wtorek, 10 września 2019

Moje życie z książką, Zuzanna Rabska

Dzisiaj "Moje życie z książką" Zuzanny Rabskiej to już tylko miła, z wyjątkiem okresu opowiadającego o okupacji, ramotka będąca lekturą obowiązkową dla bibliofilów (i mimowolne świadectwo drukarskich dziwolągów z czasów PRL-u, jako że drugi tom wspomnień ukazał się pięć lat po wydaniu pierwszego). To opowieść o książkach, ludziach związanych z książką i miejscach z książką związanych, utrzymana w tonacji gawędy i anegdoty. Zwłaszcza tom pierwszy, który w gruncie rzeczy jest pomnikiem wystawionym Aleksandrowi Krausharowi, ojcu autorki, stosunkowo niedawno "odkopanemu" przez Olgę Tokarczuk przy okazji "Ksiąg Jakubowych" i starej Warszawie.  Drugi tom książki, kończący się na likwidacji Polskiego Towarzystwa Bibliofilów w 1948 r. jest znacznie poważniejszy w tonacji jako zdominowany przez wspomnienia wojenne i tuż powojenne, z istoty swojej ponure.


Nie da się ukryć, że gimbaza przy lekturze książki Rabskiej narażona jest na zwichnięcie żuchwy i napad senności ale jeśli kogoś interesuje literatura będzie to dla niego nie najgorsza rozrywka, przy której nie raz zdarzy mu się uśmiechnąć ale też i zadumać. Styl Rabskiej trąci myszką, dzisiaj już się tak nie pisze, ale to ma nawet swój urok, choć po pewnym czasie może stąpającego twardo po ziemi czytelnika śmieszyć albo irytować. Jakby na to nie patrzeć, nie da się odmówić autorce miłości do książki (jakby to patetycznie nie brzmiało ale to jedyne adekwatne określenie). Powiedziałbym, że to uczucie kompletne w tym sensie, że interesowała ją nie tylko literatura jako taka ale też zagadnienia "około książkowe" czyli typografia, introligatorstwo i kolekcjonowanie ekslibrisów i w tej ostatniej dziedzinie była zresztą uznawana za bardzo poważną kolekcjonerkę.

Jej bibliofilskie zainteresowania dzisiaj mogą na prawdę imponować rozmachem a zbiory niejednego współczesnego bibliofila przeprawić o zawrót głowy, atak zazdrości i żal, za bezpowrotnie utraconymi dobrami kultury, bo "Moje życie z książką" pobrzmiewa wielokrotnie jako memento dla bibliofilów i kolekcjonerów. Nie chodzi już nawet o hekatombę lat wojny ale o zwykłe koleje losu. Trudno się nie zamyślić na myśl o losach spuścizny po Józefie Jankowskim, znanym swego czasu literacie, który poświęcił całe swoje życie propagowaniu myśli Hoene-Wrońskiego i kolekcjonowaniu piśmiennictwa z nim związanego. Zbiory poświęcone filozofowi wylądowały w antykwariacie, wcale nie uszczęśliwiając jego właściciela. Okazało się, że rezultaty lat poświęceń nie budzą większego zainteresowania (dzisiaj to już w ogóle lepiej nie ryzykować testu na znajomość tej postaci). Smutne ale prawdziwe. A przecież w gruncie rzeczy to naturalna kolej rzeczy, w najlepszym przypadku dorobek całego życia ląduje w jakimś magazynie bibliotecznym z niewielką szansą na szersze zainteresowanie.

Bardzo rozległe znajomości w świecie kultury, setki postaci, dawno przebrzmiałych, których twórczość mówi coś chyba tylko specjalistom zajmujących się literaturą przełomu wieków mimo wszystko robią wrażenie, choć jednocześnie literackie wybory Zuzanny Rabskiej nie powalają. Mimo że wielokrotnie odwołuje się do bon motu mówiącego o konieczności czytania arcydzieł ze względu na krótkość ludzkiego żywota widać, że sama nie stosowała się do tej mądrości. Większość tego co wymienia raz po raz jednym tchem nie przetrwała próby czasu, a częstokroć już w czasach autorki była na marginesie. Widać, że w swoich gustach literackich (i nie tylko) jest kobietą swoich czasów, trzymającą się konwenansów. Feministki pewnie wspomniałyby coś o kształtowaniu jej życia w dużej mierze przez mężczyzn, najpierw ojca potem męża (przynajmniej do jego śmierci) z czego chyba jednak nie zawsze była zadowolona, jako że da się wyczuć lekki żal za niespełnioną miłością młodości ale tylko bardzo, bardzo delikatnie zasygnalizowany, bo przecież to nie uchodzi, nie uchodzi...

