścia miesięcy u polskiej rodziny w Białymstoku, pewnie już w 1939 roku, radziecki oficer obiecuje wnuczce gospodyni, że uwolni jej ojca z niemieckiego oflagu, choć Rosjanie byli wówczas w niezłej komitywie z Niemcami, czy jak to uczył się od dziecka języka polskiego i próbował czytać "Żywe kamienie". Cóż za humanista, który w marzeniach był "wodzem armii rewolucyjnej na barykadach Nowego Jorku", którego "odurzyło (...) słowo krzepiące, słowo wiążące: "towarzyszu" ...". 

Równowagą dla tych andronów miało być chyba odwołanie się do polskiego katolicyzmu, bo w swym opowiadaniu Diergaczow co rusz wspomina Matkę Boską. Nie wypada też nie wspomnieć o przemyconej przez Newerly'ego pamięci wojny 1920 r. bo tylko o nią może chodzić we wspomnieniu męża gospodyni, u której ukrywał się tytułowy bohater - "po tym listopadzie [1918 roku] były różne pułki, fronty, boje, szpitale, dwie rany, dwa krzyże i jedna paka".

W sumie nawet nie wiadomo dlaczego ma to być książka dla dzieci i młodzieży skoro jej bohaterem jest, wbrew tytułowi, nie chłopiec lecz dorosły człowiek. Jego dzieciństwu i młodzieńczemu wiekowi poświęcona jest niewielka część książki jako żywo kojarząca się w tych partiach z "Poematem pedagogicznym" Makarenki. Dzisiaj zresztą książka pewnie nie byłaby uznana za zbyt pedagogiczną niezależnie już od historycznego fałszu. Z punktu politycznej poprawności raczej nie do przyjęcia byłaby wzmianka o "murzyńskich ustach" jako dopełnieniu brzydoty albo "rumuńskim niechlujstwie". Ale wątpliwość, o której wspomniałem, oczywiście jest tylko pozorna bo książka pisana jest prostym, przystępnym językiem, okraszonym mądrościami, w stylu, który rozwinął potem Janusz Przymanowski w "Czterech pancernych i psie", gdzie wojna jest pasmem przygód niezłomnego głównego bohatera i nie ulega wątpliwości, że adresowanym właśnie do młodego czytelnika.

Zresztą nie się co dziwić. W końcu "Biblioteka młodych", w której "Chłopiec z Salskich Stepów" został wydany obejmowała książki, które "zostały napisane w Ludowej Polsce" i siłą rzeczy musiały się znaleźć w niej i takie "dzieła".

środa, 4 września 2013

Gruby. Aleksander Minkowski

Znajomość z "Grubym" Aleksandra Minkowskiego zacząłem od końca, czyli od przypadkowo obejrzanego jednego z odcinków serialu nakręconego według jego książki. W porównaniu z "Samochodzikiem i templariuszami" czy "Podróżą za jeden uśmiech" i "Wakacjami z duchami" co prawda wypada on "tak sobie", nie mniej jednak daje się go oglądać. Minkowski miał zresztą szczęście do X muzy. Lubiłem zwłaszcza jego obraz Polski prowincjonalnej w "Układzie krążenia" a i pierwszy odcinek "07 zgłoś się" i "Szaleństwa Majki Skowron" można obejrzeć także i dzisiaj bez wielkich wewnętrznych wzdragań, choć już przy "Dyrektorach" mogą rozboleć zęby.  


Tematyka "Grubego" jak na blisko półwiekową książkę dla dzieci i młodzieży jest dzisiaj zaskakująco trendy. To opowieść o odrzuceniu i inności oraz potrzebie akceptacji. Pewnie każdy w szkole w jakiś sposób z tym problemem się zetknął, choćby jako jego świadek. A nie daj Boże, jeśli ktoś miał nieszczęście być rudy, gruby, nosić okulary to zapewne nie raz usłyszał z tego powodu złośliwe przytyki.

W książce Minkowskiego nie ma modnego sztafażu i ideologicznego zadęcia tylko zranione uczucia chłopca niemogącego pogodzić się z odrzuceniem z powodu swej tuszy. Pisarz pokazuje zresztą różne "pola", na których występuje wykluczenie; jest więc niemieckie dziecko, na którym po swojemu bierze "odwet" jego polski rówieśnik, kaleki chłopiec, no i tytułowy bohater oraz całą gama dziecięcych postaw; od szykan do współczucia. A że główny bohater chodzi do siódmej klasy więc pojawiają się też nieśmiało pierwsze "kłopoty sercowe".

To wszystko w przygodowym sztafażu: dywersji Werwolf'u i tajemnicy dawnego klasztoru zamienionego w szkołę, w której piwnicach szabrownicy ukryli m.in. ukradzione z miejscowego muzeum obrazy (przy tej okazji pojawia się chyba obowiązkowy punkt książek dla młodzieży tamtych lat - encyklopedyczne wiadomości - w tym przypadku poświęcony malarstwu Gauguin'a). Nie obyło się bez wpadek bo dowiadujemy się, że klasztor w stylu gotyckim zbudowany został w ... XVII wieku. Choć to nic w porównaniu z tym, kiedy w pierwszym, zresztą autobiograficznym rozdziale, z przejmującymi opisami doznawanego przez dziecko głodu, czytamy, że gdy żołnierze radzieccy prowadzili bohaterskie boje z hitlerowskim najeźdźcą, to m.in. lekarze i inżynierowie rąbali drzewo w tajdze na potrzeby frontu, co aż prowokuje do postawienia pytania, skąd oni się tam wzięli i dlaczego ich umiejętności nie były wykorzystywane w szpitalach i fabrykach. Takich ideologicznych wstawek jest zresztą trochę - nie obyły się bez nich nawet wykopki, choć za moich czasów były to już tylko wykopki a nie solidarność z głodującymi mieszkańcami miast.

Trudno oczywiście uniknąć porównania książki i filmu, którego niewątpliwym atutem są plenery Mieroszowa i który tylko w ogólnym zarysie trzyma się swojego literackiego pierwowzoru (w książce nie ma m.in. scen z jeziorem, poszukiwanie skarbu jest motywem drugo-, jeśli nie trzeciorzędnym, znacznie naturalniej następuje akceptacja Maćka). Wydaje mi się, że to książka z tej konfrontacji wychodzi zwycięsko jako że daje pełniejszy obraz dziecięcych uczuć, które także dzisiaj, nawet dla dorosłego czytelnika pobrzmiewają zadziwiająco poważnie.