"Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong" to jedno z tych pierwszych zdań powieści, które przechodzą do historii literatury i nic dziwnego. Nie wiem, czy ktoś oparł się aurze jaką roztacza Blixen w swojej najsłynniejszej książce. Ja nie, ale jednocześnie byłem ciekaw, jak tam na prawdę było z tą Karen, bo z biografii Brennecke i Liauta wyglądało na to, że nie było wcale tak pięknie jak by to wynika z "Pożegnania z Afryką". Co innego jednak opinie innych a co innego możliwość samodzielnego wyrobienia sobie zdania. I tak doszedłem do listów Blixen pisanych w czasie jej pobytu w Afryce przede wszystkim do brata, matki i ciotki.
Czy dają one jej prawdziwy obraz pewnie też nie do końca nie wiem, zapala się bowiem czerwona lamka, gdy w liście do brata, Karen przed odwiedzinami matki, pisze - "ponieważ znalazłam się tak daleko, nie mogłam jej rozczarować, a w listach tak łatwo dawałam jej to, czego oczekiwała, nie dopuszczając do całej reszty swojego życia". Skąd więc mamy być pewni, że innych dopuszczała do swojego życia? I wydaje mi się, że ta wątpliwość powinna pobrzmiewać w czasie lektury jak memento.
Z listów Blixen wyłania się jej "dynamiczny" obraz, który nie jest ani jednoznaczny ani niezmienny ale zmian, które w nich widać nie nazwałbym rozwojem. Gdy czyta się jej feministyczne wywody dotyczące małżeństwa, stanowiska kobiet czy rodzicielstwa trudno nie odnieść wrażenia, że stanowią one w dużej mierze dorobienie ideologii do jej osobistej sytuacji, w której się znalazła, bo jak inaczej traktować wyznania w rodzaju "osobiście nie pragnęłabym niczego bardziej, niż podporządkować się mężczyźnie, którego podziwiam" czy "bardzo chciałabym wyjść za mąż i jestem już zmęczona ciągłą codzienną samotnością", podczas gdy mąż się z nią rozwiódł a kochanek ani myślał o dzieciach i małżeństwie.
Chwilami wychodzi z niej czystej wody snobka, jak wówczas gdy pisze, że "warto było mieć syfilis, żeby zostać "baroness"", której życie w konkubinacie ma się nijak do wywodów o niezależnośc kobiet, ponieważ jej dom staje się dla Denysa Finch-Hattona hotelem all inclusiv w najszerszym tego słowa, do którego wpada kiedy chce i na ile chce, czasami zresztą w towarzystwie. Zaskakujące, że inteligentna kobieta tego nie dostrzega a jedyne refleksje z takich wizyt, to wspomnienia chwil szczęścia. Jej szczęścia. Finch-Hatton zapewne tak szczęśliwy nie był skoro ponad jej towarzystwo i wspólnotę myśli, przedkładał polowania z innymi a w końcu i tak porzucił Karen na rzecz młodszej. można być zszokowanym, że nadal go przyjmuje w swoim domu i cieszy się z jego obecności. Jakiś bardzo teoretyczny jest ten feminizm Blixen.
Karen jest postacią przegraną i to przegraną na całej linii - "nie pocieszaj mnie, mówiąc, że już "coś osiągnęłam" i że nie wystawiam na próbę cierpliwości bliźnich etc. - to najgorsze, co możesz powiedzieć, kiedy sama wiem, jak się sprawy mają, i że naprawdę dzieje się ze mną to, co powszechnie nazywa się pójściem na dno". I choć usiłuje bronić bilansu lat spędzonych w Afryce i swojego życia, "ta farma czy też tutejsze środowisko to jedyne, co osiągnęłam w życiu, i osobiście uważam, nie biorąc pod uwagę finansowej strony tego przedsięwzięcia, że ma to swoją wartość" , to trudno tej obrony nie traktować z rezerwą biorąc pod uwagę, że to właśnie dzięki "finansowej stronie przedsięwzięcia" opierającej się wieloletniej hojności rodziny, Blixen zawdzięczała możliwość pobytu w Kenii.