Czytając "Moje życie z książką" widzi się wyraźnie jak jeszcze stosunkowo niedawno - patrząc na to z perspektywy czytelnika, który pełnoletność osiągnął w czasach starożytnych, na długo przed wynalezieniem iphon'a - słowo drukowane, książka odgrywała znacznie poważniejszą rolę niż obecnie. W braku innych mediów była jedynym nośnikiem wiedzy i informacji, choć też z podobnymi co dzisiaj problemami. Nie można się nie uśmiechnąć, gdy czyta się narzekania krytyka literackiego sprzed prawie stu lat na zalew rynku książki przez "śmieciową" literaturę albo rozterki Rabskiej, która przez pewien czas była recenzentką książek dla jednej z warszawskich gazet, które jako żywo przypominają modus operandi blogerek "współpracujących" z wydawnictwami, a które niewiele mają wspólnego z rzetelną oceną tekstu.

To płynięcie z nurtem widać też w konserwatyzmie zainteresowań introligatorstwem nie wychodzącym poza regułę nakazującą tworzenie opraw nawiązujących do treści książki, co zresztą pokutuje do dzisiaj spychając polskie introligatorstwo na margines na tle innych państw i traktowania go tylko jako rzemiosła a nie sztuki. Trudno powiedzieć, na ile był to przejaw autentycznych estetycznych zapatrywań Rabskiej czy też podyktowany był obawą przed czymś śmielszym bo "co ludzie powiedzą". Faktem jest, że odnosi się wrażenie, że bliska jest inżynierowi Mamoniowi i bratu Jorge. Co wcale już nie jest takie zabawne bo brak śmielszej myśli, wyjścia poza utarty kanon i "kręcenie się wokół własnego ogona" na dłuższą metę jest jałowe i bez perspektyw. 

piątek, 6 września 2019

Moc i chwała, Graham Greene

Dzisiaj to nic takiego, a przecież był czas, że "Moc i chwała" miała swoje "pięć minut" dzięki Jerzemu Giedroyciowi, gdy ukazała się w Bibliotece "Kultury" w 1956 roku. W kraju została wydana sześć lat później, gdy poluzowano nieco politykę kulturalną, co prawda w książce nie pada ani razu słowo komunizm czy kapitalizm, a jednak wcześniej ideologicznie była nie do przełknięcia, co po jej lekturze jest dla czytelnika oczywiste.

Powieść Grahama Greene'a jest z gatunku tych, o których chce się tyle rzeczy powiedzieć na raz, że w gruncie rzeczy, gdy przychodzi co do czego, zapada milczenie. Przez kilka pierwszych stron sądziłem, że mam do czynienia z jakimś wariantem "Pod wulkanem" ale okazało się, że jeszcze jeden Anglik osadził akcję swojej powieści w Meksyku a jedyne co ich łączy to mistrzostwo pióra. Do kompletu dodałbym bym im jeszcze Conrada z "Nostromo" gdyby nie to, że Costaguana leżała zdaje się trochę bardziej na południe.


Greene wraz z Mauriaciem i Bernanosem swego czasu został zaliczony przez Wita Tarnawskiego do pisarzy chrześcijańskiej rozpaczy. Dzisiaj nie jest to najlepsza rekomendacja i zaistnieć mógłby w książkowym mainstreamie co najwyżej przez chwilę, na podobnej zasadzie jak Endo z "Milczeniem". Naiwnością byłoby oczekiwać by autorki i czytelniczki blogasków kojarzyły "Legendę o Wielkim inkwizytorze" i zasmakowały w jej wariancie osadzonym w meksykańskim anturażu i to jeszcze rozdmuchanym do objętości książki.

W dodatku u Greene'a nie jest tak prosto jak u Dostojewskiego, to nie jest spór bezkompromisowych złego i dobrego bo nikt tu nie jest jednoznaczny. Ani porucznik policji w swej żarliwości uczynienia dla nowego pokolenia świata lepszym bez Boga, w którym "usunie biedę, przesądy i korupcję. Zasługiwali na prawdę: na wiedzę o pustym wszechświecie i stygnącej ziemi. Zasługiwali na szczęście jakie sobie wybiorą. Dla nich był gotów na dokonanie masakry. (...) Chciał zacząć świat na nowo z nimi, w pustkowiu", który jednocześnie morduje tych, dla których chce naprawić świat, a którzy nie podzielają jego przekonania o szczęśliwości, jaką zapewni im świat bez wiary w Boga.

