poniedziałek, 13 listopada 2017

Noc generała, Gabriel Mérétik

Książka Mérétika ma status klasyka, ale nie da się ukryć, dzisiaj już mocno przebrzmiałego, tak już zresztą było gdy książka się ukazała, osiem lat po wydarzeniach które opisuje ale wówczas niesiona była na fali wolności i odreagowania lat skrępowania cenzurą. A przecież wydawałoby się, że jej temat, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce, to samograj. Niby tak a jednak coś tu nie gra. Nie zmieniają tego nawet "sensacyjne" wątki w rodzaju kompromitującej postawy prymasa Glempa wobec stanu wojennego, przemilczeniu przez Amerykanów wcześniejszej wiedzy na jego temat czy obojętności zachodnich dyplomacji. Lidia Ostałowska we Wstępie do "Nocy generała" informuje o pracy jaką musiał wykonać Mérétik ale jej efekt dzisiaj wcale nie poraża.


Dlaczego? chyba dlatego, że "Noc generała" kładzie nacisk na aspekty, które czytelników "średnio" interesują. Cóż ciekawego jest w problemach francuskich dziennikarzy i dyplomatów w Polsce, którzy nie mogą zorientować się w tym, co się dzieje w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku i poinformować swoich chlebodawców, albo problemy Alexandra Haiga. Mérétik "jedzie" Kapuścińskim, że tak powiem, znalazł się w egzotycznym kraju i opisuje jego życie polityczne.

Jeśli ktoś interesuje się polityką, pewnie go to zainteresuje ale jeśli interesuje go obraz społeczeństwa polskiego, to może być rozczarowany. Książka Mérétika jest spojrzeniem na polityków, ludzi zaangażowanych w politykę w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu, ale jeśli będzie chciał wiedzieć jak wyglądał stan wojenny widziany oczyma zwykłych Polaków, zwykłych ludzi dla którzy, musieli stać w wielogodzinnych kolejkach, martwić się czy będą mogli wykupić kartki, którzy paradowali z koralami z papieru toaletowego, który właśnie "rzucili", a którego faktura zbliżona była bardziej do papieru ściernego niż tego co można dzisiaj kupić, bardzo się rozczaruje.  

Mérétik wspomina o kierowcy, który gdy milicja przyszła go aresztować w środku nocy obudził dzieci by nigdy o tym nie zapomniały ale już nie wspomina, o tym co czuła żona tego człowieka i żony i dzieci innych aresztowanych, do których mieszkań wyważono drzwi by zabrać mężów i ojców do więzienia. Co oni czuli, zostając sami i niemający do kogo zwrócić się o pomoc? Tego z "Nocy generała" się nie dowiemy, tak jak nie dowiemy się, jak wyglądało wprowadzenie stanu wojennego w prowincjonalnych miasteczkach czy na wsiach. A to Polska właśnie, a nie Lenigrad i Waszyngton. Gabriel Mérétik zaserwował za to czytelnikom obrazek, w którym ówczesna wicemarszałek Sejmu Halina Skibniewska roni krokodyle łzy nad losem obywateli i ojczyzny. Chciałoby się zapytać, a co pani marszałek robiła będąc posłem na Sejm od 1965 roku, w roku 1970 czy 1976? Gdzie była, gdy w latach 70-tych zamykano w więzieniach ludzi tylko dlatego, że ośmielili się mieć inne zdanie niż władza i upomnieli się o swobody, które są dla nas oczywiste i bez których nie wyobrażamy sobie życia?

Nie da się też ukryć swoistego frankofilstwa książki, nadreprezentacji wrażeń Francuzów, tych którzy byli wówczas w Polsce obecni i ówczesnych decydendów francuskiej polityki. Rzuca się to w oczy bo Mérétik wspomina o symetrii. To jakoby dla jej zachowania w książce nie ma głosu Lecha Wałęsy, ponieważ Wojciech Jaruzelski odmówił spotkania z Mérétikiem, więc przewodniczący Solidarności nie miałby przeciwwagi. Ale to mało przekonujący argument bo książka oparta jest z definicji na braku proporcji - głosów polityków Zachodu nic przecież w "Nocy generała" nie równoważy. Wychodzi na to, że jej największą wartością jest tytuł, który stał się synonimem 13 grudnia 1981 roku.  

piątek, 3 listopada 2017

Ignorancja na salonach czyli "Serce ciemności" spolszczone przez Jacka Dukaja

Nie często mi się zdarza bym odstępował od lakoniczności tytułu postu, który ogranicza się do tytułu książki i nazwiska autora. Jednak tym razem ręka mi zadrżała, gdy miałem postawić przy potworku napisanym przez Jacka Dukaja nazwisko Josepha Conrada. Wydawnictwu Literackiemu, które stoi za tym nawet się specjalnie nie dziwię - w końcu ma przynosić właścicielom pieniądze a fakt, że wydało nawet coś takiego jak "Kroniki Ferrinu" Katarzyny Michalak wiele znaczy. Zagadką jest jakim cudem "Serce ciemności" znalazło się na Festiwalu Conrada (choć może to i dobrze, bo chyba po raz pierwszy od inauguracji imprezy pojawił się punkt programu bądź co bądź jednak jakoś związany z Conradem).


Może organizatorzy targów dali się złapać na lep specjalistów od marketingu z WL, którzy czytelników książki uraczyli dylematem "Jaka jest dziś rola literatury transferu przeżyć? Jak dokonać masowej transfuzji Conradowej ciemności do serc współczesnych czytelników? (...) To nie translacja, to nie trans-fuzja." Nie podejmuję się wyjaśnienia, co się kryje za tym bełkotem, ale niech tam, może się nie znam, może coś ze mną jest nie tak, zwłaszcza że nie bardzo też wiem o co chodzi Autorowi, który zapewnia "nie jestem tłumaczem. Jestem autorem Josepha Conrada piszącego Heart of Darkness dla dwudziestopierwszowiecznych polskich czytelników".

Kupiłem więc i przeczytałem. Muszę przyznać, że Jacek Dukaj rzeczywiście dokonał transferu przeżyć, choć chyba nie chodziło mu akurat o takie przeżycia jakich ja doznałem. Zaserwował w najlepszym razie ciekawostkę literacką (tak być może określiła by to jakąś litościwa blogerka "współpracująca" z Wydawnictwem Literackim) ale w rzeczywistości jest to tandetna szmira pisana w modnym dzisiaj stylu świętującym triumfy u takich mistrzów pióra jak Szczepan Twardoch czy Elżbieta Cherezińska, skierowana do gimbazy z intelektualnymi pretensjami, że tak powiem, której miałoby to dać poczucie, że poznała opowiadanie Conrada.

Ale to wielkie nieporozumienie. Niech nikogo nie zmyli określenie zamieszczone na okładce, informujące że tekst Jacka Dukaja jest spolszczeniem tekstu autora "Jądra ciemności". Otóż nie jest to żadne spolszczenie a określenie to udowadnia jedynie, że nie rozumie on (i redakcja wydawnictwa) znaczenia słowa "spolszczyć". A wystarczy tylko zajrzeć do słownika języka polskiego. Żeby było wiadomo o czym mowa, mała próbka - fragment z tłumaczenia Anieli Zagórskiej w opracowaniu Zdzisława Najdera -

"Pielgrzymi siedzieli w jadalni przy obiedzie: zająłem swoje zwykłe miejsce naprzeciw dyrektora, który podniósł na mnie pytający wzrok; zignorowałem go najzupełniej. Wówczas rozparł się w krześle z pogodą na twarzy i tym szczególnym uśmiechem, pieczętującym bezdenną głębię jego podłości. Nieustanny deszcz drobnych muszek spływał na lampę, na obrus, na nasze ręce i twarze. Nagle boy dyrektora wetknął przez drzwi bezczelną, czarną twarz i powiedział tonem obelżywej pogardy:
- Pan Kurtz... on umrzeć."

I dla porównania "spolszczenie" Jacka Dukaja -

     "Jedzą w mesie parowca. Siadam naprzeciw Menadżera; zerka na mnie pytająco, a na wargach wije się mu ten Menadżerowy uśmieszek, rebus głębokodusznych podłości.
       Muchy, muchy wibrują wokół lampy, muchy na ubraniach, muchy na twarzach. 

     Naraz służący Menadżera, czarny chłopak wyszkolony przezeń w salonowych impertynencjach, pakuje do środka swą hebanową głowę i - jakby odpluł żrącą flegmę pogardy:
       - Pana Kurtza - jego zdechło."

To nie jest jakoś specjalnie wybrany fragment, cała książka Dukaja ma się do opowiadania Conrada tak jak te fragmenty do siebie. Czym więc jest tekst Jacka Dukaja? - jak dla mnie jest to opowiedziane własnymi słowami "Jądro ciemności", zmanierowanym stylu mającym sprawiać na czytelnikach wrażenie intelektualnej głębi. Ale tu nie ma żadnej głębi - jedynie mielizna. Płyta paździerzowa pokryta cienką warstwą politury i to też w kiepskim gatunku. w stylu dobranymi do zakładanego przez Jacka Dukaja potencjału intelektualnego czytelników. Jackowi Dukajowi wyszedł rodzaj bryku - czytelnik dowiaduje się o co mniej więcej chodzi ale ma to podane na tacy, taka wersja "dla słabszych" by nie powiedzieć, że dla bardzo słabych.

Dzięki Nai z "Literackich skarbów świata całego" dowiedziałem się, że to wszystko przez "styropian językowy" przekładu Anieli Zagórskiej (swoją drogą, cóż za dezynwoltura w ocenie zasłużonej tłumaczki). Fakt, jej przekład daleki jest od doskonałości ale ciągle ten w wersji opracowanej przez Zdzisława Najdera pozostawia w pobitym polu nowsze przekłady Magdaleny Heydel, Patrycji Jabłońskiej, Barbary Koc, Jędrzeja Polaka, Ireneusza Sochy. Żaden z nich nawet nie zbliża się do niego jeśli chodzi o mroczny klimat "Jądra ciemności". Jak dowiedziałem się z okładki "Serce ciemności" jest "Projektem-obsesją, wyzwaniem, które prześladowało Jacka Dukaja od kilkunastu lat, a zarazem testem ekstremalnym przekładalności prozy i przeżycia". Ciekawe co będzie następnym "testem przekładalności prozy i przeżycia" - może "Braci Karamazow" w młodzieżowym slangu. Dwudziestopierwszowieczny czytelnik czeka. To dopiero będzie "trans-fuzja". 

czwartek, 2 listopada 2017

Adelo, zrozum mnie!, Edmund Niziurski

Po "Naprzód Wspaniali" i "Awanturach kosmicznych" przyszła wreszcie pora na trzecią część trylogii odrzywolskiej. Sięgałem do niej (korzystając, jak zwykle, z pretekstu przekazywania pałeczki w sztafecie pokoleń) z "pewną taką nieśmiałością" bo jakoś zupełnie jej nie pamiętałem i obawiałem się jakiegoś niewypału. Na szczęście moje obawy okazały się mocno na wyrost. Nie powiem co prawda, by Mistrz był w najwyższej formie ale i tak jest nieźle, znacznie powyżej średniej krajowej. 


Pewnie, można się do niejednej rzeczy przyczepić - jakim cudem w mieście, w którym są tylko dwie szkoły podstawowe na miejscowym stadionie zbiera się dwadzieścia tysięcy kibiców? Albo pomysł z przemianą karawanu w autobus weselny, równie głupawy co "As" z "Pana Samochodzika i zagadek Fromborka" Nienackiego. Wózek, którym chłopaki wiozą najpierw Cypka a potem Renatę jakoś dziwnie przypomina wózek, na którym Piraci wieźli Bosmana, a ulica Boleść ulicę Zapłotkową. Ale to szczegóły, na które pewnie czytelnicy należący do "grupy targetowej" nie zwracają uwagi. Tak jak zapewne nie "dekodują" znaczenia epizodów związanych z uboczną działalnością szpitalnej pralni, które dla starszych czytelników są oczywiste.

