sobota, 7 lipca 2018

Pamiętnik matki, Marcjanna Fornalska

Nie ma co ukrywać, "Pamiętnik matki" to książka mocno podejrzana już dzień dobry, bo to i autorka nie taka (Marcjanna Fornalska była matką "kanonizowanej" przez władze PRL-u komunistki Małgorzaty Fornalskiej, kochanki Bolesława Bieruta, zresztą sama należała do m. in. do bolszewików i KPP). Jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę, iż pisała ją (?) mając ponad osiemdziesiąt lat i nie bardzo umiejąc pisać, a tomiszcze, które popełniła może pod względem objętości śmiało stawać w zawody z sążnistymi dziełami Bondy Katarzyny i Cherezińskiej Elżbiety, to w tych podejrzeniach czytelnik jeszcze bardziej się utwierdza. Nie bez znaczenia jest też chyba osoba redaktorki książki Olgi Kierczyńskiej, córki osławionej Melanii. Mnie, przyznam się, zastanowiła ilość wydań - doliczyłem się dziewięciu w ciągu niecałych 30 lat, co prawda nie umywa się to do "Pamiątki z Celulozy" czy "Kolumbów, rocznik 20" ale to dużo jak na książkę, która zakrawa na pierwszy rzut oka na jakiś propagandowy panegiryk. Postanowiłem więc sprawdzić o co chodzi i... 


byłem w szoku. Nie jest to co prawda wielka literatura ale nie pozostawia czytelnika obojętnym, przynajmniej w pierwszej części wspomnień obejmującą historię rodziny sięgającą ("na oko") lat dwudziestych, może trzydziestych XIX wieku po rok 1919. Jeśli ktoś był pod wrażeniem "Germinala", to zapewne będzie też pod wrażeniem "Pamiętnika matki", bo przytłacza on opisem życia będącego niekiedy na granicy biologicznego przetrwania, świata w którym oddaje się dzieci obcym ludziom, by dać im i sobie szansę przeżycia a przecież nie traktuje on o miejscach ekstremalnych tylko polskiej wsi na Lubelszczyźnie w w końcu XIX wieku. Nie da się czytać obojętnie opisu szesnastoosobowej rodziny zamieszkującej chatę z jedną izbą mieszkalną, w której dziecko zachorowało na gruźlicę, gdy doktor "powiedział, że gruźlica jest w ostatnim stadium i on nic nie może już pomóc. Wtedy zupełnie otwarcie zaczęto się przygotowywać do pogrzebu. Sąsiadki płakały wraz z matką, przestano chłopca poić różnymi ziółkami, bo to i tak już nic nie pomoże... Żył jeszcze pół roku w wilgotnej, brudnej, przepełnionej rodzeństwem chacie i skutki nie dały na siebie długo czekać. Po śmierci chłopca nic się nie zmieniło: spano na tej samej pościeli, noszono buty, odzież którą nosił chory i po krótkim czasie - może po dwóch latach - zmarło ich pięcioro. I już w tej rodzinie gruźlica pozostawała długie lata".

Fornalska opisuje świat jeśli nie pozbawiony uczuć, to przynajmniej z mocno przytępionymi uczuciami - relacje z dziećmi ograniczają się do zapewnienia i wiktu i opierunku, edukacja jest kosztowną fanaberią, która wpędza rodzinę w niedostatek i pozbawia ją siły roboczej, małżeństwo zaś jest kieratem, który dwoje nieznanych sobie wcześniej młodych ludzi musi wspólnie pchać z woli rodziców. Lipce z "Chłopów" wyglądają przy tym jak jakaś sielska kraina mlekiem i miodem płynąca. Uderza beznamiętna (w zasadzie) relacja okraszona od czasu do czasu jakąś autorefleksją ale generalnie czytelnik sam musi uporać się z tym co czyta.

"Pamiętnik matki" jest pomnikiem miłości macierzyńskiej, tak jak ją Marcjanna Fornalska rozumiała, choć dzisiaj moglibyśmy się nad tym rozumieniem zadumać bo jest to miłość szorstka, nie wyrażana słowami i ani gestami, Fornalska sama zresztą poniewczasie zdaje sobie z tego sprawę ale nie ma się ani przez chwilę wątpliwości, że dzieci są dla niej najważniejsze. Niestety pod koniec pierwszej części wspomnień obraz "Pamiętnika matki" zaczyna się psuć, a w części drugiej, podejrzenia, o których pisałem na wstępie, zaczynają powracać i przeradzać się w pewność. Coś co uznalibyśmy za dokument dający asumpt bo rozważań na różnych polach szczególnie interesujących dla krytyki feministycznej; długo by pisać o relacjach rodzice - dzieci, relacjach między małżonkami, konkubinacie, trójkątach małżeńskich (córka Marianny była kochanką Bolesława Bieruta i matką jego córki), akceptacji nierówności społecznych a na interesującym podejściu do mieszanych polsko-rosyjskich małżeństw (zaskakujące, ale wiejscy analfabeci mieli takie same zdanie w tej mierze co potomkowie szlachty, stojący od nich na drabinie społecznej nieporównanie wyżej) oraz wiary i patriotyzmu skończywszy.

Niestety, "Pamiętnik matki" staje się od okresu, w którym Marcjanna Fornalska opisuje swoje zetknięcie się z codziennością czasów rewolucji październikowej i wojny domowej w Rosji jeszcze jedną "propagitką". Nie chodzi nawet o jej członkostwo w komunistycznych partiach, w sumie zważywszy na jej biografię nie specjalnie można się dziwić, że dała się złapać na lep komunistycznej propagandy ale na język jakim się posługuje i ewidentne zafałszowania. Jasne, że dzisiaj można się uśmiechnąć, gdy czyta się jej wyznania w rodzaju "Ja tylko wierzyłam w partię i rewolucję tak, że w każdej chwili byłam gotowa na wszelkie ofiary. Uszyłam woreczek z grubego płótna, włożyłam w niego moją legitymację partyjną, nosiłam ją w zanadrzu, przypiętą agrafką do koszuli i z nią byłam szczęśliwa i na wszystko gotowa (...)" albo "Ciężko było. Mój umysł i pióro zbyt słabe, aby to wszystko opisać. Ale co było najcięższe, to to, że towarzysz Lenin, wódz i nauczyciel proletariatu, był chory; za wielka była jego praca, siły się wyczerpały. I nad narodem zawisł smutek jak ciemna chmura". Ale jeśli weźmie się pod uwagę, że pisze to matka, której troje dzieci zabili w Rosji komuniści, a czwarte ledwo się wywinęło od śmierci w gułagu to już nie robi się śmiesznie lecz smutno i czytelnik czyta te "wyznania" z zażenowaniem i litością nad ponad osiemdziesięcioletnią staruszką, której wetknięto te słowa jako jej własne.