Ani też ksiądz, który usiłuje umknąć prześladowcom. Jeśli nawet Greene'a zalicza się do pisarzy nurtu katolickiego, to katolicyzm jego głównego bohatera daleki jest od prawowierności. Wszystko w niego jest jakieś takie moralnie wątpliwe, począwszy od tego, że "wierzył, że gdy zostanie księdzem, będzie bogaty u ważny. To się nazywało posiadaniem powołania." Także decyzja o pozostaniu w kraju, mając do wyboru; emigrację, odcięcie się od kapłaństwa poprzez ożenek i wreszcie śmierć nie wynika z przekonania o konieczności wytrwania a w zasadzie z przypadku. Jego postawa, choć ma wszelki pozór bohaterstwa sprowadza się do "śmiertelnego grzechu, braku skruchy i dezercji"  a pełnienie obowiązków kapłana okazuje się być tylko incydentalne.

Z drugiej strony liczy się to, że nie rejteruje ani nie poddaje się regułom, jakie narzuca władza. W ostatecznym rozrachunku, w walce z instynktem przetrwania wygrywa poczucie obowiązku będące przejawem wiary, tyle że wypada się zapytać, jakim kosztem. Przecież swoją postawą na szali stawia ludzkie życie, co prawda nie bezpośrednio ale przecież jest świadom tego, że kontakt z nim stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla innych. Widzi więzionych za swoją sprawą ludzi i nic nie robi, zrzucając podjęcie wyboru; życie jego albo ich, na barki tych ludzi.

Kiedy wreszcie wydaje się, że tę postawę daleką od bohaterstwa, pełną upadków moralnych ma już za sobą, okazuje się, że znowu przemawia do niego ciemniejsza strona jego duszy, ta która rządziła nim w spokojnych czasach, kiedy kapłaństwo było dla niego przede wszystkim synekurą. Cóż za pociecha z tego, że ma tego świadomość, że "to straszne jak łatwo zapominało się i wracało do dawnych błędów. (...) Bóg mógł przebaczyć tchórzostwo i namiętność, ale czy możliwe żeby przebaczył zamianę pobożności w rutynę?"

Tak..., zdecydowanie ksiądz nie wygląda na bohatera, ale jak mogłoby być inaczej skoro "nosił piekło z sobą". Można właśnie dlatego jest bardzo ludzki, także w aspekcie skłonności do upadku, z którego podnosi się ze świadomości własnych win i własnej niedoskonałości i co ma znaczenie także dla rozumienia przez niego obowiązków. Jego kapłaństwo wypływa na poły z poczucia własnej wiary, na poły jako odpowiedź na ludzką potrzebę realizacji wiary a jego poświęcenie okazuje się przejawem miłości bo jak mówi "serce to bestia, której nie można ufać. Rozum też, ale on przynajmniej nie mówi o miłości". Cóż z tego, że w sensie dosłownym przegrywa z porucznikiem, skoro w wymiarze duchowym zwycięża, choć nie będzie miał szansy by się o tym przekonać. Do niego będą należały moc i chwała.

Jak wspomniałem, u Greene'a nie ma prostej linii podziału, ani ten zły nie jest zły ze swojej istoty ani dobry nie jest chodzącą dobrocią. Ten podział dodatkowo komplikuje jeszcze kapłan - renegat, który mimo wyrzeczenia się kapłaństwa nadal się nim czuje a zewnętrzne znamiona postępowania, które mają zapewnić mu bezpieczeństwo wcale nie odpowiadają stanowi jego duszy, tak że okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby. Bo do ciągłego strachu dołącza się poczucie winy i litość albo wzgarda innych ludzi. 

piątek, 30 sierpnia 2019

Chłopi, Władysław Reymont

Pewnie gdyby nie stosunkowo niedawna kolejna emisja serialu, nie sięgnąłbym po "Chłopów". Apogeum swojej popularności powieść Reymonta dawno ma już za sobą, jak przystało na ponad stuletnią staruszkę ale i tak ciągle trzyma się dzielnie, mimo "obciążenia", jakim jest dla niej obecność na liście lektur (a może już nie). Nie mówię już o nawet opisach przyrody, przy których te osławione, z "Nad Niemnem", budzące grozę wśród dziatwy szkolnej, wydają się być "peanutsami". Może i jest powieść Reymonta niegdysiejszym przejawem "chłopomanii" ale nawet jeśli tak jest, to i tak daleko jej apologii wsi. Pełno tu ciemnoty, podłości i zachłanności.


Ja jednak wolę popatrzeć na "Chłopów" trochę jak na antyczną tragedię, tyle że w parcianym anturażu. Przecież dramatu traktującego o występnym uczuciu pasierba i macochy, podlanego żądzą władzy i bogactwa (oczywiście na miarę zabitej dziurami wiochy) nie powstydziłby się żaden z wielkich tragików. I choć dzisiaj "Chłopi" dla gimbazy (rozumianej jako stan umysłu) są tylko jeszcze jedną pozycją w panteonie narodowej nudy to gdy się im przyjrzeć na spokojnie, można by zaryzykować stwierdzenie, że przecierali w jakimś stopniu szlaki "Pożądaniu w cieniu wiązów" O'Neila.

