czwartek, 5 stycznia 2017

Ucho od śledzia, Hanna Ożogowska

Usiłuję przekazać dziecku międzypokoleniową "pałeczkę czytelniczą" ale mam wrażenie, że jakoś słabo mi to idzie. Mój zawód i konsternacja jest tym większe, że wybieram swoje ulubione książki, crème de la crème z okresu kiedy sam zaliczałem się do "młodszej młodzieży". Tymczasem ich lekturze towarzyszą tzw. mieszane uczucia, sentyment miesza się z rozczarowaniem i poczuciem, że czas bardzo srogo i niesprawiedliwie obszedł się z tym co sprawiało kiedyś tyle przyjemności.. I nie inaczej jest z "Uchem od śledzia" i na nic zdała się nawet świadomość jego obecności na Liście Honorowej IBBY.


Niestety, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że zasadnicze kłopoty sześcioklasistów, pozostają ciągle takie same i sprowadzają się do tego jak przeżyć kolejny dzień w szkole bez strat zarówno w relacjach z rówieśnikami jak i "ciałem gogicznym" (jak pisał klasyk) oraz problemów "damsko-męskich" na miarę trzynastolatków, książka Ożogowskiej jest archaiczna. Tym czym przegrywa, to realia przełomu siermiężnych lat 50- i 60-tych.

Trudno dzisiaj sobie wyobrazić dziecku, że jazda windą w wieżowcu może być atrakcją (chyba że byłaby to winda w Pałacu Kultury i Nauki albo w Sky Tower), a telewizor i pralka z wyżymaczką (ciekawe, czy jakieś dziecko wie jeszcze, co to takiego?) były szczytem marzeń domowników. Albo cóż to za atrakcja - klaser na nalepki od zapałek?! Phi! O co chodzi z tą ekscytacją pomarańczami (przecież nikt, kto w nie żył w prlu nie wie, że rzucano je dwa razy do roku; przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem - tak przynajmniej było w spożywczaku na mojej ulicy) albo artykułami spożywczymi z zagranicy? Wycieczka do Czechosłowacji (co to w ogóle jest?), kiedy szkolne wycieczki za granicę nie są niczym nadzwyczajnym, też nie ekscytuje. Niestety, nawet interesujący pomysł by akcja rozgrywała się wśród sublokatorów przedwojennego "ostańca",  w mieszkaniu, w którym jest "trochę jak w teatrze, co pokój to inne przedstawienie, inni aktorzy i tyle nowych obserwacji" dzisiaj nie działa bo trudno dziecku wyobrazić sobie, że pięć obcych sobie rodzin musi korzystać z jednej toalety i łazienki i tej samej kuchni. Można powiedzieć, że na szczęście.

Niestety, to wszystko sprawia, że stają się niezbędne glosy do opisów realiów tamtych lat i "przykrywają" one naprawdę istotne problemy, których dotyczy "Ucho od śledzia", czego tu nie ma, choćby przemoc (fizyczna i psychiczna) i alkohol w rodzinie - nikt z bohaterów nie dziwi się, że matka bije Witka, to że Michał bije się z ojczymem też nikim specjalnie nie wstrząsa. Nad Agnieszką znęcają się psychicznie jej krewni - cóż, bywa. A, że konsekwencje spadają na ofiary a nie na sprawców, to cóż można na to poradzić? Ta tolerancja wobec przemocy w stosunku do dziecka sprawia, że zachowanie Michała wobec rówieśników i dorosłych staje się zrozumiałe. To prosty mechanizm obronny krzywdzonego dziecka, które widzi, że w jego świecie racja należy tylko do tych, którzy mają obrotny język, najlepiej poparty silną pięścią i którzy myślą tylko o sobie.  

Można by powiedzieć, że jak na to, co go w  życiu spotkało, główny bohater "Ucha od śledzia" i tak nie jest jeszcze taki zły. Bo cóż właściwie takiego robi - "odszczekuje się" dorosłym odmawiając im jednostronnego prawa wyrażania opinii na jego temat, "odwdzięcza się" im jak może na swój dziecinny sposób wykorzystując ich słabości. Mogło być znacznie gorzej. Nie mniej ważne jest ustalenie hierarchii w życiu szkolnym, także i tu wartości ze świata dorosłych sprawdzają się, choć młodzieńczy idealizm (by nie powiedzieć naiwność) stanowi dla skuteczną (w powieści) zaporę. Nie obyło się bez wątków feministycznych ale bez rewelacji, czyli kobiety gotują, piorą i sprzątają, tak jak było od początków świata "gdy Adam orał a Ewa przędła".

U mojego dziecka niestety "Ucho od śledzia" przegrało z Maleszki. Żałuję, bo darzyłem tę książkę wielkim sentymentem i tylko niewielkim pocieszeniem jest myśl, że być może po prostu się z nią pospieszyłem bo przecież zwyczaj noszenia przez chłopców dziewczynom teczek ze szkoły ciągle funkcjonuje (tak mi się przynajmniej wydaje) więc przyjdzie na nią jeszcze czas.  

wtorek, 27 grudnia 2016

Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell

Wow! To jest dopiero powieść, to jest dopiero romans! Do "Przeminęło z wiatrem" mam specjalny stosunek za sprawą rodzinnej opowiastki mojej Mamy, co prawda dotyczącej nie książki lecz filmu (wersji z Vivien Leigh i Clarkiem Gable) ale nawet gdyby nie to, powieść Margaret Mitchell i tak stanowiłaby pierwszorzędny dowód na to, że romans wcale nie musi obrażać dobrego smaku i inteligencji czytelnika. Co prawda lista książek tego rodzaju jest długa: "Anna Karenina", "Cierpienia młodego Wertera", "Cichy Don", "Czerwone i czarne", "Duma i uprzedzenie", "Lalka", "Niebezpieczne związki", "Portert damy", "Wichrowe wzgórza", "Wiek niewinności" itd., itd., itd. Ale jakby tej listy nie wydłużać, nie ulega wątpliwości, że zawsze i to w czołówce byłoby na niej "Przeminęło z wiatrem".


