Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwasiów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwasiów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2013

Umarł mi. Notatnik żałoby, Inga Iwasiów

Są takie książki, które umiejscawiam - to znaczy, niezależnie od tego, gdzie rozgrywa się ich akcja kojarzą się one z jakimś szczególnym, tym im przypisanym miejscem. Tak też jest z "Umarł mi. Notatnikiem żałoby" Ingi Iwasiów, który został przypisany do starego, poniemieckiego cmentarza w Cieplicach. Byłem tam niedawno, w listopadzie, w słoneczny, nadzwyczaj ładny, jak tę porę roku dzień, ostatni akord polskiej, złotej jesieni, niestety nie bez przyczyny. Ostatni raz byłem tam chyba jakieś trzydzieści lat temu, kiedy pod starymi nagrobkami leżeli ci, do których one pierwotnie należały choć i wówczas gdzieniegdzie było już widać ślady nowych porządków. Teraz w grobach dawnych mieszkańców Bad Warmbrunn leżą już inni, a na starych nagrobkach jeśli w ogóle ocalały były już nowe tablice ale cmentarz nadal roztaczał swoją atmosferę miejsca jakby wyrwanego z codziennej bieganiny i zgiełku.


To tu umiejscowiłem "Umarł mi" sam nie potrafiąc dokładnie wytłumaczyć - dlaczego? Ale to w sumie nieistotne i nie o tym miało być a o książce. Inga Iwasiów zastrzega w niej z góry - "nie wierzę w terapię (...) więc nie mogę tego pisania uznać za lekarstwo" ale z każdą stroną nabierałem przekonania, że to zastrzeżenie jest tylko rodzajem zasłony dymnej podobnie, tak jak i finalne wyznanie - "pisząc tę książkę, prawie nie udaję". Mam wrażenie, że wynikają one jakby z przestrachu własną szczerością wynikającą właśnie z terapeutycznej potrzeby wyrzucenia z siebie tego co boli, bo w jej książce "mi" jest co najmniej tak samo ważne jak "Umarł", jeśli nawet nie ważniejsze. Zaryzykowałbym nawet tezę, że "Notatnik żałoby" traktuje bardziej o samej Autorce, o jej przeżywaniu śmierci ojca (i nie tylko) niż o nim samym. Sama przecież dostrzega, że "ludziom łatwiej napisać, niż powiedzieć" a pisząc książkę bardzo osobistą, nie dziwię się, że jednocześnie na wszelki wypadek próbuje się chronić się za taką zasłoną.

A nie mam wątpliwości co do autentyczności i szczerości wyznań Autorki. Zbyt dużo tu szczegółów, które pewnie zna każdy, kto stracił kogoś bliskiego. Bo gdy pisze, że "za każdym razem, gdy stojąc lub sunąc w korku, mogę spojrzeć w stronę balkonu, mam nadzieję zobaczyć na nim babcię" czyż sami nie przypominany sobie domów, w których mieszkali nasi bliscy z żalem uświadamiając sobie, że już ich tam nie ma, w pierwszym odruchu mając nadzieję spotkać ich tam, gdzie zawsze ich spotykaliśmy? Czyż nie jest z nami tak, jak z Ingą Iwasiów, u której "opowieści - o przedmiocie, śmiesznym zdarzeniu i twarzy - wywołały całą lawinę dalszych szczegółowych przypomnień" niczym magdalenka umoczona w herbacie?

Chociaż odmiennie niż u niej te "dalsze szczegółowe przypomnienia" sprawiają, że nie stawiam sobie pytań, nawet jeśli miałyby być to pytania retoryczne "Co wygra, która wizja zostanie we mnie? Umieranie, którego nie widziałam, czy codzienność, z której do mnie mówił?" bo moi zmarli ciągle żyją w mojej pamięci, a raczej ożywają pod wpływem jakiegoś impulsu. Dzisiaj, tak jak Autorka, wraz z upływem lat i nabytymi doświadczeniami mam już taką wiedzę, że mógłbym "napisać poradnik na temat tego, jak traktować nagłe, bezsensowne, zabierające czas życzenia starych ludzi. Zwykle nie chcemy tych życzeń rozumieć. Traktujemy je jako oznaki starczego despotyzmu. Tymczasem są wołaniem o uwagę, wyrazem strachu przed śmiercią." Tyle tylko, że zabrakło mi jej albo nie umiałem spożytkować wówczas, kiedy powinienem był to zrobić. Ale z wiekiem doszedłem i do tego.