Wydawało by się, że Reymont niewiele ma do zaproponowania dzisiejszemu czytelnikowi. Owszem, wiadomo, laureat literackiej nagrody Nobla więc "wielkim pisarzem był" ale kto dzisiaj pamięta nazwiska laureatów sprzed czterech czy pięciu lat, a co dopiero mówić o początkach XX w. A jednak, wydaje mi się, że niekoniecznie stoi na z góry przegranej pozycji. Mimo że krytycznie podchodzę do nachalnej ofensywy feminizmu widocznej w literaturze i w krytyce literackiej, to przyznać muszę, że chyba właśnie pod jej wpływem zainteresowała mnie postać lipieckiej, lokalnej "puszczalskiej" Ja, wymykająca się ona prostym ocenom, które zwykle są najbardziej kuszące.  

Oczywiście, na pierwszy rzut oka aż się prosi by odsądzić ją od czci i wiary, za tę jej "poliamorię" (czego to ludzie nie wymyślą), czterech facetów w ciągu roku, to całkiem sporo nawet ja na dzisiejsze standardy. Pół biedy, gdyby to jeszcze każdy był kolejnym po zakończeniu poprzedniej znajomości ale nie, nawet i ten minimalny standard został przez Jagnę Borynę de domo Pacześ złamany. I to jeszcze w niewielkiej, tradycjonalistycznej społeczności. Nic dziwnego, że skończyło się to tak, jak się skończyło. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Naruszając normy należy liczyć się z konsekwencjami.

A cóż takiego właściwie zrobiła? W sumie chyba nic, co wiele by się różniło od tego co robiła matka, która w czasach młodości też nie słynęła z nadmiernie surowych obyczajów, a która na stare lata była szanowaną postacią liczącą się w społeczności. Że wyszła za mąż dla majątku? Że miała żonatego i dzieciatego kochanka? Że miała dwóch żonatych i dzieciatych kochanków? Pewnie to wszystko by jej wybaczono, gdyby nie brak dyskrecji. Tego już było za wiele. No i jeszcze ta nieumiejętność panowania nad własnymi impulsami. To wszystko przyczyniło się do jej upadku.

Nie na wiele zda się jej główna linia obrony, sprowadzająca się do traktowania się jako ofiary męskiego szowinizmu (wiadomo, faceci to świnie), ale przecież nie jest już dzieckiem, niejednokrotnie potrafi powiedzieć "nie". I to "nie" stanowcze. Tymczasem w małżeństwie (ściślej mówiąc w wierności małżeńskiej) nie wytrzymała nawet pół roku, a i żałobę po mężu obchodziła bardzo specyficznie. Nie pomoże tu zasłanianie się szowinizmem. Jasne, była osobą wolną, w ostatecznym rozrachunku decydującą o sobie i sobą rozporządzającą, czemu więc miałaby krępować ją opinia innych? Czy jej pragnienie miłości i oddania nie zasługuje na wyrozumiałość? Nawet jeśli to była tylko chuć, ruja i poróbstwo, to przecież jest wolną kobietą i nikomu nic do jej wyborów życiowych.

A jednak. Okazuje się, że ta wolność przegrywa z normami społecznymi. Dodajmy, że dosyć dwuznacznymi, choć dzisiaj powiedzielibyśmy, że liberalnymi, bo pozwalającymi na bardzo wiele o ile zachowane są tylko jakieś pozory przyzwoitości. Niczym w domu pani Dulskiej, póki rzecz się rozgrywa w obrębie własnych czterech ścian, bez ostentacji można sobie pozwolić na bardzo wiele. Zlekceważenie tego w połączeniu z poczuciem bezkarności jakie dotychczas towarzyszyło Jagnie, przekonaniem że jej zachowanie jest tylko jej prywatną sprawą i choć dotyka innych członków społeczności, to jednak nic im do tego, musiało się skończyć fatalnie. Wahadło wychyliło się w drugą stronę, z patrzenia przez palce i plotek przerodziło się w samosąd. Można mieć tylko nadzieję, że wdowa po Macieju z czasem dojdzie do siebie i jakoś ułoży sobie życie ale czy tak się stało to już pozostało tajemnicą Reymonta. 