Oczywiście, że można chwilami przecierać oczy ze zdumienia, zwłaszcza gdy czytelnik dowiaduje się (i jest w tej wiedzy wielokrotnie upewniany) jakim to nieszczęściem dla Murzynów było zniesienie niewolnictwa i jak dobrze byli traktowani w Georgii przez swych właścicieli, a sama Georgia przed wojną secesyjną była krainą mlekiem i miodem płynącą, którą zniszczyli źli Jankesi (przedstawiani taki jakby jadali małe dzieci na śniadanie). Nie da się ukryć, chwilami apologia Południa budzi konsternację ale przecież, to co w książce najważniejsze to romans wszechczasów Scarlett domo O'Hara i Retta Butlera, przebijający wszystko co wcześniej w tej dziedzinie w literaturze wymyślono i wymykający się próbom standaryzacji. Niby jest jasne od początku, że coś między tym dwojga będzie się działo ale okazuje się, że im dłużej czytelnik ich poznaje, to tym bardziej ich relacje odbiegają od tego czego można byłoby się spodziewać i do czego przyzwyczaiły nas klasyczne, że tak powiem, romanse. Margaret Mitchell udało się stworzyć  pełnoplastyczne, żywe postacie, które swoim postępowaniem wymykają się jednoznacznym ocenom.

Taka Scarlett, początkowo trochę śmieszy, trochę irytuje ze swoim zachowaniem "słodkiej idiotki" dopisującej do swojej listy wielbicieli kolejne "ofiary", nieświadomie idąc śladem matki "na złość babci odmraża sobie uszy" i z zawiedzionej miłości wychodzi za mąż za pierwszego lepszego, który się napatoczył, a potem żyje ułudą miłości i ze zranionym sercem. Tyle, że o ile matka mogła się sprawdzić i znaleźć ucieczkę od codzienności w filantropii, to przed córką stanęło zadanie nieporównanie trudniejsze. To już nie jest "zachciewajka" zamożnej, nudzącej się plantatorki, usiłującej nadać sens swemu życiu ale walka o przetrwanie, której wynik wcale nie jest oczywisty. W tej walce poznajemy zupełnie inną kobietę, godnej szacunku za determinację i pracowitość ale też tracącą sympatyczne rysy w dążeniu do celu.

O ile można ją z bezwzględności wobec domowników w Tarze usprawiedliwić, to nie da się jednak bronić jej postępowania w dziedzinie, która okazuje się dla niej drugo- a może i trzeciorzędna. Chodzi oczywiście o macierzyństwo - w którym nie sprawdza się na całej linii a co trudno jest w gruncie rzeczy zrozumieć biorąc jej przywiązania do rodzinnej posiadłości. Nawet ona tak twardo stąpająca po ziemi i żyjąca dniem dzisiejszym powinna zdawać sobie sprawę z własnej śmiertelności - jakie znaczenie może mieć ochrona stanu posiadania jeśli nie widzi się przyszłości. Traktując Tarę jako coś trwałego, stanowiącego wartość samą w sobie traktując obowiązki macierzyńskie jako zło konieczne, godzi się na zniszczenie Tary, przejście w obce ręce a nie ręce. Ale tego jej rozumek nie ogarniający "metafizycznych" i "abstrakcyjnych" problemów nie ogarnia.

A Rett? - ten uroczy cynik, łamacz damskich serc, który pod skorupą cynizmu i bezwzględności ukrywa odwagę, bohaterstwo, szlachetność i miłość. Nie da się ukryć, że choć to on w tym związku zawsze miał pozycję dominującą, to w porównaniu ze Scarlett wypada trochę cukierkowato. Wiadomo nigdy nie przekroczy tej ostatecznej granicy i nie okaże się świnią par excellence. Zaskakuje dopiero w finale "wyzwalając się na niepodległość" tyle, że to decyzja poniewczasie i tym razem błędna (bodajże czy nie jest to jego jedyna pomyłka w relacjach ze Scarlett) bo podjęta wówczas, gdy do Scarlett wreszcie dotarła prawda o jej "obiekcie cichych westchnień". Tyle, że tu znowu okazuje się, jaka to z niej twarda sztuka, widać że niezależnie od tego jak ułożą się jej relacje z mężem da sobie radę w życiu - z nim lub bez niego. Ale co się dziwić, w końcu jakby nie było "Przeminęło z wiatrem" to powieść feministyczna, co tym razem wcale jak się okazuje książce nie szkodzi.

Co tu dużo mówić - rewelacja!

czwartek, 22 grudnia 2016

Wesołych Świąt

Wszystkim, którzy tu zaglądają,
obojętnie, często czy rzadko, specjalnie czy przypadkowo,
z okazji Świąt Bożego Narodzenia, 
życzę zdrowia, szczęścia 
i książek pod choinką 
                                                                                   Marlow


wtorek, 20 grudnia 2016

Córka Tuśki, Gabriela Zapolska

Jaka szkoda, że Gabrieli Zapolskiej zabrakło talentu powieściopisarskiego. To mogła być świetna książka obyczajowa bijąca na głowę choćby Sienkiewiczowskie próby zmierzenia się z ówczesnymi problemami społecznymi, a wyszła ramotka, chwilami sentymentalna do bólu, z dydaktycznym zacięciem, wymagająca dzisiaj od czytelnika sporego samozaparcia.


