czwartek, 18 sierpnia 2016

Matka Joanna od Aniołów, Jarosław Iwaszkiewicz

O czym jest "Matka Joanna od Aniołów"? W wydawniczej notce może przeczytać, że to opowiadanie o wyborze, jakiego musi dokonać czytelnik "i opowiedzieć się po jednej ze stron: prawa do przeżycia duchowego albo szaleństwa". Ale Iwaszkiewicz wcale takiej alternatywy przed czytelnikiem nie stawia. To raczej rzecz o dramacie człowieka, który padł ofiarą własnego złudzenia o możliwości walki ze złem, nie chcąc pogodzić się z tym, że jest ono jako element świata, niezniszczalne.


Ale mówiąc szczerze wcale nie jestem pewien tego, co napisałem wyżej bo jak tu można być czegokolwiek pewnym, skoro w sumie chyba nic nie jest w "Matce Joannie od Aniołów" definitywnie przesądzone. Nawet odpowiedź na podstawowe pytanie czy ksiądz Suryn (dziwna sprawa: tytułowa bohaterka wcale nie jest główną postacią opowiadania) padł ofiarą oszustki czy też demona drzemiącego w nim samym nie jest oczywista. Przecież widział, co się dzieje, zdawał sobie sprawę z tego, że matka Joanna "przesadza, koloryzuje i komponuje", a jej "rzeczywistą namiętnością (...) była chęć interesowania wszystkich sobą, chęć wywyższenia się jakim bądź kosztem". Dostrzega to, a jednocześnie nie potrafi, a może nie chce wyciągnąć płynącego stąd najbardziej oczywistego wniosku. Wierzy w jej opętanie. Dlaczego? Bo dla niego świat jest królestwem diabła - sam przecież mówi do ukazującej mu się jego wizji "Tu jest królestwo twoje, ale ja jestem posłany przez innych ludzi w imię boże. Jestem z innego królestwa, jestem ze światła, jak ty jesteś z ciemności, jestem z dobra, jak ty jesteś ze zła..." a w zakamarkach duszy każdego człowieka drzemie zło. Także jego duszy. To nie demony matki Joanny go prześladują lecz zło czające się w jego własnym sercu. Jeśli więc ksiądz Suryn jest czyjąś ofiarą, to już raczej własnej wiary niż matki Joanny.

Jakże naiwnie ksiądz Suryn sądzi, że jest w stanie to zło pokonać. On chce wojny totalnej ze złem, nie rozumie że zło, tak jak dobro jest elementem świata i choć obecne w życiu człowieka wcale nie musi nad nim panować. Ale nic w tym dziwnego, wszakże nie dostrzegał rzeczy oczywistych, nawet mimo ostrzeżeń anioła (Kaziuk), daje się wodzić na pokuszenie diabłu (Wołodkowicz). Gorzej, że zawiera pakt z szatanem. Co z tego, że w szlachetnej intencji - "Chciał być obciążony tym samym nieszczęściem, jakie spotkało matkę Joannę, chciał doznać tych wszystkich uczuć, jakich ona doznaje, chciał być tak opętany, jak ona jest opętana, podzielić to wszystko, co ją obciąża - i prosił Boga, by jej pozwolił odnaleźć prawdziwą drogę cnoty i miłości prowadzącą ja do zbawienia, a na niego zrzucił jej wszystkie nieszczęścia i grzechy" - uwierzył demonowi zła. Jak mógł to zrobić? Przecież wiedział "cóż może powiedzieć ojciec kłamstwa, ojciec ciemności? Wszystko, co szatan wyrzecze, jest kłamstwem, kłamstwem" on zaś to kłamstwo traktuje jak prawdę. A jeśli bardziej się zastanowić, to może i intencja księdza Suryna nie jest tak szlachetna jak by się to na pierwszy rzut oka wydawało, czy czasami nie popychały go do zawarcia paktu demony, o których mówił cadyk (który czy aby na pewno jest tylko cadykiem)?

A może reb Isze z Zabłudowa ma rację gdy mówi, że "To nie są może demony, to może tylko brak aniołów? (...) Anioł odleciał od matki Joanny i oto została sama ze sobą. Może to tylko własna natura człowieka?" Być może i ksiądz Suryn został sam ze sobą i przemówiła do niego ta cząstka jego natury, której się tak obawiał. Nie bez kozery jest zrozpaczony gdy słyszy od cadyka/szatana "Ja jestem ty - ty jesteś ja!" Demony? Nie, on nie mocuje się z demonami, on walczy sam ze sobą. Wszak gdyby istniały, nie zrezygnowałyby dobrowolnie z matki Joanny, o której dowiadujemy się, że "wyzdrowiała na dobre". Ale już chyba lepiej by demony istniały. Jakiż to byłby okrutny żart z księdza Suryna, gdyby okazało się, że w gruncie rzeczy jest ofiarą własnej imaginacji. Za jej sprawą padł ofiarą oszustki, stracił pokój własnej duszy i przede wszystkim, zamordował dwóch niewinnych ludzi, a jego cierpienie i ofiara życia ludzkiego były bezsensowne i daremne.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Niemcy w Krakowie, Dziennik 1 IX 1939 - 18 I 1945, Edward Kubalski

Długość mojego krążenia wokół "Dziennika" Edwarda Kubalskiego przewyższa tylko rozczarowanie nim. Odredakcyjna notka na okładce książki zapowiadała m. in. "pasjonujący zapis" niemieckiego panowania w Krakowie i twierdziła, że autor "w sposób rzeczowy i wnikliwy przedstawia życie codzienne (...), wzmagający się terror okupanta oraz zmieniające się nastroje polskiego społeczeństwa" a "Dzienniki, pisane na bieżąco żywą bogatą prozą, są jednym z najciekawszych i najbardziej wartościowych przekazów tego typu." Cóż po lekturze "Niemców w Krakowie" miałem wrażenie, że przeczytałem inną książkę niż ta, o której pisała redakcja (?) wydawnictwa. 


Być może oczekiwałem zbyt wiele, rozochocony dziennikiem Klukowskiego sądziłem, że to będzie coś co ciężarem gatunkowym będzie mu dorównywało. Niestety, bez szans. I w sumie trudno o to mieć pretensje do Edwarda Kubalskiego, jeśli już to raczej do wydawniczego marketingu. Kubalski pisał dziennik z myślą o potomnych, a kiedy zaczynał go pisać miał 68 lat. Kiedy wspomina o "plantatorach" (starszych panach politykujących na krakowskich Plantach), to trudno się oprzeć wrażeniu, że to określenie pasuje jak ulał także do niego i że sam pasuje do portretu "kawiarnianego polityka" z rysunku Franciszka Kostrzewskiego. Trudno spodziewać się po starszym panu, wieloletnim urzędniku, będącym jak można się domyśleć, zawsze super correct, ekscytującej lektury. To zapiski jakby odpersonalizowane, w tym znaczeniu, że wyzbyte emocji i pomijające postać i uczucia ich autora. Nawet wzmianki o synu, który został aresztowany i zginął w Oświęcimiu przemykają jakoś bez większego wrażenia.

