czwartek, 9 stycznia 2014

Pani Bovary, Gustaw Flaubert

Od dawna planowałem już powrót do powieści Flauberta ale spotkanie z nią odwlekałem z miesiąca na miesiąc, trochę obawiając się konfrontacji z jego bohaterką, dopiero niedawna świetna recenzja Ksionshki ostatecznie mnie zdopingowała. I nie żałuję, bo Emma Bovary obok Anny Kareniny to chyba najbardziej znana kobieta literatury XIX wieku, a oprócz sławy łączy je także to, że obie to "złe kobiety" i "głupie baby", które same nie wiedzą czego chcą, a chcą - nieosiągalnego.


Co sprawiło, że jakby nie patrzeć, to "romansidło" należy do żelaznych pozycji kanonu literatury światowej, bo przecież nie fakt, że książka mogłaby być uznana za jedną ze "scen z życia prowincji" (szczególnie w odniesieniu do postaci aptekarza i lichwiarza) czy "scen z życia prywatnego" Balzaka, choć na szczęście dla czytelników Flaubert pisze ze zdecydowanie większą werwą a jego postacie, w przeciwieństwie, nie są "przygniecione opisami dekoracji".

Moim zdaniem, wynika to z faktu, że po lekturze książki cisną się na usta, pytania, rzekłbym podstawowe, a mianowicie; czy człowiek ma prawo do szczęścia? i czy istnieją granice, poza które w poszukiwaniu tego szczęścia nie należy wychodzić?

Flaubert powiedział o sobie "Pani Bovary to ja" - ale nie wierzę by mówił prawdę, to raczej ówczesny chwyt marketingowy albo kokieteria bo przecież nie był miernotą tak jak jego bohaterka. Tak, tak ... bo miernotą jest nie tylko jej mąż (on jest miernotą ex definitione), z którym rozmowa "była płaska jak uliczny chodnik, a jego myśli, które każdy mógłby wypowiedzieć, przesuwały się w codziennych strojach nie budząc ani wzruszeń, ani uśmiechu, ani marzeń" ale i sama Emma. To, że nie ma brudnych paznokci i trzydniowego zarostu, to że nie przysypia po obfitym posiłku nie czyni jej lepszą, tak jak nie czynią ją taką poszukiwanie i pragnienie przeżycia miłości. Przecież i Karol pragnie miłości, tyle że dla niego ma ona inną postać - nie musi się ona wyrażać w wybuchach namiętności i burzy zmysłów ale składa się na nią ciepło ogniska domowego, sama obecność drugiej osoby, poczucie zaufania i stabilizacji. Naiwny.

Całe nieszczęście wynikło z faktu, że pokochał i ożenił się z kobietą, która "w pragnieniach swych nie odróżniała zmysłowego zadowolenia, które było wynikiem zbytku, od czystej radości serca ani wytwornych obyczajów od delikatności uczuć", której jak twierdziła (i słusznie) jego matka brakowało "obowiązkowych zajęć, pracy fizycznej. Gdyby, jak tyle innych kobiet, zmuszona była zarabiać na chleb, nie miałaby tych waporów, co uderzają jej do głowy od myśli, które ją bałamucą, i od tej bezczynności, w której żyje."

Każdy ma prawo do miłości, tak jak ją rozumie i każdy ma prawo do błędu - z obu tych praw pani Bovary korzystała tak jak mogła, chciała i umiała, tyle że przypominało to "taktykę spalonej ziemi" bo bilans jej życia, patrząc w przeszłość był mało optymistyczny - "Ileż to było szczęścia wtedy! Ile swobody! Ile nadziei! Ileż złudzeń! Nic z nich teraz nie pozostało! Roztrwoniła je we wszystkich przygodach swej duszy, w kolejnych okresach życia, gdy była panną, w małżeństwie i w miłości, gubiąc je nieustannie wzdłuż drogi jak wędrowiec, który zostawia coś ze swego mienia po wszystkich przydrożnych karczmach".

Mam wrażenie, że Emma poszukuje nie osoby, którą mogłaby pokochać ale miłości samej w sobie, chociaż właściwiej byłoby chyba powiedzieć, że czegoś co odpowiada jej wyobrażeniom o miłości. Tak naprawdę jest obojętne kto będzie jej przedmiotem, mógłby być w ostateczności i własny mąż byleby tylko spełniał jej wyobrażenia. Ta desperacja sprawia, że nie dość, że padła ofiarą miejscowego uwodziciela, a właściwie nie tyle jego ile własnego zaślepienia i głupoty, to po raz drugi popełnia ten sam błąd, tym razem wiążąc się z bezwolną kukłą tkwiącą w niewoli konwenansu.

Co z tego, że w końcu doznaje "iluminacji" i zrozumiała, że jej życie stało okazało się gigantyczną pomyłką, że "nie warto niczego szukać, wszystko jest kłamstwem! Każdy uśmiech kryje ziewnięcie nudy, każda radość - przekleństwo, każda przyjemność - niesmak, a najgorętsze pocałunki pozostawiają na wargach jedynie nieosiągalne pragnienie jeszcze wyższej rozkoszy"? Co z tego? W imię pogoni za ułudą "całe jej życie stało się jednym pasmem kłamstw, w które spowijała swoją miłość, by ją ukryć" a ona sama stała się źródłem cierpień, dla tych którzy ją naprawdę kochali, a których miłości nie potrafiła dostrzec. Kobiety ...!

142 komentarze:

  1. A ja uważam, że Anna Karenina cechowała się o wiele większą inteligencją niż Emma i gdyby nie wpadła w sidła fatalnej miłości, jej życie przebiegałoby całkiem normalnie.
    Wypowiedziane przez Flauberta zdanie "Pani Bovary to ja" zawsze rozumiałam trochę inaczej. Wydawało mi się, że podczas pisania książki Flaubert wczuł się w postać Emmy, identyfikował się z bohaterką, był jakby nią, ale tylko przez czas pisania książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Identyczne nie są, oczywiście, dla mnie najistotniejsza różnica między paniami to miłość do dziecka i fakt, że "inicjatywa" u Flauberta należała do kobiety (a przynajmniej zaloty padły na przygotowany grunt) a u Tołstoja wyszła jedna zdecydowanie ze strony mężczyzny. Obie jednak były zaborcze w swoich uczuciach, które nie wiele miało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

      Usuń
  2. Powtórka "Pani Bovary" chodzi za mną od dłuższego czasu. To jedna z moich ulubionych książek.
    Fakt, Emma budziła chwilami skrajną irytację, ale coś musiało być w stwierdzeniu Flauberta, jakoby utożsamiał się z postacią tytułowej bohaterki. Pomimo, że wykreował postać wywołującą zdecydowanie negatywne emocje, zrobił to tak, że mimo wszystko czytając, szuka się dla niej okoliczności łagodzących. Tak przynajmniej było w moim przypadku, choć nie wykluczam, że po latach, bogatsza w bagaż życiowych doświadczeń, inaczej spojrzałabym na motywacje i wybory życiowe madame Bovary :) Muszę koniecznie sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To irytacja postawą Emmy była właśnie przyczyną odkładania powtórki ale czytałem "Panią Bovary" jeszcze w liceum a więc w wieku, w którym stopień bezkompromisowości ocen jest odwrotnie proporcjonalny do doświadczenia życiowego :-). Może i Flaubert szuka okoliczności łagodzących dla Emmy, ja zresztą nie odnoszę wrażenia by potępiał ją w czambuł - raczej opowiada o pułapce jaką stanowi małżeństwo, które okazało się pomyłką.