Z Marcjanny Fornalskiej zrobiono działaczkę komunistyczną ale gdy czyta się jej wspomnienia widać, że w gruncie rzeczy nie miała pojęcia w czym uczestniczy, jej działalność ogranicza się do czynności - jakby to powiedzieli prawnicy - materialno-technicznych, coś przynieść, coś zanieść, coś przechować. Nie za bardzo ma pojęcie o co w tym chodzi i tak naprawdę angażuje się w to nie dlatego, że chce wyzwolić proletariat z kajdan niewoli lecz dlatego, że proszą ją o to jej dzieci. Robi to, o co poprosi ją syn albo córka, jak każda matka. Tak jest też z jej przynależnością partyjną, skoro córka, w którą patrzy jak w obraz, bo osiągnęła to co dla niej samej było nieosiągalne, zapisuje się do partii, to to musi być dobre. Nie da się jednak ukryć, że to na konto Marcjanny Fornalskiej a nie jakiegoś ghostwritera idą wszystkie, zgodne z "nakazem chwili" wynurzenia, które sprawiły, że jej książka dzisiaj skazana jest na zapomnienie. 

sobota, 30 czerwca 2018

Braterstwo albo śmierć. Zabijanie Mickiewicza w Kole Sprawy Bożej, Krzysztof Rutkowski

A mogło być tak pięknie.... ale cóż, Krzysztofowi Rutkowskiemu udało się "zakatować" temat, który wydawał się być samograjem bo przecież związki wieszcza narodowego z guru, jakim był dla niektórych Andrzej Towiański to temat z sensacyjnym posmakiem, dalekim od suchej, kilku zdaniowej notki w podręczniku do języka polskiego. Przynależność do sekty, której przewodził rejent sądu ziemskiego w Wilnie, scysja ze Słowackim, wiernopoddańczy adres do cara, a na dodatek sprawy damsko-męskie odstające od normy nawet w naszych liberalnych, w sprawach seksu, czasach - to wszystko bardzo nie pasuje do pomnikowego wizerunku Mickiewicza a tym samym budzi zaciekawienie, jak to tam było naprawdę.


Co w takim razie jest nie tak w książce Rutkowskiego? - niestety prawie wszystko. Przede wszystkim nie jest to książka dla początkujących lecz dla "siedzących w temacie". Autor zakłada, że czytelnik posiada już quantum wiedzy na temat podejmowany w "Braterstwie..." i to quantum naprawdę spore bo wrzuca go w środek piekiełka polskiej emigracji popowstaniowej bez większych wyjaśnień, kto i skąd się tam wziął a jego lakoniczność w tym względzie dotyczy, niestety, także kluczowych postaci książki.

W lekturze, paradoksalnie, nie pomaga też i erudycja Autora, który imponuje znajomością źródeł i obficie je cytuje. Rzecz w tym, że sążniste cytaty są po prostu męczące, przede wszystkim z powodu specyficznego dla towiańszczyzny stylu widocznego choćby w kuriozalnych "wytycznych" Mistrza Towiańskiego dla Brata Adama - "Gotowość do dzieła kapłana nowego przybytku, na obudzeniu życia ducha zależy. Jego liczba pięć. - Cztery żywota odbył. - Piąty ma odbyć. - Pobudę Jego do takiego w części jęku dla Pana, jaki sam masz. Jest wypróżniony, niech pobudza ducha do służby. - Otwórz mu losy jego przeszłe. Niech rozczula się i modli przymusem, póki nie zbierze się na siły ducha. - Cięgiem przedsiębierze, a nie wykonywa, nad wszystkim cierpi - cierpi nad niedostatkami, spuszcza się na miłosierdzie Boskie, ale pobudek z siebie nie daje. Dosyć wypróżnienia w przyszłym żywocie, dziś trzeba, aby duch był działalnym. Cierpiał naprzód na niewypróżnienie, potem na niedziałalność ducha. Niech uczy się z własnych pism, a zobaczy duchem, co jemu nie dostaje. Mało dziś jemu być Joanną d'Arc, trzeba życie ducha wydobyć. Zna niedostatek - chce wydobywać - ale pracy nie przykładanie jest w miedzianym życiu - jest czysty, próżny, wierzący." A to tylko niewielka próbka, która wcale nie jest szczytem "koszmarnego wojskowo-mistyczno-kancelaryjnego stylu" Towiańskiego.

Zresztą styl pisarstwa samego Autora "Braterstwa..." pozostawia wiele do życzenia, pisze bowiem mało przyjaźnie, puszczając oko do czytelnika i bawiąc się językiem towiańszczyzny (co jest w większych dawkach prawie tam samo niestrawne jak język Towiańskiego i jego akolitów) na zmianę z wywodami w stylu Deridy i Lacana plotąc całkiem serio o schizofrenii, znaczeniu języka i pisma, tak jakby literaci połowy XIX wieku byli prekursorami ponowoczesnej (?) krytyki literackiej, "odlatując" przy tym nie gorzej niż sam Towiański, nie pomaga też bardzo swobodne traktowanie chronologii wydarzeń.

Mam wrażenie, że Krzysztofa Rutkowskiego poniosły emocje, czemu w sumie się nie dziwię bo opisuje przecież arcyciekawy "epizod w dziejach dewiacji polskiej myśli". Niestety to emocjonalne zaangażowanie przysłoniło mu jasny ogląd rzeczywistości. Znając bowiem fakty wysnuwa dziwaczne twierdzenie o "zabijaniu" Mickiewicza przez członków Koła Sprawy Bożej, w jakiś zaskakujący sposób na podstawie prawdziwych przesłanek wysnuwa błędny wniosek, choć właściwie ma się wrażenie, że przesłanki nie mają tu nic do rzeczy, bo teza jest z góry założona i już. To, że to Mickiewicz "zabijał" przez lata innych nie ma znaczenia a przecież sytuacja wieszcza przypomina sytuację consigliere, który został decyzją capo di tutti capi odsunięty przez dotychczasowych podwładnych od władzy. Jakoś trudno wykrzesać w sobie współczucie dla takiej "ofiary", prawda?

Mnie Krzysztof Rutkowski zupełnie nie przekonał. Trzymając się konwencji podtytułu książki, powiedziałbym, że to było nie tyle zabijanie ale raczej samobójstwo Brata Adama. Towiański co najwyżej może być oskarżony o przyczynienie się do tego samobójstwa a i to wątpliwe, bo skąd pewność że Mickiewicz nie jechałbym na jałowym biegu (jeśli chodzi o twórczość poetycką) i bez przynależności do sekty, zwłaszcza że przecież tworzył w Paryżu, tyle że była to twórczość innego rodzaju, pozostająca w cieniu jego poezji.