O ile "Zamojszczyznę" Zygmunta Klukowskiego, rzecz jak najbardziej lokalną, czyta się jak dziennik uniwersalny, to "Niemcy w Krakowie" które sądziłem, że mogą być odzwierciedleniem spojrzenia wielkomiejskiej inteligencji na okupację są rzeczą nie tylko lokalną ale wręcz prowincjonalną. To zestawienie plotek, czasami kompletnie bzdurnych, z wiadomościami z oficjalnych gazet i własnymi, raczej mało wnikliwymi obserwacjami. Prawdziwą katastrofą dla czytelnika jest wybuch wojny z Rosją - zapiski zdominowane bowiem zostają referowaniem walk na linii frontu, co dzisiaj mogłoby może zainteresować historyka wojskowości badającego różnice pomiędzy stanem rzeczywistym frontu, tym co przedstawia oficjalna propaganda a tym tym jak odbierają to czytelnicy ale nie kogoś kto chciałby dowiedzieć się jak wyglądało życie codzienne w okupowanym Krakowie.

Drugą dominantą "Dziennika" Kubalskiego jest teatr. Widać, że jest on czymś ważnym w życiu autora, choć przecież z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca dwustutysięcznego miasta już niekoniecznie. W każdym razie informacje co, gdzie, kiedy i przez kogo będzie grane są równie ważne, z punktu widzenia autora, jak na przykład informacja o wywózkach robotników przymusowych do Niemiec.

Z tego wszystkiego wyłania się obraz dosyć zaskakujący. Tu nie ma wielkiej grozy, owszem, czytamy, podawaną suchą informację, że ten czy ów nie żyje, że są łapanki, pod koniec dziennika pojawiają się wzmianki o masowych egzekucjach ale nie ma w tym poczucia zagrożenia życia. To wszystko jest jakby trochę obok, tak jak informacje o losach Żydów (pisanych, co znamienne, przez autora z małej litery), czy nawet Katyniu i popowstaniowych przesiedleńcach z Warszawy. Bardziej dokuczliwe są dolegliwości życia powszedniego, drożyzna i deficyt różnorakich dóbr czy godzina policyjna, kolejne zakazy i nakazy.

Możliwe, że "Niemcy w Krakowie" okażą się ciekawą lekturą dla kogoś związanego z Krakowem ale mnie rozczarowały. 

sobota, 16 lipca 2016

Rodzina Połanieckich, Henryk Sienkiewicz

Masakra! Jest tajemnicą poliszynela, że Sienkiewiczowi "nie szło" z powieściami obyczajowymi, ale żeby aż do tego stopnia?! Zapewne gdyby to nie on był autorem "Rodziny Połanieckich" ale jakiś bliżej nieznany XIX-wieczny autor, dzisiaj pewnie nikt by już o niej nie pamiętał. A tak mamy "pomnik" anachronicznego myślenia o małżeństwie, który w dodatku doczekał się ekranizacji.

I jeszcze ta pisarska nieporadność Sienkiewicza. Jak wiadomo, "Rodzina Połanieckich" powstała pomiędzy dwiema najlepszymi polskimi powieściami obyczajowymi "Lalką" i "Ziemią obiecaną" (uważni czytelnicy mogą się dopatrzeć pewnych analogii) ale Sienkiewicz nie dorównuje Prusowi i Reymontowi w żadnym aspekcie. Bo cóż mamy u niego; banał do potęgi - on zakochał się w niej, ona zakochała się w nim pobrali się a potem żyli długo i szczęśliwie, a żeby nie było to takie proste, para komplikuje sobie życie i o tym jest blisko 700 stron. Gdyby to była Deotyma albo Hajota albo Mniszkówna to byłoby to zrozumiałe, zarówno co do stylu jak i treści, ale żeby Sienkiewicz?!


A miał zamiar by pokazać życie jako "śmieszną komedię ludzką, w której jedni oszukują drugich, drudzy oszukują samych siebie; nic, tylko oszukani i oszukujący; nic, tylko pomyłki, zaślepienie, błędy, życiowe kłamstwa, ofiary pomyłek, ofiary oszustwa, ofiary złudzeń, plątanina bez wyjścia; pocieszna i zarazem rozpaczliwa ironia pokrywająca ludzkie uczucia, namiętności, nadzieje, tak jak śnieg pokrywa zima pola" mówiąc słowami pana Stacha. Tyle, że wyszedł nie obraz społeczeństwa lecz chwilami żenująca farsa i wykład zasad jakie powinny rządzić stosunkami damsko-męskimi.

Swoją drogą, może to i trochę szkoda, że dzisiaj już panie nie pamiętają, że "nie po to powinno się wychodzić za mąż by być, szczęśliwą, ale po to, by spełniać te obowiązki, które Bóg wówczas wkłada". W każdym razie Sienkiewicz o tym pamiętał, u niego pan Stach "będzie pozwalał kochać uważając ze swojej strony kochanie jako cnotę, dobroć i łaskę", a Marynia "będzie kochała uważając swoją miłość za szczęście i obowiązek".

Rola mężczyzny jest jasno określona, to "car i Bóg", którego zadaniem jest założenie rodziny (ciekawe, że u Sienkiewicza to panowie, a nie panie wykazują pęd do małżeństwa, tak dla odmiany), bo przecież w przypadku głównego bohatera "filozofia popierająca rozumowo męskie instynkta Połanieckiego, wskazywała mu małżeństwo jako jeden z głównych celów życia" a on sam rozumiał, "że Bóg stworzył go do życia rodzinnego, nie tylko na męża, ale i na ojca, jako też, że właściwy cel i znaczenie życia tkwi w tym właśnie". Więc się żeni.

