poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Buddenbrookowie, Tomasz Mann

Co prawda miałem w planach przeczytać wreszcie słynnego "Lamparta" Tomaso di Lampedusy ale że "diabeł ogonem go przykrył" a w pamięci jeszcze miałem Buddenbrooka z "Effi Briest" więc zdecydowałem się odświeżyć sobie powieść Manna, tym bardziej, że Ida Jungmann której, niedaleko do Rozwity z powieści Th. Fontane pochodziła z Kwidzyna, a stąd już tak niedaleko do mojego rodzinnego miasta. Nawiasem mówiąc Kwidzyn, wbrew temu co pisał Mann, nie leżał w Prusach Wschodnich tylko Zachodnich. 


Po raz pierwszy z historią rodziny Buddenbrooków zetknąłem się jeszcze w licealnych czasach, a niedoczytawszy podtytułu byłem mile zaskoczony, gdy po skończonej lekturze zorientowałem się, że moje odczucia zgodne są z tym, co Mann zapisał w nim "czarno na białym". To książka nostalgiczna (jest tak znana, że jej treści nawet nie wypada referować), która opiewa świat, jaki odchodzi. Gdy pisał o Lubece, której nazwa nigdzie w powieści nie pada  (cóż to za memento dla tych, którzy dzisiaj epatują czytelników swoimi książkami w stylu "retro") świeża jeszcze była pamięć miasta, takiego jak wyglądało przed wojną 1870 r. Ale to nie o miasto tu chodzi lecz o epokę i ludzi, którzy ją symbolizują.

Co takiego się stało, że kilka wieków powolnego wspinania się na szczyty drabiny społecznej w ciągu jednego, tak na prawdę, pokolenia zostało obrócone wniwecz? Czy musiało do tego dojść? Oj, nie udały się dzieci Janowi Buddenbrookowi młodszemu; Tonia - wyniosła i infantylna aż do granic głupoty, Klotylda - dewotka, Chrystian - hipochondryk i enfant terrible. Nie miał szans Tomasz Buddenbrook podołać wyzwaniom nowych czasów z takim "wsparciem" ze strony rodziny. A do tego jeszcze żona - wyobcowana i daleka od przyziemnych spraw domu handlowego "Jan Buddenbrook". Nie miał szans - szkoda. Miał swoje wady ale ucieleśniał też pamięć dawnych, dobrych czasów gdy czas płynął wolniej, a których synonimami była stałość i mieszczańska solidność budząca zaufanie. Nie da się ukryć, że to epoka naznaczała ludzi na całe życie, tak jak Tonię, która ponosiła konsekwencje sprzeniewierzenia się głosowi serca i przedłożenia ponad niego "interesu" rodziny. Tak zresztą jak samego Tomasza Buddenbrooka opętanego poczuciem odpowiedzialności za wszystko, które przerodziło się w godną politowania pedanterię. Skazany był na klęskę oglądając się do tyłu i mając poczucie bagażu tradycji. Dzisiaj też by sobie nie poradził - nie dla niego czasy, w których rozróżnia się etykę i etykę businessu, które mają się do siebie tak jak Kant do kanciarzy, choć gwoli ścisłości jak wiadomo Tomasz czytał "Świat jako wolę i przedstawienie" urodzonego w Gdańsku Arthura Schopenhauera. Tak czy inaczej czasy, w których coś słowa, zasady i tradycja ważyły - odeszły.

Czy coś się stało? Miasto żyło przed Buddenbrookami i żyło po nich. Tak jak oni zamieszkali w czyimś domu tak i w ich domu zamieszkano. Było minęło, c'est la vie ... . A jednak czegoś żal, żal świata który był i bezpowrotnie odszedł w przeszłość wraz z Tomaszem Buddenbrookiem. Szkoda, że nigdy się nie dowiemy co się stało z panem Pfühlem, którego wywody na temat muzyki Albert Schweitzer mógłby wykorzystać w swojej biografii Jana Sebastiana Bacha, i czy miał powody do niepokoju Tomasz Buddenbrook gdy przedłużała się cisza w pokoju jego żony, w czasie gdy odwiedzał ją porucznik von Troth. Szkoda.