Są to jednak wszystko kwestie uboczne, nie na tym polega atrakcyjność książki dla współczesnych rówieśników Tomka Okista i Zyzia Gnackiego (o ile w ogóle jest dla nich atrakcyjna). Nie chodzi też o przygody i komplikowanie sobie życia, choć oczywiście nie jest to bez znaczenia, ale ważniejsze jest, że w "Adelo, zrozum nie!" Niziurski wyszedł daleko poza ściśle przygodowe opłotki i przedstawił początek dojrzewania. To dla głównego bohatera i narratora zarazem, trudna pierwsza lekcja. Ten chłopak mimo wszystkich swoich wad; budzi przecież sympatię i chyba paradoksalnie właśnie dzięki nim. Nie ma co się oszukiwać; tchórzostwo, kłamstwo, dwulicowość to nie jest coś co jest mu obce, a tę listę dałoby się jeszcze wydłużyć. Na szczęście, z drugiej strony mamy walczące o lepsze lojalność, szczerość i przyjaźń. Mieszankę, dzięki której robi się bardziej życiowy i bliższy czytelnikowi. Kto z nas nie dał się kiedyś namówić przyjacielowi, koledze do czegoś, czego później żałował? Kto z nas nie usiłował wykręcić się od konsekwencji domowych czy szkolnych przewin, pakując się w większe tarapaty? Tomek jest tym, który ciągle ma pod górkę, a przecież chce dobrze. Brzmi znajomo - samo życie.

Co jest w życiu nastolatka ważne - przyjaźń i pierwsza miłość. To odkrywanie świata, kiedy podaje się serce na dłoni wierząc, że z drugiej strony spotka nas to samo. Cóż za naiwność, witamy w świecie dorosłych! Ci bardziej "dojrzali" wiedzą co jest grane. Już szykują się do przepychania się przez życie łokciami, nie patrząc na innych. C'est la vie! A naiwniacy zostają ze zranionym sercem i bolesną nauką. Prawda o przyjacielu i prawda o pierwszej miłości. Niziurski niczego nie oszczędził swemu bohaterowi. Co z tego, że racjonalizuje swój stan - rozum swoje a serce swoje, to nie takie proste wyleczyć się z marzeń, które miało się za rzeczywistość. Ale czas zrobi swoje i będzie lepiej, szczerze w to wierzę, choć my już tego z książek o Tomku Okiście się nie dowiemy. Szkoda.

sobota, 28 października 2017

Czy to jest człowiek, Primo Levi

Pisanie o książkach należących do literatury obozowej zawsze stanowiło dla mnie problem. Chodzi o znany problem, a mianowicie nieadekwatność języka. Jak odnieść się do autentycznych przeżyć ludzi, którzy mają za sobą doświadczenia obozów koncentracyjnych. Zwykłe pojęcia opisu wydają się nie na miejscu - co można powiedzieć o wrażeniu jakie robi relacja kogoś, kto spożywał posiłek siedząc na zwłokach współwięźnia? Ale przecież nie sposób jednak uciec od oceny takiej literatury. Jedne książki są bardziej interesujące, inne mniej, jedna są ciekawsze (och, znów ten problem odpowiedniego języka) inne niespecjalnie. Do tej pierwszej kategorii należy książka Primo Levie'ego, pozostającego u nas w cieniu Borowskiego i Szmaglewskiej.


Nie wiem czym tłumaczyć ten fakt, bo z pewnością "Czy to jest człowiek" nie jest książką gorszą (znowu język) niż "Dymy nad Birkenau". Może ktoś kiedyś uznał, że wspomnienia włoskiego Żyda nie wnoszą niczego nowego skoro także i Polacy byli więźniami Oświęcimia. Może uznano, że wystarczające będzie, jeśli to Polacy a nie Żydzi będą przedstawiali swoje przeżycia. Dość wspomnieć sławetne uzupełnienie do hasła "obozy koncentracyjne hitlerowskie" dołączone do IX tomu "Wielkiej encyklopedii" PWN. Jakby nie było wspomnienia Levi'ego, podobnie jak Abrahama Kajzera doczekały się PRL-u tylko jednego wydania. Na pierwszy rzut oka nie ma w "Czy to jest człowiek" niczego nowego, niczego czego nie można by znaleźć u klasyków literatury obozowej. Nawet to, że Levi miał status muzułmanina i będąc Żydem, niejako z definicji był skazany na śmierć a zatem perspektywa z jakiej obserwował i uczestniczył w obozowym życiu była bardzo drastyczna, tego faktu nie zmienia.

Tym, co wprowadza nową jakość, jest kwestia jaką postawił w tytule. Bo to wbrew temu co się może wydawać to nie jest pytanie. Levi stawia doświadczenie obozowe w perspektywie, że tak powiem, ontologicznej. Chce przedstawić niezrozumienie faktu, że ktoś z powodów zupełnie od siebie niezależnych, na które nie ma żadnego wpływu, jest skazany na śmierć. Nie chodzi o kolor włosów, kształt nosa i uszu, język czy wyznanie, zawód albo stan cywilny. To wszystko można zmienić albo próbować zmienić ale to nie ma żadnego znaczenia.

Człowiek nagle dowiaduje się, że jest niczym, że zupełnie się nie liczy. Że jego życie nie stanowi żadnej wartości, że nie jest nawet przedmiotem, bo przedmiot przedstawia jakąś wartość tymczasem okazuje się, że ludzkie życie jej nie ma. Staje wobec faktu, że ktoś, gdzieś zadekretował, że człowiek nie jest już człowiekiem. Nie mniej zaskakujące jest to, że tę degradację akceptują nie tylko ci, którzy są jej autorami i ci, którzy stoją po ich stronie ale także ci, którzy sami stali się ofiarą prześladowań a wreszcie także, ci których ta degradacja dotyczy. Zdecydowano, że nie ludzie nie są ludźmi więc inni nie traktują ich jak ludzi. Sprowadzono ich do statusu jahusów i zaczynają się zachowywać jak jahusowie. "Człowiekiem jest ten, kto zabija, człowiekiem jest kto popełnia niesprawiedliwość lub ulega jej; nie jest człowiekiem ten, kto zagubiwszy wszelkie hamulce wewnętrzne, dzieli łóżko z trupem. Kto czeka, aby jego sąsiad umarł nareszcie, aby zawładnąć jego ćwiartką chleba, jest - nawet bez własnej winy - bardziej obcy pojęciu myślącego człowieka niż nieokrzesany Pigmej lub najokrutniejszy sadysta." To niewyobrażalny upadek, nie ma mowy o ludzkiej godności ale co z tego jeśli alternatywą jest tylko śmierć. Jej znaczenia i ważności nie da zanegować także i dla podludzi.

Swoją drogą, to ciekawe, że człowiek który padł ofiarą rasistowskiej segregacji sam odwołuje się do rasistowskich podziałów sytuując Pigmejów jako stojących niżej od ludzi myślących, a to przecież ludzie myślący, przedstawiciele narodu Goethe'go, Kanta i Hegla sprawili, że znalazł się w Oświęcimiu, a jego właśni pobratymcy w trosce o własne życie, wraz z nimi spychali go na dno.

Jak można uznać, że człowiek to nie człowiek, a jeszcze trudniej zrozumieć jak ta aberracyjna decyzja może być akceptowana. Jak człowiek zostaje zdegradowany do rangi istoty spełniającej czynności fizjologiczne budzi w najlepszym przypadku obojętność a zwykle wrogość jako coś niższego rzędu i jak koło się zamyka, bo skoro jest czymś podrzędnym, to nie traktuje się go jak człowieka. Co może wyrwać z tego błędnego koła - tylko drugi człowiek. 

sobota, 21 października 2017

J. R. R. Tolkien, Biografia. Humphrey Carpenter

Nie będę ukrywał, mój zachwyt nad "Hobbitem" i "Władcą pierścieni" z wiekiem osłabł, trudno zresztą by taki "stary koń" jak ja ciągle zachwycał się baśniami, nawet w takim rozmachu z jakim z jakim stworzył je Tolkien. Ale pozostały ciągle urokliwymi powieściami o przyjaźni, wytrwałości, odwadze i poświęceniu równie dobrymi dla "młodszej młodzieży", jak i dla dorosłych, w których drzemią jeszcze resztki chłopca marzącego o przygodach i kiedy jakiś czas temu czytałem "Hobbita" synowi, okazało się, że upływ lat nie miał dla powieści żadnego znaczenia i książka działa na wyobraźnię także w wieku XXI, w erze iphone'ów i "strzelanek". 


Książka Carpentera jest dla takich czytelników, którzy powieści o Śródziemiu wspominają z sentymentem i nie mają wielkiego pojęcia o ich autorze. Ja wiedziałem o nim tylko tyle, że był przyjacielem C. S. Lewisa ale jakoś przestało mi to wystarczać. Jeśli więc oczekuje się czegoś więcej niż w wikipedii a jednocześnie chce się uniknąć naukowej kolubryny, to książka jest akurat. Nie bez znaczenia jest zapewne i jej styl (a może jest to zasługa tłumaczki Agnieszki Sylwanowicz), sprawiający, że książka nie nuży, choć na pierwszy rzut oka miała by prawo.

Cóż może być bowiem interesującego w życiu oksfordzkiego profesora staroangielskiej literatury, specjalisty od dzieł, których istnienia nawet nie podejrzewamy, może poza "Opowieściami kanterberyjskimi", "Beowulfem" i opowieściami arturiańskimi. Żadnych ekscesów, skandali i romansów. Jedna żona - kobieta, w której kochał się od młodzieńczych lat. Nawet jego udział w wojnie (pierwszej) nie jest zbyt efektowny, parę dni na froncie i kolejne pobyty w szpitalach, żeby chociaż był ranny. Tak, zdecydowanie pierwszorzędny materiał na nudę. I jeszcze to hobby Tolkiena. Pomyśleć tylko, dorosły, poważny, żonaty i dzieciaty człowiek, profesor jednego z najsłynniejszych uniwersytetów świata, zajmuje się tworzeniem własnej, jak to określa Carpenter, mitologii. Tworzeniem nowego, wymyślonego od początku do końca świata. Nie do pomyślenia. Czemu ma to służyć? Oderwaniu się od rzeczywistości od pracy, od rodziny? Ileż tu pary poszło w gwizdek, na wymyślanie jakiegoś języka, którym mają posługiwać się bohaterowie książki, na wyjaśnianie "historycznych" szczegółów, świata w którym żyją.

To jest właśnie w dziele Tolkiena fascynujące, stworzenie kompletnego, nowego świata, w którym liczą najmniejsze drobiazgi. Owszem, można w nim znaleźć przebłyski realnego świata i średniowiecznej literatury ale w żaden sposób nie umniejsza to oryginalności dzieła jego życia. Oczywiście nie mogło w biografii zabraknąć historii tworzenia dzieła życia Tolkiena i jasne się staje skąd wzięła się taka różnica jakościowa pomiędzy "Władcą pierścieni" a innymi książkami fantasy.

Jest oczywiste, że Carpenter darzy swego bohatera sympatią (co najmniej) bo da się wyczuć, że dostrzegając u niego skazy, to choć je wskazuje, niespecjalnie je drąży, jakby z obawy, że mogą wyjść na jaw nieprzyjemne cechy charakteru. "Miękko" zarysowane zostało jego życie rodzinne, choć z biografii jasno wynika, że dla żony Tolkiena było ono dalekie od ideału, podobnie Carpenter nie rozdrapuje ran związanych z ochłodzeniem się przyjaźni z C. S. Lewisem. Ale być może to taka autorska maniera bo bez wielkich emocji opisuje też nie najłatwiejsze dzieciństwo i młodość Tolkiena, pozostającego w gruncie rzeczy na łasce obcych mu ludzi.

Pewnie tolkienolog mógłby być nieusatysfakcjonowany biografią Carpentera ale dla mnie jako dla laika jego książka jest akurat.

czwartek, 19 października 2017

Perswazje, Jane Austen

Nie będę ukrywał - do ponownej lektury "Perswazji" zdopingowała mnie Marta z "Leżę i czytam". To co przeczytałem u niej na temat ostatniej powieści Jane Austen sprawiło, że zwątpiłem w swoją pamięć, bo zapamiętałem książkę jako nudny jak flaki z olejem, schematyczny romans z życia angielskiego ziemiaństwa z początków XIX wieku. Przeczytałem więc "Perswazje" ponownie i okazało się, że pamięć mam bardzo dobrą. Nic się nie zmieniło.