      Usuń
    2. A mnie natomiast, co dziwne, wspomnienie irytacji zachowaniami bohaterki kompletnie nie odstrasza a wręcz przeciwnie, przyciąga do książki :-) Kobiety...! ;-)

      Usuń
    3. Dzisiaj już aż tak mnie nie irytuje - co to robi doświadczenie życiowe :-), to raczej postać tragiczna, która pogubiła się ponieważ proza życia rozjechała się z wyobrażeniami i marzeniami, z których nie umiała i nie chciała zrezygnować.

      Usuń
    4. Tak to własnie, pomimo irytacji, widziałam, kiedy czytałam książkę kilka lat temu (co dowodzi tezy, że kobiety szybciej dojrzewają emocjonalnie :-)))

      Usuń
    5. Niektóre pewnie tak :-) chociaż Emma nie dojrzała. To właśnie ich "dojrzałość emocjonalna", moim zdaniem sprawia, że książka jest ciągle w obiegu czytelniczym, ponieważ odnajdują w niej to z czym same w sposób mniej lub bardziej uświadomiony się zetknęły.

      Usuń
    6. A ja myślę, że dylematy życiowe Emmy to nie tylko domena kobiet. Każdy chyba, niezależnie od płci, doświadczył niekompatybilności wyobrażeń i oczekiwań z rzeczywistością. Co nie znaczy, rzecz jasna, że każdy dał się ponieść fali złudzeń tak jak ona.

      Usuń
    7. No nie wiem, faceci u Flauberta, to miernoty, kukły i dranie, żaden z nich jednak z miłości nie robi sprawy (poza zdradzonym mężem ale to osobna kwestia i też nie taka oczywista) jest ona którymś tam punktem, który owszem, miło gdy jest spełniony, ale nie ma też problemu jeśli nie.

      Usuń
    8. Masz rację. Miałam jednak na myśli bardziej ludzi żyjących współcześnie. Marzenia o miłości czy pogoń za własnymi wyobrażeniami nie ograniczają się tylko do płci pięknej. Tak mi się przynajmniej wydaje.
      Ja inerpretowałam losy Emmy nie tylko przez pryzmat jej miłosnych przeżyć, ale bardziej uniwersalnie - jako rozczarowanie i tragedię, spodowane zderzeniem złudzeń z rzeczywistością. A że zjawisko to nie jest mi do końca obce, pewnie dlatego tak bardzo spodobała mi się książka.

      Usuń
    9. Tak też zrozumiałem Twój komentarz, mam jednak wrażenie, że marzenia o miłości czy pogoń za jej wyobrażeniem dalej mężczyznom nie spędzają snu z powiek, choć może nie jest z nami tak źle jak z tymi, którzy występują w "Pani Bovary" :-)

      Usuń
    10. Nie chodziło mi tylko o kwestie miłosne, ale bardziej ogólnie, o złudzenia (a te mogą dotyczyć również innych dziedzin życia).
      No, ale w kwestii specyfiki męskich emocji wypowiadać się nie będę :-)

      Usuń
    11. Aaaa ... poza pędem do kariery, który często realizowany jest po trupach ale w tej dziedzinie kobiety nie ustępują mężczyznom, innych współczesnych analogii nie widzę :-)

      Usuń
    12. No dobrze, nie będę się spierać, tym bardziej, że nie mam wystarczająco dużo wiedzy ani materiału porównawczego :-)

      Usuń
    13. A to my się spieramy? :-)

      Usuń
    14. Sporu nie dostrzegłem, co najwyżej wymianę poglądów :-)

      Usuń

    15. Gdy ponownie przeczytam książkę, chętnie do tej wymiany poglądów wrócę :-) Teraz nie za dużo już pamiętam, więc może bredzę bez sensu :-)
      Na powtórkę nabrałam ochoty, tym bardziej, że jedna z czytanych ostatnio książek trochę mi się z "Panią Bovary" skojarzyła.

      Usuń
    16. Uh i po co te mocne słowa, żadnego bredzenia nie dostrzegłem a poza tym "lepiej dobrze mówić o sobie niż źle o innych". Mnie również "Pani Bovary" kojarzy się z inną książką, zresztą zaczętą, w której jest mowa o miernocie - "Auto da fe" Canettiego, bo i tam mąż przegrywa, ale nie uprzedzajmy faktów :-)

      Usuń
    17. "Mocne słowa" to fakt - mam duży dar do szybkiego zapominania treści i przesłania książek, więc próby interpretacji po kilku latach w moim wydaniu po prostu nie mogą mieć zbyt wiele sensu :-)
      Canettiego nie czytałam. W książce, o której wspomniałam, analogie do "Pani Bovary" są znacznie słabsze i luźniejsze. No, ale nie uprzedzajmy faktów :-)

      Usuń
    18. Eee tam, ja nie jestem "Prowincjonalną nauczycielką" więc dopuszczam możliwość dyskusji także z kimś kto książki nie tylko nie pamięta ale i nie czytał :-). Canetti - świetny, choć znowu utknąłem mniej więcej w tym samym miejscu - to moje kolejne, chyba trzecie albo czwarte podejście do niego :-)

      Usuń
    19. To chyba się Canettim zainteresuję, chociaż coś mgliście tłumaczysz - niby świetny, ale podchodziłęś cztery razy ;-)
      A`propos pamiętnej "niby-dyskusji", przeczytałam już książkę, o którą kruszone były kopie, nie jest zła, ale zdania w zasadniczej kwestii jakoś nie zmieniłam :-)

      Usuń
    20. Mętnie? - przecież nie piszę, że utykałem na niej dlatego, że jest zła :-)
      Dla mnie książka Cenckiewicza, to nieporozumienie biorąc pod uwagę, że pisana jest przez historyka a jakoś podświadomie zakładam, że jako taka powinna być rzetelna. Oczywiście nie wyklucza to możliwości napisania przez historyka paszkwilu, tak jak w tym przypadku, ale mnie obrzucanie błotem i strzykanie jadem nie kręci.