26 komentarzy:

  1. Do przeczytania "Buddenbrooków" ostatnio namawiał mnie Zacofany w lekturze i oto dowód, że (znowu) miał rację. :) Kolejny dowód to listy Manna, które od kilku dni podczytuję.
    Mam nadzieję, że zaopatrzę się w lepsze wydanie "Buddenbrooków", bo mam takie straszliwie pożółkłe i odstręczające.
    Wyobraź sobie, że wczoraj przez cały dzień ja też szukałam "Lamparta"! :D Niestety, nie znalazłam. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle go mam. :)
    Stało się to za sprawą niedawno przeczytanych "Włoskich miniatur" Szczucińskiego, w których jest kilka świetnych fragmentów poświęconych Lampedusie. Bardzo polecam. Stwierdziłam, że "Lamparta" właściwie powinno się czytać pod lazurowym niebem Sycylii, tak jak zrobił to Szczuciński. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli namawiał to warto posłuchać :-), choć ja specjalnym miłośnikiem Manna nie jestem mimo ponawianych prób nie mogę się przebić ani przez Józefa i jego braci, ani Doktora Faustusa ani nawet przez Lottę w Weimarze za to Buddenbrookowie - zawsze :-).

      Mój "Lampart" to siermiężne wydanie z serii "Koliber" z lat 80-tych, seria jak najbardziej zasłużona jeśli chodzi o poziom literacki - o wydawniczy już mniej, niestety. Trudno będzie okazja, kupić jakieś lepsze wydanie - a miałem go w rękach tydzień temu, eh :-).

      Usuń
    2. Zawsze można jeszcze kupić "Geparda".;)

      Usuń
    3. ale do niego trzeba mieć "wiatr we włosach" a u mnie z tym ciężka sprawa :-), nie mówiąc też, że trochę drożej wyjdzie :-)

      Usuń
    4. Przebrnęłam przez "Czarodziejską górę", ale to było przeżycie lekko traumatyczne. :) Może teraz odebrałabym ją inaczej.
      Najporządniejsze wydanie "Lamparta" to chyba płócienny PIW.
      Ale zastanawiam się, czy przypadkiem sugerowany przez Anię "Gepard" to nie jest lepsze rozwiązanie za sprawą nowego przekładu. Swoją drogą tytuł oryginału to Il Gattopardo. Ciekawe, dlaczego Ernstowa zdecydowała się na lamparta. Gepard i lampart to nie to samo. :)

      Usuń
    5. Touche :-) pisząc o "Gepardzie" miałem na myśli ... samochód :-)), tak tak jest taki :-).

      Był też wydany, jeśli mnie pamięć nie myli, w Bibliotece Bestsellerów Muzy. Płócienny PIW pamiętam - to chyba klasyka XX wieku bardzo porządna seria.

      Usuń
    6. @ Lirael

      Mało tego - to jest duże ryzyko zmieniać tytuł tak znanej powieści. Na dodatek jest jeszcze ekranizacja.

      A co do "Czarodziejskiej góry" - też czytało mi się żmudnie.;(

      Usuń
    7. Nie powiem, że "Czarodziejska góra" to luzik :-) ale moim zdaniem warto się pomęczyć, byleby tylko nie nastawiać się na lekturę "jednym tchem". Buddenbrookowie to całkiem inna historia, rzekłbym że "treści intelektualnie nośne" są tam przemycane jakby mimochodem - skoro to za nich Mann dostał nagrodę Nobla, to coś to przecież musi znaczyć :-)

      Usuń
    8. Manna w ogóle nie da się czytać jednym tchem.;(

      Usuń
    9. Jeśli chodzi o "Buddenbrooków" to tu akurat stanowią wyjątek, a jedyną przeszkodą jest chyba tylko ich objętość :-), co do reszty - pełna zgoda :-)

      Usuń
    10. A mi akurat "Czarodziejską Górę" dobrze się czytało. Może za młoda na nią byłam (1 klasa liceum), ale połknęłam ją szybko i .... mimo, że od tamtej pory do niej nie powróciłam, ciagle wiele scen "siedzi" w mej głowie. "Buddenbrooków" czytałam będąc trochę starszą, stąd chyba bardziej dojrzale odebrałam. I chętnie do nich powrócę. Może też czas zmierzyć się ponownie z "Czarodziejską Górą"? W końcu nie jest to powieść dla dzieci ;).

      Usuń
    11. Po początkowych trudnościach nie miałem już powodu by uskarżać się na "Czarodziejską górę", jeśli ma się sporo wolnego czasu by ją "smakować" to powrócić jak najbardziej warto - ja przynajmniej zamierzam :-) ale odkąd zacząłem się udzielać w "blogosferze" to takich lista takich powrotów do przeszłości nieustannie rośnie a doba ma tylko 24 godziny :-)

      Usuń
    12. No niestety, "kochana blogosfera" zabiera sporo czasu - bo nie dość, że jest tyle ulubionych blogów, to blogi te polecają nowe dla nas książki, które też by się chciało przeczytać, nie mówiąc już o powrotach do tych dawno temu przeczytanych. No i nie mówiąc o innej tematyce blogach - w końcu nie tylko czytaniem człowiek żyje ;-). A że doba ma tylko 24 godziny, i spać też czasem trzeba, to jakoś nie mogę przymierzyć się do posiadania własnej cząstki w blogosferze (jeszcze nie teraz ;-). Tym bardziej doceniam tych, którzy mają własne blogi i szanuję to, że chcą się z innymi dzielić cząstką siebie ;-).