Szkoda, naprawdę szkoda, bo Zapolska przedstawia obraz rodziny początków XX wieku z jej problemami, które wcale nie są tak odległe od tego na co dzisiaj zwraca uwagę literatura feministyczna. To jakby rozwinięcie "Moralności pani Dulskiej" przynajmniej jeśli chodzi o niektóre wątki. Dramat małżonków, którzy duszą się w swoim małżeństwie. Zachowując pozory mieszczańskiej stateczności prowadzą podwójne życie, znajdując w nim bezpiecznik od codziennych męczarni przebywania we własnym towarzystwie. Ona to niewydarzona Emma Bovary, on - "zbuntowany" Felicjan Dulski, każde z nich podejmuje grę wobec drugiej osoby ale te ich gierki mają swoją granicę. Żadne z nich nie odważy się na jasne postawienie sprawy. Wiedzą, że jest źle, ale zdają sobie sprawę, że byłoby jeszcze gorzej; widmo skandalu, katastrofy majątkowej, to jest to co ich trzyma razem. To nawet nie są źli ludzie, tylko że przerosła ich proza życia.

Miłość, jeśli wo ogóle między nimi kiedykolwiek była szybko wygasła, okazuje się, że wspólne życie to nieporozumienie, prowadzą je bo tak wypada ale nie tego po sobie oczekiwali, nie tak miało być. Może gdyby jeszcze potrafili ze sobą rozmawiać i chcieli się wzajemnie zrozumieć - ale oni trwają na z góry upatrzonych pozycjach, wraz ze swoimi urazami i niemożliwością zrozumienia drugiej strony. Pewnie gdyby wiedzieli o sobie od początku to, co wiedzą po kilkunastu latach po ślubie, nigdy by się nań nie zdecydowali. Ale stało się i jakoś trzeba dalej w to brnąć.

Ale to nie rodzice grają w powieści pierwsze skrzypce lecz ich jedyna córka, chowana pod korcem, zaskakująco niewinna i naiwna jak na atmosferą, w której żyje, odpowiednik Meli z "Moralności pani Dulskiej".  Zaskakujące, że jej bracia, też przecież wychowywani w tym samym domu i tak różni od siebie widzą i rozumieją znacznie więcej. Wkraczają w okres młodzieńczego buntu i bezkompromisowego, czarno-białego widzenia świata, gdzie nie ma nic połowicznego, żadnych szarych odcieniu ale naiwne przekonanie, że na każde pytanie można odpowiedzieć tak albo nie, albo - albo. A ona - nie, to błędna owca, zupełnie nie rozumiejąca tego co dzieje się na jej oczach, uciemiężona niewinność, tyle że nie przez złego władcę ale przez własną matkę, która miota się pomiędzy pragnieniem miłości a zachowaniem pozorów mieszczańskiej moralności.

Dziwna sprawa, że Zapolska opisując zakłamaną atmosferę przeciętnej (?) mieszczańskiej rodziny, sympatyzując z niektórymi jej członkami, choć ich postępki nie zawsze zasługują na pochwałę, to jednocześnie zaprogramowana jest na niechęć do stanu niższego, tak jakby był on dla niej, z definicji gorszy. Widać to zwłaszcza w przypadku romansu głowy rodziny. Ma się wrażenie, że Zapolska jakoś rozumie jego chęć ucieczki w "stosunki" z domową krawcową a jednocześnie wyraźnie jej antypatię w odniesieniu do jego kochanki. Jej uczucie sprowadza się do wyrachowanej chęci wyciągnięcia korzyści z omotania "pana". O ile Hanka w "Moralności pani Dulskiej" walczy o swoje dopiero, gdy zostaje skrzywdzona, to Władka od początku wie, że musi per fas et nefas wyszarpać innym to co jej się należy. Ale to potępienie kobiety, która stara się wydobyć na powierzchnię wychodzi w "Córce Tuśki" słabo, bo czytelnikowi trudno pogodzić się z dychotomią: nic nierobiąca pani domu i szwaczka chwytająca się każdego sposobu byleby tylko poprawić swój ubogi byt.

Nie wiem na ile powieść Zapolskiej oddaje realia epoki, nawet jeśli niektóre wątki wydają się niewiarygodne i postawa bohaterów infantylna, to sama w sobie mogłaby się mieć i dzisiaj całkiem nieźle gdyby tylko Zapolska poskromiła swoją emfazę i moralizatorskie zapędy. 

piątek, 16 grudnia 2016

Głód, Knut Hamsun

Mogła być to kiedyś szokująca lektura, ale dzisiaj, po doświadczeniach masowych śmierci głodowych Wielkiego głodu na Ukrainie i II wojny światowej Knut Hamsun nie jest w stanie zaskoczyć współczesnego czytelnika. Co tu zresztą pisać o braku zaskoczenia, gdy tak naprawdę "Głód" irytuje, a przecież nie powinien, bo jakże to, żeby dramat staczającego się w nędzę człowieka mógł irytować?! A jednak! 


Bo jakoś nie do końca przekonuje opis głodu, w którym walczy on o lepsze z dumą głównego bohatera powieści. Poczucie dumy, próba zachowania godności, także za cenę kłamstwa (to w końcu niezbyt wygórowana cena) nie jest niczym nagannym. Próba zachowania pozycji społecznej i obrony przed deklasacją raczej pozytywnie świadczy o człowieku. Ale kładąc na szali uczucie głodu oraz ludzką godność i mając w pamięci doświadczenia, o których już wspomniałem wcześniej, a o których Hamsun nie mógł nic wiedzieć, jest dla nas od początku oczywiste, na którą stronę przeważy się szala. Z naszego punktu widzenia przeżycia bohatera są więc tylko bezsensownym miotaniem się, z góry skazanym na klęskę. A ta klęska w postaci ostatecznej decyzji bohatera nie wydaje się jakimś boskim dopustem. Raczej zwycięstwem rozsądku, choć w opłakanych okolicznościach w dużej części zawinionych przez głównego bohatera "Głodu".