wtorek, 27 sierpnia 2019

Mój wiek, Aleksander Wat

Czytałem "Mój wiek" Aleksandra Wata z tak zwanymi mieszanymi uczuciami. Wygląda na to, że spóźniłem się z lekturą przynajmniej o jakieś 30 lat. Kiedyś to musiało być coś, dzisiaj sława książki mocno przybladła, a nazwisko autora kojarzą chyba tylko miłośnicy literatury okresu międzywojennego, studenci filologii polskiej i niedobitki inteligencji wychowanej "za komuny". Cóż, c'est la vie. Literatura łagrowa należy dzisiaj do kanonu lektur szkolnych, o skandalach z Władysławem Broniewskim można poczytać do woli w plotkarskiej biografii Mariusza Urbanka i może tylko jedynie stan wiedzy o postawach polskiej inteligencji w czasie okupacji rosyjskiej w czasie II wojny światowej pozostawia niedosyt, ale dajmy spokój, kogo to jeszcze obchodzi, kto był kolaborantem a kto okazał się przyzwoity. Nawet takie opowieści na temat luminarzy powojennej literatury polskiej dzisiaj już nie budzą emocji, a jeśli już to chyba przede wszystkim uczucie zażenowania ich postawą.


Trzeba pamiętać, że rozmowy Wata z Miłoszem a w gruncie rzeczy monologi tego pierwszego podsycane od czasu do czasu pytaniami Miłosza miały mieć znaczenie terapeutyczne. Tym tez tłumaczyć można zaskakujący brak dociekliwości, choć zapewne nie bez znaczenia było też i to, że sam Miłosz stanął po stronie "komuny" i to w okresie, w którym nie było już żadnych złudzeń co jej intencji, zatem niezręcznie byłoby mu przypierać Wata do muru. Pozostają więc bez żadnego komentarza bezrefleksyjne wyznania Wata o pogawędkach z pracownikami ambasady rosyjskiej, bardzo kulturalnymi i miłymi, a jakże, toczone kilka lat po wojnie, w której bolszewicy chcieli podbić "pańską" Polskę albo twierdzenie, jakoby poznański Październik 56 był dziełem starych "romantyków" z Komunistycznej Partii Polski.

Kontrowersyjnych wypowiedzi Wata jest zresztą znacznie więcej, ale w końcu to jego wizja rzeczywistości i obrachunek z przeszłością. Jest człowiekiem z krwi i kości ze wszystkimi wadami i słabościami i zwyczajnie, po ludzku trudno mieć do niego pretensję o to, że nie okazał się postacią ze spiżu. Gorzej, że sceptycyzm jaki udziela się po jego wątpliwej wartości enuncjacjach, także tych dotyczących śmierci Brunona Jasieńskiego czy denuncjacji Osipa Mandelsztama sprawia, że wątpliwości (czasami poniewczasie) pojawiają się także w odniesieniu do innych jego wyznań, na przykład dotyczących okresu lwowskiego czy więzienia na Łubiance.

Rozmowy z Watem prowadzone były w Berkeley oraz w Paryżu, kilka rozmów zostało literacko opracowanych przez samego Wata dając próbkę jego możliwości ale mówiąc szczerze, nie wydaje mi się by wyszło to książce na dobre. Tak jak nie wyszedł jej na dobre wyjazd Wata z USA do Francji. Widać, że zakłócenie rytmu częstotliwości rozmów zmienia ich ciężar gatunkowy, z rozmowy o sobie wychodzą próby analiz zjawisk, z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika, mało odkrywczych.

Można mieć do Wata różny stosunek, tak jak wspomniałem, nie pozuje on na pomnikową postać. Oczywiście bycie komunistą przed wojną (choć nie był członkiem KPP) to jednak trochę coś innego, niż  bycie nim w czasach "komuny". Poczucie wielkich przemian, kryzys minionego świata, niezgoda na otaczającą rzeczywistość połączona z poczuciem kosmopolityzmu i reakcji na antysemityzm (wielokrotnie wspomina o licznym udziale Żydów w ruchu komunistycznym) owszem, może stanowić wyjaśnienie wyborów Wata, ale nie znaczy, że je usprawiedliwia. Bo nie usprawiedliwia przedwojennego komunizmu (w czasie gdy środowisko komunistów było infiltrowane przez Rosjan), ani kolaboracji z Rosjanami w czasie okupacji, ani dysput z NKWD w czasie więzienia na Łubiance. Z "Mojego wieku" nie da się też w żaden sposób wysnuć wniosku o jego bezkompromisowym stosunku do komunistycznych władz w powojennej Polsce. Choć książka na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie wiwisekcji, to jednak w gruncie rzeczy daleko było w niej Watowi do absolutnej szczerości. Trudno zresztą byłoby od niego tego oczekiwać bo oznaczałoby to przyznanie, że dokonane w młodości wybory, które rzutowały na całe życie okazały się błędem i tym samym negację swojej przeszłość i życia. 