      Usuń
    13. Z tym dzieleniem się z innymi cząstką siebie to już chyba lekka przesada :-) ale co co tego, że chciałoby się przeczytać i "podpowiedzi" i książki ze "starych, dobrych" czasów to święta prawda :-)

      Usuń
    14. A właśnie, że dzielenie się sobą :-). Na blogach książkowych to akurat jest dzielenie się wrażeniami z przeczytanej książki, ale na przykład na blogach podróżniczych, kulinarnych, nie wspominając już blogów o różnych "robótkach" (bardzo pojemny worek) to często jest dzielenie się "cząstką" własnego życia, własnych przebytych i opisanych szlaków podróżniczych, dzielenie się smakami, itd, itp. Nie mówiąc już o podpowiedziach w wielu ułatwiających życie sprawach ;-). To wszystko oczywiście działa też w drugą stronę. Nie będę tutaj opisywała moich osobistych historii z blogerami, ale ... zawiązałam w blogosferze głębokie przyjaźnie, które trwają już prawie 10 lat ;-). Dzięki kontaktom blogowym pewna pani wyjechała na leczenie daleko, zrobiliśmy zbiórkę książeczek, zabawek itp. dla dzieci z odziału onkologicznego. I dużo tutaj mogę wymieniać.

      Usuń
    15. Podejście adekwatne do Twojego nicka :-) czapki z głów!

      Usuń
    16. Tam zaraz czapki z głów ;-). "Blogosfera" potrafi być naprawdę "błoga" i jest tutaj pełno ludzi "dobrej woli" (którzy nawet pożyczą białego kruka ;-). Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    17. Ja znowu z odrobiną :-) sceptycyzmu. Wszystko zależy od tego kto komu pożycza i co to za biały kruk :-)

      Usuń
  2. ~ Ania
    To prawda, odważne posunięcie. Ale skoro z "Kubusia Puchatka" można zrobić "Fredzię Phi-phi", wszystko jest możliwe. :)

    ~ Marlow
    Tak, chodziło mi właśnie o serię klasyka XX wieku.
    "Czarodziejska góra" to ponoć pestka w porównaniu z "Doktorem Faustusem". :) To chyba takie czytelnicze Rysy. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. I chyba masz rację :-) o ile na "Czarodziejską górę" wspiąłem się za drugim podejściem to "Doktor Faustus" po trzech falstartach tylko nabiera kurzu i czeka aż zdobędę się na większą determinację. Podobne męki miałem jeszcze tylko przy "Pod wulkanem" M. Lowry'ego ale skoro jemu dałem radę to i z "Doktorem" sobie poradzę, mam nadzieję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  4. Marlow, ja akurat "Doktora Faustusa" czytałam sześć lub siedem razy i faktycznie niektóre fragmenty są trudne do przejścia, ale za każdym razem odkrywam w tej książce coś nowego. Uwielbiam Tomasza Manna i może niedługo powrócę zarówno do "Bunddenbrooków" jak i "Józefa i jego braci", ale bez pośpiechu, bo Manna nie można czytać szybko, ale trochę trzeba pomyśleć nad tekstem, a odsłoni on swoje piękno. Zapraszam do przeczytania moich przemyśleń na temat "Doktora" na moim blogu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłem, widziałem, czytałem :-)
      "Józef i jego bracia" też na mnie spoglądają i to w dodatku z dwóch różnych wydań ale tylko spoglądają. Muszą ustąpić pierwszeństwa "Doktorowi" :-)

      Usuń
  5. Przebrnęłam przez Lottę, Czarodziejską górę, Józefa i Doktora Faustusa, wszystko...oprócz Boodenbrocków...ominęło mnie z tego co widzę -najlepsze.Ale już nabyłam sobie i nadrobię zaległości. Po Twojej recencji nasunęło mi się, że przecież taką degrengoladę opisała Orzeszkowa w Nad Niemnem, teraz jeszcze chętniej sięgnę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy najlepsze a już na pewno nie ominęło, książka po prostu czeka na Ciebie :-). Nie nazwałbym sytuacji Buddenbroockow degrengoladą :-) widać tam raczej brak impulsu do działania i uparte tkwienie w starych koleinach ...

      Usuń
  6. Zostawię sobie tę recenzję na potem - parę tygodni temu kupiłam sobie "Buddenbrooków" i niebawem zamierzam sięgnąć po lekturę :-)

    OdpowiedzUsuń