Rozumiem oczywiście, że książka podoba się paniom - nic w tym dziwnego, wszak jej tematem jest miłość, a w finale główna bohaterka (nie tylko zresztą ona) osiąga cel życiowy i wychodzi za mąż. Okazuje się, że dwa stulecia, feminizm i gender w gruncie rzeczy niewiele zmieniły. Świat nie zmienił się tak bardzo i romanse ze szczęśliwym zakończeniem ciągle są w cenie.


Pozostaje natomiast zagadką dlaczego "Perswazje" miałyby być uznane za najwybitniejszą powieść Austen. Na czym miałaby polegać ta wybitność? Na pewno nie na tematyce i sposobie jej potraktowania. Nie ma tu nic nowego w stosunku do wcześniejszych powieści Austen, to samo tło, wiejskie dwory, przejażdżki, wizyty i to samo towarzystwo. Podobno wyróżniają się "subtelnym i wnikliwym rysunkiem psychologicznym głównej bohaterki" - czyżby? Nie dajmy sobie wciskać ciemnoty w biały dzień i spróbujmy przyjrzeć się Annie Elliot, dwudziestosiedmioletniej pannie, która w wieku dziewiętnastu lat "odpaliła" narzeczonego za namową przyjaciółki rodziny, robiąc to zresztą dla jego dobra (sic!). Na czym polegało dobrodziejstwo zerwania zaręczyn dwojga kochających się młodych ludzi pozostanie na zawsze tajemnicą Anny i Jane.

Lata mijają ale panna Elliot niewiele zmądrzała. Ewidentnie ma problem bo historia sprzed ponad siedmiu ciągle się w niej jątrzy.Można zrozumieć, że w jej ograniczonym światku trudno znaleźć sobie jakieś zajęcie, które pozwoliłoby zapomnieć o problemach (ciekawe, czemu Anna nie poświęca na przykład czasu ubogim), a romantyczne wzorce literacki, którymi napakowała sobie głowę niekoniecznie muszą sprawdzać się życiu. Stąd pustką i jałowością życia można tłumaczyć fakt, że przeżywa perspektywę spotkania z ex-narzeczonym. Bądźmy jednak szczerzy, cóż to za perspektywa?! - wszak ona będzie mieszkała już zupełnie gdzie indziej, a i wcale nie jest takie pewnie kiedy i czy w ogóle on przyjedzie. No, ale jeśli posiada się wrażliwość mimozy...

Zaraz, zaraz, jaka wrażliwość mimozy?! Przecież bez problemów mieszka w domu mężczyzny, któremu też dała kosza, a który w dodatku ożenił się z jej młodszą siostrą. Tu Anna okazuje stoicki spokój nie dostrzega, hm, pewnej niezręczności sytuacji. Ale na tym może właśnie ma polegać "subtelność i wnikliwość rysunku psychologicznego głównej bohaterki".

Albo znajomość ludzkich charakterów i stosunek do ludzi. Niech języczkiem u wagi będzie pani Clay, której Anna nie znosi. Co ma jej do zarzucenia - o, bardzo poważne wady. Otóż pani Clay, ma za sobą nieudane małżeństwo, dwójkę dzieci a na dodatek piegi, grube przeguby i wystający ząb. Ciężka sprawa (ale chyba nie musiało być źle, skoro niezorientowana w sympatiach i antypatiach Anny, pani Smith twierdzi, że pani Clay jest ładna), no i nie zapominajmy, że jest miła dla wszystkich. Najważniejsze jednak, i to jest jej główna wada - ciąży na niej podejrzenie, że chciałaby wyjść za mąż za ojca Anny. Grzech nie do wybaczenia! Co prawda nie ma na to żadnych dowodów ale już same podejrzenia wystarczą by ją za to znielubić. Jak ona śmiała! Nie wątpię, że to jeden z rysów "subtelnego i wnikliwego rysunku psychologicznego głównej bohaterki".

I można tak jeszcze, jeszcze. Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać, gdy Anna zestawia swoją sytuację z położeniem Jamesa Benwicka. Ona wiele lat temu dała kosza narzeczonemu, jemu kilka miesięcy temu zmarła narzeczona, prawda jakie adekwatne zestawienia. Nie miejmy złudzeń, które z nich może czuć się gorzej, przecież Anna to rozstrzygnęła "on nie ma chyba w sercu większej żałości niż ja. (...) Otrząśnie się jeszcze, znajdzie szczęście z inną." Czyż to nie subtelne i wnikliwe? - kto by pomyślał, ale faktycznie, jeśli się zastanowić, to cóż to jest śmierć w porównaniu z zerwanie z narzeczonym?

Albo recepta panny Elliot na udane szczęśliwe małżeństwo "I jedna, i druga strona ma dobre zasady i miłe usposobienie". I już! Tak, to nikt nie wiedział, że na tym to polega - zapewne dlatego, że daleko mu jest do subtelności Anny. Dziwne, tylko że sama nie chciała skorzystać z tej odkrywczej recepty. Ale któż może zrozumieć kobietę?!

Nie ma co ukrywać, cecha, której "Perswazje" mają zawdzięczać swoją "wybitność" to balon ze sprężonym powietrzem, nawet ujęcie kwestii, powiedzmy, protofeministycznych dalekie są od "oświeconego feminizmu" i u jednych pewnie wywołują uśmiech, a u innych irytację. To ładnie, że oprócz co tydzień nowych bestsellerów wraca się po takie starocie, ale nie dajmy się zwariować, to że książka ma swoje lata i wyszła spod pióra znanej pisarki, jeszcze o niczym nie przesądza. Ważne jest nie tyle kto, lecz co napisał.  

niedziela, 8 października 2017

Za drutami śmierci, Abram Kajzer

Literatura obozowa ma specjalny status. Jest zarówno świadectwem ludzkich cierpień, jak i pomnikiem ofiar zbrodni niemieckich i rosyjskich (w "odmianie" łagrowej). O ile w czasach PRL-u temat łagrów był w oficjalnym obiegu tematem zakazanym, to nie dotyczyło to przecież zbrodni niemieckich a jednak okazało się, że o ile jedni autorzy byli po wielokroć wznawiani, to niektórzy doczekali się tylko jednego wydania  i zagadką pozostaje dla mnie, co było kryterium wydawniczych decyzji. W przypadku książki Kajzera z pewnością nie był to ani brak wiarygodności czy brak walorów literackich.

Daleki jestem od spiskowej teorii dziejów ale mam wrażenie, że "Za drutami śmierci" okazało się zbyt obrazobórcze dotykając zagadnień, które stawiały ofiary w bardzo dwuznacznym świetle, oględnie rzecz ujmując. Zanim jednak do tego przejdę, należy się kilka słów wyjaśnienia, z czym mamy do czynienia. Otóż książka Kajzera jest czymś wyjątkowym, stanowi bowiem w znacznej części dziennik łódzkiego Żyda pisany na bieżąco w obozie (pozostałą można określić jako wspomnienia), który w sierpniu 1944 roku został przywieziony do Oświęcimia a potem do Rogoźnicy. Zapiski zostały przetłumaczone oraz opracowane przy współudziale autora i praca nad nimi zakończyła się po dwóch latach, w 1949 roku. Na wydanie książki trzeba było czekać jeszcze trzynaście lat. 


Świadomość tego, że mamy do czynienia z osobistą relacją nieprzytłumioną przez upływ czasu potęguje wrażenie jakie wywołuje i co tu dużo mówić, utrudnia pisanie o niej. Nie można bowiem oczekiwać jasności wywodu i żelaznej logiki od kogoś kto przeżył to co Kajzer. On sam wyraźnie zaznacza odrębność doświadczeń obozowych, od tego z czym mamy do czynienia w normalnym świecie - "Cóż wiemy o sobie nawzajem, o tym, co się dzieje na dnie duszy każdego z nas? A cóż dopiero może wiedzieć człowiek, który tu nie był, który nie widział  tych wszystkich chorych, leżących nago w zimnej hali fabrycznej i oczekujących śmierci jak wybawienia, który nie widział tych ludzi pełzających, jęczących i kurczowo trzymających się życia, nie widział tych, co już nie mają nawet tyle siły, aby strącać pchły i wszy pożerające ich żywcem... Tych konających z wyczerpania i pragnienia, w katuszach głodu, poniewierki, samotności, nie umiejących znaleźć odpowiedzi na pytanie, za co i dlaczego muszą umierać... ".

To co zwraca uwagę w "Za drutami śmierci", to zdumiewająca postawa Żydów wobec śmierci. Kajzer opisuje zbiórkę w bloku więziennym, kiedy to dopiero co przybyłych, półtora tysiąca mężczyzn terroryzuje... trzech (w tym dwóch więźniów) za pomocą drewnianych pałek. Rzecz normalnie nie do wyobrażenia. Jedynym przejawem niezgody na obozowy terror jest myśl o samobójstwie - nie chęć zemsty, odwetu, rewanżu czy jak to nazwać ale tylko własnej śmierci. Drugim aspektem, który jest mocno akcentowany to współuczestnictwo Żydów w terrorze, pisze o tym wprost - "szczególnie przygnębiająco działa fakt, że nasi współrodacy, Żydzi, tacy sami jak my, którzy prawdopodobnie przebywają tutaj już od dłuższego czasu, są nie mniej okrutni od esesmanów." Nie umniejsza, to oczywiście, faktu zbrodni niemieckich i zasadniczej odpowiedzialności Niemców - "z zasady Niemcy nastrojeni są agresywnie, a serca ich niedostępne są uczuciu sprawiedliwości lub litości, więc błąkający się więzień z reguły zostaje zmaltretowany, padając ofiarą ich wściekłości i brutalnej siły, którą tak łatwo wyładować na bezbronnym" ale ze świadectwa Kajzera jasno wynika, że Żydzi w równym stopniu co Niemcy byli winni jego cierpień.

To krytyczne spojrzenie na własnych pobratymców jest tym co rzuca się w oczy od początku i przewija się przez całą książkę i nie niczym nowym. Znamienne jest, że "sprawiedliwość" wymierzana policjantom z łódzkiego getta budzi opór Kajzera tylko dlatego, że wykonywana jest z niemieckim "błogosławieństwem" co, nawiasem mówiąc, rzuca światło na działalność Chaima Rumkowskiego, która swego czasu była przedmiotem ożywionej dyskusji.

Owszem, nie ma wątpliwości co do wyjątkowość sytuacji w jakiej wszyscy się znaleźli i która stanowi wyjaśnienie ludzkich czynów - "Myślę, że trzeba wybaczyć wszystkim, którzy w obozie spodlili się skutek katuszy i głodu. Sądzić ich nikomu nie wolno prócz tych, który żyli w takim samym piekle. Prócz nas nikt nie zrozumie i nie będzie wiedział do czego może doprowadzić głód i nieustanne znęcanie się nad człowiekiem." Tyle tylko, że więźniowie funkcyjni nie spodlili się w wyniku katuszy i głodu, oni chcieli ich uniknąć i dlatego, niejako profilaktycznie katowali swych towarzyszy i okradali ich z jedzenia skazując na męczarnie głodu - "(...) pies przyszedł do obozu z kością w pysku. Otoczyła go zaraz grupa Häftlingów, którzy znajdowali się w pobliżu. Stali bezradni i z zazdrością spoglądali nie tyle na psa, ile na ogryzioną przez niego kość. Podejść bliżej nikt nie śmiał, ale psa otoczyli i cierpliwie czekali, aż skończy swoją ucztę i porzuci ogryzioną kość."

Okazuje się zresztą, że w wielu przypadkach w ogóle nie ma konieczności wyboru: życie innego człowieka albo moje życie. Nie jest nią przecież okradanie z żywności chorych więźniów przez lekarza, który powinien nad nimi sprawować opiekę, czy bicie tylko we własnym, że tak powiem, więziennym gronie, to raczej kwestia natury człowieka, z którego, tak jak w "Jądrze ciemności" Conrada w "sprzyjających" okolicznościach wychodzą na jaw jego najgorsze cechy, w normalnym świecie skrywane w "zakamarkach duszy". 