Nie zmienia to faktu, że przez długi czas, chyba aż do "Onych" Teresy Torańskiej był to jedyny obrachunek polskiego komunisty, który przejrzał na oczy. Obrachunek w znacznej części mieszczący się w pojęciu literatury łagrowej (choć ściśle rzecz biorąc, "Mój wiek" zawiera wspomnienia nie z obozów a z więzień). Drugim walorem książki jest pokazanie świata literackiego Polski międzywojennej, oczywiście nie całego ale tego, w którym obracał się Wat, pokazanie go od kuchni, co miało swoją wartość w czasach gdy publiczne wywlekanie brudów nie było jeszcze w modzie. Wreszcie "Mój wiek" rzuca sporo światła na wstydliwy epizod z historii polskiej inteligencji (ale nie całej) związany z jej postawą w czasach okupacji rosyjskiej (Wat został aresztowany na początku 1940 r. więc siłą rzeczy nie opisuje całego okresu okupacji). Dzisiaj może nie robi to już specjalnego wrażenia bo nie ma już tematów tabu i po latach "Mój wiek" pozostaje tylko dokumentem literackim pokazującym dobrowolne zaprzęgnięcia się poety, wydawałoby się z otwartą głową i szerokimi horyzontami, w kierat komunizmu i opłakane konsekwencje tego wyboru. 

wtorek, 9 kwietnia 2019

W oczach Zachodu, Joseph Conrad

Znajomość pisarstwa Conrad utrzymywana jest dzisiaj metodą kroplówkową. Pewnie gdyby nie obecność na liście lektur "Lorda Jima" i "Jądra ciemności" (trzeba przyznać uczciwie, że dziatwa szkolna została rzucona, zwłaszcza w przypadku opowiadania Conrada, na bardzo głęboką wodę) Conrad nie byłby kojarzony nawet z nazwiska. Nie pomaga nawet hołd złożony pisarzowi przez Ridleya Scotta. Z jednej strony, nad twórczością Conrada unosi się duch abominacji "komuny" - by przypomnieć osławiony tekst Jana Kotta. Niezależnie już od Conradowskiego poczucia wierności i honoru, które zupełnie nie pasowało do moralności socjalistycznej, jak Kott mógłby pochlebnie pisać o autorze, który uważa, że "w prawdziwej rewolucji najlepsze charaktery nie wysuwają się na czoło. Żywiołowa rewolucja wpada z początku w ręce ciasnych fanatyków i tyrańskich hipokrytów. Potem przychodzi kolej na wszystkich pretensjonalnych bankrutów umysłowych danego czasu. Tacy są jej wodzowie i kierownicy. (...) pominąłem zwykłych łotrów. Natury sumienne i sprawiedliwe, szlachetne, ludzkie i ofiarne, jednostki nieegoistyczne i inteligentne mogą rozpocząć ruch, ale on im się wymyka. To nie są przywódcy rewolucji. To są jej ofiary: ofiary rozczarowania, niesmaku, często wyrzutów sumienia. Wykoślawione i zdradzone nadzieje, skarykaturowane ideały - oto definicja rewolucyjnego zwycięstwa."

Z drugiej, jak brutalnie szczerze pisał Zdzisław Najder, Conradowi nie pomaga "widoczny kryzys etosu służby w dzisiejszym społeczeństwie polskim i równoczesna utrata roli wzorcowej przez warstwę inteligencką" i to, że "nie jest to pisarz, którego chętnie czytają dorobkiewicze i zwolennicy rozsądkowych kompromisów".


A jest przecież "W oczach Zachodu" powieścią, która może walczyć z "Lordem Jimem" i "Jądrem ciemności" o miano najwybitniejszego dzieła Conrada, a tym samym jednego z wybitniejszych dzieł literatury światowej. "(...) jest to rosyjska opowieść przeznaczona dla zachodnich uszu, które (...) nie są zdolne do uchwycenia pewnych tonów cynizmu, okrucieństwa i moralnej negacji, a nawet moralnej rozpaczy - tych tonów, jakie już ucichły w naszej części Europy [to znaczy zachodniej - przyp. mój]."  Pretekstem do jej napisania był zamach bombowy na ministra spraw wewnętrznych Cesarstwa Rosyjskiego Wiaczesława von Plahwe, dokonany 28 lipca 1904 r. przez Jegora Sazonowa choć prawie nic, z tego co pisał znajduje się w powieści nie pokrywa się z faktami. Ale mówiąc szczerze, nie musi.