      Usuń
  3. Flaubert, zdaje się, nader mocno się wczuł w Emmę: "Flaubert opowiadał nam, że kiedy opisywał panią Bovary zażywającą truciznę, czuł się tak, jakby miał kawał miedzi w żołądku i dwukrotnie wymiotował; dodał, że kiedy kończył powieść, przyjemnie mu było, że musiał wstawać po chusteczkę, by otrzeć łzy..." (z dziennika Goncourtów).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi epizod śmierci Emmy wydał się z najsłabszy, za bardzo zajeżdżał tanim melodramatem. Z tym wczuwaniem się to różnie bywa - podobno Styka przed malowaniem "Golgoty" leżał krzyżem w kościele i pędzle wysłał do papieża by je pobłogosławił - ale jak widać nie daje to całkowitej gwarancji sukcesu. No i Goncourtowie napisali co usłyszeli od Flauberta a nie to czego byli świadkami :-).

      Usuń
    2. Nigdzie nie podważyli jego wersji, co więcej, on sam się dość konsekwentnie wypowiadał na temat tego, jak powstają jego książki, i to wczuwanie się pojawia się częściej. Mógł podkoloryzować, ale raczej nie zmyślił. Ale nie będę kruszył kopii o Flauberta, bo jestem raczej wyznawcą Zoli :)

      Usuń
    3. Ja też tego nie kwestionuję, wysuwam jedynie wątpliwość :-). Z Zoli pamiętam tylko "Germinala" a i to jak przez mgłę więc czeka w kolejce do odświeżenia, w każdym razie pamiętam, że mi się podobał Dawno temu miałem ambitny zamiar przeczytania całych Rougon-Macquartów i nawet był w początkowym stadium realizacji ale ostatecznie nic z tego nie wyszło a na dodatek nic nie zostało w pamięci.

      Usuń
    4. Przyłącz się do wyzwania Zolowskiego. Ja jestem na etapie powtórek i uzupełniania tego, czego nie było w bibliotece lata temu. A w praktyce przeczytałem W matni dwa lata temu:) Ale teraz zaczynam Kuchenne schody.

      Usuń
    5. Trafiłeś w moją piętę achillesową - już parę razy, miałem przyłączyć się do różnych wyzwań ale na przeszkodzie stawała złośliwość przedmiotów martwych bo a to nie umiem zamieścić banera wyzwania, a to coś innego i tak dzięki temu płynę sobie jak wolny elektron bez poczucia książkowego zobowiązania :-)

      Usuń
    6. Tu nijakich banerów nikt nie wymaga, a poza tym najpierw możesz coś przeczytać, a dopiero potem się włączać, już z posagiem :)

      Usuń
    7. A co za posag mogę wnieść, jak poza "Germinala" i ewentualnie "Nanę" nie wychodzę a to pewnie już z każdej strony omówione :-)

      Usuń
    8. I te dwa się przydadzą, a może zachęcą Cię do sięgnięcia po coś jeszcze. Taki "Pieniądz" mógłby być w Twoim guście :)

      Usuń
    9. No jak tak, to jestem, zwłaszcza że "Germinal" z "Biblioteki arcydzieł" chyba stoi w domu - najwyżej jak nie będę dawał rady to Ci prześlę z prośbą o zamieszczenie :-)

      Usuń
    10. Nie ma problemu :) Czytaj, czytaj.

      Usuń
    11. Będę, będę tyle że i tak w domu będę za jakieś dwa tygodnie więc wcześniej Zole ode mnie się nie spodziewaj :-)

      Usuń
    12. To i tak błyskawicznie, liczyłem na "gdzieś w tym roku" :D

      Usuń
    13. No nie, bez żartów :-), chociaż przyznaję zdarzają mi się opóźnienia, pocieszam się jednak tym, że tkwią mi jak wyrzut sumienia to raz, a po drugie dotyczą "ciężkiej kawalerii" :-)

      Usuń
    14. Też bym tak chciał, ale już zupełnie nie wiem, za co złapać.

      Usuń
    15. Ja wiem i to od dawna ale co z tego, jeśli ciągle pojawiają się jakieś książki, które wpychają się bez kolejki :-)

      Usuń
    16. Normalka. Gorzej, że w tym tygodniu mój średni czas na czytanie to kwadrans :(

      Usuń
    17. No to faktycznie masz wyzwanie - musisz zacząć szybciej czytać :-) jest jeszcze jedno rozwiązanie, które mam wrażenie jest praktykowane na niektórych blogach - przekartkuj książkę i przepisz trochę modyfikując odredakcyjną notkę z okładki - będziesz szedł jak burza :-)

      Usuń
    18. Czytać jeszcze szybciej w ten kwadrans już się nie da :P A sposób bym chętnie zastosował, tylko co mi to da?

      Usuń
    19. Nie mam pojęcia o co w tej technice chodzi ale dzięki niej jeśli nawet byś się nie zmieścił w kwadransie, to jednak byłbyś coś koło tego - czy jednak byś coś zyskał tego nie wiem, pewnie zmieniłby Ci się profil czytelników :-)

      Usuń
    20. Moi czytelnicy bardzo mi się podobają, więc chwilowo nie planuję żadnych zmian :D

      Usuń
    21. Uff :-) - cóż, w takim razie mogę tylko za Faustem powtórzyć "trwaj chwilo" :-)

      Usuń
    22. Teraz jest szeroka akcja blogowych zmian i rozwoju, ale kierunek mi nie odpowiada, więc nie będę się rozwijał :P

      Usuń
    23. Aaa ...?! Ja to z definicji jestem nienowoczesny więc w ogóle za tym rozwojem nie nadążam :-)

      Usuń
    24. Masz święty spokój. Ale jeżeli jeden z kierunków rozwoju wypali, to będziesz wręcz w awangardzie postępu :P

      Usuń
    25. Ale który? bo się pogubiłem, zrozumiałem że jest tylko jeden - zamieszczać na blogu jak najwięcej okładek pierdół.

      Usuń
    26. To nie ten trend. To ten drugi: czytać dogłębnie książki uchodzące za zakurzoną klasykę :D

      Usuń
    27. Jest coś takiego? Owszem jest kilka blogerek i paru blogerów nienowoczesnych ale oni byli tacy "od zawsze" więc raczej trendy nie są. Chociaż może zaczęły ukazywać się wznowienia klasyki to i trend się pojawił ale nie śledzę rynku wydawniczego więc hipoteza może być błędna, zwłaszcza że niedawno w "Mieście książek" wyczytałem, że czytanie klasyki uchodzi za snobizm - uhahaha :-)

      Usuń
    28. Toteż blogerzy nowocześni pozazdrościli nienowoczesnym, że są odrębni i snobistyczni i nie tłuką tej samej sieczki, co wszyscy. Więc będziemy się musieli przerzucić na owocowe serie, żeby zachować indywidualność w fali klonów :))

      Usuń
    29. Weź tylko pod uwagę, że jeśli dokonamy takiej wolty to wówczas możemy popaść w alkoholizm bo na trzeźwo tego nie da się czytać :-)

      Usuń
    30. Wtedy to sam wiesz, zacytuję klasyka: "przekartkuj książkę i przepisz trochę modyfikując odredakcyjną notkę z okładki - będziesz szedł jak burza :-)"

      Usuń
    31. To byłoby nawet jakieś rozwiązanie bo po takiej szybkiej akcji zostałby czas na czytanie prawdziwej literatury :-) trzeba by się było tylko jeszcze jakoś uporać z alkoholizmem jako skutkiem ubocznym :-)

      Usuń
    32. Moglibyśmy napisać rozrachunkową książkę i dostać Nike, o.