To nic, że w dniu śmierci naszych bliskich "nikt nie zauważył niczego wyjątkowego" (ten passus trochę zazgrzytał mi kiczowatą wariacją na temat zakończenia "Na Zachodzie bez zmian" E.M. Remarque'a). Jakie to w końcu ma znaczenie, przecież ich życie przez to nie stało się mniej istotne. Jak pisał w słynnej Medytacji XVII John Donne - "Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie."

Tak jak "Bambino" było dla mnie książką ważną ze względu na wątki, które odnajdywałem w losach własnej rodziny, tak i w "Umarł mi" znajduję podobne detale (nawiasem mówiąc wiele tu odwołań do "Bambino"). Tak jak Iwasiów pamięta wieczorną modlitwę swoich dziadków "klęczeli tak, on przy swoim tapczanie, babcia przy swoim pod oleodrukiem przedstawiającym Golgotę", tak ja pamiętam modlitwę swojej Babci, choć oleodruk był inny. A już sam, tak jak jej ojciec, który "brał w swoje smukłe palce kluczyk, umieszczał go delikatnie w dziurce. Przekręcał, nasłuchiwał. Naciągał ciężarki. Przykładał ucho do skrzynek." nakręcam w podobny sposób wiszący w domu stary zegar Gustava Becker'a, tyle tylko, że ten nie ma ciężarków a wahadło (zresztą i zegary z okładki to także nie te, które nakręcał bo to zegary kuchenne bez naciągu). Nie mówiąc już o tym, że tak jak ona, nie raz studziłem "herbatę, przelewając ją z kubka do kubka".

To wszystko buduje aurę autentyczności i szczerości, której tak się Inga Iwasiów obawia, a która stanowi najważniejszą jeśli w ogóle nie jedyną zaletę książki. Nie powiem, że jest to książka świetna i bez wad - bo nie jest, ale czułbym się niezręcznie pisząc o nich, biorąc pod uwagę jej bardzo intymny charakter. W każdym razie, na pewno to nie one nadają jej ton i nie burzą jej atmosfery. Polecam.

środa, 6 listopada 2013

Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie, Inga Iwasiów

Przyznaję - nie ogarniam gender i z tego właśnie powodu sięgnąłem po książkę Ingi Iwasiów, mając nadzieję, że dowiem się co to właściwie takiego jest. Pewnie też i przeceniłem własne możliwości błędnie biorąc tytuł "Gender dla średnio zaawansowanych" za rodzaj "profesorskiego blefu". Tymczasem takim "blefem" okazała się opinia prof. Smulskiego zamieszczona na okładce, wg którego "Inga Iwasiów dysponuje rzadkim talentem - potrafi pisać o skomplikowanych problemach współczesnej humanistyki w sposób niehermetyczny, frapujący, ale wolny od wszelkich uproszczeń."


Naturalnie to kwestia osobistej wrażliwości, ale według mnie passus, z którego dowiaduję się, że "Krytykę Woolf próbuje przenicować Toril Moi w tekście "Kto się bo Virginii Woolf". Moi dokonuje analizy krytyki feministycznej pod kątem jej związków z dekonstrukcjonizmem, a przede wszystkim z lekturą Jacques'a Derridy i Julii Kristevej. Twierdzi, że zarzuty Elaine Showalter należą tyleż do przezwyciężonego etapu feminizmu, co do jego odmiany anglosaskiej (związanej z praktyką i mniej skłonną do teoretyzowania). Efektywną interpretację uprawiają zaś zorientowane na francuską (świadomą, wypracowaną i teoretyczną) krytykę czytelniczki." nikogo (oprócz Profesora) raczej nie zafrapuje i jest świetnym przykładem tekstu hermetycznego i konia z rzędem temu, kto wie jakiego to "skomplikowanego problemu współczesnej humanistyki" dotyczy.