Widać wyraźnie, że Krzysztof Rutkowski nie przepada za litewskim hreczkosiejem i pewnie słusznie, bo niezależnie do tego, czy idee Towiańskiego podobają się czy nie, to co do oceny praktycznego funkcjonowania sekty, którą kierował nie ma wątpliwości. Mechanizmy jej działania były wręcz podręcznikowe, stosowane wobec ludzi, którzy znajdowali się w trudnej sytuacji wynikającej z emigracji i z wszystkich pochodnych wobec niej problemów: wyobcowania, poczucia klęski, tęsknoty za domem, bezradności, trudności ekonomicznych, problemów osobistych etc, etc., etc. A tu nagle znajduje się ktoś, kto sprawia wrażenie, że ich rozumie, pokazuje drogę, oferuje braterstwo i wspólnotę twierdząc, że ich cierpienie nie pójdzie na marne, ma sens i prowadzi do zwycięstwa byle by tylko mu uwierzyli, bo doznał objawienia. Czy można się temu oprzeć? Oczywiście, że tak ale kilkadziesiąt osób dało się złapać na ten lep, zresztą część za sprawą Mickiewicza.

Mickiewicz uwierzył ale od tego jeszcze daleko do zostania ofiarą. Kiedy Krzysztof Rutkowski usiłuje go jako takiego przedstawić, to jakby zapomina, że mamy do czynienia z dorosłym, intelektualnie sprawnym człowiekiem, który jeszcze niedawno sam poddawał tresurze innych członków sekty a nie trzeba było wielkiej przenikliwości by rozgryźć Towiańskiego. Przedstawienie więc Mickiewicza jako ofiary Towiańskiego jest moim zdaniem dużym uproszczeniem a Krzysztof Rutkowski w swojej książce udowadnia nie tyle, że w Kole Sprawy Bożej zabijano Mickiewicza, ile to, że można zabić ciekawy temat. 

sobota, 23 czerwca 2018

Kordzik, Anatolij Rybakow

Nie da się ukryć, że lata komunizmu to do literatury (podobnie zresztą, jak i dla innych dziedzin kultury) czas stracony. Oczywiście, każda epoka ma swoje i prawa i swój styl różnie odbierany przez następne pokolenia ale literatura powstała w trybie, że tak powiem, nakazowo-rozdzielczym, próbę czasu zniosła wyjątkowo źle i swój żywot zakończyła u nas w 1989 roku.


Dzisiaj bestsellery prozy radzieckiej a i nasze rodzime, ówczesne wytwory nie mają co liczyć na drugi żywot. Ideologiczna skaza stała się dla nich piętnem skazującym na zapomnienie. Co najwyżej są traktowane jako dokumenty epoki albo coś, do czego czytelnicy urodzeni w czasach sprzed wynalezienia ipodów sięgają z sentymentu, jako do reliktów swojego dzieciństwa albo młodości. Przyznaję, nie jestem wolny od tej słabości i dałem się jej ponieść w przypadku "Kordzika" Anatolija Rybakowa, książki która obok "Samotnego białego żagla" oraz "Timura i jego drużyny" należała do najpopularniejszych młodzieżowych powieści rosyjskich, oczywiście nie tyle za sprawą literackich walorów, co wpisania na listę szkolnych lektur.

Dzisiaj "Kordzik" nie miałby u młodocianych czytelników żadnych szans, nie chodzi nawet o dawkę propagandy (a ta jest potężna). Wiedza (nawet "skrzywiona"), którą posiadał uczeń w czasach "komuny" sprawiała, że to co dla dzisiejszego ucznia podstawówki jest czarną magią dla niego było oczywistością. Rewolucja październikowa, wojna domowa (jest nawet wzmianka, że "Polacy zajęli Kijów"), biali vs. czerwoni, pionierzy, komsomolcy. Tego nikt uczniowi, powiedzmy, szóstej klasy nie musiał wyjaśniać, to wiedziało się samo przez się. Oczywiście była to wiedza zakłamana ale była, to po pierwsze.

Po drugie, o ile zdarzają się książki, gdzie spokojnie da się przymknąć oko na widoczną w nich indoktrynację i które to bez problemu można by z nich usunąć dając im tym samym jeszcze jedną szansę, to niestety "Kordzik" do nich nie należy. W gruncie rzeczy propaganda przyćmiewa, poza początkowymi rozdziałami, wątek przygodowo-sensacyjny, co sprawia że tak naprawdę, to powieść nie tyle o rozszyfrowaniu tajemnicy jaką w sobie kryje stary marynarski kordzik, ile książka o perypetiach dzieci, którym się marzy wstąpienie w szeregi Komsomołu. Jest tu wszystko; peany na cześć komunizmu włącznie z fragmentem przemówienia Lenina wygłoszonym na III Zjeździe Komsomołu, publiczny lincz na chłopcu w stylu, jaki był praktykowany na partyjnych konwentykielach, przeciwstawienie pionierów - skautom (nie trzeba dodawać, którzy są dobrzy, a którzy źli), że o odsądzeniu burżuazji od czci i wiary nie wspomnę. W sumie, można powiedzieć, że bohaterowie powieści Rybakowa dobrze by się rozumieli z Pawlikiem Morozowem.

Nie ratują książki nawet zaskakujące smaczki, przedstawione oczywiście w "jedynie słusznym" świetle, takie jak; wzmianki o ruchach powstańczych Machno i Antonowa, racjonowaniu żywności w Moskwie, głodzie na Powołżu i "bezprizornych". Nie pomagają także autobiograficzne wątki dotyczące Katajewa i jego rodziny; przedstawione w epizodzie w Rewsku (w rzeczywistości miejscowość to Snowśk), gdzie mieszkali dziadkowie pisarza i opisach Arbatu gdzie mieszkał on sam, które stanowią zdecydowanie najlepsze fragmenty powieści.

I pomyśleć, że "Kordzik" doczekał się ekranizacji (w 1954 i 1973 roku) i ciągu dalszego w postaci dwóch kolejnych powieści, co było chyba jakąś manią Rybakowa, bo jeszcze dwukrotnie w stosunku do innych swoich bestsellerów korzystał z takiej możliwości odcinania kuponów od ich popularności, ale jak to mawiali starożytni, pro captu lectoris habent sua fate libelli. 

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Frankenstein, Mary Wollstonecraft Shelley

Współczesnego czytelnika powieść Mary Wollstonecraft Shelley w pierwszej chwili może trochę śmieszyć, trochę irytować. Lepiej też nie zakładać, że będziemy mieli do czynienia z żelazną logiką i konsekwencją fabuły. Po prostu trzeba wziąć dużą poprawkę na fakt, że książka ma już 200 lat i pisana jest w dobie romantyzmu, co oznacza, że zachowania jej bohaterów znacząco odstają od tego, czego dzisiaj od nich byśmy oczekiwali. 


Zarówno Robert Walton, jak i Wiktor Frankenstein, te dwie bliźniacze dusze, teraz już by się nie "wybronili", zwłaszcza tytułowy bohater z jego krokodylimi łzami i jeremiadami. W sumie dziwna sprawa, bo przecież gender jest w natarciu, a oczekuje się od mężczyzny by zachowywał się jak facet a nie baba (swoją drogą, cóż to za przeżytek!), tymczasem Frankenstein ucieka od odpowiedzialności za własne czyny roztaczając przed czytelnikami zasłonę dymną, która jednak zupełnie dzisiaj zawodzi i wywiera efekt odwrotny od zamierzonego. 