środa, 4 października 2017

Wieś, Iwan Bunin

Niedawno robiłem test na znajomość, nawet nie literatury rosyjskiej, ale tylko nazwisk jej twórców. Zwykle kończyło się na dwóch-trzech nazwiskach: Tołstoj, Dostojewski, Bułhakow. Okazuje się, że Achmatowa, Błok, Czechow, Gogol, Gonczarow, Gorki, Gumilow, Jesienin, Kryłow, Lermontow, Majakowski, Mandelsztam, Pasternak, Puszkin, Szołochow i Turgieniew to terra incognita. Nie mówię już autorach pokroju Gajdara, Katajewa, Makarenki, Polewoja czy Rybakowa. Wygląda na to, że cztery dekady powojennej rusyfikacji w szkołach w czasie prlu przeszły zupełnie bez echa. Dzisiaj pewnie do pierwszej trójki można by doszlusować Akunina i Marininę i tyle. Tak wygląda percepcja literatury rosyjskiej na wolnym rynku. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, może to po prostu oddaje rzeczywiste miejsce literatury rosyjskiej w powszechnym odbiorze. 


Nie muszę chyba dodawać, że na liście wielkich nieobecnych znalazł się też i Iwan Bunin, "nie uratowała" go nawet literacka nagroda Nobla, ale to, że coś nie istnieje dla pokolenia gimbazy w gruncie rzeczy można uznać za pozytywny wyróżnik i świadectwo literackiej jakości. Po raz pierwszy czytałem "Wieś" jeszcze w czasach licealnych, a jej powtórna lektura potwierdziła to, co już i tak wiedziałem, że istnieje przepaść pomiędzy „młodzieńczym” a „dorosłym” odbiorem. To co wcześniej wydawało mi się tylko ponurym obrazem rosyjskiej wsi, zadającym kłam mitowi „duszy rosyjskiej” tak rozsławionym przez Tołstoja i Dostojewskiego okazuje się być alegorią Rosji. Jeśli Gogol pytał w "Martwych duszach" - "Dokąd pędzisz Rosjo (...)?", to Bunin dał mu odpowiedź retorycznie pytając - "Boże miłościwy! Zabili Puszkina, zabili Lermontowa... Utopili Pisariewa... Powiesili Rylejewa... Dostojewskiego ciągnęli na rozstrzelanie... Gogola doprowadzili do szaleństwa... A Szewczenko? A Poleżajew? (...) O, Boże, czyż jest jeszcze gdzie na świecie taki kraj, taki naród przeklęty?". 

We "Wsi" nie ma żadnej rosyjskiej duszy - jest chciwość, odrażająca nędza i prymitywizm idące o lepsze z obrazami Zoli - "Zajrzał do wnętrza i w półmroku zobaczył piec, nary, stół a na ławie pod oknem - korytko trumienki. Leżało w nim martwe dziecko o dużej, prawie nagiej główce i sinawej twarzyczce... Za stołem siedziała gruba ślepa dziewka i wielką drewnianą łyżką wyławiała z miski rozmoczone w mleku kawałki chleba. Muchy, niby pszczoły w ulu brzęczały nad nią i łaziły po twarzyczce trupa, a potem wpadały do mleka, ale ślepa, siedząc prosto jak statua i wybałuszając w ciemność zaszłe bielmem oczy, jadła i jadła...". Trudno jakoś dopatrzeć się w tym natury ludu "bogolubca". 

Bunin pisze tak, że z jego opowieści nie płyną oczywiste morały, nie da się "Wsi" zgrabnie spuentować jednym czy dwoma zdaniami. W swojej opowieści o życiu dwóch braci, wiejskiego bogacza, self-made mana i pół inteligenta, przedstawia ponurą diagnozę bez recepty na uzdrowienie czegokolwiek. Dla jednego z nich wieś jest więzieniem, z którego pragnie się wyrwać, dla drugiego ostoją, w której może znaleźć upragniony spokój. Ale to tylko złudzenie - wiejskie życie okazuje się ani tym ani tym, a próba naprawienia, na odchodnym, wyrządzonych kobiecie krzywd niczego tak naprawdę nie naprawia. 

Bo w tym świecie kobieta i dzieci, jako najsłabsze, są na samym dole drabiny społecznej, o ile dzieci mają jeszcze jaką szansę by zmienić swój status bo przecież wyrosną ze swego wieku, to kobieta już nie, całe życie będzie tą najsłabszą. Jedyne co jej pozostaje to pogodzić się z losem i poszukać złudnego ratunku w małżeństwie, w statusie jaki daje bycie gospodynią na swoim. Ale o ile braciom Krasowom perspektywa opuszczenia wsi daje jakąś nadzieję, to Jewdokia w gruncie rzeczy takiej nadziei nie ma, doświadczyła przecież już tego stanu i widzi też jak to się kończy u innych. Jej wybór to wybór "mniejszego zła", który w dodatku może okazać się błędem i dlatego mając tego świadomość jest bezwolna i godzi się na małżeństwo, które dla niej zaaranżowano. Tak już jest, tak widocznie musi być, tak jak słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie i nic się na to nie poradzi. Ona to wie i przyjmuje to z rezygnacją. Lepiej już mieć nawet choćby złudną ochronę niż żadnej. 

Cóż, ponura historia, która nie wiadomo jak się skończy, zdecydowanie dla tych którzy cenią dobrą literaturę. Miłośnicy prozy w stylu Katarzyny Michalak i Danielle Steel powinni Bunina omijać szerokim łukiem. . 

środa, 20 września 2017

Awantury kosmiczne, Edmund Nizurski

Nie wiem czemu Edmund Niziurski zmieniał drugą część trylogii odrzywolskiej, bo pierwotna wersja – „Awantury kosmiczne” zmian nie wymagała i śmieszy do dzisiaj. Wiadomo, jak to z książkami Niziurskiego, oparcie się na realiach lat 70-tych nie pozostaje bez konsekwencji i to co było oczywiste dla pokolenia rodziców, a może i już dziadków, dla współczesnych dzieci wymaga już komentarza. W porównaniu jednak ze starszymi powieściami nie ma tego dużo.


Niziurski obraca się wokół doskonale znanych i sprawdzonych motywów we wcześniejszych książkach (redaktorzy szkolnej gazetki, woźny, „śledztwo”, motyw snu) ale nie ma się wrażenia wtórności. Sprawdza się również jego recepta na przykucie czytelnika do książki – wartka akcja, humor sytuacyjny i odwołujący się do ówczesnego języka oficjalnego. Ale Niziurski wychodzi też poza „żelazne punkty” swoich powieści dla młodzieży. Obok bowiem standardowych, męskich spraw czyli konfrontacji „bandy z bandą” pojawia się wątek relacji damsko-męskich w młodzieńczym wydaniu. I nie wiem, czy nie jest to najciekawszy element powieści – w każdym razie wg mnie opis „adelowania” należy do najlepszych fragmentów książki.

To nie takie częste by nastolatek zaliczający się do „młodszej młodzieży” mógł jakoś skonfrontować własne, pierwsze i nieśmiałe „zapały” miłosne. Mam wrażenie, że mimo upływu czasu, od pierwszego wydania książki niewiele się w tej mierze zmieniło. Pierwsze uczucie ciągle jest przeżyciem dla kolejnych pokoleń nastolatków, a i starszy czytelnik pewnie się uśmiechnie na wspomnienie własnych konkurów niezależnie od ich rezultatu. Pokazanie „męskiego” punktu widzenia, pełnego zrozumienia dla męskiej części czytelników niewątpliwie jest wartością dodaną "Awantur kosmicznych" – to przecież temat, który dzieciom trudno poruszać nawet wśród rówieśników, szczególnie więc cenna jest możliwość zestawienia własnych pragnień i doświadczeń z tym, co bardzo realistycznie przeżywają bohaterowie powieści. 

Relacje z dyrektorem szkoły czy woźnym, śledztwo dotyczące tego drugiego, owszem napędzają akcję ale w gruncie rzeczy stanowią tło dla tego co najważniejsze, czyli miłosnych perypetii narratora. I choć dziecięcy czytelnik (płci męskiej) jakoś się z nim identyfikuje, to przecież trudno mu zamknąć oczy na fakt, że podobnie jak i jego przyjaciele daleki jest on od wzorca z Sèvres szkolnego supermana ale paradoksalnie te niedoskonałości bohaterów sprawiają, że przez to stają się oni bardziej wiarygodni.

Ale moją uwagę zwróciły inne, dwie rzeczy. Pierwsza; Niziurski, jak to on, żartobliwie zwraca uwagę na pominięcie w literaturze pracy woźnego ale po lekturze "Awantur kosmicznych" nasunęła się refleksja, że to niekoniecznie musi być tylko żart. Pamiętamy naszych nauczycieli, często nawet tych z którymi mieliśmy dwie lekcje w tygodniu a co z ludźmi, których spotykaliśmy codziennie przez wszystkie lata szkolne? Pamiętamy, sylwetkę, twarz ale chyba nikt więcej – kto wie jak nazywał się woźny w jego szkole? Trochę to smutne…

I druga uwaga; wiadomo, powieści Niziurskiego osadzone są w realiach lat, w których powstawały, opowiadają o świecie młodzieży stanowiącym jakby wykrzywiony wizerunek świata dorosłych. W "Awanturach kosmicznych" są jednak momenty, w których karykatura pobrzmiewa całkiem serio. Kiedy Okist jr, mówi o pracy redaktora gazety "albo piszemy to, co naprawdę myślimy i czujemy, albo gazeta nie ma sensu", a jego mama puentuje rolę kobiet i mężczyzn - "ci dzisiejsi mężczyźni! Wszystko spychacie na nasze głowy! Kieruj wszystkim, walcz o wszystko, stój w kolejkach, płać rachunki i jeszcze zajmuj się domem, och, my kobiety współczesne!" to nie brzmi to jak satyra lecz jako całkiem serio spuentowana diagnoza zjawisk, z którymi bohaterowie Niziurskiego mają do czynienia. I nie jestem pewien, czy gdyby to była "poważna" książka dla dorosłego czytelnika, to uwagi te zostałyby przepuszczone przez cenzora.

Na szczęście, dzisiaj to już tylko ciekawostki, co prawda mało, albo w ogóle nieczytelne dla dzisiejszych dzieci, podobnie jak choćby "przezwyciężanie adelistycznego odchylenia" ale przecież budujące klimat powieści i sprawiające, że z kolei dorosły czytelnik ma szansę znaleźć w niej to, co przegapił kiedyś mając dziesięć, dwanaście czy czternaście lat. 

niedziela, 10 września 2017

Serce. Książka dla chłopców, Edmund de Amicis

W jednej z najlepszych książek dla "młodszej młodzieży", ever, miernikiem odporności na wzruszenia, obok "Śmierci Pułkownika" Adama Mickiewicza, "o tej dziewicy bohaterze, co gdy umierała, nawet stare wiarusy płakały", historii "o biednym garbusku i o tym Jasiu pani Konopnickiej, co nie doczekał" było "Serce" Edmunda Amicisa. Swoją drogą, podziwiam Żarłocznego Stefa, że dał mu radę bo sam miałem z nim trochę kłopotu. No ale pocieszam się myślą, że pół wieku temu Stefan miał łatwiej bo książka nie była takim anachronizmem jak obecnie, choć i wówczas zdawano sobie sprawę z tego Amicis może "zakatować" czytelnika bo lekturą szkolną były tylko dwa opowiadania miesięczne "Mały pisarczyk z Florencji" i "Od Apeninów do Andów".


Amicis swoją powieść przeznaczył dla chłopców w wieku od lat 9 do 13, dzisiaj to już abstrakcja. Opis szkoły i obyczajowości sprzed ponad 100 lat z grubym okładem podany ówczesnym językiem na dłuższą metę zupełnie nie przemawia do czytelnika. Pewnie dałoby się wyłuskać kilka opowiadań jak choćby pierwsze ze wspomnianych wyżej, które można jeszcze strawić ale raczej nie całość. Przyczyną tego stanu rzeczy jest w dużej mierze anachronizm języka, zapewne spotęgowany także tłumaczeniem Marii Konopnickiej oraz sposób przedstawienia wartości promowanych przez książkę.

"Serce" pisane jako dziennik ucznia trzeciej klasy ówczesnej podstawówki jest apoteozą tradycyjnych wartości m. in. takich jak: autorytet, posłuszeństwo i poczucie wdzięczności wobec rodziców i nauczycieli, współczucie dla biednych i doświadczonych przez los oraz patriotyzm. Z naszej perspektywy to zupełny "kosmos". Kto by dzisiaj podejmował w literaturze dziecięcej tak poważne tematy i to jeszcze na takim poziomie, który gwarantowałby przetrwanie książki dłużej niż trwa marketingowy szum. Od tej strony, przykro to mówić, Amicisowi nikt ze współczesnych, pożal się Boże pisarzy, którym wydaje się, że wystarczyło mieć piątki z wypracowań z polskiego by zostać autorem książki, nikt "nie podskoczy".