Dlaczego nie? przecież Marynia to takie "sympatyczne i pociągające stworzenie", "rozsądne dziecko", "poczciwa kobiecina" albo jeszcze lepiej "poczciwa kobiecinka z kościami". Trzeba docenić Połanieckiego, przecież w jego anegdocie o kocie panien Wauters, kot to też "poczciwe stworzenie", mógłby się więc ożenić z kotem, a on nie - ożenił się (nie mylić z zakochał się) z panną Pławicką. W małżeństwie nie ma miejsca na takie fanaberie. Pan Stach, mimo swej nieufności do Maszki, wie że ten ma rację gdy mówi, "gdy będziesz brał żonę, przede wszystkim myśl o przyszłym spokoju. W kochance szukaj sobie czego chcesz: dowcipu, temperamentu, poetycznego nastroju, wrażliwości, ale z żoną trzeba żyć lata". Czyż nie ma racji?! Nie żeby mu się nie podobała własna żona, przynajmniej do czasu. Wszak "Marynia nie przestała być typem kobiecym, czyniącym wyjątkowo silne wrażenie na jego męskie nerwy, i teraz, gdy skroń jej dotykała niemal jego skroni, gdy jednym rzutem oczu objął jej matową twarz, zarumienione nieco policzki i pochyloną nad malowidłem postać, odczuł ów pociąg z dawną siłą, i żartka krew poczęła mu napędzać równie żartkie myśli do głowy." 

Swoją drogą, z Połanieckiego musiał być naprawdę "żartki" facet, skoro przy własnej żonie w ciąży, kilka miesięcy po ślubie pozwala sobie na wyskoki w jej obecności, bo przecież ona widzi jak "jego ręka silnie obejmuje stan pani Maszkowej, jak jego oddech oblewa jej szyję, jak rozdymają mu się nozdrza a spojrzenia ślizgają się po obnażonym gorsie." Nie, to nie mogło skończyć się dobrze. Na szczęście Stach zachowuje jednak resztkę obyczajności myśląc o kochance (?) per "pani Maszkowa". Nie ma to jak dobre obyczaje.

W ogóle z małżeństwem Maryni i Stacha to jakaś dziwna sprawa, wisi bowiem nad nim pamięć nieboszczki Litki, obcego przecież dla obojga dziecka. Sienkiewicz uczynił ze śmierci tego dziecka farsę, odzierając ją z sacrum i każąc umierającej dziewczynce swatać pannę Marynię i pana Stacha. Pewnie miało być dramatycznie i romantycznie, wyszło, co najmniej, niesmacznie. Zresztą, tak jak cała relacja pomiędzy Litką i Połanieckim, która wygląda na zdumiewająco "niezdrową". Dwunastoletnia dziewczynka i trzydziestokilkuletni mężczyzna. Owszem, może to i było ładne dziecko "ze swoją słodką i poetyczną twarzyczką o rysach prawie nadto delikatnych", które wyglądało "jak istota z innej planety" ale przecież to niczego nie tłumaczy. Zaskakujące, że matka tę chorą sytuację jak najbardziej akceptuje. Dzisiaj tego rodzaju relacja dorosłego z dzieckiem zapewne skończyłby się skandalem i sprawą sądową. Zresztą to i dla współczesnych musiało być już trochę podejrzane bo nie bez kozery także "komitywę" Litki i pana Stacha wziął na ząb Boy-Żeleński w "Dziwnej przygodzie rodziny Połanieckich".

W ogóle w powieści panuje jakiś niezdrowy klimat, trup się ściele co i rusz, cały czas mowa o nieboszczykach (nawet w podróży poślubnej Maryni i Stacha i przy okazji zaręczyn Zawiłowskiego nie obyło się bez tego), troje bohaterów umiera a troje jest "trzy ćwierci od śmierci". Cóż za ponura historia! A jednak, mimo wszystko, dobrze się kończy. Polecam miłośnikom "Trędowatej"!

wtorek, 12 lipca 2016

Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Po czym poznać, że powieść jest arcydziełem literatury? Nie, nie po tym że znajduje się na kolejnej liście bestsellerów ale na przykład po tym, że prawie półtora wieku od swego pierwszego wydania nadal nie pozostawia czytelnika obojętnym. Nie ma co do tego dwóch zdań - "Lew Tołstoj wielki pisarzem był". Rosjanie co prawda twierdzą, że był genialny ale bez przesady - konia z rzędem temu, kto odgadnie, co tak naprawdę otrzymał książę Andrzej Bołkoński od swojej siostry Marii wyruszając na wojnę chociaż dociekania na ten temat wcale nie dyskredytują powieści, powiedziałbym, że dodają jej tylko szczyptę swoistej pikanterii. Chociaż z naszego punktu widzenia, jeszcze ciekawsze są "polskie ślady" w powieści, sprawiające wrażenie jakby Tołstoj, podobnie jak Dostojewski, cierpiał na jakiś polski kompleks. (Swoją drogą, ciekawie byłoby zestawić dwie polskie najwybitniejsze powieści dotyczące tego samego okresu, co "Wojna i pokój", mianowicie "Popioły" i "Huragan" ale to temat nie na krótki wpis a na porządny, nudny literaturoznawczy przyczynek.


W każdym razie, jeśli ktoś dziwił się bałwochwalczemu wręcz uwielbieniu Tołstoja przez Rosjan to "Wojna i pokój" wiele wyjaśnia ale jednocześnie dzisiejszemu czytelnikowi przychodzi do głowy pytanie, o co cały ten krzyk? Cóż takiego jest w historiozoficznych wywodach Tołstoja, kwestionujących rolę jednostki w historii, albo w wywodach na temat wojny 1812 r. (nie mylić ze scenami batalistycznymi). Ich naiwność jest zrozumiała jeśli się weźmie pod uwagę punkt widzenia autora, czyli punkt widzenia rosyjskiego patrioty i trudno to wziąć Tołstojowi za złe ale z genialnością nie ma to nic wspólnego. Dzisiaj jeśli czytelnik nie zajmuje się historią wojskowości albo nie interesuje się specjalnie okresem wojen napoleońskich te diatryby, najlepszym przypadku, zwyczajnie nudzą. Zdecydowanie nie za to cenimy Tołstoja (a przynajmniej ja cenię) - to postacie i losy bohaterów okazały się największą i najtrwalszą wartością powieści.

I chyba wbrew intencjom Tołstoja, bo widać u niego oznaki mizoginii, choć daleko im jeszcze do apogeum, które osiągnął w "Sonacie kreutzerowskiej", znacznie ciekawsze są postacie kobiet niż mężczyzn, mimo że to oni grają w powieści pierwsze skrzypce. Bo, jeśli chodzi o mężczyzn, to kim się tu zachwycać; Pierre'em Bezuchowem, tą wersją Obłomowa, sybarytą z zadatkami na alkoholika, głupcem niezdolnym do działania, Andrzejem Bołkońskim - cierpiącym na weltschmertz megalomanem, który ze strachu przed własnym ojcem dla swego komfortu pozostawia nie tylko kobietę, którą podobno kocha ale i własne dziecko,  postulującym by w wojnie nie brać jeńców, choć jemu samemu życie na polu bitwy uratowali właśnie wrogowie? A może Michałem Rostowem utracjuszem z dobrymi instynktami?