Pozostanie zagadką Hamsuna i jego postaci, dlaczego praca inna niż pisarska miała stanowić ujmę dla jego bohatera. Dlaczego nie mógł robić jednego i drugiego (skoro Martin Eden umiał to jakoś pogodzić, to dlaczego on by nie mógł?), skąd wreszcie przekonanie, że warunkiem koniecznym i jedynym pisarstwa jest wena a nie także mozolny trud. Jakim prawem ma żal do współobywateli, skoro i tak doświadczył ich litości?

A mówić szczerze, bohater Hamsuna szybciej niż litość wywołuje zdziwienie, jakim cudem tak niewiele w gruncie rzeczy robiąc we własnej sprawie staczał się w nędzę tak wolno. Widzimy przecież marudnego, roszczeniowego człowieka, o przesadnie wielkim mniemaniu na swój temat, który nie potrafi się zmobilizować do systematycznej pracy. Trudno do kogoś takiego nabrać sympatii i litować się nad nim. Chciałoby się raczej powiedzieć - "chłopie, weź się w garść i zacznij coś robić". I tak miał szczęście do ludzi, którzy dawali mu pokój i wyżywienie za darmo. Nie ma się co unosić nieuzasadnioną dumą i przekonaniem o swoich nadzwyczajnych walorach, jeśli okazuje się, że te walory nie mają specjalnej wartości w oczach innych. Może więc one rzeczywiście nie są jakieś nadzwyczajne. To więc, że w końcu do niego dociera, że czas się wziąć do roboty nie wydaje się czymś specjalnie tragicznym. Wreszcie!

"Głód" należy do najbardziej znanych książek Knuta Hamsuna i chyba w ogóle powieści skandynawskich pisarzy (z wyłączeniem, oczywiście, autorów skandynawskich kryminałów - ale tych nie liczę) ale daleko mu do miana najlepszej. Dzisiaj potraktowałbym ją raczej jako literacki dowód tamtych czasów, który może być ciekawy dla mieszkańców Oslo nie ze względu na przeżycia głównego bohatera powieści lecz topograficznych podróży po mieście, które on odbywa, ale żeby to docenić trzeba by się przeprowadzić do Oslo... 

środa, 14 grudnia 2016

Pierwsza polka, Horst Bienek

Są blogi, których autorki mają szczęście, każda książka, która wpada w ich ręce podoba się im. Ja do takich szczęściarzy nie należę, ale i tak nie mam powodów do narzekania, bo i mi czasami, tak jak ślepej kurze, trafia się ziarno. Tym razem miałem szczęście do pierwszej części słynnej "Tetralogii gliwickiej" Horsta Bienka. Nawet dzisiaj, gdy dawno minęły już czasy kiedy straszono nas rewizjonistami z "kręgów Hupki i Czaji" i gdy wydawałoby się, nie takie rzeczy widziało się w literaturze, jest to powieść, która robi wrażenie.


Może i po części dlatego, że Śląsk ma u nas "takie sobie" szczęście do literatury. Bo co mamy?prehistorycznego Morcinka, odpokutowującego (niesłusznie) obecnie swoją popularność w czasach "komuny" i może jeszcze "Godki śląskie", bo już traktowanie na serio "Dracha" Szczepana Twardocha to nieporozumienie. Cóż takiego oferuje Bienek? Ano, opis świata, który znał z autopsji, co w połączeniu z talentem prozatorskim już sprawia, że Gliwice i Śląsk Bienka można porównać z tym, czym Gdańsk dla Grassa (kto wie czy prowokacja gliwicka w "Pierwszej polce" nie miała być odpowiednikiem epizodu z Pocztą Polską w "Blaszanym bębenku) i Ełk oraz Prusy Wschodnie dla Lenza. Na dodatek Bienek w niczym im nie ustępuje, co sprawia, że dzielą go lata świetlne od tych pisarzy, którzy choć homines novi, to jednak usiłują "podpiąć się" pod nostalgię i ciekawość poznania przeszłości małych ojczyzn, w których przyszło im żyć, a których opis kończy się zwykle na wymienieniu niemieckich nazw ulic. 

U Bienka jest zupełnie inaczej, on opisując świat swojego dzieciństwa i młodości nie musi uciekać się do takich chwytów. Tak jak nie musi uciekać się, do epatowania seksem i brutalnością, bo ma do zaproponowania to co dla innych niedostępne - własną pamięć o czasie i miejscu, o którym pisze. I to jak pisze..., w sposób u nas dotychczas nieznany. Bo u nas, wiadomo, dobry Polak, zły Niemiec, powstania śląskie itp., itd. I przyzwyczajeni do tego typu narracji możemy przeżyć szok. Bo nie dość, że Niemiec wykorzystuje mający w naszej literaturze specjalne znaczenie motyw wesela, to jeszcze dla czasu akcji wybiera datę 31 sierpnia/1 września 1939 roku, a jakby tego nie było dosyć, ośmiela się kłuć w oczy postacią Wojciecha Korfantego.