Odnaleźć też można myśli (?), które choć hermetyczne to są jednocześnie i frapujące, jak chociażby twierdzenie, że "Ekonomia męskiego oznaczania jest (...) jednym z fantazmatów samozwrotnego pożądania fallogocentryzmu", aczkolwiek moim zdaniem, jeszcze bardziej frapujący jest pogląd, że "Kobieta mogłaby być o wiele lepszym znaczącym porządku symbolicznego niż mężczyzna, odczuwający przede wszystkim fallusem, czy raczej tym, co fallus funduje. Wagina, zakamarki macicy, niezmierzone terytorium niemające nawet dobrej nazwy w polszczyźnie, dałoby nam obraz świata, przyznajmy, ciekawszy od tego, który wypełniają fabryczne kominy."

Nie wiem, czy znajdzie się ktoś dla kogo "fantazmaty samozwrotnego pożądania fallogocentryzmu" nie są frapujące, albo ktoś komu "wagina i zakamarki macicy" nie dadzą ciekawszego obrazu świata.

Mam wrażenie, że dzięki tego rodzaju "treściom intelektualnie nośnym" książka zasługuje na osobny rozdział w jakiejś polskiej wersji "Modnych bzdur. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów" A. Sokala i J. Bricmonta (które, a jakże, spotkały się z "odporem" także u nas), gdzie oberwało się wspomnianej wyżej Julii Kristevej, która tłumaczyła się, że banialuki, które wypisywała popełniła gdy miała 25 lat "w studenckim pokoiku, chora na grypę, dmuchając nos w gorączce". Dostało się nie tylko jej bo obnażono "blefy", a mówiąc wprost idiotyzmy, innych autorytetów (?) które mają uwiarygadniać "Gender dla ... ", m.in. J. Lacana, L. Irigaray i J. Derridy.

Do frapujących zapewne zaliczyłby profesor Smulski przemyślenia Luce Irigaray, która odkryła jeden z bardziej "wstydliwych sekretów współczesnej fizyki - jeśli fizycy zajmowali się dotąd mechaniką ciała stałego w większym stopniu niż mechaniką cieczy, to z pobudek seksistowskich. Mechanika cieczy jest bowiem dziedziną kobiecą, podczas gdy mechanika ciała stałego to sprawa typowo męska - jak wiadomo, kobiece narządy płciowe wydzielają czasem płyny, męskie zaś wystają i sztywnieją."

Po tym wszystkim łatwo chyba zrozumieć dlaczego nie potrafię nawet powiedzieć, że się nie zgadzam z Ingą Iwasiów. Trudno się z kimś zgodzić (lub nie), jeśli nie rozumie się o czym ten ktoś pisze. Ale tak jak już wcześniej wspomniałem, zakładam, że to moja wina, skoro wyraźnie nie jestem adresatem książki jako niebędący "średnio zaawansowany". Niestety Autorka nie daje szansy czytelnikowi, który chciałby przejść "krótki kurs" dla początkujących, bo próby dowiedzenia się czym chociażby jest gender kończą się na zetknięciu z klasycznym błędem logicznym w wyjaśnieniu, w którym ""Gender" jest (...) płcią kulturową, a więc niejako nabytą, zsocjalizowaną, performatywnie ustanowioną, skonstruowaną." Czym jest ta opatrzona licznymi przymiotnikami "płeć kulturowa" nie udało mi się z wykładów zawartych w książce dowiedzieć.

Są jednak dwie rzeczy, z którymi wypada się z Autorką zgodzić. Podobnie jak Ona nie wiem "dlaczego nie mamy w Polsce książek akademickich (...) przystępnych i zarazem pożytecznych" i nie wiem tego tym bardziej po lekturze "Gender", chociaż mogę zrozumieć, że napisanie takiej książki może przerastać umiejętności Ingi Iwasiów. Umiejętność pisania prostym językiem o trudnych sprawach jest trudną sztuką i nie każdy ją posiada.