To nie jest żaden Prometeusz, jak chciała Wollstonecraft Shelley, to uczeń czarnoksiężnika, który wyzwolił moce, nad którymi nie potrafił zapanować i który nie miał pojęcia o konsekwencjach swoich działań. Nawet nie próbował nad tymi mocami zapanować, uciekając od odpowiedzialności przestraszony efektem swoich czynów. Odpowiedzialność za niego ponoszą inni. Tak kończy się zabawa człowieka w Pana Boga. W sumie nic nowego, już przecież starożytni Grecy znali grzech hybris. Tu już się kończy śmieszność powieści i irytacja czytelnika. Przechodzi się na grunt zaskakująco aktualny i jak najbardziej poważny. To już nie jest tylko powieść grozy "z myszką" ale książka dająca asumpt do refleksji nad ludzkim pożądaniem władzy nad życiem i śmiercią a wizja współczesnego Wiktora Frankensteina i jego tworu nie jest już jakąś totalną abstrakcją. 

Czasy się zmieniły i zmieniło się postrzeganie świata. Dzisiaj jasne jest dla każdego, że jedyną "winą" tworu Frankensteina jest jego odstręczająca powierzchowność (którą zawdzięczał swemu twórcy) i pragnienie bycia kochanym. To sprawia, że paradoksalnie budzi, może nie tyle sympatię, o co byłoby trudno, ale jakiś rodzaj zrozumienia (co nie znaczy usprawiedliwienia) większy niż w stosunku do Wiktora. Cóż bowiem jest złego w pragnieniu bliskości z drugim człowiekiem? Jego czyny są tylko konsekwencją działań i zaniechań Wiktora, przez którego został porzucony i pozostawiony samemu sobie. Morderstwa są krzykiem rozpaczy, bo nie widzi innej drogi dla osiągnięcia celu jak tylko przemoc, nie przewidział jednak, że trafił na wyjątkowo nieempatycznego przeciwnika. Trzeba wziąć też poprawkę, iż jest "moralnym samoukiem", nie ma przecież przewodnika, nauczyciela, mentora a jego edukacja opiera się na "podglądactwie", nie ma więc podstaw do tego by oczekiwać od niego przestrzegania reguł obowiązujących w społeczeństwie. Czy zresztą społeczeństwo wyrzucając kogoś poza nawias, ma prawo oczekiwać by ten ktoś stosował się do reguł rządzących tym społeczeństwem? 

Można powiedzieć, utrzymując się w tak modnej dzisiaj konwencji, że "Frankenstein" jest powieścią o stosunku do "Innego", odrzuconego tylko z powodu swojej powierzchowności, która przecież nie była od niego zależna. Poczucie niesprawiedliwości sytuacji, w jakiej się znalazł z nie swojej przecież winy wydaje się oczywiste. Ale to chyba jednak nie taka prosta sprawa. Tak jak "Inny" ma prawo do "wolności do" i "wolności od" tak analogiczne prawa przysługują pozostałym członkom społeczności, w ramach której chce funkcjonować. Trudno sensownie uzasadnić wyższość prawa jednostki nad prawem zbiorowości, na którą składają się przecież jednostki. Nie uzasadnia tego nawet imperatyw kategoryczny Kanta, tak wydawałoby się, głęboko humanistyczna reguła. To kwestia takiej lub innej umowy społecznej, tak różnej jak różne są społeczeństwa.

Wychodzi więc na to, że jeśli dłużej się nad tym zastanowić, to tym bardziej czytelnik upewnia się w przekonaniu, że powieść, którą 200 lat temu popełniła młodziutka panienka nie jest tylko naiwną ramotką, nie wiedzieć czemu zaliczaną do kanonu literatury światowej. Polecam!  

czwartek, 17 maja 2018

"Syzyfowe prace" odkodowane

Na tekst "Syzyfowe prace jako biofikcja o dojrzewaniu do męskości" natknąłem się przypadkiem, szukając informacji na temat wariantów powieści, która jak wiadomo, do wydania z 1919 r., poddawana była przez pisarza zmianom ze względu na cenzurę. Co tu dużo mówić, Filip Mazurkiewicz wreszcie otworzył mi oczy, bo do tej pory do głowy mi nie przyszło by odczytywać książkę Żeromskiego podpierając się kategorią męskości hegemonicznej w ujęciu Stevena Garlicka oraz logosem logocentryzmu w rozumieniu Claire Colebrook, wg której (gdyby ktoś nie wiedział) "logocentryzm jest (...) fallogocentryzmem przez figurę ojca, który zapładnia i staje się czystą formą urzeczywistnienia dominacji metafizyki". I już wszytko jasne. 


Co prawda, do tej pory wtłaczano nam w szkołach do głów, jakieś banały o powieści, której tematem jest postawa dzieci i młodzieży wobec rusyfikacji, a zdarzało się też, że i jako o powieści o dorastaniu ale to takie płytkie w zestawieniu z odkryciem, że Żeromski napisał "powieść o dojrzewaniu do męskości, a jej tytuł sugeruje, że wysiłek zmierzający do zbudowania tak zwanej męskości hegemonicznej w warunkach historycznych końca XIX wieku był wysiłkiem syzyfowym, to właśnie w zwielokrotnieniu liczby mnogiej: były to rozproszone i powtarzane od nowa prace, prace niezdolne do osiągnięcia swego spełnionego apogeum".

Gdyby ktoś miał co do tego jeszcze jakieś wątpliwości, to nie wątpię, że skapituluje pod wpływem niezwykle przekonującej argumentacji Autora, który na przykład dekoduje schronienie się Borowicza w altanie jako oddawanie się męskim fantazmatom by następnie "niejako na nowo się narodzić już jako mężczyzna. Imaginarium, które ma pod ręką, wprost odsyła do męskości hegemonicznej (...)", a w recytowanym przez Zygiera fragmencie "Reduty Ordona" widzi m. in. "metafizyczną fallogocentryczną hegemonię". Sam nie wiem czemu tego wcześniej nie dostrzegłem, przecież nie jest żadną wiedzą tajemną, że "męskość bohaterska w polskim wydaniu jest (...) - inaczej niż dzieje się to na ogół - tragicznym rewersem męskości hegemonicznej. Fallus i logos fallogocentryzmu ulegają tu rozdzieleniu, suwerenny i hegemoniczny logos bowiem znajduje się gdzie indziej, w obcym metafizycznym i politycznym centrum - w Petersburgu. W miejsce fallogocentrycznej hegemonii pojawia się zmarginalizowany fallus i zdecentrowany fallus pozbawiony logosu, który wybiera samobójcze bohaterstwo nie w imię własnej hegemonii, która jest nieosiągalna, lecz przeciw hegemonii obcej." 