Nie da się jednak zaprzeczyć, że problemy które opisuje i/lub z którymi styka się narrator powieści, Henryk Bottini są "przedobrzone". Ten uczeń klasy trzeciej żyje pod permanentną presją w świecie zakazów i nakazów, w którym każda drobnostka jest wyolbrzymiana i przedstawiana w kontekście spraw ostatecznych. Choćby jakieś śmielsze odezwanie się do matki lub ojca, sprawia że czytelnik stawia oczy w słup, gdy czyta ojcowskie napomnienie; "Kocham cię, synu mój; ty jesteś najdroższą nadzieją mego życia; ale wolałbym widzieć cię umarłym niźli niewdzięcznym twej matce. Bądź zdrów!". Ale i reprymenda matki mu nie ustępuje; "Za każdym razem, kiedy ojciec będzie cię strofował, a jakieś niecierpliwe, złe słowo będzie się cisnąć na usta twoje, pomyśl o dniu i o chwili, która przecież niechybnie przyjdzie, gdy ojciec przywoła cię do swego łóżka, aby ci rzec: "Henryku, opuszczam ciebie!"".

I tak jest ze wszystkim widmo śmierci krąży wokół chłopca w prawie każdym liście i na każdy prawie temat. Memento mori! Ciągłe pouczenia - myślałby kto, że ten chłopak ich naprawdę wymaga. A przecież to normalne dziecko, które nie stwarza żadnych problemów wychowawczych a jednak bez ustanku jest karcone i pouczane, jakby dopuściło się nie wiadomo jakich przewinień. Ta dysproporcja pomiędzy dziecięcymi zachowaniami i niewspółmiernością roli jaką się im przypisuje, to jest coś co każe patrzeć na Amicisa jak na raroga.

Wartości, które głosi "Serce" przez aurę łzawości i patosu w jakiej są prezentowane, sprawiają że na dłuższą metę książka robi się niestrawna - dziecko ma kochać matkę bo je ojciec wyklnie? ma kochać ojca bo ten umrze? To się raczej nie sprawdza. Tak jak wezwanie z okazji Dnia Zadusznego - "Pomyślałeś ty kiedy o tych ojcach, którzy sobie skracają życie w ciężkiej pracy? O tych matkach, które przedwcześnie w grób idą, umęczone odmawianiem sobie wszystkiego, byle utrzymać swoich synów? Czy wiesz, ile ojców nóż sobie do serc wbiło nie mogąc znieść widoku nędzy swoich dzieci? Ile kobiet potopiło się, pomarło w rozpaczy, zwariowało straciwszy ukochane dziecko?". Makabra dzisiaj sprzedaje się tylko w opowieściach o zombie a nie dydaktycznych opowiastkach z życia szkoły dla dzieci z klas III - VII.

środa, 6 września 2017

Arka Czasu czyli wielka ucieczka Rafała od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz, Marcin Szczygielski

Nie ukrywam, że powieść o losach chłopca z warszawskiego getta przeznaczona dla dzieci wydawała mi się ryzykownym pomysłem. Z drugiej jednak strony, przecież także i dzieci żyły i ginęły w getcie, dlaczego więc ich współcześni rówieśnicy nie mieliby poznać dramatu jaki rozegrał w czasie okupacji niemieckiej. Lecz skoro tak, to czy dziecku należy przekazać grozę, która była udziałem ofiar czy też przedstawić obraz wyretuszowany ad usum delphini? Mariusz Szczygielski wybrał to drugie rozwiązanie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czy to dobrze, czy źle? Trudno powiedzieć, zależy od założeń, od tego czego oczekujemy od książki dotyczącej problematyki historycznej. 


Jeśli Autorowi chodziło o to by już dziecko dowiedziało się, że w Warszawie żyli Żydzi i w czasie wojny groziła im śmierć to cel został, mniej więcej, osiągnięty. Piszę "mniej więcej" bo nie obyło się bez komentarza lektora, który uzmysłowić musiał słuchaczowi niektóre kwestie, delikatnie tylko przez Mariusza Szczygielskiego zamarkowane, jako że prawdę szczelnie owija w zmiękczający kokon. 

Owszem porusza wybrane kwestie istotne z punktu widzenia getta a więc; zagrożenie życia, panujący głód, polski antysemityzm i jednocześnie pomoc ze strony Polaków ale jest to przedstawione w anturażu przygód, spośród których elementy te trzeba wyłuskiwać. Jednocześnie pomija zagadnienia, których poruszanie byłoby niepolityczne jak na przykład; współpracę Żydów z Niemcami, brak solidarności z własnymi rodakami i zróżnicowanie sytuacji Żydów. Wreszcie trudno zorientować się dziecko o co właściwie chodziło z tymi Żydami? Dlaczego właściwie znaleźli się w "Dzielnicy", czy różnili się od Polaków czy nie, czy jeśli już to chodziło o wygląd, czy o coś jeszcze? 

Piszę o tym, nie dlatego bym jakoś specjalnie się czepiał (choć mógłbym czepiać się szczegółów, a jest ich trochę, jak choćby chybiona analogia z Morlokami i Elojami czy zagadkowy sposób w jaki Rafał przeniknął z małego do dużego getta w poszukiwaniu dziadka) ale dlatego, że nie obyło się bez "lektorskiego" komentarza, na potrzeby nieletniego słuchacza. W naszym przypadku i tak książka na starcie miała plus jako że przejeżdżamy często obok cmentarza żydowskiego, szkoła, w której trenuje słuchacz jest na terenie dawnego getta a i w zoo bywamy od czasu do czasu (teraz doszła nowa atrakcja - poszukiwania kryjówek Rafała). Można więc powiedzieć, że wystąpiły "warunki brzegowe" dla zainteresowania książką, o co pewnie dla dzieci, które mieszkają poza Warszawą, trochę trudniej bo czytają/słuchają o rzeczach zupełnie dla nich abstrakcyjnych.

Jakby jednak nie patrzeć, ważne jest, że książka synowi (11 lat) podobała się (bardzo) a to przecież on a nie ja należy do grupy targetowej, zresztą żeby być uczciwym muszę przyznać, że był moment gdzie i mnie w trakcie lektury gardło się trochę ścisnęło. Nie bez znaczenia jest zapewne wartka akcja, prosty język odwołujący się do doświadczeń współczesnego dziecka i w przystępny sposób opisujący nawet tak drastyczne doświadczenie jak zagrożenie śmiercią.

Cóż, wygląda na to, że pisarstwo Marcina Szczygielskiego, który udowodnił po raz kolejny, że można pisać o niebanalnych sprawach dla dzieci, zyskało swojego nowego, młodocianego admiratora, co starszy wiekiem czytelnik przyjął ze zrozumieniem i niniejszym dziękuje Beznadziejnie Zacofanemu w Lekturze za "podpowiedź". 

niedziela, 3 września 2017

Ojciec Goriot, Honoriusz Balzac

Nie ma co ukrywać, nie każda z ponad 90 części Komedii ludzkiej da się dzisiaj bezboleśnie czytać. Swoje zrobił zarówno czas jak i styl Balzaca, który uszczęśliwiałby pewnie reżysera i scenografa teatralnego ale niekoniecznie już czytelnika powieści. Jego "didaskalia" pod względem nudy mogą iść w zawody ze sławetnymi opisami przyrody Elizy Orzeszkowej w "Nad Niemnem". Ale wytrwałość czytelników, którzy zacisnąwszy zęby przebiją się przez nie zostaje sowicie nagrodzona. Prawie dwieście lat i książka, która ciągle jest aktualna, owszem zmieniło się otoczenie i okoliczności ale ludzkie motywacje nie uległy zmianie i pozostają żenująco nieskomplikowane. 


Cóż za bogactwo problematyki dla ponowoczesnej (bo przecież nie innej) krytyki literackiej! Prawie jak u Szczepana Twardocha, czegóż tu nie ma: wykluczenie (lokatorzy pensjonatu pani Vauquer), silnie zaakcentowany wątek feministyczny (m.in. pani de Beauséant), no i widoczny akcent queer (homoseksualizm Vautrina). W sam raz coś do "Tekstów drugich" ale ja wolę trzymać się bardziej tradycyjnych interpretacji opartych na tekście.

Od tej strony patrząc "Ojciec Goriot" jest powieścią o dwóch planach podporządkowanych zasadzie, że pieniądz rządzi światem. Na jednym głównym bohaterem jest zstępująca z teatru życia tytułowa postać, na drugim wstępujący dopiero na arenę Rastignac. I niech nikogo nie zwiedzie tytuł, wcale nie jest oczywiste, który z nich jest tu ważniejszy. Ale przyjmijmy, że z racji statusu pierwszeństwo należy się tragedii zawiedzionej miłości ojcowskiej, choć z drugiej strony, jeśli przyjrzeć się jej sine ira et studio, to niby dlaczego? Czy nie wydaje się dziwne, że stary geszefciarz, który zbił majątek na ludzkiej krzywdzie i wpychający kochanka do łóżka swojej zamężnej córki łudzi się, że zasady które z powodzeniem stosował wobec innych do niego samego nie mają zastosowania?

Przykra sprawa - wyhodować sobie żmije na własnej piersi. Ale przecież "starszy pan" mógł się tego spodziewać. Córki, tak jak on podporządkowały życie pieniądzu, tyle że, na innym poziomie. I dla niego i dla nich pieniądze nie były wartością samą w sobie lecz środkiem zdobycia miłości, tyle że o ile ojciec inwestował (bez powodzenia, jak się okazało) w miłość córek, tak córki inwestowały (z podobnych efektem) w miłość kochanków. Żadne to usprawiedliwienie, chyba że przyjmiemy, że miłość i obowiązek wobec rodzica ma pierwszeństwo przed każdym innym uczuciem.  

Tak czy inaczej, "nieciekawa" sytuacja. Ale co się dziwić tak toczy się ten światek. Zaskakująco zgodni w jego ocenie jest arystokratka, która stwierdza, że "świat to śmietnik; starajmy się utrzymać na wyżynach", kryminalista, gdy mówi: "nie ma zasad, są tylko wypadki; nie ma praw, tylko okoliczności: (...)" i Rastignac, któremu "Świat przedstawiał (...) się jako ocean błota, w którym człowiek grzęźnie po szyję, skoro raz utkwi w nim nogą." I nie wiem, czy wątek tego ostatniego nie jest ciekawszy niż tytułowego bohatera, który zresztą tak wiele miejsca w powieści nie zajmuje. Jest ważny jako punkt odniesienia. Stosunek do niego jest miarą ludzkiej uczciwości i świadectwa jakie daje o sobie człowiek.

Pod tym względem Rastignac tylko pozornie zdaje egzamin, nie przybrał jeszcze tonów bywalca wielkiego świata ale jest na najlepszej drodze do tego, niestety. To dobrze o nim świadczy, że walczy o pozostanie przyzwoitym, choć ma się świadomość, że to walka z góry skazana na przegraną. Nie po to wszak przyjechał by zachować się przyzwoicie lecz by zrobić karierę i stać się finansową podporą rodziny. Finansową - nie moralną. Nic to, że nie godzi się uczestniczyć w planie Vautrina - nie ma przecież wątpliwości, że rzucone przez niego ziarno padło na podatną glebę. Miejmy tylko nadzieję, że nie okaże się do końca kanalią. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Naprzód, Wspaniali!, Edmund Niziurski

Nie wiem, co teraz jest numerem jeden w literaturze dla dzieci i młodzieży, ale odnoszę wrażenie, że nie książki Niziurskiego - przegrały pojedynek z opowieściami o zombie i wilkołakach. Jak to się stało, że książki, na które trzeba było swego czasu „polować” i które czytało się „jednym tchem” dzisiaj zbierają kurz na półkach? Cóż, wydaje mi się, że to co było ich atutem kilkadziesiąt lat temu, jeśli obecnie nie jest wadą to z pewnością też nie pomaga. 