Po drugie, nie sposób kwestionować spostrzeżenia, iż genderyści "mają określone cele, mówiąc między sobą innym językiem - szukają w tekstach kultury dowodów istnienia "obozu przeciwnego", metod kamuflowania jego celów oraz śladów oporu.". Potwierdzeniem tego jest właśnie "Gender dla ...". Jakim językiem mówi Autorka - można się było przed chwilą przekonać, a jeśli chodzi o resztę to w książce rzuca się w oczy, to że nie ma w niej mowy o starciu się poglądów, nie mówiąc już o ich wymianie. Poglądy przeciwne po prostu nie istnieją. Żaden problem, żaden tekst, którym zajmuje się Autorka nie jest analizowany w powiązaniu z innymi możliwymi interpretacjami. Dyskusja i wątpliwości zostały wykluczone, nie ma tu klasycznego - "a z jednej, a z drugiej strony", jakichkolwiek wątpliwości, tak że można odnieść wrażenie, że poza jedynie słuszną interpretacją genderową, żadna inna nie istnieje.

"Tekst jest jak zbiór poplątanych nitek: wyjmiesz jedną, dowiesz się wszystkiego po kolei, a zwłaszcza do jakiego światopoglądu i modelu społeczeństwa owa nitka nas doprowadzi. "Płeć" jest takim unerwionym obszarem, który powiedzieć może najwięcej." nie dowiadujemy się jednak dlaczego to akurat płeć ma powiedzieć o tekście najwięcej.

Wszyscy wiedzą, że nie tak dawno obszarem, który mógł powiedzieć najwięcej o tekście była klasa społeczna a był przecież także czas, że obszarem tym była rasa. Ci którzy w ten sposób objaśniali wszystko, w tym także teksty literackie uzurpowali sobie monopol na słuszność. Oczywiście można i tak, mi jednak takie pretensje jakoś źle się kojarzą ale to może dlatego, że pamiętam co mówił Stary Żyd z Podkarpacia (o zgrozo mężczyzna, którego na domiar złego wprowadził na trwałe do obiegu kulturalnego inny mężczyzna) - "Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak."

Dla jasności - skojarzenia, o których wspomniałem wcale nie są na wyrost, gender w wykonaniu Ingi Iwasiów nie jest próbą poznania i objaśniania świata, jej zdaniem "trzeba wykonać krok od teorii do etyki; od spekulacji do świadomości. Od deklaracji pluralizmu, społeczeństwa otwartego - do jego praktykowania". Ale byłoby to praktykowanie szczególnego rodzaju pluralizmu.

Otóż Inga Iwasiów poddaje krytyce  Wojciecha Kuczoka, który w jakiejś swojej powieści naraził się jej zdaniem "brzydka, pretendująca do miana kobiety pielęgniarka" i być może naraził się słusznie. Ale tymczasem Autorka sama oto pisze o innej kobiecie, którą spotkała w czasie wakacji "wyglądała jak ekspedientka ze spożywczego na rogu, z czasów samoobsługi". Jaki w tym jest ładunek pychy, poczucia wyższości i wzgardy wobec drugiej osoby! Wobec takiej postawy, aż się prosi by zacytować opinię Ingi Iwasiów o Kuczoku stosując ją do niej samej - "Mogę z dużym prawdopodobieństwem założyć, że (...) nie przejmuje się hasłami równości, nie lubi feministek, ma seksistowską wyobraźnię". Dostaje się też "mieszczańskiej publiczności" za jej gust, co jakoś nie współgra z wywodami na temat "cudzej inności" bo okazuje się, że akceptacja "cudzej inności" nie obejmuje poglądów innych niż te, które głosi Profesorka.

Zdecydowanie najciekawsza i mająca przewagę nad tekstem Iwasiów dzięki swej zrozumiałości jest część książki zawierająca teksty słuchaczek wykładów. Wyłania się z nich przygnębiający obraz Uniwersytetu Szczecińskiego, jako impregnowanego na bądź co bądź intelektualne nowinki. Tym zapewne można w dużej mierze tłumaczyć postawę "oblężonej twierdzy" bo traktowanie gender jako równoprawnego kierunku (niezależnie od tego, że moim zdaniem, stanowi on ślepą uliczkę objaśniania świata, wyrosłą - mam wrażenie - z frustracji i kompleksów) wydaje się oczywistością.

