Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mann. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 czerwca 2014

Czarodziejska góra, Tomasz Mann

Hans Castorp przyjechał tam w odwiedziny do swego kuzyna na trzy tygodnie - został siedem lat i gdyby nie wojna, zostałby pewnie dłużej, a skoro tak, to rzeczywiście mogłoby się wydawać, że Międzynarodowe Sanatorium "Berhof" w Davos to czarodziejskie miejsce, jak sugeruje sam tytuł powieści Manna ale moim zdaniem, to nieporozumienie.


Jednak "Berghof" jest tylko miejscem takim jak każde inne  i nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego może oprócz tego, że położony jest wysoko w górach, i na dobrą sprawę nawet nie wiadomo, czy klimat jaki tam panuje ma tak dobroczynne właściwości jak zapewniają foldery reklamowe sanatorium bo pacjenci padają tu jak muchy i nie jest wykluczone, że przypadki wyzdrowień, które mają miejsce "tu na górze" nie miałyby miejsca także "tam na dole". Czarodziejską górę tworzą od początku do końca ludzie; personel który stworzył reguły obowiązujące w sanatorium i pilnuje ich przestrzegania oraz goście, którzy się im z mniejszą lub większą skrupulatnością podporządkowują.

W gruncie rzeczy mamy do czynienia z oszustwem i mistyfikacją, w której pacjenci mieszkają "tuż obok konających i największego cierpienia i męki", lecz są oszczędzani i chronieni, by "broń Boże z tym wszystkim się nie zetknęli i nic z tego nie zobaczyli", a jednocześnie "prowadzą próżniacze życie i roszczą sobie jeszcze pretensje do współczucia, sądzą, że mają prawo do goryczy, do ironii, do cynizmu!" "domagali się szczególnych praw i w głębi duszy dumni byli ze swego paktu z losem, dającego im, w zamian za radości i troski ludzi z nizin, życie mało aktywne, ale za to całkowicie pomyślne, łatwe, przyjemne i tak beztroskie, że zatrzymujące czas w jego biegu".

Kwintesencją tej postawy jest główny bohater, Hans Castorp, który "królując snuł sobie myśli o duchowych cieniach rzeczy, ale na rzeczy same nie zwracał uwagi, gdyż pycha kazała mu brać cienie za rzeczy, a w rzeczach widzieć tylko cienie." A trzeba przyznać, że Castorp miał o czym myśleć, bo przecież "człowiek nie żyje wyłącznie swoim życiem osobistym, jako jednostka, ale świadomie lub nieświadomie, również życiem swojej epoki i swojego pokolenia" a jednocześnie tak się zdarzyło, że o jego duszę toczą spór Naphta i Settembrini. Zwłaszcza ten pierwszy zasługuje na uwagę. To postać, wypisz wymaluj, z powieści Dona Browna nie dość że Żyd z Kresów, to jeszcze jezuita i to o paskudnym charakterze a jego interlokutorem i mentorem Castorpa jest mason, o zgrozo. Spór tych dwóch ludzi to zderzenie zasad, które pretendują do kierowania światem "siła i prawo, tyrania i wolność, przesąd i wiedza, konserwatyzm i wieczny ferment postępu" i Settembrini wierzy, że "Europa umiejąca strzec swych wiecznych dóbr przejdzie spokojnie ponad proletariackimi apokalipsami, które sobie ten i ów roi, do porządku dziennego wyznaczonego przez klasyczny rozsądek".