Miarą dobrej książki jest trudność pisania o niej. Niby wiadomo co się czytało, o czym jest książka a jednak towarzyszy temu świadomość, że coś nam umknęło, a to co zdołaliśmy uchwycić błąka się tylko po poboczach tego co najistotniejsze. Przyznaję,  pierwsze spotkanie z "W oczach Zachodu" nie olśniło, zresztą to chyba ogólniejsza prawidłowość książek Conrada. Kończy się lekturę lekko zakłopotanym, z pytaniem, o co chodzi?, o co tyle zamieszania? Niby dzieło wybitne a dla mnie jest ono jak "miedź brzęcząca albo cymbał grzmiący" więc trochę zaniepokojony po kilku miesiącach zafundowałem sobie ponowną lekturę i dzisiaj już nie mam wątpliwości czemu "W oczach Zachodu" zaliczane jest do najlepszych powieści Conrada. 

Student mający szansę kariery się staje przed koniecznością dokonania wyboru, od którego zależy życie człowieka, który mu zaufał, a potem poznaje siostrę, tego którego zadenuncjował. Ach, cóż by to mógł być za materiał na bestseller! A tak co - jakaś powieść o rozterkach i tragedii. A mogło być tak pięknie; główni bohaterowie mogli pobrać się, mieć dzieci i żyć długo i szczęśliwie. Byłoby o czym pisać na blogaskach.

Tymczasem Conrad nicuje pobudki ludzkiego działania i stawia swego bohatera przed dylematami, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Nie o to dzisiaj chodzi. Kogo obchodzi, co jest pobudką ludzkiej nikczemności, czy jest "to próżność, rozpacz, miłość, nienawiść, chciwość, mądra duma czy głupia zarozumiałość" i jaki jest rezultat konfrontacji "męki wyrzutów sumienia, zemsty, kajania się, gniewu, nienawiści, lęku" z pokusą zaznania miłości?

Traktuje się "W oczach Zachodu" jako powieść będącą polemiką z mitem "narodu bogonośćca" tak rozsławionym przez Dostojewskiego. I rzeczywiście, można tak je odczytywać, nie bez kozery jedna z postaci powiada "my Rosjanie jesteśmy bandą pijaków. Musimy się czymś upijać: szaleć ze zgryzoty lub rozrzewniać się rezygnacją; leżeć bezwładnie jak kłoda lub podpalić dom! I proszę mi powiedzieć, co trzeźwy człowiek ma tu do roboty?". Widać, że Conrad nie dał się uwieść histerycznym, miotanych emocjami bohaterom Dostojewskiego - "W swej pysze liczb, w swych dziwacznych pretensjach do świętości i w tajemnej gotowości do poniżenia się w cierpieniu, duch Rosji jest duchem cynizmu. Duch cynizmu wypełnia do tego stopnia oświadczenia rosyjskich mężów stanu, teorie rewolucjonistów i mistyczne przepowiednie proroków, że wolność wygląda na pewną formę rozpusty, a nawet same cnoty chrześcijańskie wydają się nieprzyzwoite...". A główny bohater książki "poczuł twardą ziemię rosyjską, martwą, zimną, nieporuszoną, niby ponura i tragiczna matka z zasłoniętą twarzą - poczuł ziemię ojczystą, ziemię własną - choć bez domowego ogniska, bez jednego serca!".

Drugim motywem, jest wspomniany już, krytyczny (delikatnie mówiąc) stosunek do rewolucji ("Alboż cała działalność rewolucyjna nie opierała się na szaleństwie, samooszukiwaniu i kłamstwach?") zasługujący na tym większą uwagę, że Conrad wykazał się tu darem profetyzmu (niestety) a na literackim gruncie przecierał szlak słynnemu "pojedynkowi" Rubaszowa i Iwanowa z "Ciemności w południe" Koestlera.

Jednak to co najciekawsze, to Conradowska walka o ocalenie samego siebie, własnego poczucia godności. Co powoduje przyzwoitym człowiekiem, że z premedytacją dokonuje fałszywego wyboru; strach o własną przyszłość i karierę, wściekłość na człowieka, który postawił go przed koniecznością dokonania takiego wyboru, czy może przekonanie o słuszności własnych idei? Każda decyzja pociąga za sobą kolejną i człowiek sam wikła się w sytuacje, w których normalnie nie powinien się znaleźć. Z jednej strony ma się świadomość samodzielności wyboru, z drugiej, poczucie własnej nikczemności. Na nic nie zdaje się samooszukiwanie i poszukiwanie usprawiedliwienia. Sumienia nie da się przekonać. Pragnienie uczciwości wobec samego siebie ciągle działa i nawet strach przed konsekwencjami nie pomaga na wyrzuty sumienia. Uczciwość wobec samego siebie przeważa i sprowadza katastrofę. Bohater Conrada jest po ludzku słaby. A Conrad nie stawia go w jednoznacznych czarno-białych sytuacjach, zawsze jest jakieś "ale", jednak na końcu i tak jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź, do której ostatecznie dochodzi "i właśnie wtedy zrozumiał, że najzjadliwsze drwiny, najgorsze niegodziwości, że całe to szatański dzieło jego nienawiści i pychy nie zdołałyby nigdy przesłonić nikczemności życia jakie go czekało. Trzeba mieć charakter, aby dojść do takiego przekonania".