To co było oczywiste dla chłopaka w latach 70-tych dzisiaj jest czymś zupełnie nieznanym. A nie ma co ukrywać, nikt nie lubi rzucania kłód pod nogi w czasie lektury. Co to jest bigbit, o co chodzi z egzekutywą i aktywem, czym był brudas, zieleniak i Kościuszko? To nie wymagało żadnego tłumaczenia, teraz wymaga czasami obszernej glosy.

Wiadomo na czym polegał jeden z głównych atutów książek Edmunda Niziurskiego - na oparciu się na realiach lat, w których powstawały, a potem na ich karykaturalnym skrzywieniu. Przeniesieniu poważnego świata dorosłych w świat „młodszej młodzieży” z przymrużeniem oka, pokazanie że w szarej (z której to szarości zresztą niespecjalnie zdawano sobie sprawę), dobrze znanej rzeczywistości mogą się dziać rzeczy ekscytujące. Zwykłe miasto, zwykła szkoła, zwykli chłopcy. To dzięki temu można się było utożsamić z bohaterami, każdy z nich miał szansę odnaleźć w nich jakąś cząstkę siebie.

Bo kto by nie miał większych albo mniejszych problemów w szkole, w domu czy na podwórku. Kto nie marzył o bohaterskich czynach i nie zazdrościł "ojcom i dziadkom, żałując w głębi ducha, że nie żyjemy w czasach wojny. Koniecznie chcieliśmy zrobić coś wielkiego." "(...) nawiedzały nas okrutne myśli. Patrzyliśmy, czy jakiś litościwy przechodzień nie stłucze szyby wystawowej i nie zrabuje czegoś, żebyśmy mogli rzucić się za nim w pogoń i oczywiście złapać. Albo (...) wyglądaliśmy z nadzieją (...) że może gdzieś się pali i że można będzie walczyć bohatersko z ogniem i wyciągać zaczadzone dzieci z pożaru. Albo spacerowaliśmy po moście, zaklinając w duchu nielicznych przechodniów, żeby któryś z nich zechciał łaskawie zrobić salto do rzeki i topić się, abyśmy mogli skutecznie pospieszyć mu z pomocą. Ale jakoś nikt nie chciał kraść, podpalać ani skakać do wody.

I "Naprzód, Wspaniali!" jest dla takich chłopców. Takich, którzy oprócz emocji dostarczanych przez kolejny odcinek Minecraftu, marzą jeszcze o przygodach w realnym świecie, a jeśli jeszcze ciekawi ich szkolny świat rodziców (a może nawet i dziadków), to tym bardziej książka Niziurskiego jest dla nich. Oczywiście wiele smaczków jest nie do odtworzenia, jak choćby rola gazetki ściennej, dzisiaj pełniącej bardziej funkcję ozdobną a kiedyś propagandowo-ideologiczną, czy idea "Niewidzialnej ręki". Czasy się zmieniły, hierarchia wartości uległa zmianie.

Ale na szczęście powieść Niziurskiego jest przede wszystkim powieścią przygodową z akcją toczącą się w szkolno-podwórkowo-domowym anturażu. Z dowcipem sytuacyjnym i językowym, który gimbazy może nie zawsze jest zrozumiały, ale trzeba przyznać, że tym razem ma prawo go nie chwytać (przynajmniej nie zawsze) ale od czego w końcu są rodzice.  Bez trudu w książce znajduje się już wcześniej sprawdzone z powodzeniem motywy. Są więc redaktorzy szkolnej gazetki ("Księga urwisów"), zrujnowany budynek, sen ("Siódme wtajemniczenie"), tropienie przestępców, emeryci ("Awantura w Niekłaju") ale nie sądzę by można było mówić o wtórności.

Nie jest to może Niziurski w szczytowej formie ale i tak znać klasę. 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Teatr niewidzialnych dzieci, Marcin Szczygielski

Czytanie przez dorosłego książki dla dzieci zawsze jest obarczone ryzykiem, dorosły ocenia ją według innych kryteriów ale zdarzają się jednak takie książki, które zwycięsko przechodzą ten podwójny test. Nie jest ich wiele ale jednak są. Ostatnio trafiłem na "Teatr niewidzialnych dzieci" Marcin Szczygielskiego. Przyznam, że mimo informacji o nagrodzie sięgałem po nią "z pewną taką nieśmiałością", która na początku wydawała się jak najbardziej uzasadniona, bo książka pisana jest w początkowych partiach w korczakowskim, łopatologicznym stylu. Potem na szczęście jakoś zanika.


Mariusz Szczygielski dał dowód, że można napisać ciekawą książkę dla dzieci bez smoków i czarów. Co więcej udowodnił, że ciekawa może być książka, której akcja rozgrywa się w rzeczywistości trudnej do ogarnięcia, bo nie jest to ani umowny świat fantasy ani współczesna rzeczywistość lecz Polska roku 1980 a Autor utrudnił sobie rzecz podwójnie bo podjął temat dzieci z domu dziecka. Jest to więc książka o rzeczach, podejrzewam, dla zwykłego dziecka żyjącego w normalnej rodzinie zupełnie abstrakcyjnych - losach dzieci upośledzonych społecznie i realiach prlu-u, w tym, początkach stanu wojennego. Jasne, że dorosły czytelnik pamiętający tamten czas mógłby się do niejednego przyczepić. Sceny, w których zomowiec zabija dziecko albo dzieci w domu dziecka pozostają bez żadnej opieki, to już lekka (łagodnie mówiąc) przesada.

Ale chwała Szczygielskiemu za to, że próbuje przywrócić powieści o dzieciach, coś co wydawałoby się już nie istnieje w natłoku pokrywającym brak głębszej myśli natłokiem przygód i czarów - wrażliwość społeczną. Nie ma co ukrywać, artystyczny wymiar tej wrażliwości daleki jest od tego co przedstawiała "stara" literatura, taka bardzo serio i realistyczna. Bo cóż można powiedzieć - realizm "Teatru niewidzialnych dzieci" dobry jest dla dzieci, żeby jakoś objaśnić im tamten świat a nie wiernym obrazem, można powiedzieć, że generalia się zgadzają, ze szczegółami bywa już różnie. Dzieciom to na szczęście nie przeszkadza. Spotykają się z rówieśnikami "egzotycznymi" poprzez swoje upośledzenie, mają szansę zrozumieć jaką tragedią jest brak normalnej rodziny. Spotykają się z dziećmi, nad którymi opieka roztaczana jest tylko "służbowo", w których poczucie osamotnienia i potrzeba odnalezienia tożsamości walczy o lepsze z potrzebą uczucia i chęcią zwrócenia na siebie uwagi. Wiadomo, dziecko ze zwykłej rodziny też ma swoje problemy ale w zestawieniu z tym, co spotkać może dzieci z domu dziecka, stają się one błahe. I ta gradacja wydaje mi się największą wartością dodaną książki Szczygielskiego ważniejsze jednak jest to, że i mojemu dziecku "Teatr niewidzialnych dzieci" się podobał choć z trochę innych powodów (przede wszystkim za opowieść o "prawdziwym" świecie i dowcip) i to do tego stopnia, że zostałem upoważniony do kupna kolejnej książki Szczygielskiego.  

czwartek, 27 lipca 2017

Pętla, Marek Hłasko

Moje spotkanie z "Pętlą" zaczęło się - że się tak wyrażę - do tyłu, czyli od filmu w reżyserii Wojciecha Hasa. Marek Hłasko miał wyjątkowe szczęście, że ze "spłaszczonej" do bólu słynnej powieści Malcolma Lowry udało się zrobić film, który przeszedł do historii polskiej kinematografii. Takiego szczęścia nie miała natomiast powieść z której Hłasko zrzynał, ups! przepraszam, która była dla niego inspiracją i można tylko zadumać się nad kondycją krytyki literackiej, która broni Hłaskę - zupełnie niepotrzebnie - przed zarzutami wtórności "Pętli" wobec "Straconego weekendu" Charlesa Jacksona, podczas gdy gołym okiem widać podobieństwo "Pętli" do "Pod wulkanem".


Hłasko niespecjalnie się krępował., bo czego by się nie dotknąć brzmi to jakoś znajomo; główny bohater alkoholik, cóż - można powiedzieć przypadek, bo czy alkoholik nie może być już głównym bohaterem literackiego utworu bez podejrzenia o plagiat?! Ale przypadków jest trochę więcej - zamknięta w krótkim przedziale czasu akcja, która odwołuje się do przeszłości, kobieta która chce wyzwolić głównego bohatera ze szponów nałogu, związek który przeżywał wzloty i upadki, wędrówka głównego bohatera, jego śmierć w finale wraz z zapowiedzią, która pojawia się już wcześniej, nie wspominając już o tym, że biografię Kuby Kowalskiego, podobnie jak biografię Konsula w "Pod wulkanem" układa się na podobieństwo puzzli. Strach pomyśleć co by się działo, gdyby Hłasko znał angielski i przeczytał książkę, chociaż pewnie nawet gdyby ją znał bezpośrednio, wątpię by udało mu się konkurować z wieloznacznością Lowry'ego.

Wyszło mu bowiem płaskie jak naleśnik studium wraku człowieka przegrywającego walkę (?) z samym sobą/alkoholizmem i czasem. Kuba Kowalski, ta polska wersja Geoffrey'a Firmina, jakoś nie budzi współczucia, bo trudno żeby budził je ktoś, kto swoje problemy usiłuje załatwić rękoma innych, sam nie potrafiąc zdobyć się nawet na wysiłek zdjęcia słuchawki telefonu z widełek. W nim nie widać nawet próby walki z własną słabością, bo trudno za taką uznać werbalne deklaracje, a gdy przychodzi do czynów to w konfrontacji z rzeczywistością ponosi klęskę. A przecież nie musi nic robić, wystarczy by nic nie robił!

Jego klęska, jego życie, jego sprawa - tak by się wydawało na pierwszy rzut oka ale to tylko pozór, bo jego życie pociąga za sobą ofiary wśród kobiet, które go kochają ( i nie tylko) . Trudno żeby ktoś taki budził współczucie i wśród innych postaci "Pętli" budzi każde inne uczucie tylko nie współczucie - owszem, agresję, wzgardę, politowanie a nawet aprobatę ale nie pełne empatii współczucie. Trzeba jednak być uczciwym, Kuba tego współczucia nie oczekuje, on chce by być traktowanym jak każdy normalny człowiek, tak jak gdyby nic się stało. Ale te jego oczekiwania, to przecież dla każdego, poza nim, oczywista abstrakcja, ktoś kto sam łamie reguły społeczne nie powinien oczekiwać, że w stosunku do niego samego te reguły będą się stosowały jakby nigdy nic się wcześniej nie stało. W prawie karnym istnieje koncepcja "przyczynienia się ofiary", wydaje się że pasowałaby świetnie do finału jaki zgotował sobie Kuba, stał się ofiarą własnych czynów.

Ale co zawinili a właściwie zawiniły, bo ofiarami głównego bohatera "Pętli" są tylko kobiety - w czym Hłasko potwierdza, że jest dzieckiem swoich czasów - jego ofiary? Ich jedyną winą było to, nawet nie to że go kochały ale że miały pecha i stanęły na jego drodze. To one są prawdziwymi ofiarami.

To co w opowiadaniu Hłaski wydaje się najciekawsze to obraz Warszawy połowy lat 50-tych, to dzięki niemu można zrozumieć dlaczego Hłasko był pisarzem kultowym, nawet dzisiaj socjologiczne obrazki z życia miasta robią wrażenie, a w latach dominacji literatury zorientowanej ideologicznie to musiało być na prawdę coś. Opis nieubarwionej rzeczywistości, twardy, bezwzględny realizm, w którym Hłasko przedstawia szary, pozbawiony nadziei świat, w którym ludzie zajęci są tylko sobą i w którym wódka jest celem i środkiem to musiało trafiać do czytelników, którzy widzieli to na co dzień. Ciekawe musiały wydawać się też profetyczne incydenty z pijaczkiem w komisariacie i kelnerką w restauracji (nie mówiąc już o strachu przed telefonem), tak jak ciekawa musiała się też wydawać nielinearnie odkrywana, zresztą nie do końca, historia życia Kuby. Odkrywanie kolejnych szczegółów, to musiało być interesujące, choć w zestawieniu z oryginałem widać, że to, znowu by nawiązać do prawa karnego, "usiłowanie nieudolne aczkolwiek w zamiarze bezpośrednim".  

piątek, 21 lipca 2017

Tischner, Wojciech Bonowicz

Zbierałem się do tej książki kilkanaście lat, mimo że kupiłem ją natychmiast jak tylko ukazała się w księgarni. Nie ukrywam, byłem, że tak powiem, admiratorem Księdza - wystarczała mi lektura "Polskiego kształtu dialogu" wydanego w "drugim obiegu", na którą miałem jedną noc bo już w kolejce czekali następni. Ale wydawało mi się cokolwiek podejrzane wydanie biografii już w rok po jego śmierci. Wydawało mi się, że to będzie nie tyle biografia ile hagiografia. Nie mówiąc już o tym, że napisanie interesującej historii człowieka, którego życie pozbawione było spektakularnych zwrotów i wolne było od skandali, to jest naprawdę sztuka. Ale nie mam wątpliwości, że udała się ona Wojciechowi Bonowiczowi.