Na ich tle, znacznie ciekawiej rysuje się postać Heleny, pierwszej żony Pierre'a. Co z tego, że jego zdaniem jest głupia? Parafrazując paradoks kłamcy można by zapytać, czy ten, o którym głupiec twierdzi, że jest głupi, rzeczywiście jest głupi? Przecież jego, tak niesprawiedliwa opinia o własnej żonie, wynika z tego, że Helena niespodziewanie okazała się silną osobowością, kobietą nastawioną na osiągnięcie własnych celów, która posłużyła się głupim i bezwolnym mężem, jako narzędziem do ich osiągnięcia. Cóż z tego, że jej cele są inne niż jego? Dlaczego to jej priorytety mają być mniej ważne niż jego priorytety, przynajmniej z jej punktu widzenia. Zresztą, mówiąc szczerze, trudno się było doszukać w postępowaniu Pierre'a jakiegokolwiek priorytetu oprócz napełnienia sobie brzucha. Fakt, nie najlepiej świadczy o Helenie instrumentalne potraktowanie męża ale przecież z głupotą nie ma to nic wspólnego. Głupi mąż stał się stopniem w jej życiu, a miało być odwrotnie, to ona miała być narzędziem, dzięki któremu mąż będzie szczęśliwy. A tu proszę, okazuje się, że nie, że żona ryzykuje inne zdanie niż "car i Bóg". Z jej strony to duża odwaga, ryzykuje przecież społeczny ostracyzm, życie na towarzyskim marginesie w niesławie, a jednak udało się jej okazuje się, że można. Szkoda tylko, że Tołstoj zdecydował się ją "usunąć", zapewne w trosce o przyszłość Pierre'a.

A czyż Natasza nie jest bardziej interesująca niż Bołkoński? Naiwna nastolatka, w gruncie rzeczy jeszcze dziecko rzucona na pożarcie dorosłym mężczyznom. Zupełnie nieprzygotowana do wejścia w świat,  gotowa oddać serce pierwszemu lepszemu, który by tylko z nią zatańczył albo uśmiechnął się w rozmowie i już wyobrażająca sobie, że to jest miłość. Ona nawet nie irytuje i śmieszy - raczej budzi konsternację i przeraża jej zupełna nieznajomość świata i ludzi. Jej niewinność i głód uczucia (wiadomo, że to kiedyś musi się skończyć się ślubem) mogą budzić tylko sympatię i współczucie w zestawieniu z prawie dwukrotnie od niej starszym epuzerem, który zdążył już zostać ojcem i wdowcem, a który ciągle, jak dziecko, sam żyje w strachu przed własnym ojcem. Bez dwóch zdań, Bołkoński skrzywdził to dziewczątko, wystawiając je na próbę. Ci którzy przeżyli kiedyś dłuższe rozstanie wiedzą, że zawsze gorzej mają ci, którzy zostają i czekają. Że Natasza nie podołała? Trudno mieć o to do niej pretensje, że nie podporządkowała się idee fixe Bołkońskiego - a w imię czego miała? - okazania się godną miana żony Bołkońskiego? A w czym jest ono lepsze niż miano męża Rostowej?

Albo księżniczka Maria, dzisiaj powiedzielibyśmy, że to ofiara przemocy domowej, przemocy psychicznej ze strony własnego ojca i cierpiąca na coś w rodzaju "syndromu sztokholmskiego" i kompleks niższości, która całe życie podporządkowała innym. Toksyczna relacja z ojcem, poczucie winy wobec niego, a właściwie wobec każdego z kim jakoś czuje się związana, tylko nieśmiało dopuszczająca myśl o własnym szczęściu i nie tyle myśl ile raczej marzenie, o którego realizację nie potrafi walczyć.

Tak, zdecydowanie postacie kobiet są ciekawsze od męskich bohaterów, choć to oni mają "bogatsze wnętrza", doznają swoistych "iluminacji" i wewnętrznych przemian, w różnym zresztą stopniu, a kobiety u Tołstoja, jak to kobiety, widzą sens swego życia w zamążpójściu i macierzyństwie. Eh...

poniedziałek, 4 lipca 2016

Zazdrość i medycyna, Michał Choromański

Twórczość Michała Choromańskiego spotkał zaskakująco podobny los do twórczości Henryka Worcella i Zbigniewa Uniłowskiego. W czytelniczej świadomości pozostał autorem swojej przedwojennej, najgłośniejszej powieści a i to w gruncie rzeczy za sprawą ekranizacji. Zresztą dziwna sprawa, ale dotknęło to także innych pisarzy, którzy debiutowali przed wojną. Po wojnie nigdy nawet nie zbliżyli się do swego sukcesu nie mówiąc już o jego powtórzeniu, by wspomnieć Marię Dąbrowską, Polę Gojawiczyńską czy Zofię Nałkowską.


Nie wiem na ile, w przypadku pisarstwa Michała Choromańskiego jest to los zasłużony, bo film stanowiący ekranizację jego powieści oglądałem w wieku jeszcze dalekim od wieku Widmara a pozostałych książek Choromańskiego - przyznaję - nie czytałem. Zresztą co tu dużo mówić nie miałem zbyt wysokiego mniemania o "Zazdrości i medycynie", czytając ją pierwszy raz jeszcze w latach licealnych, ale nie ma się co dziwić, bo co w końcu gołowąs może wiedzieć o mękach zazdrości żonatego mężczyzny po pięćdziesiątce?

Dzisiaj, to zupełnie co innego. Do pełni szczęścia brakowało tylko by przeczytać książkę w jakimś zakopiańskim (ewentualnie w krynickim) porządnym pensjonacie, wczesną jesienią, gdy za oknami szaleje halny. Ale ja czytałem książkę w letni upalny wieczór w Kielcach i też było dobrze. Nawet bardzo dobrze. Może na początku młodopolski sznyt był trochę irytujący, ale wystarczyło pierwszych kilkanaście stron by się z nim oswoić i poczuć atmosferę. Bo w całej powieści właśnie atmosfera wydaje się najbardziej interesująca. Niespokojna, stanowiąca jakby odzwierciedlenie nastrojów głównego bohatera by zakończyć się zaskakującym rozdźwiękiem. Bo same męki zazdrości zdradzanego męża, to przecież nic nowego ani w literaturze ani w życiu. Wydawałoby się, że wszystko już na ten temat napisano ale okazuje się, że Choromańskiemu stary temat udało się skierować na nowe tory.