I już całkiem na zakończenie, Paniom - blogerkom poddaję pod rozwagę jeden z ciekawszych dylematów Ingi Iwasiów - "Czy można (...), dziś napisać coś kobiecym ciałem? Niekonkludywnie, cyrkularnie, fragmentarycznie, macicznie, preedypalnie." Ja - przyznaję - nie potrafię!

wtorek, 29 października 2013

Bambino, Inga Iwasiów

Muszę przyznać, że zanim sięgnąłem po powieść Ingi Iwasiów mój stosunek do niej przypominał sinusoidę. Niby "coś tam, gdzieś tam" o niej słyszałem, ale ponieważ dzisiejsza produkcja powieściowa z reguły warta jest tyle ile papier, na którym została wydrukowana, więc niewiele mnie to obeszło. Potem jednak przy jakiejś okazji o książce przypomniała mi Alicja 2010 (trochę ekscentryczna, idąca pod prąd poprawności politycznej blogerka, która z sobie znanych powodów zniknęła z sieci) zrobiłem więc pierwszy krok i książkę kupiłem. Tak się jednak zdarzyło, że by dowiedzieć się czegoś o Autorce nieopatrznie zajrzałem na jej blog. Nie był to najlepszy pomysł i lektura przemyśleń Ingi Iwasiów sprawiła, że mój zapał do książki stopniał do zera, skazując ją tym samym na zbieranie kurzu na półce. Aż tu nagle Inga Iwasiów "wypłynęła" w czytankach Anki, a że przy okazji zgadało się o "Bambino" wiec uznałem, że jest to znak, że czas najwyższy dać książce szansę. I mogę powiedzieć, który to już raz, że żałuję, że zrobiłem to dopiero teraz.


"Bambino" nie jest książką dla wszystkich, w tym sensie, że jest powieścią dla generacji czytelników, w wieku, powiedzmy to sobie szczerze, wykluczającym członkostwo w organizacjach młodzieżowych i dla tych, którzy sami lub których bliscy doświadczyli powojennego exodusu i jego konsekwencji.

Kogo dzisiaj z młodych to obchodzi? To przychodzi dopiero z wiekiem, a i to nie zawsze, ale najczęściej wówczas gdy dziecko potrzebuje do szkoły, na lekcję, bo pani kazała i zapyta o dziadków, których jeszcze pamiętamy, a potem o pradziadków, z czym już jest gorzej a czasami całkiem źle, a potem o prapradziadków, którzy są już czarną dziurą. Tak ... dopiero gdy słyszymy takie pytania, sami pytamy; a właśnie? a skąd? a jak to było? a dlaczego wcześniej sam o to nie zapytałem, kiedy było jeszcze kogo? Żeby babcia, ciocia, mama powiedziała kim są ci ludzie na fotografiach znalezionych w pudełku po żelazku. Z czasów gdy wynalazca cyfrówki jeszcze się nawet nie urodził. Teraz chętnie sam bym poznał odpowiedzi na te wszystkie jego pytania ...

Nie wiem, na ile i czy w ogóle w losach bohaterek (panowie są tam tylko dla okrasy) "Bambino" znajdują odbicie losy jej bliskich, ale moich znajdują. Zgadza się i imię - Maria - "po prostu, nasze babki często tak miały na imię" i to, że "przywieźli ich dopiero w 1957 r." i "chata z niską powałą i pamiątkowym oleodrukiem z Matką Boską-skądś tam", którą widziałem będąc "tam" i która na zawsze utkwiła mi w pamięci i "babka, która miała nad łóżkiem oleodrukową pamiątkę z pielgrzymki, niezwykłą Matkę Boską przypominającą, gdy się na to patrzy, ikonę." Choć tu trzeba wnieść poprawki. Bo oleodruk był tylko pamiątką w pewnym sensie. Bo czy można tak nazwać obraz uratowany z zamkniętego i dewastowanego kościoła? I wcale to nie była "Matka Boska-skądś tam" tylko Częstochowska a z pielgrzymki nie było oleodruku tylko wyblakła pocztówka i tych poprawek byłoby więcej. Ale to poprawki, nie żadna terra incognita tylko coś co sprawia, że książka żyje - bo to było tak samo, tylko trochę inaczej ale w gruncie rzeczy podobnie.