      Usuń
    33. Myślisz, że ktoś by ją przeczytał? - Optymista! :-)

      Usuń
    34. Spoko. Przeczytał, nagrodził, sfilmował :P

      Usuń
    35. Taaaaa, a jeszcze "wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy" :-)

      Usuń
    36. Tantiemy, przekłady, sława :P

      Usuń
    37. Skoncentrujmy się może na tantiemach :-)

      Usuń
    38. Dzielonych fifty fifty po odjęciu kosztów?

      Usuń
    39. A jakże by inaczej?! :-)

      Usuń
    40. No, teoretycznie systemy mogą być różne :)

      Usuń
    41. Fakt, koledzy którzy studiowali filozofię teoretyczną twierdzili że jest szkoła otwocka i falenicka, a ci którzy studiowali filozofię przyrody uważali, że jest jeszcze brodnicka, która daje dwa razy mniej niż otwocka i trzy razy więcej niż falenicka :-)

      Usuń
    42. No widzisz, to dobrze, że sobie wszystko wyjaśniliśmy przed pojawieniem się zysków. A teraz możemy się wziąć za ich generowanie. Tych zysków :P

      Usuń
    43. Ok, to Ty pogeneruj a potem, tak jak się przed chwilą umówiliśmy, podzielimy je "fifty fifty po odjęciu kosztów" :-)

      Usuń
    44. Ale żeby pogenerować, trzeba się napić, to może byś przyniósł coś odpowiedniego, a potem sobie to wrzucimy w koszty :P

      Usuń
    45. Dobra, muszę tylko zejść do piwniczki żeby wybrać parę butelek. Masz jakieś ulubione roczniki?! :-)

      Usuń
    46. Eeee, a to nie za bardzo zleżały rocznik?! :-)

      Usuń
    47. wg znawców z biegiem lat nabiera klasy i głębi :P

      Usuń
  4. Czytałam ją dość dawno temu, ale pamiętam jakbym dziś ją skończyła. jedna z najlepszych powieści, jakie czytałam. No, możne nie w pierwszej dziesiątce, ale w dwudziestce na pewno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy u mnie zmieściłaby się w pierwszej 20 bo w 10 na pewno nie ale tak jak na liście BBC w 100 byłaby na bank :-)

      Usuń
  5. Czytałam tak dawno, że niestety nic bym z książki nie przytoczyła.
    Czytając jednak Twą opinię o bohaterce trzeba przyznać, że niczym się nie różniła w swych dążeniach do wyimaginowanego szczęścia od dzisiejszych już bardziej twardo stąpających po ziemi niewiastach. Ileż z nich nie jest zadowolonych z tego co ma w domu i szuka czasem na oślep raniąc i siebie i rodzinę. Jak czytam recenzje pisanych dzisiaj książek o kobietach i dla kobiet to rzadko się zdarza spotkać bohaterkę, która by tak naprawdę wiedziała czego od życia chce. Bohaterkę na której można by się wzorować. Rzadko spotkać parę /no chyba w poradnikach/, która chciałaby się ze sobą dogadać. Łatwiejszym wydaje się rozbić związek i założyć nowy niż cementować .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To raczej współczesne kobiety niewiele się różnią od tych sprzed półtora wieku, tym bardziej że u Flauberta są też kobiety, które są "męczennicami małżeństwa" bo choć niekoniecznie jest im w nich dobrze to jednak tak wypada. O współczesnej literaturze kobiecej za bardzo nie podyskutuję bo nie jestem "w temacie" a mówiąc wprost, omijam ją szerokim łukiem :-)

      Usuń
    2. To prawda. Jesteśmy jednak bardziej wyemancypowane, lepiej wykształcone i nikt nam już nie narzuca swych decyzji w kwestii małżeństwa. Mamy niby większą świadomość natury męskiej a mimo to zderzenie wyobrażeń i oczekiwań z tym co otrzymujemy nadal nas dziwi.

      Usuń
    3. Emmie decyzja o małżeństwie też nie została narzucona, ona popełniła błąd bo wydawało się jej, że kocha męża, szybko jednak doszła do wniosku, że to jednak nie to. Może właśnie zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością, tak jak pisze Jeżanna, zapewnia "Pani Bovary" kolejnych czytelników.

      Usuń
  6. marzenia a może lepiej iluzje,pogoń za tym a w końcu tragiczny koniec,czytając to przypomniał mi się fragment z"ziemi obiecanej"-"...życie nie jest straszne,straszne są tylko nasze wymagania od niego,straszne są tylko nasze marzenia o pięknie,straszne są tylko nasze pożądania dobra i sprawiedliwości,bo nigdy się nie urzeczywistniają,nie pozwalają brać życia takim,jakim ono jest,w tym leży źródło wszelkich cierpień...",pomyślałam,że coś w tym jest jeśli pomyśleć o pani bovary-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydaje, że jednak Reymont nie miał racji; straszne nie są nasze marzenia bo czasami dzięki nim życie staje się piękne, straszne jest natomiast to, jak odległe od marzeń potrafi być życie.

      Usuń
  7. mnie się jednak wydaje,że reymont miał rację,sam pan pisze,że czasami życie dzięki marzeniom staje się piękne,jednak tylko czasami,bo ileż to razy ludzie rujnują sobie życie uganiając się za jakimiś mrzonkami,bo czy emma na pewno wiedziała czego chce?ja myślę,że nie-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak ale przecież marzenia nie są czymś ex definitione złym i mają różny wymiar, no i jednak czasami się spełniają.

      Usuń
  8. przepraszam,chyba coś mi się pokręciło,bo ten pierwszy post chciałam skasować i chyba nie wyszło-anna

    OdpowiedzUsuń
  9. Dojmującego poczucia niespełnienia nie ograniczałabym do pań, czego dowodem choćby "Satisfaction" Rolling Stonesów. :)
    Nie nazwałabym Emmy miernotą - moim zdaniem to określenie pasuje do kogoś tępego, zadowolonego z siebie, a pani Bovary można zarzucić różne rzeczy, ale na pewno nie te.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tę okoliczność nawet sprawdziłem znaczenie w SJP Szymczaka miernota, to - "człowiek (...), nie wyróżniający się niczym dodatnim, nie wybijający się ponad przeciętność." Czym poza urodą miałaby się wyróżniać Emma, jakie cechy charakteru miałyby sprawić, że jest osobą ponadprzeciętną? Jakoś nie dostrzegam przymiotów jej intelektu, który zaczynał pracować tylko wówczas, kiedy wyszukiwała preteksty by spotkać się z kochankami. Owszem, ponadprzeciętne było jej pragnienie miłości - tyle, że nie potrafiła się poznać na miłości męża i dziecka, bo wyobrażała ją sobie jedynie jako uczucie na wzór tych, o których czytała w romansach. Jakoś nie dostrzegam nadzwyczajności cech jej charakteru, nie licząc desperacji w stosunkach z kochankami, ale rozumiem że nie o to Ci chodzi :-).