Jego bohater wydaje się śmieszny ze swoją obsesją. Śmieszny, budzący politowanie i irytację. Jeszcze jeden, którego serce drąży robak nieufności. Rzucona w odruchu zemsty (tyle, że jej ofiarą padli nie ci co trzeba) sugestia znalazła żyzną glebę. Widman miota się pomiędzy pragnieniem poznania prawdy jaka by ona nie była i miłością do żony. Z jednej strony nie wierzy jej i szuka dowodów zdrady a jednocześnie kocha i byłby szczęśliwy gdyby ich nie znalazł. Ale szuka. Chciałoby się mu powiedzieć - daj spokój, o co ci chodzi chłopie?! Sam miałeś kochankę/konkubinę/partnerkę i dlatego wydaje ci się, że Rebeka ma taki stosunek do mężczyzn, jak ty do kobiet. W psychologii to się chyba nazywa projekcją. To nic więcej, to tylko jakieś twoje idee fixe. Nawet to co pisze w dzienniku twoja dawna kochanka da się wytłumaczyć, bo cóż mogła napisać umierająca porzucona kobieta, na temat mężczyzny, który ją porzucił i swojej następczyni, która w dodatku osiągnęła to, co dla niej okazało się nieosiągalne - status żony? Wiadomo, nic dobrego.

Ale ten dystans wobec katuszy Widmana zajmowany przez czytelnika z upływem czasu zmienia swoje zabarwienie. Bo czytelnik wie (i nie wie) trochę więcej niż zazdrosny mąż. Strzępy informacji, które stopniowo poznaje owszem stanowią tylko zlepek ale na tyle duży, że da się z niego ułożyć przynajmniej zarys całości. To co początkowo wydawało się tylko urojeniami chorego z zazdrości, zaczyna przybierać cechę prawdopodobieństwa graniczącego z pewnością. Jeśli Widman budzi irytację, to już nie swoją zazdrością ale nieporadnością w dojściu do prawdy.

Jak ktoś, kto osiągnął znaczący sukces finansowy może być tak nieporadny w relacja z ludźmi. Czy możliwe, by zazdrość, poczucie wstydu i obawa przed śmiesznością z jednej strony a z drugiej miłość i lęk przed utratą ukochanej osoby, z drugiej sprawiała, że dorosły mężczyzna zachowuje się jak nastolatek? Wychodzi na to, że tak i wydaje się, że Choromański wcale nie przedstawiał wariantu nierealistycznego. Niestety. 

wtorek, 28 czerwca 2016

Tessa d'Urberville. Historia kobiety czystej, Thomas Hardy

Powieść angielska XIX wieku to "od zawsze" były dla mnie książki Austen, Thackeray'aDickensa i oczywiście Scotta. Gdzieś pomiędzy nimi przemykały z pojedynczymi książkami siostry Brönte oraz Eliot i dopiero niedawna lektura "Kochanicy Francuza" sprawiła, że zwróciłem uwagę na jedno z wielu przeoczeń w swoim prywatnym rankingu - Thomasa Hardy'ego. Palę się ze wstydu z powodu tego "przeoczenia", choć uczciwie mówiąc, gdybym miał się palić z powodu nieznajomości każdego klasyka już dawno zostałaby ze mnie tylko sterta popiołu. W każdym razie, to wielokrotne odwoływanie się Fowlesa do Hardy'ego sprawiło, że postanowiłem nadrobić swoje wieloletnie zaniedbanie i na pierwszy rzut poszła jego najbardziej znana powieść - "Tessa d'Urberville", która podobno swego czasu narobiła niezłego zamętu. 


I trudno się temu dziwić. Hardy to coś jakby Dickens, tyle że osadzony na wsi, niestety bez happy endu i jakby z większym zacięciem intelektualnym (osobnym tematem mogłoby być prześledzenie jak deklarowane wyznanie postaci ma się do ich postępowania). Dla kogoś przyzwyczajonego do przyjemnych, sielskich widoczków angielskiej wsi a la Jane Austen, do których, przyznaję sam mam słabość, lektura "Tessy d'Urberville" może przypominać przeciąganie styropianu po szkle - kojarzycie ten dźwięk? Tu nie ma herbatek i odwiedzin, a jeśli już jest dwór, to ze zdziwaczałą właścicielką i jej synem, egoistycznym brutalem, którego zajmuje przede wszystkim zaspokajanie swoich chuci.

Hardy pokazuje, że "wielkość życia człowieka nie zależy od warunków zewnętrznych, lecz od jego subiektywnych doświadczeń. Wrażliwy wieśniak pędzi życie bogatsze, pełniejsze i bardziej dramatyczne niż gruboskórny król". Innymi słowy, nie tylko panie z towarzystwa mają swoje dramaty, mają je i to wcale nie mniejsze, także wiejskie dziewczyny. Tyle, że dla nich być albo nie być nie jest utrzymanie się w swojej sferze, z tej warstwy nie za bardzo jest już gdzie spaść. O ile u Austen pastor był dla niezamężnej dziewczyny ostatnią deską ratunku, kimś na kogo się decydowała "z braku laku", to tutaj syn pastora jest szczytem marzeń.

Ale nie to w "Tessie d'Urberville" okazuje się najciekawsze lecz postawa jej bohaterów, która sprawia, że w oczach czytelników ocena postaci daleka jest od jednego, z góry wiadomego schematu. Nawet gdy wydaje się nam, że nasza ocena jest już przesądzona, zawsze pokazuje się jakieś "ale". Zarówno w stosunku do głównej bohaterki, jej męża, jak i kochanka. Tak, nawet w stosunku do Tessy, tej "kobiety czystej", jak mówi podtytuł początkowe współczucie zaczyna mieszać się z irytacją jeśli się zważy, że usiłuje ona własnymi błędami obciążyć konto kochanka, na którym zresztą wszystko się w ostateczności skrupia, także efekt małoduszności jej męża. 

Angel, cóż za znamienne imię, ten niby pozytywny bohater, w gruncie rzeczy okazuje się małostkowym głupcem, który żyjąc na wsi jakoś nie zorientował się, że życie dziewczyny na wsi w niczym nie przypomina scen z pastereczkami z obrazów Watteau. Jasne, że mógł czuć się urażony przemilczeniem żony, w tak delikatnej wówczas materii jak utrata "wianka" (swoją drogą, pomyśleć, jak się zmieniła obyczajowość pod tym kątem) ale pretensje powinien mieć przecież w gruncie rzeczy do siebie, bo padł ofiarą nie tyle kłamstwa Tessy lecz własnego błędnego wyobrażenia na temat jej przeszłości. Łatwiej jest jednak doszukiwać się winy w kimś niż w sobie samym.