Przecież to jasne, że Borowicz "z radością posługuje się obcym logosem, internalizując go całkowicie i łącząc z własną fallicznością, którą rozumiemy już jako prawo do szczątkowej, ale jednak, kontroli i władzy na innymi (mężczyznami). Obcy logos scala się ze swojskim fallusem, aby zwyciężać w grze o peryferyjną hegemonię symulującą jedynie udział w tym, co centralne, w tym, co udziela się jako metafizyczne centrum"

Ciekawa jest także postać Biruty, choć może nie aż tak jak Marcina, bo cóż w sumie może być ciekawego w "kobiecie-mieszańcu", która "jest czystą wcieloną aporią, swoistym nierozstrzygalnikiem", obiektem miłości głównego bohatera. I tu słówko polemiki z Autorem, to przecież nie żaden "obiekt miłości" tylko przedmiot fallogocentrycznej hegemonii, który wybiera ucieczkę "nie w imię własnej hegemonii, która jest nieosiągalna, lecz przeciw hegemonii obcej", hegemonii Wielkiego Innego, którego spotyka przy źródle. 

Tylko co to za źródło? - przyznaję, że dotychczas w swojej ignorancji rozumiałem je hydrologicznie, że tak powiem, jako "samoczynny wypływ wody podziemnej na powierzchnię Ziemi" ale to okazało się za proste. Nie wykluczone, że to źródło "zakazanej miłości, skrywanej lub wybuchającej nienawiści, niewyobrażalnego połączenia dwóch przeciwieństw, dwóch wykluczających się żywiołów". Ale pewności co do tego nie ma. Skoro Żeromski pisząc "Syzyfowe prace" nie był "jeszcze gotowy na aporetyczne rozwiązania, tym bardziej dziewiętnastowieczna męskość pogrążona w różnorakim i zawsze niewesołym przeżywaniu swej zachwianej bohaterskiej antyhegemonii nie może przyjąć takiego rozwiązania i dlatego miłość Borewicza do Biruty nie może się spełnić, ponieważ jest - w Nietzscheańskim sensie tego słowa - niewczesna". Taaa... 

Sądziłem, że monopol na krytycznoliterackie kurioza mają "Teksty Drugie" ale wyrosła im już silna konkurencja jak widać. Z całością tekstu Filipa Mazurkiewicza można się zapoznać w sieci w Autobiografii. Literaturze. Kulturze. Mediach 1 (06) 2016. Życzę miłej lektury i zdrowia. 

wtorek, 15 maja 2018

Katarynka, Bolesław Prus

Co prawda, jestem zdania, że w gruncie rzeczy literatura zaczyna się i kończy na klasyce, ale też nie każda ramotka, autorstwa nawet wybitnego pisarza, zasługuje na miano klasyki, a nawet jeśli kiedyś cieszyła się takim statusem, to czas sprawił, że należałoby zastanowić się, czy nie pora już przewartościować tę ocenę. I tak też jest z "Katarynką" - dla jasności Prus jest dla mnie jednym z najwybitniejszych jeśli nie najwybitniejszym polskim pisarzem ever, ale za lekką przesadę uważam wciskanie jego nowelki do głów piątoklasistom (przyznaję, sięgnąłem po nowelę tylko ze względu na fakt, że syn będzie ją "przerabiał" w szkole).  


Może jeszcze te dzieci, które mieszkają w Warszawie wykrzeszą z siebie trochę zainteresowania bo ciągle można się przespacerować ulicą Miodową, Senatorską i po placu Krasińskich (choć tym ostatnim nie bardzo - ze względu na ciągnący się remont). Co prawda po sklepie Jakuba Pika nie pozostał nawet ślad ale już o większym szczęściu mogły mówić budynki w których mieściły się zakłady fotograficzne Jana Mieczkowskiego, nie mówiąc już o klasztorze Kapucynów a bardziej zainteresowani na Starych Powązkach mogą odnaleźć grobowiec Prusa ze słynnym napisem "Serce serc" (we wstępie Marii Knothe, który kojarzy mi się z objaśnieniami Andrzeja Walickiego do "Rewizora" Gogola, do wydania PIW-u z 1982 r. przeczytałem ze zdziwieniem, że grobowiec pisarza zbudowany jest z czarnego marmuru, podczas gdy nawet bez specjalnej wiedzy w zakresie mineralogii widać, że to najprawdopodobniej piaskowiec, zresztą tekst Marii Knothe zwłaszcza jej objaśnienia humoru Prusa ). Ale to co może zadziałać na dzieci z Warszawy - na te spoza niej oczywiście już nie działa. 

Chciałoby się zapytać - o co chodzi? - przecież "Katarynka" to taka "Lalka" w pigułce albo jej daleka zapowiedź - bo to mamy pana Tomasza sybarytę, warszawską kamienica, samotną matkę z córką, epizod z lalką nawet ten sam rodzaj dowcipu - stopniowanie rewerencji stróża Kazimierza w stosunku do pana Tomasza to a rebours stopniowanie wezwania powozu Wokulskiego po przyjęciu u hrabiny w Wielką Niedzielę. Ale cóż, po prawie 140 latach widać, że podanie tego w skondensowanej formie w stosunku do nieletniego odbiorcy sprawdza się "tak sobie".  

Rzuca się w oczy językowy archaizm (zupełnie zresztą zrozumiały) i zupełny rozjazd z obecną językową poprawnością polityczną, który w odniesieniu do osób niepełnosprawnych robi złe wrażenie. Ale zdecydowałem się napisać ten post w cale nie z tych powodów. Otóż sprowokowała mnie odpowiedź wspomnianej już wcześniej Marii Knothe odpowiedź na pytanie, dlaczego pan Tomasz nie lubił katarynek? Odpowiedź opierająca się zresztą na zawartej w nowelce odpowiedzi głównego bohatera, który twierdził, że "muzyka (...) stanowi najsubtelniejsze ciało ducha, w katarynce zaś duch ten przeradza się w funkcją machiny i narzędzie rozboju. Bo kataryniarze są po prostu rabusie! Zresztą - dodawał - katarynka rozdrażnia mnie, a ja mam tylko jedno życie, którego nie wypada trwonić na słuchanie obrzydliwej muzyki."

Wyjaśnienie jest więc oczywiste skoro podsuwa je sam autor i w sam raz na miarę dziatwy szkolnej, bo nie wymaga od niej specjalnego "czaszkowania". Ale jeśli się chwilę zastanowić to można nabrać podejrzeń, czy czasami ta oczywista odpowiedź nie stanowi zasłony dymnej i czy niechęć do katarynek tego starszego pana nie jest przejawem jakiegoś kompleksu z młodości. Pan Tomasz bowiem nie zawsze bym dobrotliwym starszym panem - kiedy czyta się o jego schadzkach, to można podejrzewać go o promiskuityzm. Co prawda u macho to nie wada ale jednak, jakby nie było, jest to mało sympatyczny rys jeśli się pomyśli o uczuciach jego ofiar (które raczej nie pochodziły z wyższych sfer), a jego późniejsze starokawalerstwo być może jest przejawem mizoginii.