Ale o dziwo, to wszystko jednak nie zmienia faktu, że na Śląsku Bienka (ściśle mówiąc w Gliwicach) można całkiem zwyczajnie żyć. Że sąsiedztwo i relacje polsko-niemieckie nie spędzają ludziom snu z powiek. Znacznie ważniejsze są problemy dnia codziennego, dla każdego z bohaterów na jego miarę. Nie jest to świat impregnowany na zewnętrzne okoliczności, na fakt, że Niemcami rządzi Hitler, z wszystkimi tego konsekwencjami, ale w "Pierwszej polce" ludzie są raczej biernymi odbiorcami, niż aktywnymi współtwórcami nazizmu. Jakoś próbują z tym żyć i wcale (choć są tu wyjątki) się z nim nie utożsamiają. Nie znaczy to, że Bienek relacje polsko-niemieckie przemilcza, powiedziałbym raczej, że zastępuje je poczuciem śląskiej tożsamości i odrębności (w niemieckim wydaniu) ponieważ  to ono jest najważniejsze. I tą śląskość w powieści się czuje, a przecież nie jest czymś nienachalnym, przyjmuje się ją u bohaterów jako coś naturalnego, jako stały, często chyba nie uświadamiany element ich życia. Bo przecież postacie Bienka będąc Ślązakami żyją tym, czym żyje każdy, niezależnie od tego gdzie jest jego miejsce na ziemi. Troska o zapewnienie bytu rodzinie, śmiertelna choroba, międzypokoleniowy konflikt, pierwsza miłość to nie jest zastrzeżone (albo wyłączone) dla jakiejś enklawy. A jednak trudno uzmysłowić sobie, że to tymi problemami a nie stałą troską o umacnianie "żywiołu narodowego", jakiejkolwiek by on nie był proweniencji, mogli żyć Ślązacy. A jednak...

Bez ukłonów w stronę literackich mód, w starym, dobrym stylu Horst Bienek pokazuje Śląsk zupełnie nam nieznany a przecież ma się przy tym nieodparte wrażenie, że jest to Śląsk prawdziwy. Jedna z lepszych książek, które ostatnio przeczytałem. Co tu dużo mówić, polecam i już szukam ciągu dalszego! 

niedziela, 4 grudnia 2016

Zbyt krótkie szczęście, Paweł Pollak

Pisanie opinii na temat książek Pawła Pollaka to ryzykowne zajęcie, ale niech tam, zaryzykuję jeszcze raz. Znowu wybrałem się do Wrocławia, a skoro tak, to co mogłem zabrać do pociągu jak nie powieść, której akcja we Wrocławiu właśnie się rozgrywa. Niedawno śledziłem perypetie Mocka, tym razem padło na komisarza Przygodnego. Trzeba przyznać, że w stosunku do pierwszej książki o nim, "Zbyt krótkie szczęście" prezentuje wyraźny postęp, czytelnik i główny bohater rozpoznają zabójcę przy końcu, a nie w połowie powieści. Warstwa kryminalna jest całkiem zręcznie i ciekawie przedstawiona, a czego więcej chcieć od dobrego kryminału.


Niestety, Autor uległ chyba jakiejś dziwnej, panującej u nas manierze i osadził akcję w "pogłębionym" tle psychologicznym i społecznym, co pewnie miało dodać książce realizmu ale wyszło, jak to zwykle bywa, "tak sobie". O ile można machnąć ręką na niewczesne wyrzuty sumienia głównego bohatera świeżo po rozwodzie, to trochę dziwacznie wypada postać kloszarda, który niczym średniowieczny święty z żalu po niespełnionej miłości wyzbywa się majątku i pielęgnuje pamięć o ukochanej na progu jej dawnej szkoły, nie mówiąc już o jego zażyłości z komisarzem policji.

Podobnie nieprzekonująco wypada postać przyjaciela komisarza Przygodnego, szefa działu kryminalnego lokalnej gazety. Obaj panowie z racji swych zajęć wzajemnie sobie pomagają (podobno) ale na pewno nie w "Zbyt krótkim szczęściu", a ściślej mówiąc dziennikarz nie pomaga komisarzowi, żadne bowiem z jego "odkryć" nie ma wpływu na znalezienie zabójcy. Co gorsza, czytelnicy śledzą przez ponad 100 stron koleje jednego z prywatnych śledztw dziennikarza, wiedząc od początku, jaki będzie jego rezultat, a nie da się ukryć, że nie jest to coś, co przykuwa do fotela. Niestety, postać redaktora Kuriaty powieści nie służy. I nie chodzi o to, że to antypatyczny, zadufany w sobie, dosyć prymitywny facet, którego zachowanie dalekie jest od poprawności politycznej, oględnie rzecz ujmując. Takim stworzył go Autor i już. Jakim jednak cudem dziennikarz z lokalnej gazety może pozwolić sobie na zakup samochodu za 350 tysięcy złotych? I jak to możliwe, że dziennikarz działu kryminalnego z dwudziestoletnim stażem, bywalec agencji towarzyskich (w celach służbowych oczywiście) znający grypserę nie wie co to alf (choć może się tego domyślić nawet z kontekstu prowadzonej rozmowy)? Ale co tu się dziwić dziennikarzowi, skoro komisarz policji z równie długim stażem, nic nie wie na temat homoseksualnej prostytucji. Itp. itd. Takie drobiazgi nie przydają, niestety, książce wiarygodności.

To co początkowo wydaje się zaletą książki - drobne złośliwości z humorystycznym zacięciem, z czasem przestaje bawić a niebezpiecznie zaczyna przypomina zwyczajne marudzenie i wygłaszanie jedynie słusznych poglądów na wszystko, począwszy od stanu wrocławskiej komunikacji miejskiej, poprzez ocenę kwalifikacji kobiet jako sędziów, przydatności policyjnych profilerów (czyżby kamyczek do ogródka konkurencji) a skończywszy na decyzji generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wydaje mi się to specjalnie ani odkrywcze, ani interesujące, nawet wówczas jeśli te enuncjacje wynikają z osobistych doświadczeń Autora (jak na przykład obowiązki tłumacza przysięgłego wobec policji), podobnie zresztą jak epizod, w którym daje upust swoim uczuciom (?) wobec nierzetelnego wydawcy. Wierni czytelnicy bloga Pawła Pollaka, jeśli tylko sięgną po książkę będę mieli okazję do własnego "śledztwa".