Wreszcie kochanek/konkubent Tessy (teraz to chyba nazywa się "partner", chyba że czytamy o "związku" w kronice kryminalnej). Na pierwszy rzut oka "schwarzcharakter", jego gwałtu na Tessie nic nie usprawiedliwia ale nie da się też zaprzeczyć, że relacja Tessy i Aleca mogłaby stanowić wdzięczny materiał dla prezentacji tego, co w prawie określa się jako "przyczynienie się ofiary" ani też uczuciu (aczkolwiek nie odwzajemnionemu) Aleca do Tessy. Gdyby się na spokojnie zastanowić, to kto wie czy nie doszlibyśmy do wniosku, że większą krzywdę wyrządził jej mąż i ona sama, niż kochanek-kusiciel a jednocześnie finansowy wspomożyciel rodziny.

Aczkolwiek sceptycznie podchodzę to tych wszystkich mód interpretacyjnych, które mają swoje "pięć minut" ale trzeba przyznać, że historia którą opowiedział Hardy miałaby w innych rękach dużą szansę przerodzić się w kolejny "wyciskacz łez" i bestseller, a tak mamy powieść, która przeciera szlaki trzeciej (a może już kolejnej) fali feminizmu bo da się odczytywać ją, oprócz romansu, historii doli i niedoli opowieść o kobiecie, której los został wytyczony zarówno przez jej status społeczny jak i mężczyzn.  

niedziela, 19 czerwca 2016

Dzieci Arbatu, Anatolij Rybakow

"Narodowa w formie, socjalistyczna w treści" - ty był kanon, który odnosił się do architektury socrealizmu i nie bardzo wiadomo, co miał do końca znaczyć ale gdy czytałem "Dzieci Arbatu" to właśnie on jakoś tak przychodził mi na myśl. I chyba nie mnie jednemu, bo to rozdwojenie, a także przyczyny, o których za chwilę przeczytacie, sprawiły, że po krótkim okresie popularności powieść Rybakowa nie zyskała nigdy znaczenia takiego, jakie mają książki Ginzburg czy Mandelsztam, mimo, że dotyka tych samych kwestii. 


I nie ma się co dziwić, bo nie jest to ani arcydzieło literackie ani specjalnie przenikliwa diagnoza rzeczywistości radzieckiej. W trakcie lektury, tytułowych dzieci Arbatu jest jakby co raz mniej, bo z jednej strony wypierane są przez drugi wątek - portret Stalina, rzecz może wówczas w Rosji, gdy książka powstawała, sensacyjną ale dzisiaj niezbyt już odkrywczą, z drugiej zbiorowy portret rówieśników z centrum Moskwy sam jakoś rozłazi się w szwach - na placu boju pozostaje w zasadzie dwoje (przy sporej dozie dobrej woli - troje bohaterów), o pozostałej piętce słuch zaginął. 

To co (chyba) miało być ukazaniem doli a raczej niedoli przeciętnego Rosjanina w okresie stalinowskiego terroru, wygląda raczej na jakieś nieporozumienie. Bohaterowie Rybakowa niespecjalnie martwią się problemami życia codziennego, w zasadzie takich trosk nie mają - ich jedynym (ale za to jakim) problemem są "odłamki", którymi mogą oberwać uczestnicząc w życiu społecznym. 

To bardzo dziwni młodzi ludzie - zupełnie niezdający sobie sprawy z tego w jakim świecie żyją. Co więcej, wierzący, że uczestniczą w budowaniu czegoś wspaniałego. Owszem młody wiek dużo może usprawiedliwić ale jednak nie zupełną głupotę, ślepotę, strach i zakłamanie. Tylko dwoje bohaterów zachowuje przytomność umysłu - jeden to cynik i egoista, druga to niezależna, zbuntowana dziewczyna. Cała reszta ochoczym sercem włącza się w budowę komunizmu. 

Zdumiewające, ale mam wrażenie, że Rybakow chciał pokazać, że obok złych komunistów istnieli dobrzy komuniści a zanim władzę zdobył zły Stalin, rządził dobry Lenin. To trochę tak jakby powiedzieć że obok złych nazistów istnieli też dobrzy naziści, a złym jest morderca, który jest odpowiedzialny za śmierć dziesiątków milionów ofiar, zaś dobrym ten, za którego rządów zginęło kilka milionów. Tu nie ma słowa o tym, że ideologia, która oparta jest na przemocy i wrogości wobec drugiego człowieka, nie może z definicji wiązać się z niczym pozytywnym. 

Rybakow wielokrotnie akcentuje to, jaki to wielkich przeobrażeń dokonano w czasach komunizmu ale nie stawia niewygodnych pytań: po co? w imię jakiego dobra? Co z tego, że wybudowano największą na świecie hutę - ale za cenę jakich ofiar i co ofiarując ludziom w zamian oprócz sloganów o lepszej przyszłości kosztem gorszej teraźniejszości. To nie za zacofanych rządów carów ale za postępowych rządów komunistów ludzie w Rosji milionami umierali z głodu. U bohaterów Rybakowa, nawet tych dotkniętych represjami, nie ma cienia refleksji na ten temat - to ludzie poddani skutecznemu praniu mózgu, nie rozumiejący co się z nimi stało, niezdający sobie sprawy z tego w jakiej rzeczywistości żyją. I nie chcą tego zrozumieć, z głupoty, ze strachu, z zaślepienia. 

Jednocześnie na jakieś kuriozum zakrawa, że inteligentnie ludzie, którym wtłacza się do głowy materialistyczny pogląd na świat wierzą, że istnieje coś takiego jak partia. Rybakow pokazuje, że to nie żadna partia, bo przecież żaden taki byt nie istnieje, lecz ludzie, którzy stoją u władzy zasłaniający się tym pojęciem jak parawanem decydują o losach innych. Nie ma żadnej zbiorowej mądrości, zbiorowej sprawiedliwości, zbiorowego sumienia to tylko wola jednego człowieka, która przekazywana jest ze szczebla na szczebel niżej w hierarchii władzy. Ale Rybakowowi ma się wrażenie, wyszło to raczej mimochodem, bo ciągle wierzy w istnienie czegoś takiego jak człowiek radziecki. A to nie tyle człowiek radziecki co homo sovieticus.

Cóż, pewnie gdyby Rybakow napisał "Dzieci Arbatu" w 1956 r. miałby szansę na ich wydanie, bo to powieść spod znaku "komunizm tak, wypaczenia nie" ale ponieważ spóźnił się 10 lat, więc także i my żeby ją przeczytać musieliśmy czekać ponad dwadzieścia kolejnych lat. W sumie, wcale nie jestem taki pewien czy było warto. 