Nie ulega też wątpliwości, że pan Tomasz to self-made man. Sam musiał utorować sobie drogę. Nikt mu niczego nie dał - sam wynajmuje mieszkanie i sam je urządza. Ani widu, ani słychu o rodzinie, rodzinnym majątku, rodzinnych pamiątkach, etc. etc. Gdzie artefakty z rodzinnego dworku albo rodzinnej kamienicy. Nic, kompletnie nic. On to wszystko nabył za własne, przez samego siebie zarobione pieniądze wydobywając się z finansowej mizerii. Może więc ta niechęć do katarynek, tej namiastki muzyki przeznaczonej dla plebsu przypomina mu to o czym chciał zapomnieć. Własne pochodzenie? Nie dam głowy, czy Bolesław Prus na takie przypuszczenia nie przewraca się w grobie, choć mam nadzieję, że ze swoim poczuciem humoru prędzej uśmiechnąłby się z wyrozumiałością.    

niedziela, 22 kwietnia 2018

Murzyn z załogi "Narcyza", Joseph Conrad

Wiadomo, że książki książki Conrada nie są jednowymiarowe i oprócz dosłownej warstwy jest w nich drugie dno i "Murzyn z załogi "Narcyza"" nie jest tu wyjątkiem. Wróciłem do niego po latach i nie dziwię się, że dzisiaj popada w zapomnienie, w niczym bowiem nie przypomina lekkostrawnych bestsellerów z cyklu "co tydzień nowy hit książkowy" czytanych z zapartym tchem. Twórczość Conrada ma to do siebie, że, łagodnie mówiąc, nie trzyma w napięciu i zapewne spora część czytelników podpisałaby się pod opinią inżyniera Mamonia "proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana... Dialogi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje" odnosząc je do "Murzyna z załogi "Narcyza"", bo nawet gdy się coś w nim dzieje, to jakoś tak jakby nic się nie działo.


I mówiąc szczerze niespecjalnie byłbym tym zdziwiony, bo kto dzisiaj ma czas wgłębiać się jakieś stuletnie ramotki, żeby zrozumieć o co w tym chodzi. Może "Murzyn z załogi "Narcyza"" i jest arcydziełem ale gdzie mu tam do kolejnego tomu sagi i Lipowie Katarzyny Puzyńskiej czy czego tam jeszcze, co aktualnie króluje na blogaskach.

W sumie, niby wszystko jest w "Murzynie..." jest jasne; rejs powrotny do domu, przeciwności losu, śmierć jednego z członków załogi, szczęśliwy powrót pozostałych a w tym wszystkim tkwi marynarski etos. A jednak czuje się, że to nie o morską przygodę a na pewni nie tylko. Czerwona lampka zapala się już przy wstępie - "Do moich czytelników w Ameryce", który sprawia wrażenie jakby Conrad pisał o rzeczach, których był świadkiem. Tymczasem nic z tego, owszem Conrad służył na "Narcyzie" ale historia, którą przedstawia nie została, oględnie mówiąc, opisana z kronikarską dokładnością. W "Murzynie..." co najwyżej jest to swobodnie przetworzona historia, która wydarzyła się naprawdę, którą Conrad znał wyłącznie ze słyszenia.

Dwa są kluczowe momenty dla zrozumienia "Murzyna z załogi "Narcyza"", pierwszy to scena, w której stary wilk morski czyta ówczesny bestseller (i w której Conrad przy okazji "przejechał się" po autorze "Ostatnich dni Pompei") i drugi, to perora, w której ląd (niektórzy twierdzą, że chodzi tylko o Anglię) zostaje porównany do statku.

W pierwszym, prosty człowiek morza wydany jest na pastwę uczuć, z którymi w życiu nad którymi w swoim codziennym życiu w ogóle się nie zastanawia i które budzą w nim poczucie winy i niższości - "Jakież myśli budzą jego wygładzone i tak dziwnie nieszczere zdania w prostych umysłach dużych dzieci, co zaludniają owe mroczne, wędrowne zakątki ziemi? Jakie znaczenie mogą ich surowe, niedoświadczone dusze znajdować w wytwornym werbalizmie kart jego książki? Jaką podnietę - jakie zapomnienie - jakieś ukojenie? Tajemnica! Czyżby to była fascynacja rzeczy niezrozumiałych? Urok niemożliwości? Czy te osoby żyjące poza nawiasem życia wzruszają się tymi opowieściami jako niepojętym objawieniem błyskotliwego świata, który istnieje poza granicami hańby i plugawości, brudu i głodu, nędzy i rozpusty, co zewsząd zbiegają na brzeg nieskalanego oceanu i są jedyną rzeczą, jaką ci dożywotni więźniowie morza wiedzą o życiu i dostrzegają na dookolnym lądzie? Tajemnica!".

W drugim - "ciemny ląd leżał samotnie wpośród wód niby potężny okręt wygwieżdżony czujnymi światłami - okręt niosący brzemię milionów istnień, ładowny śmieciem i klejnotami, stalą i złotem. Piętrzył się ogromny i silny, strzegący bezcennych tradycji i niewymownych cierpień, mieszczący w sobie pełne chwały wspomnienia i nikczemną niepamięć, haniebną cnotliwość i wspaniałe występki. Wielki to okręt!".

Wygląda więc na to, że dla Conrada każdy człowiek na swój sposób jest marynarzem, a prozaiczne i twarde cechy tego zawodu stoją ponad współczuciem. Solidna praca i poczucie obowiązku, tak pospolite wygrywają z czymś, co wydawałoby się, zbudowane jest z lepszego kruszcu, a co okazało się "mocną, skuteczną i szacowną więzią sentymentalnego kłamstwa", którą wyzwolił tytułowy bohater "Murzyna z załogi "Narcyza""

niedziela, 15 kwietnia 2018

Pozytonowy detektyw, Isaac Asimov

"Pozytonowego detektywa" Isaaca Asimova traktuje się jak kryminał, którego akcja toczy się w anturażu science fiction. Nic w tym dziwnego, bo to pierwsze co się nasuwa w trakcie lektury i tym samym sprowadza tę powieść do rangi literatury rozrywkowej, jak wszystkie zresztą książki tego gatunku. A że na dodatek jest jeszcze świetnie napisana, z wartką i niebanalną akcją więc nie wychodzi się poza tą formułę bo czego chcieć więcej? Ale "Pozytonowy detektyw" to jednak coś więcej niż klituś bajduś dla starych koni, którzy ciągle nie wyrośli ze sentymentu do lektury z lat licealnych. 


Owszem, wizja przyszłości Ziemi i ludzkości, w której "w imię (...) wydajności i oszczędności ludność Ziemi wyrzekła się wielu dawnych przyzwyczajeń: przestrzeni, życia prywatnego a poniekąd i wolnej woli" w "Pozytonowym detektywie" jest ciekawa ale to przecież tylko takie bla, bla, bla, ani lepsze, ani gorsze od wielu innych powieści traktujących o przyszłości gatunku ludzkiego. To co w powieści Asimova jest naprawdę interesujące, to zagadnienia społeczne będące obecnie bardzo trendy, chodzi mianowicie o stosunek do Innego oraz feminizm (a raczej antyfeminizm). Ten pierwszy rozgrywany jest na dwóch polach; stosunku do ludzi zamieszkujących na innych planetach w powieści nazywanych Przestrzeńcami i stosunku do... robotów.