Cóż interesującego może być w życiu księdza i filozofa, życiu toczącym się utartymi koleinami, najpierw w rodzinie wiejskich nauczycieli w jakichś zapadłych wsiach a potem także w pozbawionym wstrząsów życiu seminarzysty i w końcu duchownego. Nie znaczy to oczywiście, że było ono różami usłane, ale czyje życie jest? Można powiedzieć, że kłody które Ksiądz musiał pokonać mieściły się w "średniej krajowej". Nie ma co ukrywać, swą rozpoznawalność zawdzięczał on aktywności medialnej, aktywność duszpasterska, nie oszukujmy się, miała lokalne znaczenie a publikacje, te które budziły ferment intelektualny, w dużej mierze miały ezoteryczny charakter i dotyczyły wąskich środowisk. Dzisiaj poglądy Księdza Profesora mają już tylko historyczne znaczenie. Kształtowały się w opozycji do filozofii marksistowskiej z jednej strony, z drugiej zaś zmagały się z syndromem oblężonej twierdzy, jaki dotknął Kościół w Polsce, który w walce o przetrwanie zamknął się na współczesne widzenie świata i okopał się na pozycjach tomizmu ale jednak potrafił zaakceptować poglądy, które w ówczesnej sytuacji równie dobrze mógł potraktować jako atak "V kolumny".

Zwrócenie uwagi na ten aspekt położenia Księdza, według mnie jest jednym z ciekawszych motywów przewijającym się przez książkę Wojciecha Bonowicza, któremu udało się trudne wątki filozoficzne pokazać "w wersji dla słabszych". Dzisiaj filozofia księdza Tischnera nie ma większego znaczenia, zamęt jaki wywołała - przecież nawet nie jakiś przesadnie wielki - ucichł i to, że Józef Tischner wychodził poza opłotki tomizmu ma mniej więcej takie samo znaczenie, jak to, że Adam Schaff był marksistowskim rewizjonistą (ktoś wie o co chodzi? - no właśnie!). Z perspektywy czasu okazało się to burzą w szklance wody. Co najwyżej do rozważenia jest wielkość szklanki i to czy woda, przy okazji się nie wylała.

Ksiądz w książce Bonowicza jest człowiekiem dialogu - ale nie ma skutku bez przyczyny. Jeśli jest dialog, to przed nim musiał istnieć spór, przedmiot dialogu - dialog jest tylko formą prowadzenia tego sporu, w którym każda ze stron broni swoich racji. Czy ksiądz Tischner wychodził z tych dyskusji zwycięsko? - nie wiem. Także i Autor ma chyba co do tego wątpliwości bo oceniając jego dzieła wielokrotnie da się wyczuć rezerwę. Ale nie da się zaprzeczyć, że Ksiądz był otwarty na człowieka, na człowieka skrzywdzonego i którego godność została poniżona co w latach PRL-u miało olbrzymie znaczenie, a jeszcze większe publiczna rozprawa z podwalinami systemu. Ale okazało się po przełomie 89' roku, że takich ludzi nie brak i dzisiaj, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że autor "Polskiego kształtu dialogu" potrafił odnaleźć się w realiach XXI wieku. Mimo swej otwartości był człowiekiem swoich czasów, przemiany, także przemiany ludzkich postaw zaskoczyły go i okazał się wobec nich naiwnie zaangażowany.

Wojciech Bonowicz nie omija tej rafy, na którą się natknął Ksiądz ale miałem w tej mierze duże poczucie niedosytu. Jak to się, w gruncie rzeczy stało, że Ksiądz Profesor stał się człowiekiem środowiska "Gazety Wyborczej", Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Unii Wolności? Wszak nie były to środowiska ludzi pokrzywdzonych przez nową rzeczywistość i los ale kręgi pretendujące do statusu jej beneficjentów - to jednak coś innego niż otwarty, intelektualny katolicyzm "Tygodnika Powszechnego" i "Znaku". Wiadomo, że zaważyły na ty tym osobiste sympatie ale nie ma co ukrywać, to mało satysfakcjonujące wyjaśnienie. Jakim cudem udało się księdzu Tischnerowi pogodzić choćby podziw dla postawy "Ognia" i to mimo olbrzymiej kontrowersyjności jego działalności z niechęcią wobec dekomunizacji? Jak mógł postawić tak fatalną diagnozę społeczną jaką było jego osławione "homo sovieticus". Osobiste sympatie, polityczne zacietrzewienie, intelektualna pycha, emocje - tego nie ma oczywiście w książce Wojciecha Bonowicza. Wydaje mi się, że pozostawia on czytelnikowi wolne pole do domysłu. Ale powiedziałbym, że przemilczenie tej kwestii jest znamienne, wszakże nie od dzisiaj wiadomo, że brak odpowiedzi też jest odpowiedzią. 

wtorek, 4 lipca 2017

Kapuściński non-fiction, Artur Domosławski

Publikacja książki rozpoczęła się z sądowym "przytupem", którego finał jak to zwykle bywa minął prawie niezauważony. Nie dziwię się wdowie po pisarzu (co nie znaczy, że przyznaję jej rację). Jej pretensje są zrozumiałe - człowieka, którego postawiła na ołtarzu swojego życia, pokazano publicznie jako, oglądnie mówiąc, dalekiego od ideału a przy okazji i jej samej mocno się oberwało. O córce Ryszarda Kapuścińskiego nie ma nawet co wspominać.


To musiało być ciekawe doświadczenie dla Artura Domosławskiego, odkrywać że "maestro" którego znał i w którego domu bywał dziewięć lat, w rzeczywistości daleki jest od wizerunku jaki został wykreowany przy zresztą przy jego czynnym udziale. Jednak czy to nie dziwne, tyle lat znać człowieka i w sumie nic o nim nie wiedzieć? Podobnie jak "dziwne" wydaje się publiczne pranie brudów przyjaciela (?) po jego śmierci. Ale to już problem Autora. W każdym razie, moim zdaniem, nie ulega wątpliwości, że "szargając świętości" napisał bardzo interesującą książkę właśnie dzięki wywlekaniu na światło dzienne tego co wcześniej było starannie skrywane pod korcem przez samego Ryszarda Kapuścińskiego albo choć znane, ginęło w chórze "obowiązkowych" zachwytów.

Artur Domosławski, deklaruje się w "Kapuściński non-fiction" jako podchodzący z estymą do bohatera swej książki i jego dorobku pisarskiego ale jednocześnie, volens nolens, dokonuje "zamachu" na autorytet swojego "maestra" na wszystkich frontach. Począwszy od życia osobistego a skończywszy na twórczości a to co pisze, daje obraz żenujący i nie znajdujący żadnego wytłumaczenia. Co można sobie pomyśleć o kimś kto utrzymuje zatrącający o ménages à trois ponad trzydziestoletni związek a jednocześnie zwalający troskę o dom i dziecko na barki żony, wykorzystując jej bezkrytyczne zapatrzenie w siebie.

Nie przysparza też Kapuścińskiemu sympatii wizerunek oportunisty, człowieka który trzyma akurat z tymi, z którymi znajomość może obrócić na swoją korzyść. Słabe to usprawiedliwienie, że nie chodziło w tym o karierę w jej potocznym rozumieniu, pięcie się po szczeblach władzy ale o realizację własnej pasji, której podporządkował życie swoich bliskich i swoje.

Powiedziałbym, że na tym tle jego stalinowskie, młodzieńcze zapały, z perspektywy czasu wyglądają jakoś niegroźnie, podobnie zresztą jak członkostwo PZPR czy współpraca z wywiadem PRL. Jakoś nie zrobiło to na mnie wrażenia, bo gdy czyta się cytowane w książce depesze dla PAP-u, to trudno było mi się oprzeć się wrażeniu, że już one stanowią element "białego wywiadu" a formalny akces jest tylko postawieniem kropki na i. Mam nieodparte podejrzenie, że wszystko to stanowiło w mniejszym lub większym stopniu stanowiło właśnie przejaw oportunizmu Kapuścińskiego, może jeszcze w najmniejszym stopniu w przypadku jego młodzieńczej aktywności, którą pewnie w dużym stopniu można tłumaczyć cechami typowymi dla młodego wieku.

Do tego dochodzi obnażenie mankamentów twórczości "maestra". Nie da się ukryć, że próba przestawienia twórczości Kapuścińskiego z półki reportaże na półkę literatura piękna, choć sama w sobie nie ma nic deprecjonującego, to jednak w rzeczywistości stanowi zamach na ocenę dorobku "cesarza reportażu". Okazuje się bowiem, że dokumentalne zapisy swobodnie traktują rzeczywistość, wiele z nich stanowi projekcję heroicznych wyobrażeń o sobie samym, nie mówiąc już o tym, że niektóre książki można napisać w ogóle nie ruszając się zza biurka w Warszawie.

Artur Domosławski niby stara się nie deprecjonować twórczości swojego mistrza ale efekt jaki jest, każdy widzi. Nie ukrywam, że nie jestem miłośnikiem twórczości Kapuścińskiego (z wyjątkiem "Cesarza"). Jego książki wydają mi się mocno przereklamowane i interesujące tylko dla tych, którzy interesują się historią polityczną. Ilu czytelników Kapuścińskiego urodzonych po 1989 roku wie (nie zaglądając do wikipedii) czym była teologia wyzwolenia, czym był "rok Afryki" albo MPLA. Domosławski twierdzi, że w swoich książkach Kapuściński dawał wyraz swojej lewicowej wrażliwości. Jeśli jednak nawet tak było, to była to lewicowość szczególnej próby, skoro łączyła się z członkostwem w partii, która kazała strzelać do robotników.

Z "Kapuścińskiego non-fiction" wyłania się postać, łagodnie mówiąc, nieciekawa w życiu prywatnym. Gorzej, że także w sferze, dzięki której Ryszarda Kapuściński zyskał uznanie pojawiają się głębokie skazy, które sprawiają, że jego twórczość wypada traktować z większym dystansem, mniej jako wierne odzwierciedlenia rzeczywistości a bardziej jako wyraz własnych poglądów przefiltrowanych przez troskę o to jak będą odebrane przez czytelników. Dla miłośników jego twórczości odkrycie, że "król jest nagi" zapewne nie będzie zbyt przyjemne ale zawsze warto poznać prawdę. 

piątek, 30 czerwca 2017

Nagan, Stanisław Rembek

Nad twórczością Stanisława Rembeka ewidentnie ciąży jakieś fatum. Mimo, że był pisarzem wybitnym, błąka się gdzieś po obrzeżach czytelniczego obiegu. Nie pomogły nawet filmy osnute na kanwie jego książek - "Wyrok na Franciszka Kłosa" Andrzeja Wajdy i "Szwadron" Juliusza Machulskiego, choć w sumie nie ma się co dziwić bo pierwszy jest słaby a drugi przeciętny. Nie zmieniały tego stanu rzeczy także kolejne, wydania "W polu" przynajmniej jeśli chodzi o książkową blogosferę. Ale może to i lepiej, po tym jak na którymś z blogów wyczytałem, że "W polu" kojarzy się z "Paragrafem 22" i "Przygodami dobrego wojaka Szwejka".