środa, 15 czerwca 2016

W polu, Stanisław Rembek

Cenzura odeszła w przeszłość ale jedna z najlepszych powieści dwudziestolecia międzywojennego ciągle jakoś nie może się przebić pod czytelnicze strzechy, a przecież po 1989 r. doczekała się co najmniej czterech wydań (przynajmniej tyle naliczyłem), całkiem nieźle jak na książkę zapoznanego autora, jakim jest Stanisław Rembek. Z drugiej strony, wydaje się, że wytłumaczenie tego faktu jest dosyć proste; nie ma w powieści "momentów", akcja nie rozgrywa się w żadnej krainie lodu a bohaterami są zwykli ludzie a nie zombie albo chociaż wilkołaki, na domiar złego czas akcji - wojna 1920 roku zapowiada narodowe nudy.  


Więc cóż tu może być ciekawego? Nie bez kozery jednak Maria Dąbrowska uznawała "W polu" za jedną z wybitniejszych powieści dwudziestolecia i stawiała ją wyżej niż "Na zachodzie bez zmian". I miała rację, bo powieść Remarque'a w porównaniu z książką Rembeka jest rzewną opowieść, o tym jaka wojna jest zła a ludzie dobrzy. Rembek pokazuje, że wcale to nie jest takie proste i oczywiste.

Już choćby więc z tego powodu warto poświęcić czas na lekturę jego książki. Ale nie tylko dlatego, powieść Rembeka jest bowiem ewenementem w naszej literaturze, traktuje bowiem temat wojny odmiennie od batalistycznej sztampy, być może za sprawą własnych doświadczeń autora, choć "W polu" nie jest powieścią autobiograficzną. Nie zmienia tego nawet fakt, że można w niej odnaleźć to czym pisze w "Dzienniku 1920 r.". Rembek pisze o wojnie w sposób daleki od bogoojczyźnianego patosu i tromtadracji, nie ma tu scen z ułanem i dziewczyną u studni a zamiast tego serwuje czytelnikowi brutalny obraz wojny i postaw człowieka w jej obliczu.

Ale to też nie jest jednak wszystko. To czym mnie zafrapowała powieść Rembeka to jej enigmatyczność. Z jednej strony fabuła jest oczywista - obraz klęski i zagłady oddziału zapoczątkowany śmiercią żołnierza - kaprala Górnego. Z drugiej jednak strony, ma się przekonanie graniczące z pewnością, że za tym ukrywa się coś więcej, że potraktowanie "W polu" tylko w kategoriach nawet świetnej powieści wojennej to jednak byłoby uproszczenie. Nie sposób bowiem uwierzyć by wola jednostki - sierżanta Derenia, mogła sprawić, że ginie ponad sześćdziesięciu żołnierzy, to absurdalne, żeby przypadkowa śmierć pociągnęła za sobą takie pasmo klęski, i to zupełnie niezasłużonej, wszak giną ci, którzy do tej śmierci się nie przyczynili bo przecież żołnierza, który pociągnął za spust nigdy nie poznajemy. Kim jest sierżant Dereń, że jego wola ma taką moc sprawczą i kim był kapral Górny, że jego śmierć wywołała taki efekt? Rembek niby daje na to odpowiedzi ale trudno jest w nie uwierzyć. Właśnie - uwierzyć.

Dowiadujemy się, że "wiara to zawsze co innego niż wiedza, a myśl - niż doświadczenie", ale co z tego? Przecież to nie tłumaczy, fenomenu zagłady kompanii. Jak śmierć jednego żołnierza może pociągnąć za sobą śmierć pozostałych? Jak to wyjaśnić? Przecież nie oni go zabili, choć byli świadkami tego jak wysyłano go, jak się okazało, na śmierć. Przekonanie sierżanta Derenia, że winni śmierci są nie tylko bezpośredni sprawcy ale także, ci którzy jej nie zapobiegli, sprawia, że urasta on do rangi Nemezis albo jednego z jeźdźców (a w tym przypadku piechura) Apokalipsy - "jego małe, szeroko osadzone oczka czerniały gdzieś w szerokich lejach oczodołów, gruby przetrącony nos wyciągnął się na kształt dzioba papugi, kości policzkowe i guzy zaznaczających się pod wyschłą skórą zębów trzonowych sterczały niby chorobliwe narośle, a dołek w podbródku zamienił się w głęboką dziurę." A może jest to Talos z "Upadku Ikara" Breughla, który jako jedyny widzi śmierć, jednocześnie przyjmując ją jako spokojny obserwator bo jest ona dla niego aktem sprawiedliwości? Nie wiem i sam mam poczucie krążenia po omacku. Bo oczekujemy racjonalnych wyjaśnień tego co nas dotyka, odkrycia jakiegoś związku przyczynowo-skutkowego, który moglibyśmy zrozumieć. A Rembek takich wyjaśnień jednak nie daje.

Że śmierci oddziału sierżanta Derenia nie da się wytłumaczyć, w kategoriach winy za śmierć kaprala Górnego? Cóż z tego! Rozsądek nie ma tu nic do rzeczy, wystarczy przekonanie, że tam "gdzie istnieje krzywda, tam musi być i wina" i rozkłada się ona po trosze na każdego, otarł się o ofiarę. Okazuje się, że "nie ma ludzi niepotrzebnych". Tak jak w słynnej Medytacji XVII Johna Donne'a, także u Stanisława Rembeka "żaden człowiek nie jest samoistną wyspą" "śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością", chociaż u niego brzmi to inaczej - "zdaje się istnieć pomiędzy pewnymi wypadkami niedostępny dla ludzkiej logiki związek, jak gdyby świat stanowił jednolity mechanizm, gdzie poruszenie najdrobniejszej nawet cząstki może spowodować nieoczekiwaną reakcję całości." 

I na koniec ostrzeżenie, książka zdecydowanie nie dla tych, którym podobał się film "1920 Bitwa warszawska". 

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kochanica Francuza, John Fowles

John Fowles nadal swojej powieści trochę mylący tytuł, główną postacią nie jest bowiem, jakby się mogło wydawać, tytułowa bohaterka, lecz zakochany w niej mężczyzna, no, ale czegóż w końcu można się spodziewać po autorze-facecie. A jednak z pewnością byłoby to krzywdzące dla Fowlesa, gdyby to "qui pro quo" potraktować jako wyraz męskiego szowinizmu, bo to co dzisiaj jest literacką modą i przejawem politycznej poprawności wciskanym czytelnikom przez autorki/autorów "z pretensjami", u niego jest "rękawicą w twarz" rzuconą XIX-wiecznej powieści angielskiej. Co prawda, mówiąc ściśle Fowles akcję swojej powieści umieszcza pod koniec lat sześćdziesiątych XIX w., nie dając o tym zapomnieć ale nie trzeba wielkiej przenikliwości by zorientować się, że to tylko taki "skrót myślowy" bo literackie aluzje wychodzą poza to, co uważa się za związane z epoką wiktoriańską.