Druga książka o komisarzu przygodnym niestety obrosła w takie meandrujące dywagacje, podobnie jak i "złote myśli" w rodzaju "(...) ludzie to nie liczby, dwie cyfry są zawsze takie same, dwie kobiety nigdy." które nie sprzyjają "popychaniu" akcji do przodu. Nie ma co ukrywać, "Zbyt krótkiemu szczęściu" daleko do "Morderstwa w Orient Expresie", pewnie jak i innym współczesnym, polskim kryminałom, ale nie jest źle, na długą podróż pociągiem do Wrocławia i z powrotem może być. 

niedziela, 27 listopada 2016

Wierna rzeka, Stefan Żeromski

Trafiło mi się ocenzurowane wydanie "Wiernej rzeki". Sam Żeromski, mimo że wydał na nie zgodę, nie miał o nim najlepszego zdania, na szczęście ukazało się równocześnie z nią wersja pełna, tyle że przeznaczona dla czytelników z zaboru pruskiego i austriackiego. Przy okazji trafiłem też na informację o odnalezieniu czystopisu opowiadania i przekazania go Bibliotece Narodowej. A piszę o tym z dwóch powodów - pierwszy to asumpt do lektury "Wiernej rzeki", drugi to zjadliwa uwaga (chyba jak każdy anonimowy komentarz w internecie, ale nie pozbawiony, przynajmniej w części słuszności) do artykułu, który traktuje o odnalezieniu rękopisu "Wiernej rzeki", jako sensacji bibliofilskiej (zresztą słusznie) - "Z pewnością jest to sensacja w kręgach bibliofilskich, niestety tylko bibliofilskich. Proza Żeromskiego w dzisiejszej Polsce (...), nie jest dobrze odbierana. "Nie istnieje dziś ta inteligencja, o której autor "Ludzi bezdomnych" pisał i do której swoje teksty adresował. Nie ma dziś miejsca na mit inteligencki, na powinności, poczucie misji czy obowiązku społecznego i narodowego. A Żeromski jest bezkompromisowy: oczekuje poświęcenia, niezgody na zło i niesprawiedliwość, niesienia pomocy". Dziś mamy masowego odbiorcę (...) oraz roszczeniową klasę średnią, często źle wykształconą, a już na pewno źle wychowaną. O niskiej kulturze, choć starającą się być elitą społeczną. Iście pozytywistyczne przesłanie twórczości Żeromskiego, jego trzeźwe spojrzenia na otaczającą go rzeczywistość (...) sprawiają, że jest dziś na "indeksie" autorów "niepoprawnych politycznie". (...)".


Smutno się robi na myśl, że jedno z najlepszych opowiadań w historii literatury polskiej dogorywa czytelniczo. Swoje zrobiło piętno szkolnej lektury i "narodowej nudy". A przecież Żeromski w podstawowej warstwie opowiadania podejmuje temat, który gimbazie, zwłaszcza jej żeńskiej części powinien być bliski. Wszakże "Wierna rzeka" to romans i to jaki - nieszczęśliwy, a w dodatku mający swój zaczyn w faktach. Cóż za historia - on przychodzi i odchodzi, ona zostaje z rozdartym sercem. Na otarcie łez zostaje jej niewielka fortuna, która w gruncie rzeczy stanowi nie nagrodę za kilkumiesięczną opieką nad rannym lecz policzek w twarz, mający jednocześnie zagłuszyć wyrzuty sumienia ofiarodawczyni.

Tyle tylko, że po co mieszał w to niedzisiejsze wartości, honor ważniejszy od pieniędzy, dziewictwo w wieku dwudziestu dwóch lat, lojalność wobec ojca kontra pożądanie - słyszał to kto o czymś takim w dobie "Ekipy z Warszawy" i "Ex- na plaży"? Albo narażać się dla obcego - słyszane to rzeczy? I nie chodzi przecież o chwilowy impuls, który minie gdy tylko trochę ochłonie się z porywu serca, lecz codzienne kilkumiesięczne poświęcenie. A już wyrzucać pieniądze w błoto (przepraszam w rzekę)?! Wyłudzić, ukraść - owszem, ale wyrzucić? Nie mówiąc już o zupełnie niezrozumiałym dylemacie walki skazanej na przegraną - "wolicie (...) dzicz niż rany i śmierć? Będziecie mieli dzicz za wiecznego pana!" Nie da się ukryć, Żeromski wraził swoje pióro w narodowe rany i prowokacyjnie w nich gmera, ta krew powstańca wychluśnięta na gnojowisko, albo "wszy zostały żywe, gdy dwaj ludzie znikli jak cienie...". Nie dość, że wybrał sobie taki "nierokujący" temat, to jeszcze takie rzeczy.

Po co to wszystko, w imię czego? - żeby jeszcze odruchu litości, z miłości to byłoby może i zrozumiałe ale z poczucia patriotycznego obowiązku?! "bo dla ojczyzny jest najpierwszy obowiązek Polaka" i "kobiety polskiej godność", jakże to dziwnie brzmi anno domini 2016. To prawie tak samo dziwne jak patriotyzm właścicieli dworu w Niezdołach. Dulce et decorum est pro patria mori. Ale dlaczego patriotyzmu nie rozumieć także jako troski o współobywateli. Tylko właściwie o jakich współobywatelach w "Wiernej rzece" mówimy? To nie żadni współobywatele lecz prymitywne umysłowości, które nie potrafiły się wzbić ponad przyziemne urazy i wielkodusznie wybaczyć krzywdy swoim niedawnym jeszcze panom. Cóż może ich obchodzić panowanie rosyjskie, pruskie czy austriackie, kiedy mając polskiego, patriotycznie nastrojonego dziedzica u boku, przymierali głodem. Musieli się nieźle zasłużyć swoim gorzej urodzonym sąsiadom dziedzice Niezdołów skoro, bądź co bądź sąsiedzi, "gromada wiejska nie stawiła się" na pogrzeb "tylko paru starych włościan zajrzało do dworu popatrzeć na dziedzica, jakby z ciekawości, czy na prawdę umarł."