W cieniu opus magnum Rembeka znajduje się jego debiutancka powieść "Nagan". Nie ma co ukrywać, nie jest to powieść tego formatu, co w "W polu" ale to znaczy tylko tyle, że nie jest wybitna. Ma już natomiast cechy Rembekowej prozy, dalekiej od czytelniczego mainstreamu. Nie jest książką z gatunku tych, które czyta się gładko i przyjemnie, by zaraz zapomnieć o czym właściwie była, i którą kwituje się słowem "fajna". "Nagan" nie jest "fajny", jest jakby próbą generalną przed "W polu", jest w nim to, co w słynnej opowieści Marlowa - "sens jakiegoś epizodu nie tkwi w środku jak pestka, ale otacza z zewnątrz opowieść, która tylko rzucała nań światło - jak blask oświetla opary - na wzór mglistych aureoli widzianych czasem przy widmowym oświetleniu księżyca".

Niby wszystko jest tu jasne - wojenna tragedia pomyłek z miłosną osnową lekko zatrącając miejscami (na szczęście nielicznymi) Stachem Połanieckim, co jest, moim zdaniem, jedynym mankamentem książki. Wydawałoby się, cóż w tym może być niejasnego?! A przecież już po kilku stronach staje się nie ulega wątpliwości, że nie o przewagi (dyskusyjne) oręża polskiego, ani nie o wielką miłość tu chodzi. Rembek zostawia czytelnika skonsternowanego, bo wszystko wydaje się zrozumiałe - wiadomo o czym jest każdy epizod z osobna, a jednak ma się nieodparte poczucie, że niepostrzeżenie istota książki, coś ważnego przeciekło mu między palcami.

Klamra spinająca Nagan rozpoczynająca się od suchego komunikatu sztabu generalnego a kończąca spostrzeżeniem narratora, że "Nikt na tej huczącej od wielu lat wojną okolicy nie zwrócił uwagi na samotny, głuchy wystrzał..." kończący życie głównego bohatera kojarzy się nieodparcie z "Na zachodzie bez zmian" (choć chronologicznie rzecz biorąc, Stanisław Rembek chyba był pierwszy). Ale na tym podobieństwo się kończy. O ile nie budzi wątpliwości, że książka Remarque'a podporządkowana jest pacyfizmowi, to z "Naganem" już tak łatwo nie jest. Przede wszystkim nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że jest to powieść pacyfistyczna. Już chyba bliżej Rembekowi do Ernsta Jungera bo wojna u niego odsłania prawdę o człowieku w innych okolicznościach niemożliwą do poznania. Poświęcenie dla ojczyzny przestaje być tylko nic niekosztującym frazesem a obcowanie ze śmiercią i cierpieniem, nie tylko tym z fizycznie odniesionych ran sprawia, że główny bohater pyta o rzeczy fundamentalne - "W jakim celu Bóg zatrzymał jego samego na ziemi, jeśli teraz odbiera mu wszystko, dla czego mógłby jeszcze żyć?... Czem jest człowiek, i co z jego czynów zostaje na świecie?...", na które czytelnik musi spróbować sam sobie odpowiedzieć, nie mając wcale pewności czy Rembek by się z nim zgodził.

Ma się wrażenie, że warstwa fabularna powieści ma służyć za przypowieść, ale przypowieść o czym, to już nie jest takie jasne. Tak jak wcale nie jest oczywista rola tytułowego rewolweru. Ma niby stanowić talizman przynoszący szczęście, przechodząc z rąk do rąk (przypominając w tym "Dzieje jednego pocisku" Andrzeja Struga) zupełnie się w swej roli nie sprawdza. Rzecz zostaje "wyparta" przez człowieka. Wszak to główna postać kobieca pełni rolę femme fatale - przecież każdy mężczyzna, który się z nią na dłużej zetknął, ginie, no ale nie bez kozery Jacek Malczewski wyobrażał sobie śmierć pod postacią kobiety.  

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Grzesiuk. Król życia, Bartosz Janiszewski

Książka Bartosza Janiszewskiego jest - jak głosi napis na okładce - pierwszą biografią barda stolicy. I na tym pierwszeństwie polega zasadnicza zaleta tej książki. No, może jeszcze i na tym, że zawiera ona niepublikowane wcześniej fragmenty twórczości Grzesiuka. Co do reszty, to można powiedzieć, że z lektury niedwuznacznie wynika, że Autor lubi swojego bohatera lecz ta sympatia sprawiła, że zapomniał o starej Arystotelesowskiej zasadzie - "amicus Plato, sed magis amica veritas". Trudno inaczej bowiem traktować staranne unikanie owijanie w bawełnę i ślizganie się po wielu drażliwych dla mitu Grzesiuka kwestiach. 


Jak inaczej bowiem wytłumaczyć fakt uporczywego traktowania Grzesiuka jako dziecka z "dołów"?Najdziwniejsze, że Autor sam przytacza głosy zaprzeczające tej wersji, przedstawia dowody na to, że rodzina bohatera książki absolutnie nie kojarzy się z biedą i marginesem społecznym. Wręcz przeciwnie - wygląda na solidną mieszczańską rodzinę, w której żyje się jak "Pan Bóg przykazał". Ale chwilę potem wszystko wraca do "normy", za którą stoi tylko to co można wyczytać w "Boso w ostrogach", a przecież wiadomo, że to zbiór historyjek, których autorami byli także koledzy Grzesiuka z lat młodości. Cóż, ktoś kiedyś zapewne uznał, że Grzesiuk będzie lepiej wyglądał jako wariant Janka Muzykanta niż Tomaszka Niechcica. 

Drugą kwestią budzącą wątpliwości, to sposób w jaki Bartosz Janiszewski potraktował przynależność Grzesiuka do PPR a później do PZPR i nie chodzi tu o "dekomunizację" pisarza. Nie ma co się łudzić, swoją karierę w administracji służby zdrowia zawdzięczał partyjnej legitymacji (i chcę wierzyć, że tylko temu). Czy alkoholik nieumiejący poprawnie napisać zdania mógł sprawować kierownicze stanowisko w latach 50-tych? Oczywiście, pod warunkiem, że był członkiem partii. To było podstawowe i często jedyne kryterium. Tymczasem, Bartosz Janiszewski opowiada czytelnikom "głodne kawałki" jak to Grzesiuk postanowił zostać dyrektorem, zgłosił się do na kurs i został dyrektorem. Każdy, kto ma choćby minimalne wyobrażenie o funkcjonowaniu administracji państwowej w okresie stalinowskim, może tylko nad tym z politowaniem pokiwać głową.

Gorzej, że okazji do tego jest więcej, jak choćby wówczas gdy dowiadujemy się, że Władysław Łoziński był... kronikarzem z epoki saskiej (sic!), albo przy okazji podejmowania ryzykownych informacji na temat wzrostu Grzesiuka. To oczywiście drobiazg. Nie jest już nim jednak bezkrytyczne przejście do porządku dziennego nad twierdzeniem Grzesiuka, że nigdy nie należał "do żadnej organizacji, która mogłaby w czymkolwiek krępować" jego swobodę. Doprawdy?! Cóż, przyjmuję więc do wiadomości, że PPR i PZPR w niczym Grzesiuka nie krępowały. Warto wspomnieć, że to zapewnienie pisarza pada w odniesieniu do jego uczestnictwa w konspiracji. Rzecz w tym, że nie ma na to żadnych świadków ani dokumentów poza gołosłownymi zapewnieniami pisarza.

W książce, z której Stanisław Grzesiuk wyłania się przede wszystkim jako twórca - pisarz i piosenkarz, mam wrażenie, że jakoś się zaciera prawda o nim jako o człowieku. Niby można sobie dodać dwa do dwóch i dojść do wniosku, że był obibokiem, alkoholikiem zdradzającym i poniżającym żonę, niezajmującym się własnymi dziećmi. To wszystko jest jakoś tak podane na miękko, jak w "historyjce" profesora Józefa Rurawskiego, który miał przyjechać by zobaczyć żonę Grzesiuka oblaną zupą, z garnkiem na głowie, który nałożył jej rozzłoszczony na nią bard Czerniakowa. Zabawne?! Jednak chyba jakoś nie bardzo, podobnie jak i inne "psikusy", przypominające te z wiersza Brzechwy o "Procie i Filipie". A można tak jeszcze i jeszcze.

Owszem, nie przeczę, książkę czyta się bardzo dobrze ale mówiąc szczerze zamiast informacji, że kompan od kieliszka Grzesiuka znał Hłaskę, a protektorki pisarza były przyjaciółkami Jadwigi Kaczyńskiej, wolałbym dowiedzieć się czegoś wiarygodnego na temat samego Stanisława Grzesiuka. 

niedziela, 18 czerwca 2017

Cienka czerwona linia, James Jones

Obok "Stąd do wieczności", "Cienka czerwona linia" jest chyba najpopularniejszą powieścią Jonesa, nie wykluczone, że za sprawą filmu, który doczekał się aż siedmiu nominacji do Oskara. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy byłem nią, co tu dużo mówić, rozczarowany. Spodziewałem się, jak przystało na amerykańską rzecz o wojnie, bitewnych fajerwerków z powiewającym dumnie gwiaździstym sztandarem i romansu z piękną kobietą w tle a okazało się, że książka zupełnie nie spełnia tych wymogów. Dopiero teraz, po latach przyszło mi ją docenić, choć bez zachwytów.


Owszem, są w "Cienkiej czerwonej linii" wojenne zmagania ale bez fajerwerków. "Nie było tu najwyższej próby sił wspaniałego władania mieczem, rozkrzyczanego, wikingowskiego heroizmu, wytrawnego strzelectwa", gwiaździstego sztandaru zupełnie brak a o kobietach lepiej w ogóle nie mówić, bo wspomniana jest tylko jedna i w dodatku została przedstawiona w takim kontekście, że krytyka feministyczna pewnie odsądziłaby za to Jonesa od czci i wiary, gdyby tylko którejś z pań krytyczek zechciało się przebić przez książkę.

Nie ma co ukrywać, lektura powieści Jonesa nie jest rzeczą łatwą, zarówno za sprawą surowego języka, oszczędnego stylu jak i szczegółowości opisu, który chwilami z pewnością bardziej zainteresowałby ekspertów od taktyki wojennej specjalizujących się w wojnie na Pacyfiku niż zwykłego czytelnika. No i jeszcze ten zbiorowy bohater, bo w "Cienkiej czerwonej linii" Jones dzieli uwagę i czytelnika pomiędzy kilkanaście postaci (tych ważniejszych), żołnierzy kompanii C - jak Charlie, wśród których trudno dojrzeć faworyta.

A jednak coś jest w tej powieści, na pierwszy rzut oka sprawiającej wrażenie trochę ciężkawej, bo jej bohaterowie są równie niepociągający jak pisarski styl Jonesa i budzą raczej antypatię. Bo czy sympatię mogą budzić ludzie, u których zabicie człowieka wywołuje podziw a nie zgrozę i wstręt? Ale jednak budzą zainteresowanie. Co stoi za ludzką magmą, która dla "czynników oficjalnych", decydujących o losach kompanii, to tylko "zespół, zespół, zespół!", która tylko niejasno domyśla się, że "dla świata, dla wojny, dla kraju, dla kompanii żaden z nich nie ma znaczenia, że są zużywalni jak banknoty dolarowe, że mogą wszyscy umierać dzień po dniu, jeden po drugim i nie będzie to ni cholery znaczyło dla nikogo dopóki będą uzupełnienia."

Dla czytelnika bohaterowie Jonesa "nie byli kółkami w maszynie bez względu na to, co ktokolwiek mówił", i niezależnie od tego jak są traktowani. Nie ma tu znaczenia ich charakter, pochodzenie czy status społeczny, ciągle są ludźmi a nie zespołem do wykonywania zadań. Ale nie znaczy to, że oglądamy postacie "Cienkiej czerwonej linii" przez różowe okulary. Jones nie ma co do nich złudzeń, według niego "każdy żyje jakąś wybraną fikcją. Nikt w gruncie rzeczy nie jest taki, jak udaje. Każdy wymyśla jakąś fikcyjną opowieść o sobie, a potem po prostu udaje przed wszystkimi, że jest właśnie taki. I wszyscy mu wierzą, albo przynajmniej akceptują tę jego opowieść." Okazuje się jednak, że nawet nie sama wojna lecz konieczność zmierzenia się ze śmiercią zdziera każdą maskę, tę pochlebną i tę niepochlebną jaką przybiera człowiek. W obliczu śmierci nie ma mowy o jakimkolwiek udawaniu. Polecam!