      Usuń
    2. Zaraz się okaże, że nie znam języka polskiego, ale czy nie wydaje Ci się, że ta definicja jest trochę zbyt łagodna? Epitet "miernota" jest moim zdaniem pogardliwy i na pewno nie użyłabym go wobec kogoś lub czegoś, co jest po prostu przeciętne.
      Ciekawostka ze szkolnego podwórka: kiedyś dwójka to była ocena "mierna", potem została przemianowana na "dopuszczającą" i tak nazywa się do tej pory, bo słowo odbierane było bardzo negatywnie przez uczniów i rodziców. Gdyby w potocznym rozumieniu znaczyło tylko "przeciętny" chyba nikt nie robiłby aż takich problemów.
      To, że przeciętna Emma wydaje się postacią niezwykłą, to zasługa talentu Flauberta - pod względem literackim to jest według mnie naprawdę wybitna książka.
      Myślę, że gdyby pani Bovary była rzeczywiście tylko pustą erotomanką, nie budziłaby takiego zainteresowania czytelników, a chociażby dyskusja u Ani świadczy o tym, że budzi. :)

      Usuń
    3. Lirael, broń Boże nie poddaję w wątpliwość Twojej znajomości języka polskiego, definicję z SJP przytoczyłem tylko po to byśmy nie toczyli sporów semantycznych :-). Oczywiście, że miernota to określenie pogardliwe, tyle że nie widzę powodu dla którego miałoby ono określać tylko jedno z małżonków Bovary. Emma przecież nie przewyższa męża inteligencją, wykształceniem, pracowitością, zdolnościami - skoro on jest miernotą wg Flauberta, to co miałoby sprawić, że osoba na tym samym poziomie, jeśli nie niższym miałby nią nie być? Jedyne co ich różni to, jak pisałem zapatrywanie na miłość, ale moim zdaniem wyobrażanie sobie i chęć przeżycia miłości na wzór tej z przeczytanych romansów, to jeszcze nie differentia specifica, która miałaby świadczyć o nieprzeciętności Emmy i jej wyższości nad Karolem.

      Twoja ocena książki jest poza sporem :-) pełna zgoda co do tego ale przecież nie mówimy o samej powieści tylko jej bohaterce - nikt nie kwestionuje wartości "Pani Bovary".

      A co do zainteresowania czytelników - Stefania Rudecka, chyba nie jest zbyt głęboką postacią (to są tylko moje przypuszczenia), a jednak nie pozostawia ich - chociaż chyba dotyczy to przede wszystkim pań - obojętnymi :-)

      Usuń
    4. Wydaje mi się, że to nie Flaubert ocenia Karola jako miernotę. Moim zdaniem w tym fragmencie przedstawia tok myślenia pani Bovary:
      "Emma siedziała naprzeciw i patrzyła na niego. Nie podzielała jego upokorzenia, doznawała innego: jakż e mogła sobie wyobrazic, aby taki człowiek był coś wart? Czy ju ż setki razy nie przekonała sie dostatecznie o jego miernocie?"
      Biorąc pod uwagę możliwości rozwoju intelektualnego, jakie miał Karol, jak ważne to było dla jego bliskich, jak troszczyli się o niego rodzice, np. mama przesyłała mu regularnie pieczoną cielęcinę :), wielkiego szału nie było. Trudno go w ogóle porównywać z Emmą, która miała do dyspozycji tylko stos romansideł.
      Stefcię znam tylko z adaptacji filmowej, ale nie widzę w niej i w jej postępowaniu kompletnie nic kontrowersyjnego, zupełnie inaczej w przypadku Emmy, która - jak widać - wzbudza rozmaite uczucia. :)

      Usuń
    5. Przepraszam za literówki, dziwnie mi się wkleił cytat.

      Usuń
    6. Ale z opisu nie wynika by Flaubert odcinał się do takiej oceny i ocena Karola jako przeciętniaka (by odejść od miernoty) nie budzi wątpliwości. Poziom edukacji w byciu przeciętniakiem nie ma specjalnego znaczenia, przynajmniej tak mi się wydaje. On nie czytał w ogóle, ona czytała romanse biorąc wyssane z palca opowieści za dobrą monetę i rzeczywistość (to mógłby być asumpt do "odwiecznych", jałowych dyskusji blogerów,czy lepiej nie czytać w ogóle czy czytać barachło). Wart Pan pałaca a pałac Paca :-).
      PS.
      z tą cielęciną z domu Karol mógłby uchodzić za prekursora słoików :-)

      Usuń
    7. Przypuszczam, że ocenę Flaubert pozostawia czytelnikowi i to, że nie jest łatwa, to kolejny plus.
      Właśnie sprawdziłam i romanse to nie wszystko, "Zaabonowała dwa pisma kobiece "Koszyczek" i "Sylf Salonów". :) Co za tytuły! :D I padają jeszcze nazwiska Sue, Balzaka i George Sand, więc były też ambitniejsze lektury. I jeszcze studiowała plan Paryża.
      Ze słoikami święta prawda! :) Na pewno regularne dostawy cielęciny wzbudzały paroksyzmy zazdrości u kolegów. Ale i tak Karol zaczął się włóczyć po knajpach i hazardowo grać w domino. Swoją drogą nigdy nie przypuszczałam, że ta gra może wzbudzać aż takie dreszcze emocji. :)

      Usuń
    8. Fakt, udało mu się stworzyć kobietę, która trochę irytuje a jednocześnie, której trochę się współczuje.
      Zapomniałaś dodać, że czytała Balzaka i Sand "szukając w nich złudnego zaspokojenie własnych pragnień" :-), Karol zaabonował za to "Ul lekarski" i dobrze mu się przy nim spało :-). To domino pamiętam, sam miałem w domu i też nie bardzo rozumiem na czym miały polegać emocje przy jego układaniu :-).