Tak, tak to nie pomyłka. Niechęć do obcych jest jasno deklarowana "mamy poczucie niższości wobec Przestrzeńców, chcemy wynagrodzić to sobie poczuciem wyższości wobec kogoś innego i wścieka nas, że nie czujemy się wyżsi od robotów", ale to nie tylko kompleksy lecz także wprost zdiagnozowany strach, który "przed nieznanym jest zawsze ogromny". Oczywiście dzisiaj jojczenie na temat "my - Inny" to politycznie poprawny samograj ale blisko 70 lat temu to było coś, w dodatku nadanie statusu Innego robotowi zakrawało na kuriozum i nawet dzisiaj wydaje się to pomysłem bardzo ekscentrycznym. Kiedy się zważy na jego absurdalność, można pomyśleć, że Asimov "pogrywa" sobie z czytelnikiem bo jak może komuś przyjść do głowy myśl by postawić robota i człowieka na tym samym poziomie. Maszynę, choćby nawet najdoskonalszą i istotę ludzką. Tego się przecież nie da obronić - ale po lekturze "Pozytonowego detektywa" można mieć już pewne wątpliwości.

Co zrobił Asimov? Otóż rozpatruje relację maszyna - człowiek, nie w odniesieniu do tego co dla nas oczywiste i co przekreśla z góry znak równości, a więc życia i pierwiastka duchowego lecz inteligencji. Gdy powiada, że "różnica między człowiekiem a robotem (...) nie jest może tak ważna jak między inteligencją a jej brakiem" i czytelnik zaakceptuje tę tezę, to widzi się, że to już całkiem inna para kaloszy. Trzeba naprawdę uważać by nie zacząć grać w grę, którą zaproponował Asimov i której poddał się jego główny bohater Elijah Baley, z wszystkimi jej minusami. Z tego nie będzie nic dobrego, owszem na pierwszy rzut oka wygląda to nieszkodliwie, owszem widać doraźne korzyści ale w warstwie imponderabiliów już niekoniecznie, bo co maszyna, nawet najdoskonalsza może mieć w tej sferze do zaproponowania człowiekowi? Chyba nie slogan, "dla dobra ludzkości trzeba się godzić z krzywdą jednostki", który w realnym świecie kosztował życie milionów, a który jest kwintesencją działań tytułowego bohatera.

Drugi ciekawy wątek socjologiczny, który jest aktualnie modny a został poruszony przez Asimova, to pozycja kobiet w świecie przyszłości. Asimov, mam wrażenie, traktuje tę kwestię z dużym przymrużeniem oka, co udziela się także czytelnikowi, przenosząc do powieści obserwacje z lat pięćdziesiątych XX wieku, a które okazują się ponad czasowe, tak jak pogaduszki pań w damskiej toalecie będącej w powieści forum wymiany plotek, czy odkrycie, że "kobieca torebka (...) to jedyna rzecz, jaka od czasów średniowiecza opiera się wszelkim technicznym udoskonaleniom" czy męską konstatację wyjaśniającą naturę pań - wiadomo "Kobiety to kobiety" zrozumiałą tylko dla mężczyzn i nie będącą dla nich przykładem logicznego błędu! 

sobota, 7 kwietnia 2018

Góra urodziła mysz czyli Jerzy Haszczyński o "Królu" Szczepana Twardocha

Niewiele dzieje się w polskiej literaturze współczesnej, ośmielam się przypuszczać, że najciekawsze co w ostatnich latach się wydarzyło, to pokazanie od kuchni specyficznej metody promocji pisarza Ignacego Karpowicza przez krytyczkę Kingę Dunin i jeremiada Kai Malanowskiej nad finansowym fiaskiem jej książki (ktoś kojarzy to niedocenione dzieło pisarki?), aż do wczoraj, kiedy to Jerzy Haszczyński ośmielił się napisać, że powieść "Król" Szczepana Twardocha, oględnie mówiąc, nie grzeszy oryginalnością.


Ale to, że oryginalność nie jest mocnym punktem pisarstwa Twardocha to akurat żadne odkrycie.  To co mnie zaskoczyło, to to, że "Król" uznawany jest za jedną z najważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Realy? Oczywiście jest wolność sądów i nie zdziwiłbym się, gdyby była to opinia licealistów uczących się w trybie zaocznym i którzy na dodatek niespecjalną wagę przywiązywali do lekcji języka polskiego ale żeby zaraz ich opinia do tego stopnia miała siłę przebicia? Równie dobrze można twierdzić, iż Zenon Martyniuk jest najwybitniejszym kompozytorem ostatnich lat w Polsce.

Tekst Jerzego Haszczyńskiego, wbrew temu, co można było wyczytać w internetowych publikacjach, nie zarzuca Szczepanowi Twardochowi popełnienia plagiatu, odebrałem to bardziej jako wytknięcie powielenia pomysłów i przeniesienie ich na nasz grunt. Ale tak jak pisałem u Szczepana Twardocha to nic nowego, jego dwie powieści opierały się przecież na tym samym, więc skoro wcisnął czytelnikowi odgrzewane kotlety już wcześniej, to dlaczego nie miałby zrobić tego po raz kolejny, z czegoś przecież trzeba żyć. 

Szczepan Twardoch odpowiedział krytykowi, a jego odpowiedź sprowadza się mniej więcej do tego, że w powieści wykorzystuje motywy, które inni pisarze już wcześniej z powodzeniem wykorzystywali. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie tym. Pewnie nie każdy pisarz potrafi tak szczerze i prawdziwie powiedzieć o swojej książce, no, może nie wprost, że w gruncie rzeczy jest zlepkiem, owszem zgrabnie skomponowanym, cudzych pomysłów przetworzonych na użytek polskiego czytelnika.

A już zupełnie ujął mnie Szczepan Twardoch odwołując się do... "Iliady" Homera, gdy chodzi o brutalne sceny w jego książce. No, no... gratuluję samooceny, żeby jeszcze napisał, że "inspirował" się Kosińskim czy Littellem, bo seks i brutalność w ich powieściach dobrze się sprzedawały, to bym zrozumiał ale żeby zaraz Homer?! Trzeba być nie lada bufonem, żeby swoją książkę, która może i robi wrażenie na licealistach, ale o której zrobiło się cicho (aż do teraz) jak tylko skończyła się kampania marketingowa, stawiać w jednym szeregu z dziełem tej rangi co "Iliada".

W ogóle, mówiąc szczerze, to dziwne, że Jerzy Haszczyński robi takie wielkie halo wokół "wtórności" "Króla", przecież to nic nowego ani na naszym rodzimym literackim podwórku (warto porównać choćby "Pętlę" Hłaski i "Pod wulkanem" Lowry'ego, a jakiś czas temu "pisarka" Pakosińska "zapomniała" wziąć w cudzysłów cytaty z innych autorów), ani światowym i to tym z najwyższej półki. W każdym razie Szczepan Twardoch nie powinien się przejmować a wręcz przeciwnie, powinien być zadowolony, przecież chyba zna starą zasadę marketingu "obojętnie, dobrze czy źle, byleby po nazwisku".  