Nawet ta harmonia życia z "tamtejszym środowiskiem", tubylcami i przyrodą, nabiera chwilami specyficznego kształtu jeśli się zważy, że umierającym z głodu dzieciom poświęca w jednym z listów znacznie mniej miejsca niż żalowi po zaginionym psie, i ciągnął się za nią długi, krwawy szlak zabitych zwierząt, jako że polowania nalały do jej ulubionych rozrywek.
Nie wiem, czy lepiej jest czytać "Listy ..." Blixen przed, czy po "Pożegnaniu z Afryką" i bądących jego kontynuacją "Cieniach na trawie". I tak źle, i tak niedobrze, ale na pewno warto.
Z listów Blixen wyłania się jej "dynamiczny" obraz, który nie jest ani jednoznaczny ani niezmienny ale zmian, które w nich widać nie nazwałbym rozwojem. Gdy czyta się jej feministyczne wywody dotyczące małżeństwa, stanowiska kobiet czy rodzicielstwa trudno nie odnieść wrażenia, że stanowią one w dużej mierze dorobienie ideologii do jej osobistej sytuacji, w której się znalazła, bo jak inaczej traktować wyznania w rodzaju "osobiście nie pragnęłabym niczego bardziej, niż podporządkować się mężczyźnie, którego podziwiam" czy "bardzo chciałabym wyjść za mąż i jestem już zmęczona ciągłą codzienną samotnością", podczas gdy mąż się z nią rozwiódł a kochanek ani myślał o dzieciach i małżeństwie.
Chwilami wychodzi z niej czystej wody snobka, jak wówczas gdy pisze, że "warto było mieć syfilis, żeby zostać "baroness"", której życie w konkubinacie ma się nijak do wywodów o niezależnośc kobiet, ponieważ jej dom staje się dla Denysa Finch-Hattona hotelem all inclusiv w najszerszym tego słowa, do którego wpada kiedy chce i na ile chce, czasami zresztą w towarzystwie. Zaskakujące, że inteligentna kobieta tego nie dostrzega a jedyne refleksje z takich wizyt, to wspomnienia chwil szczęścia. Jej szczęścia. Finch-Hatton zapewne tak szczęśliwy nie był skoro ponad jej towarzystwo i wspólnotę myśli, przedkładał polowania z innymi a w końcu i tak porzucił Karen na rzecz młodszej. można być zszokowanym, że nadal go przyjmuje w swoim domu i cieszy się z jego obecności. Jakiś bardzo teoretyczny jest ten feminizm Blixen.
Karen jest postacią przegraną i to przegraną na całej linii - "nie pocieszaj mnie, mówiąc, że już "coś osiągnęłam" i że nie wystawiam na próbę cierpliwości bliźnich etc. - to najgorsze, co możesz powiedzieć, kiedy sama wiem, jak się sprawy mają, i że naprawdę dzieje się ze mną to, co powszechnie nazywa się pójściem na dno". I choć usiłuje bronić bilansu lat spędzonych w Afryce i swojego życia, "ta farma czy też tutejsze środowisko to jedyne, co osiągnęłam w życiu, i osobiście uważam, nie biorąc pod uwagę finansowej strony tego przedsięwzięcia, że ma to swoją wartość" , to trudno tej obrony nie traktować z rezerwą biorąc pod uwagę, że to właśnie dzięki "finansowej stronie przedsięwzięcia" opierającej się wieloletniej hojności rodziny, Blixen zawdzięczała możliwość pobytu w Kenii.
Nawet ta harmonia życia z "tamtejszym środowiskiem", tubylcami i przyrodą, nabiera chwilami specyficznego kształtu jeśli się zważy, że umierającym z głodu dzieciom poświęca w jednym z listów znacznie mniej miejsca niż żalowi po zaginionym psie, i ciągnął się za nią długi, krwawy szlak zabitych zwierząt, jako że polowania nalały do jej ulubionych rozrywek.
Nie wiem, czy lepiej jest czytać "Listy ..." Blixen przed, czy po "Pożegnaniu z Afryką" i bądących jego kontynuacją "Cieniach na trawie". I tak źle, i tak niedobrze, ale na pewno warto.