      Usuń
    9. U Balzaka mogła też szukać inspiracji dekoratorskich. :) Zaintrygował mnie na tej liście Sue, to chyba przez sentyment do Paryża, bo tematyka zaskakująco mało egzaltowana. "Ul lekarski" też miał frapujący tytuł, w porównaniu z nim "Lancet" brzmi wręcz nijako. :)
      Też miałam domino, ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wywołało we mnie niezdrową ekscytację. :)

      Usuń
    10. Próbowałem go kiedyś czytać - "Żyda wiecznego tułacza" ale to było jakieś nieporozumienie, zresztą Emma chyba czytała raczej "Tajemnice Paryża" :-). Skoro Karolowi nie szło czytanie, to chyba było mu obojętne czego nie czyta :-)

      Usuń
    11. :D A dzięki "Ulowi..." Karol mógł mieć słodkie sny. :)
      Też stawiam na "Tajemnice Paryża". Ale nie możemy też wykluczyć "Dzieci miłości": "to obraz dziewiętnastowiecznego Paryża. Bogate dzielnice arystokracji i mroczne zaułki nędzy. Pojedynki na śmierć i życie, piękne kobiety otoczone szacunkiem i te, których udziałem stała się miłość zakazana, nędza i poniżenie". Wydaje mi się, że ta powieść też miałaby u Emmy spore szanse. :)

      Usuń
    12. Tak ... przy takich lekturach to się nie mogło dobrze skończyć :-)

      Usuń
    13. W każdym razie okładka zapowiada dzieło wstrząsające. :)

      Usuń
    14. Fakt, robi wrażenie, że też biedna Emma tego nie widzi :-) ale kiedyś nie było tak źle. Mam przedwojenne wydanie "Żyda ..." Sue wydanego przez "Bibljotekę (sic!) Rodzinną" i oryginalne oprawy były naprawdę gustowne.

      Usuń
    15. Chyba lepiej, że tego nie widzi. :)
      Zazdrość to brzydkie uczucie, ale ją właśnie czuję, kiedy czytam o Twojej bibliotece, a zwłaszcza o tych stareńkich zdobyczach, dedykacjach, etc.

      Usuń
    16. Eeee tam ... ale to akurat żaden rarytas, nabytek z czasów kiedy takie tytuły były owocem zakazanym :-) i kiedy trochę bardziej interesowałem się książkami. Teraz już raczej nie akumuluję tylko konsumuję :-).

      Usuń
  10. w zasadzie ma pan rację,tylko,że takie marzenia za jakimi"goniła"emma nie spełniają się prawie nigdy,jej też szczęścia nie dały,marzenia o miłości przysłoniły jej całą resztę,zniszczyły ją i jej męża też,ale tak nawiasem mówiąc pisze pan,że po raz kolejny ugrzązł na"auto da fe",ciekawa jestem,w którym miejscu?-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam gdzie Kien spadł z drabiny - ale szykuje mi się w najbliższych dniach dłuższa podróż pociągiem, tak że nie wątpię, że ruszę z miejsca :-).

      Co do marzeń - ich finał kończy się w literaturze w zależności od autora :-) jest przecież grupa, przede wszystkim autorek, u których sprawy damsko-męskie kończą się odwiecznym "a potem żyli długo i szczęśliwie" :-).

      Usuń
  11. wszystkie bajki się tak kończą,bo gdyby tak wątek pociągnąć dalej to zamieniłaby się bajka niechybnie w to,co wodać dookoła,wracając do"auto da fe",to czy zauważył pan analogię między kienem a bohaterem"lekcji niemieckiego"lenza?obaj mają obsesje na jakimś punkcie,jednemu się wydaje,że musi ratować książki a drugiemu,że musi to samo robić z obrazami,że już nie wspomnę do czego ich to w końcu prowadzi-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się teraz, po "Pani Bovary" wszystko kojarzy z przeciętniactwem :-) - przecież Teresa z "Auto da fe" do uosobienie średniej krajowej a jak rozumiem "załatwia" geniusza, no i na tapecie mam też "Obłomowa" wczoraj zacząłem, który na pierwszy rzut oka wydaje się uosobieniem mierności, chociaż mam wrażenie, że niekoniecznie tak musi być - ale nie uprzedzajmy faktów bo ani Canettiego ani Gonczarowa nie skończyłem więc to co najwyżej są uwagi bardzo wstępne - wstępne :-)

      Usuń
  12. a którym miejscu jest pan z"cichym donem"?bo"auto da fe"i "obłomowa" przeczytałam-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Cichy Don" niestety nie ruszony, miałem nadzieję, że w czasie przerwy świąteczno-noworocznej zmierzę się z nim ale na nadziei i zamiarach się skończyło. Może w lutym się za niego zabiorę - w wariancie optymistycznym zakładam, że w cztery weekendy powinienem się z nim uporać.

      Usuń
  13. ja z"cichym donem"jestem w połowie trzeciego tomu,zostało mi pięćset stron-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak się go czyta? Chociaż mam wrażenie, że obojętnie jak dobrze jest napisany to po pierwszym 1000 stron następuje przesyt.

      Usuń
    2. I masz rację, w pewnych chwilach po prostu trzeba od tego trochę odpocząć.

      Usuń
    3. Jeszcze go nie zacząłem a Ty już o odpoczynku - czyżbyś też niedawno czytała "Obłomowa" :-)

      Usuń
    4. Nie , ostatni wskazano mi harlequiny i to poważnie wprawdzie obyło się bez recenzji a głównym i jedynym właściwie argumentem była cena : złotówkę kosztują !

      Usuń
    5. Zawsze to jakieś kryterium :-) to może lepiej korzystać z biblioteki? I taniej a i coś wartościowego się znajdzie, a w ostateczności pewnie i harlequiny :-)

      Usuń
  14. nie chcę panu niczego sugerować,w ogóle mam wrażenie,że choćby z racji objętości,mało kto się dziś do tego zabiera,ludzie najczęściej przelewają z pustego w próżne,to znaczy zastanawiają się kto to naprawdę napisał,jakby to było najważniejsze,chociaż na ten temat też trochę przeczytałam,na rosyjskich stronach również,nie chcę teraz o tym pisać dlatego,że pan nie przeczytał jeszcze powieści,tak czy inaczej wierzę,że da pan rady-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat jest łatwo do wytłumaczenia; pikantne informacje zawsze są ciekawsze niż szara rzeczywistość, a w odniesieniu do guru radzieckiego pisarstwa, który był traktowany jak święta krowa, podwójnie. Oczywiście dla tych, którzy coś kojarzą, bo mam wrażenie, że z tym coraz gorzej. Komu by się chciało oglądać staroć z 1958 roku i to w dodatku taką długą, że o przeczytaniu tej kolubryny nie wspomnę. Dzisiaj pewnie czytają to tylko studenci filologii rosyjskiej i jakieś niedobitki, które zainteresowanie literaturą wyniosły z czasów kiedy miała ona jeszcze znaczenie.

      Usuń
    2. Protestuję nie jestem studentką ani żadnym niedobitkiem ;-)

      Usuń
    3. Może jesteś tylko o tym nie wiesz :-)

      Usuń
  15. to już nie snoby tylko niedobitki?ha ha ha ...........,tak nawiasem mówiąc jeśli już przyjrzał się pan annie kareninie,emmie bovary to ciekawe,co powiedziałby pan o takiej kobiecie jak nana zoli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Snobizm szybko przejdzie, zwłaszcza jak ktoś zaprawiał się na tych książczynach o cukierkowych, słodkich okładkach to może być w szoku :-), tak że na placu boju zostaną niedobitki :-). "Nanę" pamiętam tylko z tytułu a Zola nie budził u mnie jakichś specjalnych emocji, chociaż "Germinal" podobał mi się.