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem! Nic więc dziwnego, że niezdolscy chłopi tak ochoczo pomagają Rosjanom, bo samym strachem przed nimi nie da się tego wytłumaczyć. Oni boją się także jeden drugiego. Dlaczego widać strach u sołtysa, który chce związać Odrowąża i zawieźć do Rosjanom, przecież w wiejskiej gromadzie nie ma Rosjanina, który by doniósł do swoich lecz sami swoi, Polacy. Któż by więc miałby go zdradzić jak nie swoi, sąsiedzi? Pewnie nie bez kozery sołtys tak się bał, znał swoich sąsiadów. Ta "tradycja" współpracy z zaborcą musiała być silnie zakorzeniona w chłopskiej mentalności, ani nie była niczym nowym a i przetrwała lata.

I tak można by dalej ciągnąć "poważne" tematy bo jest przecież do omówienia choćby postawa Rosjan wobec powstańców, a i zasygnalizowana "kwestia" żydowska. Ale nie zapominajmy, że opowiadanie jest w swym pierwszym, podstawowym odczytaniu opowieścią o miłości. Jak mogła ta biedna Salomea nie poznać się na tym francie Odrowążu. Ale co się dziwić, dziewczyna z "zadupia" a tu przystojniak, który gdy tylko jako tako doszedł do siebie nie omieszkał poinformować jej o swoim statusie społecznym. Uratować życie prawdziwemu księciu, to nie byle co, każda dziewczyna mogłaby stracić głowę. A on, cóż za świnia. Przyszedł, odszedł. Było, minęło. Była ta, będzie inna. Pewnie mu matka wytłumaczy, że nie wypada, że nie może się narażać, że nie ma sensu. Biedna Mija, za wysokie progi - nie ona pierwsza się o tym przekonała, by wspomnieć nieco wcześniejszą inną sławną nieszczęśliwą parę Stefcię i Waldy'ego. Zostanie tylko na niej odium "puszczalskiej" - "Na tym skończyła! Zwyczajne, pospolite rzeczy, ordynarne dzieje. Puściła się z powstańcem, który do domu zaszedł. Nikt jej nie pilnował, więc skorzystała." Tyle jest z tego przyjdzie, za poświęcenie, za miłość i za odwagę. A jeśli komuś byłoby jeszcze mało nieszczęśliwych miłości to zawsze zostaje Wiesnicyn i Dionizy pielęgnującego w sobie zranione uczucie niczym panna Havisham.

Co tu dużo mówić, polecam. 

niedziela, 20 listopada 2016

Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek, Hanna Ożogowska

Mimo, że książka Hanny Ożogowskiej wymaga dzisiaj opatrzenia glosami przeznaczonymi dla młodych czytelników bo realia życia codziennego lat sześćdziesiątych znacząco odbiegają od tego, z czym stykają się dzisiaj, poczynając już od tytułowych fajerek, to jednak trud się opłaca. To chyba pierwsza książką, którą tak bardzo emocjonalnie przeżywał mój syn, z niecierpliwością śledząc perypetie bohaterów. 


U mnie "Dziewczyna i chłopak", nie ukrywam też wzbudziła emocje, choć innego rodzaju. Byłem w lekkim szoku, jak powieść, w której, jak mi się wydaje, Hanna Ożogowska chciała zmierzyć się ze stereotypami ról jakie w społeczeństwie zajmują najpierw dziewczynki i chłopcy, a potem kobiety i mężczyźni, w gruncie rzeczy te role utrwala. I muszę przyznać, że jest to co najmniej irytujące i bardzo widoczne, zwłaszcza w postaciach dorosłych. 

Tu kobiety nie mają wiele (jeśli w ogóle coś) do powiedzenia, zdecydowanie nie są to szyje, które kręcą męskimi głowami. Dotyczy to zarówno rodziców głównych bohaterów, ich stryjostwa i ciotki (wiadomo, czym jest dom bez męża o ojca). Mężczyzna u Ożogowskiej to "car i bóg", który utrzymuje dom i któremu reszta rodziny usługuje, który sprawia wrażenie, że nawet nie bardzo wie gdzie jest kuchnia, bo przecież jedzenie i picie jest mu podsuwane pod nos. Tak było, tak jest i tak będzie, bo przecież rodzice Tosi i Tomka ten model utrwalają u swoich dzieci. Tosia pomaga mamie w domowych zajęciach, gdy tymczasem Tomek pełni rolę młodego trutnia. To wszystko jest dla dzieci oczywiste, nieletni Jastrzębscy wiedzą co do nich należy i gdzie jest ich miejsce. 

Taki układ sprawia, że dla Tosi przemiana w chłopca to szczyt możliwości zarówno fizycznych jak i psychicznych a dla Tomka to owszem trudność ale wymagająca tylko trochę więcej starań niż to z czym ma do czynienia na co dzień. Cóż zresztą w tym dziwnego, jego "przeciwnikami" są wiejskie dziewczynki i chłopcy, już na starcie "gorsi" od niego, bo jaka dziewczyna może równać się chłopakiem, a jakie wiejskie dziecko może rywalizować z wielkomiejskim "cwaniaczkiem". A Tosia? - cóż Tosia! - ona jeśli dorówna swoim stryjecznym braciom, to już osiąga sukces, a jeśli może komuś zaimponować, to co najwyżej wiejskim dziewczynkom opowieściami o wzorach i krojach sukienek, o czymś co jest poniżej ambicji normalnego chłopaka. Dla niej zmiana roli oznacza stały stan lękowy, wszystko jest dla niej wyzwaniem i na każdym kroku musi udowadniać, że nie jest gorsza, Tomek zaś na każdym kroku udowadnia, że jest lepszy. 