Fowles przeniósł akcję swojej powieści, co prawda, w czasy panowania królowej Wiktorii ale główni bohaterowie "Kochanicy Francuza" w gruncie rzeczy niewiele mają z nimi wspólnego. W przeciwieństwie do tego z czym się nam kojarzą bohaterowie powieści wiktoriańskich, oni żyją i przeżywają dylematy, których nie powstydził by się, a może nawet mógłby pozazdrościć człowiek XXI wieku, bo oczywiście, dzisiaj znaczenie konwenansu jest zupełnie inne a stratyfikacja społeczna ma zupełnie inny przebieg, przynajmniej z naszego, polskiego punktu widzenia, ale postawienie na pierwszym miejscu własnej tożsamości i zasad, w konfrontacji z "a co powiedzą inni" i "ile mnie to będzie kosztować" jest także dzisiaj czymś niezbyt często spotykanym, nie mówiąc już o bohaterach powieści sprzed stu pięćdziesięciu lat.

W "Kochanicy Francuza" z tym właśnie mamy do czynienia, z wyborem pomiędzy "mogli żyć długo i szczęśliwie", oczywiście w małżeństwie a obroną własnej tożsamości i indywidualizmu. Okazuje się, że nici z happy endu, to przez kobietę! Co za dysonans, z tym do czego przyzwyczaiła nas literatura dla pań. Zamążpójście nie jest dla kobiety najlepszym i jedynym sposobem na życie. Można kochać ale nie koniecznie wyrzec się samej siebie, skoro małżeństwo miałoby oznaczać okowy pętające życie. Co za policzek w twarz dla mężczyzny! Kobieta, która nie chce zrezygnować ze swej niezależności za ceną "spokojnego gniazdka", zgroza! A przecież mogło być tak pięknie. Sara mogłaby trochę poudawać, docenić odwagę, tego który ją kochał, a tu nic, cóż z niej za egoistka.

Przecież stryj jej niedoszłego męża był całkiem szczęśliwy, a przynajmniej nic nie wiadomo na temat tego, że był nieszczęśliwy żeniąc się z kobietą, która niekoniecznie wyszła za niego za mąż z wielkiej miłości. Fakt, może starszy pan nie był zbyt przenikliwy, ale czy to ważne, skoro był szczęśliwy?

Tu pewnie byłoby inaczej - obydwoje byli zbyt inteligentni i wrażliwi. Jej, mam wrażenie, z czasem, co raz bardziej ciążyła by rola pani domu, wieczorki i przyjęcia z rozmowami o niczym, on po zdobyciu upragnionego celu pewnie spocząłby na laurach, bo cóż miałby robić skoro wyzbył się swoich zainteresowań, pędził życie rentiera snując się bez celu i pożytku po świecie, byleby tylko zabić czas. Pozostał tym kim był bogatym próżniakiem, owszem inteligentnym i wrażliwym, co jest nie bez znaczenia, ale nikim/niczym więcej.

Co mógł zaproponować takiej kobiecie jak Sara w zamian ze rezygnację z życia takiego, w którym czuła się spełniona i szczęśliwa? A czy jego z kolei nie zaczęłyby nachodzić znacznie większe wątpliwości co do jej osobowości. Owszem, defloracja (uff, jak to brzmi) przecięła wszystkie wątpliwości, co do jej "prowadzenia się" ale nie zmienia to faktu, że Karol ożeniłby się ze Sfinksem. Na dłuższą metę taki związek mógłby okazać się męczący dla niego męczący - nie móc górować nad "drugą połową", mieć poczucie że jakoś mu się wymyka, że są w niej dla niego obszary w jakiś sposób niedostępne, tak, to mogłoby się okazać nieznośne.

I nie zapominajmy w tym wszystkim o Ernestynie, to na "trupie" narzeczeństwa z nią miało być budowane szczęście rodzinne Karola - specyficzny fundament, który szczęścia nie przyniósł. Gdyby to tylko chodziło o narzeczeństwo, to jeszcze pół biedy ale to chodziło o jej uczucie. Kiedy Karol użala się nad tym, jak traktowany jest przez Sarę, to wypadało by przypomnieć mu jak on traktuje Ernestynę. A przecież ona nie chce wyjść za niego za mąż dla samego zamążpójścia ale dlatego, że go kocha. W jej przypadku nie ma kalkulacji jest za to miłość i wiara, że znajdzie w nim ideał męża. To nie jest słodka idiotka, którą należałoby przeciwstawić femme fatale, jaką jest Sara. Przecież o zainteresowaniach tej ostatniej Karol dowiaduje się już poniewczasie, wówczas gdy jest już "pozamiatane". Dał się złapać na lep "odwiecznej tajemnicy" jaką jest natura kobiety, zostawiając po sobie gruzy. Goniąc za ułudą udało mu się zranić Bogu ducha winną dziewczynę (nie wspominając o upokorzeniu jej rodziców), siebie samego a także i Sarę. A przecież od dorosłego mężczyzny można by oczekiwać więcej rozsądku. Eh, czy John Fowles nie mógł skończyć swojej powieści bardziej konwencjonalnie?! Cóż za niezrozumienie czytelniczych oczekiwań! Polecam.

piątek, 10 czerwca 2016

Polska lat 70., red. Anna Musiałówna

Ruszyło mnie sumienie bo w poprzednim wpisie, na 34 autorów przedstawiłem tylko prace 10 z nich, zresztą też tylko "zajawkowo". "W wielkich bólach" - co dopiero miała powiedzieć Anna Musiałówna?! - wybrałem fotografie kolejnej dziesiątki, z jedną uwagą. Fotografia Edmunda Fladrzyńskiego nie pochodzi z albumu "Polska lat 70." (złośliwość przedmiotów martwych - "protest skanera") choć w albumie znajduje się fotografia przedstawiająca tych samych chłopców.  

Jest w tym wyborze "ciężki kaliber", jak chociażby zdjęcia Andrzeja Baturo i Krzysztofa Wojciewskiego ale i fotografia pasującą do reklamy United Colors of Benetton Leszka Pękalskiego czy kojarząca się z dziwacznym światem Ameryki Witolda Jurkiewicza. Zresztą zobaczcie sami. 

Anna Musiałówna

Andrzej Baturo

Jan Morek

Jacek Barcz

Marek Szymański

Krzysztof Wojciewski

Leszek Pękalski

Maciej Osiecki

Edmund Fladrzyński

Witold Jurkiewicz