      Usuń
  16. ale mnie chodzi o nanę jako kobiete,jaka by się okazała w porównaniu z anną i emmą-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem :-) ale jej nie pamiętam ani nawet nie będę obiecywał, że w dającej się przewidzieć przyszłości ją przeczytam :-)

      Usuń
  17. Spojrzałam na wskazana przez Ciebie recenzję na blogu Ksionshki , faktycznie świetna wizja tego walenia kokosem mnie nie opuszcza :-) Mam "Panią Bovary" na półce, próbowałam już czytać ale po Twojej recenzji wracam , coś mnie uwiera ta miernota. Dlaczego miernota? Czy ze względu na wieczne narzekanie na to co się ma i szukanie tego wyobrażonego, lepszego w jej mniemaniu? Jeśli tak to przecież cała masa ludzi tak żyje i to nie tylko kobiety. Czy dlatego że zdradza? Czy może ze względu na dobór lektur? Jestem ciekawa a po "Papieżycy Joannie" sięgam po Flauberta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wywód z uzasadnienie zrobiłem już przy okazji Lirael (jest trochę wcześniej) tak że pozostając przy jego puencie - Emma w gruncie rzeczy nie różniła się niczym wielkim od męża, którego uważała za miernotę, a skoro tak, to sama "łapała" się w to określenie.

      Usuń
    2. ~ Moleslaw
      Zaznaczam, że mnie ten wywód nie przekonał. :) To, że nie rozumiem motywów postępowania Emmy, które dla niej samej nie były chyba jasne, to dla mnie trochę za mało, żeby nazywać ją miernotą. Na pewno nie nazywa jej tak Flaubert.

      ~ Marlow
      Wczoraj zrobiłam sobie kolejną powtórkę i Karol zupełnie mi nie pasuje do obrazu skrzywdzonej ofiary rozpasania - vide jego relacje z pierwszą żoną w czasie platonicznego romansu z młodziutką Emmą, upokorzenie i ból Heloizy, nagłe odkrycie męża, że ma długie zęby, jest chuda i zawsze nosi tę samą chustkę, jej śmierć po wybuchu złości Karola.
      Błagam, nie uśredniajmy państwa Bovary. :) Nad znakiem równości między Emmą a Karolem można by się zastanawiać w dzisiejszych czasach, tamta rzeczywistość była inna. Wbrew pozorom różniło ich bardzo wiele i to była jedna z przyczyn niepowodzenia tego związku: wiek, pochodzenie, zainteresowania, stan majątkowy, temperament, wykształcenie, wsparcie ze strony rodziny, które w przypadku Emmy było prawie zerowe. Karol miał duże możliwości, których nie wykorzystał - i zaznaczam, że nie chodzi mi o poziom inteligencji, tylko ambicję i pasje, z którymi u niego było krucho.
      Poza tym Emma była nastolatką, kiedy się poznali, natomiast on starszym od niej, żonatym mężczyzną. Nie został podstępnie uwiedziony. Zlekceważenie tych różnic to był spory błąd. Oczywiście to wszystko nie usprawiedliwia niewierności Emmy, ale według mnie jest dowodem na to, że w Karolu też były mroczne zakamarki, co zresztą zwiastowały epizody młodzieńcze z dominem. :)

      Usuń
    3. jedno małe pytanko,czy pani czytała"nane"emila zoli,jeśli tak,to jak ją pani widzi w porównaniu z emmą bovary?-anna

      Usuń
    4. Niestety, "Nany" nie czytałam, ale po lekturze "Wszystko dla pań" Zoli obiecałam sobie, że kiedyś przeczytam na pewno. Ogólnie rzecz biorąc, moim zdaniem finezja psychologiczna Flauberta nieporównywalnie bardziej subtelna niż Zoli, przy całym szacunku dla zaangażowania społecznego i cudnych opisów autora "Wszystko dla pań". Ale ja Flauberta po prostu uwielbiam, więc mogę być nieobiektywna. :) Domyślam się, że w "Nanie" akcent pada na zewnętrzne przyczyny moralnego upadku, podczas gdy Flaubert wsłuchuje się w swoich bohaterów, ale to tylko gdybanie, trzeba będzie sprawdzić.

      Usuń
    5. Lirael, starzy seksiści mawiają, że "kobiety nie da się przekonać, czasami można ją tylko namówić", tak że jestem realistą co przekonania Cię :-), zwłaszcza, że Twoja argumentacja przypomina trochę "nie bo nie, tak bo tak". To czy ktoś jest przeciętniakiem nie zależy od większości cech, które podałaś - nawiasem mówiąc pominęłaś płeć :-). Np. wykształcenie - jeśli Karol był przeciętniakiem z wyższym wykształceniem, to Emma z edukacją na poziomie pensji klasztornej powinna być podwójną przeciętniaczką. Jeśli już to za cechy wyróżniające uznałbym temperament i zainteresowania ale one sprowadzały się u niej akurat do romansowania. Czy to, że "zazdrościła ludziom burzliwego życia, balów maskowych, zakazanych rozrywek, których nie znała, a które dawały na pewno zawrotne upojenie" miało ją czynić osobę ponadprzeciętną? Więc spróbowała i tych zakazanych rozrywek i burzliwego życia tyle że okazało się, że ją to przerosło - nie potrafiła się zmierzyć z ich konsekwencjami, ale nie ma się co dziwić na to musiałaby być osobą (w tę, czy w tamtą stronę) nieprzeciętną. Mogła nią być bo przecież miała i zdolności, i zainteresowania i co? - i nic! Ale żeby znaleźć pole kompromisu :-) - można uznać, że była osobą nieprzeciętną - jej determinacja w dążeniu do romansu faktycznie przekracza normę, tak mi się przynajmniej wydaje, ale czy to jakiś facet może powiedzieć, że coś wie o kobietach?! :-)
      PS.
      Emmy nikt podstępnie nie uwodził - na pewno nie Karol - jej samej przecież wydawało się, że go kocha a do następnych facetów sama się garnęła jak pszczoła do miodu.