Na szczęście, mam przynajmniej taką nadzieję, nieletni czytelnicy tego nie dostrzegają. Dla nich wątki społeczne przykryte są przez przygodowy anturaż i "Dziewczyna i chłopak" pozostaną zabawną i emocjonującą historią perypetii, w które dzieci same się wpakowały, na własne życzenie komplikując sobie życie. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Sól ziemi, Powieść o cierpliwym piechórze, Józef Wittlin

Jeszcze jedna powieść z zaczerpniętym z Nowego Testamentu mottem. Jakie to nienowoczesne. "Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól straci swój smak, czy da się ona czymkolwiek posolić? Już do niczego się nie nadaje, chyba do wyrzucenia na dwór i podeptania przez ludzi." Sól ziemi... - i pomyśleć, że ma nią być jakiś prymityw, analfabeta, z kiłą wrodzoną, który od czasu do czasu nie pogardzi cudzą własnością, jeszcze z kochanką na boku, którą w dodatku traktuje jak piąte koło u wozu. Żeby to jeszcze był jakiś frant, chłopek-roztropek, polski wojak Szwejk, Sancho Pansa, Dyl Sowizdrzał, ale nie..., musiał Józef Wittlin wziąć za głównego bohatera swojej powieści, jakiegoś nierozgarniętego Hucuła, który do trzech nie zliczy, nie mówiąc już o tym, że nie bardzo dzisiaj wiadomo, co to jest ta jakaś Huculszczyzna.


Tak, zdecydowanie "Sól ziemi" to nie materiał na bestseller. Może to sobie być jedna z najwybitniejszych polskich powieści XX wieku, dzięki której jej autor miał dostać literacką nagrodę Nobla ale bez szans u gimbazy.

Ale co się dziwić, kiepsko tu z dialogami, których jak na lekarstwo, a jak mówiła Alicja "co za pożytek z książki (...) bez obrazków i rozmów"? Ilustracji też zresztą w "Soli ziemi" nie ma. Żeby chociaż erotyzm, w końcu to rzecz o wojnie, mężczyznach, a oni bez tego ani rusz. Ale i z tym słabiutko. To już Żeromskiemu w porównaniu z Wittlinem można zarzucić, że jest wyuzdany. Eh, gdzie tam Wittlinowi do Pauliny Simmons, która tak ciekawie i potrafi pisać o wojnie i miłości. O co więc chodzi?

W gruncie rzeczy, trudno to sprecyzować. Moim zdaniem, to przede wszystkim kwestia języka budującego bardzo specyficzną atmosferę odchodzącego świata i sytuując w nim prostaczka. Świata patriarchalnego i prostego, w którym znajdują jeszcze zastosowanie ewangeliczne prawdy. "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". A przecież Piotr Niewiadomski, ten brat najmniejszy, główny bohater książki nie budzi specjalnej sympatii.

To nie jest ktoś kogo można by polubić, bardziej ktoś kto sam zniechęca czytelnika do siebie. Uczucie, które się z nim kojarzy to litość, ale od kogoś, kogo obdarzamy tym uczuciem, oczekujemy też, że i on również będzie je ofiarował, tym którzy staną na jego drodze i będą jej potrzebowali. A on co? Bezczelnie zawodzi czytelnika. Jakże jest w tym ludzki, i jakże irytujący. Żeby chociaż jakoś przyzwoicie traktował swoją konkubinę albo cieszył się z osiągnięcia upragnionego awansu. Ale nie, on musi kręcić nosem. I ta jego pokora wobec władzy, jakie to dla nas irytujące, i żeby to był tylko strach przed władzą, to jeszcze można byłoby to jakoś zrozumieć, ale ta władza ma u Niewiadomskiego autorytet. Nie dlatego, że jest bardziej wykształcona, inteligentniejsza, mądrzejsza, że ma słuszność - nie, ale tylko dlatego, że jest władzą. Szkoda gadać.

Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze, że postawa Piotra Niewiadomskiego wobec wojny to policzek w twarz dla sienkiewiczowskiej tradycji patriotycznej. Nie dość, że wcale nie marzy o dokonaniu bohaterskich czynów, to jeszcze idzie na wojnę by się bić za cesarza! Nie za Polskę, nie w obronie ojczyzny przed najeźdźcami, nie w obronie antemurale christianitatis ale tylko dlatego, że tak chce cesarz. Zgroza! Trochę go tłumaczy fakt, że matka była Hucułką ale czy Wittlin koniecznie musiał wziąć na głównego bohatera swojej powieści takiego bezideowca, czy nie mógł wybrać kogoś innego i napisać czegoś "ku pokrzepieniu serc"? Zwłaszcza, że jakby nie patrzeć to przecież kresowiak - mieszkaniec, tej przed wojną, jak powszechnie wiadomo, mlekiem i miodem płynącej krainy, krainy białych dworków, malw pod okami, dziewczyn i ułanów przy studni. A tu coś takiego.

Żeby choć Piotr Niewiadomski to był taki Paul Bäumer, ale nie jest, choć pewnie skończy podobnie jak on. Co prawda Wittlin nie doprowadził cyklu do końca ale i już na podstawie jego pierwszej części można przypuszczać, że nie będzie tu happy endu. Może nawet zginie gdzieś niezbyt daleko od swych stron rodzinnych, w Karpatach i zostanie pochowany na jednym z tych uroczych cmentarzy zaprojektowanych przez Kriegsgräber-Abteilung K.u.K w Krakowie, ale tego nigdy się nie dowiemy. Niestety.