Jest i  "spłowiałe zdjęcie prababci z pradziadkiem, sztywne pozy, a w tle widoczna w zażółconej sepii, bieda" ale i tu poprawka. Biedy nie widać bo zdjęcie, na sztywnym kawałku firmowego kartonu jest robione w atelier. Prababcia siedzi, nobliwa matrona, skromna, z pretensjami do elegancji, których oznaką ma być chyba parasolka. Trochę za nią stoi pradziadek w mundurze górnika c.k. salin i z dumą prezentuje swoje medale. Dla dzieci już praprabacia i prapradziadek.

Zgadza się nawet "przyszywana" babcia Klara i ciocia Gizela, które nigdy nie wyzbyły się twardego, trochę chrapliwego akcentu świadczącego o tym, że w przeciwieństwie do sąsiadów nie przyjechały tu z daleka.

Tak. Więc widać, że trochę rzeczy się zgadza. Ale część się nie zgadza. Bo każdy jest inny. Każdy ma własny, indywidualny los, który w jakimś miejscu przecina się z losem innych. Tak jak u kobiet Ingi Iwasiów tylko, że nie jest to bar "Bambino". Tak. Zdjęcie  "pra-pra i obrazek to dopiero początek pytań".

Dla kogoś, dla kogo doświadczenia bohaterek "Bambino" pokrywają się z rodzinnymi opowieściami to książka na prawdę bliska. Nie przeszkadza nawet to, że wyraźnie jest ona współczesnym wariantem "Dziewcząt z Nowolipek" tyle, że osadzonym nie w przedwojennej Warszawie a w powojennym Szczecinie. Wrażenia nie psuje nawet, widoczne od czasu do czasu, feministyczne zacięcie Autorki, która gdzieniegdzie daje upust, swojej predylekcji, są to zresztą najsłabsze fragmenty książki wyraźnie odstające od reszty ale na szczęście jest tego niewiele. Można też polemizować z fatalistycznym przekonaniem o naznaczeniu przeszłością i niemożnością wydostania się spod jej wpływu, wpływu traumatycznych doznań i wzorców wpajanych od dzieciństwa, powielanych na sobie i na swoich najbliższych.

Fakt, że akcja rozgrywa się w Szczecinie, choć pewnie z tego powodu książka jest bliższa wielu jego mieszkańcom, wiążąc książkę dosyć ściśle z tym miejsce, nie umniejsza jej atrakcyjności nawet dla kogoś, kto tak jak ja nigdy w Szczecinie nie był, bo losy bohaterek są odbiciem i syntezą tego z czym mogli zetknąć mieszkańcy każdego miasta leżącego na tzw. Ziemiach Odzyskanych; Olsztyna, Wałbrzycha czy Zielonej Góry, tak że Szczecin jest tylko czymś umownym.

Sama Autorka określiła swoją powieść mianem psychologicznej, ale równie dobrze można by ją nazwać mianem obyczajowej ale to chyba nawet nie jest takie ważne. Ważniejsze jest to, że świetnie, moim zdaniem, odsłania życie ludzkie, konfrontując to co widzą inni z tym co to tkwi wewnątrz człowieka.

Świetna książka, dowiedziałem się, że książka była finalistką konkursu "Nike" - ja bym ją jej przyznał, ale nie miała szans na zostanie bestsellerem bo napisana jest w stylu nieco kojarzącym się z językiem "Pamiętnika z powstania-warszawskiego", który od czytelnika wymaga trochę wysiłku, ale jeśli tylko uda się wyczuć rytm, książkę czyta się nieomal z zapartym tchem.