      Usuń
    6. A propos namawiania – kilka razy przeczytałam polecaną przez Ciebie książkę i jeszcze ani razu się nie zawiodłam. :)
      Moje argumenty za nieocenianiem państwa Bovary tą samą miarą i za ograniczonym zaufaniem do Karola wydają mi się dość konkretne, ale to oczywiście rzecz gustu. Nie podawałam czynników wpływających na przeciętniactwo tylko różnice miedzy Emmą a Karolem.
      Niewierność jest niewiernością i żadne frustracje jej nie tłumaczą, ale według mnie w tym całym zamęcie własnego autorstwa Emma zasługuje też na współczucie. Rozumiem, że można w niej zobaczyć rozwydrzoną lalę, która tak naprawdę nie wie, czego chce, nieraz spotykałam się z takimi opiniami, ale mi jej zwyczajnie szkoda. Zawsze, kiedy czytam „Panią Bovary” uderza mnie samotność Emmy, brak oparcia w kimś, kogo darzyłaby szacunkiem.
      A wracając do intelektu: ”panna Rouault, wychowana w klasztorze urszulanek, otrzymała staranne wykształcenie, to znaczy, uczyła się geografii, tańca, rysunków, umiała haftować i grac na fortepianie”. To były czasy! :)

      Usuń
    7. Jakie to nie "równościowe" - inną miarę przykładać do kobiety a inną do mężczyzny! :-) I jedno i drugie budzi moje "ograniczone zaufanie" - jeśli już o to chodzi i wcale nie odsądzam ją od czci i wiary z powodu jej romansów. Tak jak pisałem, każdy ma prawo do błędu i prawo do miłości. Nie widzę tylko powodu do tego by ustawiać jej męża w pozycji miernoty/przeciętniaka sugerując tym samym, że Emma była osobą nieprzeciętną, zwłaszcza że jej romanse, zwłaszcza ten z młodszym od siebie mężczyzną (o zgrozo!) świadczą o tym, że była trywialna.

      Usuń
    8. Wydaje mi się, że inną miarę usprawiedliwia to, że to był rok 1857 i możliwości rozwoju, sytuacja ekonomiczna, etc kobiet i mężczyzn zupełnie inna. Ocena postępowania zresztą też: wizyty żonatego Karola u panny Rouault jakoś żadnego mieszkańca miasteczka nie bulwersowały (z wyjątkiem zrozpaczonej Heloizy o dużych zębach), natomiast na romanse pani Bovary już nie przymykano oka.
      Nasza rozmowa uzmysłowiła mi, jak ciekawą i niejednoznaczną postacią jest Karol. Udał się Flaubertowi wyśmienicie, choć jest w cieniu egzaltowanej małżonki. Bez względu na to,czy zobaczymy w nim ciepłą, dobrą osobę skrzywdzoną przez poszukiwaczkę przygód, czy kogoś, komu los odpłacił pięknym za nadobne za to, co zrobił pierwszej żonie, na pewno intryguje.
      W temacie życiowych aspiracji, marzeń, ambicji, potrzeb emocjonalnych według mnie małżonkowie byli kompletnie niekompatybilni i bez względu na to, kto był przeciętny, a kto nie, przekonali się o tym boleśnie.
      W dziedzinie romansu z młodszym mężczyzną Emma to jeszcze nic w porównaniu z panią von Taussig (właśnie kończę "Marsz Radetzky'ego"). :)

      Usuń
    9. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność z tą "ciekawą i niejednoznaczną postacią" Karola :-), to jednak był przeciętniak, który jednak uszczęśliwił "starszą panią" czyli swoją pierwszą żonę przynajmniej początkowo a i nie posunął się poza pewne granice w adoracji (?) Emmy gdy był żonaty. Jaki kontrast prawda - ona gdy szuka miłości nie cofa się przed niczym, on co najwyżej wzdycha :-). I wreszcie w czymś się zgadzamy :-) - to temat "życiowych aspiracji, marzeń, ambicji, potrzeb emocjonalnych" - tak, tu byli rzeczywiście "kompletnie niekompatybilni" a mówią, że przeciwieństwa się przyciągają :-).

      Gdzie tam głupiej gąsce, jaką była Emma Bovary do pani von Taussing! :-)

      Usuń
    10. Miałam na myśli Karola jako postać literacką, tak technicznie, bo jako człowiek nie podoba mi się wcale. Swoją drogą to ciekawe, że właściwie cały czas rozmawiamy o nich tak, jakby byli prawdziwymi ludźmi. :)
      Heloiza nie wyglądała mi na szczęśliwą, a już pretensje małżonka o wiecznie tę samą chustkę na głowie to skandal, powinien ją regularnie obsypywać prezentami w postaci gustownych nakryć głowy, a nie przeżywać frustracje i jeszcze przy okazji wnikliwie i krytycznie obserwować jej uzębienie. :)
      Lecę czytać dalej, bo mi jeszcze spalisz zakończenie "Marszu Radetzky'ego". :)

      Usuń
    11. W takim razie nie przeszkadzam :-) i będę czekał na Twoją opinię u Ciebie.

      Usuń
  18. mnie nie tyle chodziło o zole czy o flauberta,jak o te dwie panie-emma i nana,nawiasem mówiąc nie lubię ani jednej,ani drugiej-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno sam Flaubert nie znosił Emmy. :)

      Usuń
    2. Anno, ja czytałam "Nanę". Ale moim zdaniem nie można porównywać tych pań, bo Nana była osobą już od dzieciństwa bardzo zdemoralizowaną. Nana, w przeciwieństwie do Anny Kareniny i Emmy, nigdy nie kochała żadnego mężczyzny. Nana potrafiła śmiać się nawet wtedy, gdy paliły się konie - mówiła, że to zabawny widok... Anna i Emma na pewno nie byłyby zdolne do takiego zachowania.

      Usuń
  19. zgadzam się z panią,tylko,że nana wydaje mi się na swój sposób uczcziwsza w porównaniu z emmą,tu nie ma szoku,ci wszyscy mężczyźni,którzy się ustawiają do niej w kolejce,doskonale wiedzą,czego się można po niej spodziewać,zgoda,nana jest okropna,doprowadza swoich kochanków do ruiny,lecz jednocześnie żadnemu nie przysięgała wierności i uczciwości,to że emma sypia z innymi mężczyznami"za darmo"nie czyni jej,w moich oczach"lepszą,pisze pani że nana jest zdemoralizowana a jaka jest emma,chwilowo"zacumowała"u boku karola a póki co poluje na swój ideł,czy to,że szuka miłości ją usprawidliwia?nana zawsze jest taka sama czy siedzi"...na złotym talerzu czy na gównie..."-anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istotnie, Nana była na swój sposób uczciwsza, nie udawała lepszej, niż była. Z tym się całkowicie zgadzam. Mężczyźni wiedzieli, czego się po niej spodziewać. Na przykład tego, że kiedy zostaną już "wydojeni" z pieniędzy, Nana porzuci ich z takim wstrętem, jak się odrzuca zgniły owoc :)

      Nana bardzo mnie denerwowała, a dla Anny Kareniny i Emmy mimo wszystko znajdowałam wiele okoliczności łagodzących. Może to dlatego, że Flaubert i Tołstoj opisali swoje bohaterki tak, że czytelnik stara się je zrozumieć i współczuć im, natomiast Zola bardzo kpił z Nany.

      Usuń