Ale choć Naphta popełnia samobójstwo i tym samym ustępuje placu Settembriniemu i jego teoriom, okazuje się, że to on miał rację. Dziwnie profetycznie zważywszy, że książka ukazała się w 1924 roku a jednocześnie drwiąco w świetle doświadczeń II wojny światowej pobrzmiewa jego wizja, w której "zniszczenie ciała w żarze ognia - jakaż to czysta, higieniczna, pełna godności, a nawet wręcz heroiczna koncepcja w porównaniu z tą, która pozostawia ciało własnemu rozkładowi i asymilacji przez niższe organizmy!" Zresztą nawet nie trzeba sięgać w przyszłość w stosunku do czasu, w którym rozgrywa się akcja powieści (lata 1907-1914) bo na pierwszy dźwięk wojny cała magia czarodziejskiej góry prysła jak bańka mydlana a humanizm, o którym Nephta mówił, że "dziś jest on już anachronizmem, niesmacznym pseudoklasycyzmem, duchową nudą, wywołującą ziewanie. (...) Tylko z radykalnego sceptycyzmu, z moralnego chaosu zrodzi się bezwzględny, święty terror, którego domaga się nasza epoka" zginął w okopach I wojny światowej.

Dzisiaj spory Settembriniego i Naphty mocno zwietrzały, zresztą pisarskie filozofowanie to mocno ryzykowne przedsięwzięcie by przypomnieć tylko banialuki Tołstoja, który widział w kolei ... źródło upadku a które skojarzyły mi się nie bez przyczyny bo Mann akurat zajmuje przeciwny pogląd "Technika, mówił, coraz bardziej podporządkowuje sobie naturę, ujarzmia ją dzięki łączności, którą stwarza, budując sieć dróg i telegrafów, przezwycięża różnice klimatów i jest najpewniejszym środkiem wzajemnego zbliżania ludów, pomaga im we wzajemnym poznawaniu się, wyrównuje dzielące jej przepaści, burzy przesądy i prowadzi do ogólnego zbratania." Nic w tym jednak dziwnego bo Mann należał do kultury europejskiej, podczas gdy Rosjanie to dla niego już kultura azjatycka.

Ale spory które targają epoką i których przedmiotem jest dusza Castorpa w pewnym momencie zepchnięte są na ubocze przez rzecz znacznie ważniejszą dla młodego człowieka - miłość, choć nie osiąga ono ostatecznego stadium w którym "miłość jest niczym, jeśli nie jest szaleństwem, jeśli nie jest absurdem, zakazanym owocem i przygodą w krainie zła. W przeciwnym razie jest czymś przyjemnym i banalnym, jest odpowiednim tematem spokojnych piosenek na równinie". Owszem jest w niej zakazany owoc widoczny w niedwuznacznym biseksualizmie głównego bohatera Hansa Castorpa i zachwytach nad niewidzianym przez niego śródziemnomorskim krajobrazem, który budzi skojarzenia ze słynnymi fotografiami Wilhelma von Gloedena z Taorminy. Z drugiej strony wszystko to nie wychodzi poza niewinną sferę westchnień, spojrzeń i trzymania za rękę.

Miarą nudy i oparów absurdów unoszących się nad tą jakoby czarodziejską górą, a z naszego punktu widzenia niewątpliwą ciekawostką zawartą w książce, jest polski akcent osnuty wobec autentycznych zatargów o jakoby naruszoną cześć kobiecą żony Stanisława Przybyszewskiego, Jadwigi (w powieści to pani Żuławska). Historię "polskiego piekiełka" czyta się z szeroko ze zdumienia otwartymi oczami i nie ma się co dziwić Castorpowi, że ten z trudem powstrzymywał się by nie parsknąć śmiechem gdy ją poznawał.
Dzisiaj po sanatorium "Berghof" już od dawna nie ma śladu, z jednej strony szkoda bo nie można już posmakować atmosfery miejsca, w którym rozgrywała się akcja jednej z najważniejszych powieści XX wieku, z drugiej może to i dobrze jeśli pamięta się ostrzeżenie, którego nie posłuchał Castorp - "niech pan unika tego bagna, tej wyspy Kirke, na której nie może pan bezkarnie zamieszkać, bo jest pan na to za mało Odyseuszem", skazując się na życie namiastką życia. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Buddenbrookowie, Tomasz Mann

Co prawda miałem w planach przeczytać wreszcie słynnego "Lamparta" Tomaso di Lampedusy ale że "diabeł ogonem go przykrył" a w pamięci jeszcze miałem Buddenbrooka z "Effi Briest" więc zdecydowałem się odświeżyć sobie powieść Manna, tym bardziej, że Ida Jungmann której, niedaleko do Rozwity z powieści Th. Fontane pochodziła z Kwidzyna, a stąd już tak niedaleko do mojego rodzinnego miasta. Nawiasem mówiąc Kwidzyn, wbrew temu co pisał Mann, nie leżał w Prusach Wschodnich tylko Zachodnich. 