środa, 28 marca 2018

Nad Niemnem, Eliza Orzeszkowa

Nie ma takiego rankingu ale gdyby był, to sądzę, że "Nad Niemnem" zajęłoby pierwsze miejsce w nim pierwsze miejsce. W rankingu narodowej nudy. Dlaczego? - nie mam pojęcia. Można się jedynie domyślać, jak do tego doszło, jak niezła powieść mogła otrzymać taki status, wszak nie od dzisiaj wiadomo, że już samo wpisanie książki na listę lektur szkolnych jest dla niej "pocałunkiem śmierci". Innej przyczyny nie dostrzegam bo ani osławione opisy przyrody nie są tak długie, ani tak częste jakby się to mogło wydawać, a co najważniejsze nie są w stanie zaszkodzić zasadniczemu wątkowi, którym jest, tak, tak wątek romansowy - mezalians panny z dworu.

Wiadomo, można powieść Orzeszkowej nicować na różnorakie sposoby, a to zastanawiać się nad znaczeniem osławionych (nie takich strasznych zresztą opisów przyrody), wątkiem patriotycznym, wątkiem społeczno-ekonomicznym, itp. itd. Mnie jednak zainteresowały i to całkiem na serio postacie kobiece. Zarzuca się im, że są sztampowe i rzeczywiście nie grzeszą nadmiarem oryginalności ale to wcale nie znaczy, że nie są interesujące.



Można oczywiście z przekąsem zapytać, cóż ciekawego może być w takiej, irytującej do bólu, Emilii Korczyńskiej? Ale przecież jeśli się trochę zastanowić, to dlaczego mielibyśmy odmawiać jej prawa do własnego stylu życia? Nie dość, że ugrzęzła na zabitej dechami prowincji, to jeszcze ma być obowiązkowo szczęśliwa i przyjmować za swoje wybory nudnego jak flaki z olejem męża? Owszem, popełniła coś, co prawnicy określają mianem winy w wyborze, ale nie musi to przecież oznaczać rezygnacji, na wieki wieków, z tego co uważne za ważne dla siebie.

Jej przeciwwagą jest Andrzejowa Korczyńska, której życie w cieniu zmarłego męża podniesione jest do rangi nabożeństwa (i to do tego stopnia, że chyba nie doczekała się w powieści od Orzeszkowej własnego imienia). To co w epoce mogło jeszcze uchodzić za przejaw rodzinnej i narodowej żałoby, z naszego punktu widzenia wygląda raczej na jakąś chorobliwą idée fixe, która w gruncie rzeczy niczemu nie służy. Z wdową po Andrzeju Korczyńskim jest mniej więcej tak, jak z baronową Krzeszowską, żyjącą ciągle pamięcią po zmarłym dziecku. Może i w pierwszym odruchu taka postawa budzi współczucie ale potem następuje konsternacja i coś jakby lekki absmak. Owszem, ona też ma prawo do własnych wyborów, ale nie powinna się dziwić, że dla innych są one niezrozumiałe i nienaturalne, nie wyłączając syna, któremu nie potrafi wyjaśnić dlaczego miejsce śmierci jego ojca ma determinować jego życie, bo jej argumentacja w gruncie rzeczy sprowadza się do zwykłego uporu a sama nie potrafi zrozumieć, że nie trzeba mieszkać "na cmentarzu" by okazać zmarłemu pamięć i szacunek.

A taka Justyna Orzelska - porzucona narzeczona. To, co dla starszej o pokolenie Marty było nie do pomyślenia, która odrzuciła konkury spauperyzowanego szlachcica z obawy przed deklasacją, dla Justyny nie gra już pierwszoplanowej roli. Jest o wiele bardziej świadoma własnej wartości i nie obawia się ostracyzmu swojej sfery, choć nie mam pewności, czy do końca wie co robi. Może i dwór Korczyńskich to nie pałac, ale i tak pomiędzy nim a wiejskimi chatami z zaścianka jest przepaść, w nich Justyna nie będzie już nikomu akompaniowała grą na fortepianie.

Ale to w gruncie rzeczy drobiazgi wobec przewartościowania naczelnej idei "Nad Niemnem", idei "trwania" - dla pokolenia Orzeszkowej oczywistej, poza sferą wątpliwości i na temat której nie wypadało nawet zadawać pytań. Dzisiaj, to jednak całkiem inna sprawa, dyskusja na ten temat nie narusza tabu. Czemu właściwie bohaterowie powieści Orzeszkowej mieli być związani z ojcowizną niczym adscriptici? Trudno to logicznie wyjaśnić. Przecież skoro Cecylia i Jan znaleźli swoje nowe miejsce na ziemi odrywając się od korzeni, dlaczego innym odmawiać tego prawa? Perspektywa wydaje się jasna - trwanie na straży ojcowizny to zjazd po równi pochyłej. Bieda i jej pochodne. Już jest źle, a jeszcze pokolenie lub dwa i będzie tragicznie, jeśli mieszkańcy zaścianka nie wyzwolą się z nakazu "trwania".

I Orzeszkowa jest chyba tego świadoma, nie chcąc postawić kropki nad i. Zaścianek Bohatyrowiczów jest przecież przez nią wyraźnie oszczędzany - nie ma w nim prawdziwej nędzy (jest zaledwie jedna uboga rodzina), nie ma smrodu, brudu, ciężkiej do upodlenia pracy, chorób i przedwczesnej śmierci. Są za to łany zbóż (żęte sierpami - czy pamiętacie "Konopielkę"?), sady, kwiaty i rzeka. Ale nawet przez ten sielankowy obraz przebija się (nie wiem czy zamierzony) głód ziemi, a przecież lepiej nie będzie, dzielone z pokolenia na pokolenia spłachetki nie staną się nagle większe. To nie żadna wiedza tajemna i tylko bohaterowie "Nad Niemnem" jakoś nie mogą sobie tego uzmysłowić. I jest jeszcze coś co zgrzyta w tym sielskim obrazie wsi i wyraźnie nie pasuje do wizerunku "soli ziemi", chodzi mianowicie o patriotyzm. Jego wyrazem ma być owo "trwanie" na ziemi ojców ale przecież gdy historia powiedziała sprawdzam, z całego zaścianka do powstania zgłosiła się tylko jedna, słownie: jedna osoba. Może więc to trwanie, to wcale nie przejaw postawy "nie rzucim ziemi skąd nasz ród" lecz zwykła ciasnota horyzontów połączona z chciwością i strachem przed nieznanym.

Nie da się ukryć, "Nad Niemnem" od strony programu ideowego, że tak powiem, jest archaiczne. Sto lat ze sporym okładem zrobiło swoje, ale nie ma wątpliwości - w swoim czasie Orzeszkowa miała coś do powiedzenia, choć nam pozostał już z tego tylko świetnie napisany romans.