Po raz pierwszy z historią rodziny Buddenbrooków zetknąłem się jeszcze w licealnych czasach, a niedoczytawszy podtytułu byłem mile zaskoczony, gdy po skończonej lekturze zorientowałem się, że moje odczucia zgodne są z tym, co Mann zapisał w nim "czarno na białym". To książka nostalgiczna (jest tak znana, że jej treści nawet nie wypada referować), która opiewa świat, jaki odchodzi. Gdy pisał o Lubece, której nazwa nigdzie w powieści nie pada  (cóż to za memento dla tych, którzy dzisiaj epatują czytelników swoimi książkami w stylu "retro") świeża jeszcze była pamięć miasta, takiego jak wyglądało przed wojną 1870 r. Ale to nie o miasto tu chodzi lecz o epokę i ludzi, którzy ją symbolizują.

Co takiego się stało, że kilka wieków powolnego wspinania się na szczyty drabiny społecznej w ciągu jednego, tak na prawdę, pokolenia zostało obrócone wniwecz? Czy musiało do tego dojść? Oj, nie udały się dzieci Janowi Buddenbrookowi młodszemu; Tonia - wyniosła i infantylna aż do granic głupoty, Klotylda - dewotka, Chrystian - hipochondryk i enfant terrible. Nie miał szans Tomasz Buddenbrook podołać wyzwaniom nowych czasów z takim "wsparciem" ze strony rodziny. A do tego jeszcze żona - wyobcowana i daleka od przyziemnych spraw domu handlowego "Jan Buddenbrook". Nie miał szans - szkoda. Miał swoje wady ale ucieleśniał też pamięć dawnych, dobrych czasów gdy czas płynął wolniej, a których synonimami była stałość i mieszczańska solidność budząca zaufanie. Nie da się ukryć, że to epoka naznaczała ludzi na całe życie, tak jak Tonię, która ponosiła konsekwencje sprzeniewierzenia się głosowi serca i przedłożenia ponad niego "interesu" rodziny. Tak zresztą jak samego Tomasza Buddenbrooka opętanego poczuciem odpowiedzialności za wszystko, które przerodziło się w godną politowania pedanterię. Skazany był na klęskę oglądając się do tyłu i mając poczucie bagażu tradycji. Dzisiaj też by sobie nie poradził - nie dla niego czasy, w których rozróżnia się etykę i etykę businessu, które mają się do siebie tak jak Kant do kanciarzy, choć gwoli ścisłości jak wiadomo Tomasz czytał "Świat jako wolę i przedstawienie" urodzonego w Gdańsku Arthura Schopenhauera. Tak czy inaczej czasy, w których coś słowa, zasady i tradycja ważyły - odeszły.

Czy coś się stało? Miasto żyło przed Buddenbrookami i żyło po nich. Tak jak oni zamieszkali w czyimś domu tak i w ich domu zamieszkano. Było minęło, c'est la vie ... . A jednak czegoś żal, żal świata który był i bezpowrotnie odszedł w przeszłość wraz z Tomaszem Buddenbrookiem. Szkoda, że nigdy się nie dowiemy co się stało z panem Pfühlem, którego wywody na temat muzyki Albert Schweitzer mógłby wykorzystać w swojej biografii Jana Sebastiana Bacha, i czy miał powody do niepokoju Tomasz Buddenbrook gdy przedłużała się cisza w pokoju jego żony, w czasie gdy odwiedzał ją porucznik von Troth. Szkoda.