Co tu dużo mówić - WOW!

czwartek, 28 marca 2019

Korekta obrazu?, Tomasz Domański czyli o Dalej jest noc, Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski pod red. Barbary Engelking i Jana Grabowskiego

Lekturę "Dalej jest noc" zacząłem "od tyłu", czyli od recenzji Tomasza Domańskiego, rzadka rzecz by recenzja przybrała rozmiary książki, a mimo tego pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie napastliwy, bardzo emocjonalny i zupełnie nie licujący z etosem profesora (tak jak go sobie wyobrażam) wpis profesora Jana Grabowskiego, współautora książki, będący reakcją na nią. To właśnie jego histeryczna reakcja zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłem sprawdzić o co ta cała awantura. 


Zanim jednak do tego przejdę, chciałem zastrzec, że nie oburzam się gdy słyszę, o obecnym w okresie II wojny światowej wśród Polaków antysemityzmie. Choć co to był za antysemityzm skoro Polska była przed wojną jednym z największych skupisk Żydów na świecie? No i warto pamiętać o tym co pisał Isaac Singer, "Jak można się wprowadzić do cudzego domu, żyć w nim w całkowitym odosobnieniu i oczekiwać, że się na tym nie ucierpi? Jeśli człowiek gardzi bogiem swego gospodarza, biorąc go za wizerunek z blachy, stroni od jego wina jako zakazanego, uznaje jego córkę za osobę nieczystą, czyż tym wszystkim nie ściąga na siebie traktowania należnego osobie niepożądanej i obcej?".


Ale do rzeczy. Tekst Tomasza Domańskiego, nie kwestionuje występowania antysemityzmu wśród Polaków ani tego, że przybierał on odrażające i skrajne formy. Podstawowy zarzut, tak jak ja go rozumiem, odnosi się do skali takich przypadków i sprowadza się do tego, że to nie Polacy jako zbiorowość i nie Polska jako państwo lecz jednostki, w różnym stopniu, przyczyniały się do śmierci Żydów, począwszy od szantaży i donosów a skończywszy na morderstwach. Tomasz Domański zarzuca Współautorom "Dalej jest noc", że ich narracja sprawia wrażenie, jakby pisali oni swoje teksty pod z góry założoną tezę, o powszechności polskiego antysemityzmu i współdziałaniu Polaków z Niemcami, co nie jest prawdą.

Wskazuje na szereg uchybień warsztatowych, które w gruncie rzeczy, jeśli już, to zainteresują bardziej historyka niż przeciętnego zjadacza chleba, który po prostu chciałby się dowiedzieć, jak tam z tym antysemityzmem Polaków w końcu było. Ale wśród tych zarzutów, znajduje się też i taki, którego nie da się zakwalifikować w żaden sposób jako "szukania dziury w całym" i "czepiania się". Chodzi mianowicie o manipulację źródłami. Okazuje się, że owszem wiele ze zdarzeń opisanych w książce miało miejsce tyle, że ich przebieg i kontekst były inne niż by to wynikało z "Dalej jest noc".

Ograniczę się tylko do dwóch, moim zdaniem, najbardziej drastycznych manipulacji, chociaż w "Korekcie obrazu" wskazanych jest ich o wiele więcej. Otóż można przeczytać w "Dalej jest noc" o tym, jak polskie dzieci wydały Żydów chowających się w jaskiniach w okolicy Ojcowa, a dorośli pomogli w ich ujęciu. Tymczasem wg Tomasza Domańskiego wyglądało to "trochę" inaczej. Otóż w noc poprzedzającą to wydarzenie miał w okolicy miejsce napad rabunkowy a bawiące się w okolicy dzieci znalazły przedmiot należący do obrabowanego a w pobliskich grotach ukrywających się ludzi. Wszyscy byli więc przekonani, że mają do czynienia ze sprawcami napadu. Finał był tragiczny ale niewiele miał wspólnego z antysemityzmem, tego jednak można dowiedzieć się z "Korekty obrazu?", choć powinno wynikać z recenzowanej książki.

Inna, dramatyczna, wydawałoby się jasna sprawa. W powiecie miechowskim, w gminie Kozłów "ubogi rolnik, Aleksander Kuraj, "szantażowany i straszony" donosem na policję przez sołtysa Józefa Gądka, zamordował w lutym 1944 r. kluczem kolejowym ukrywanego przez siebie Zyda Jankiela Libermana". Odrażająca zbrodnia, nie ma co do tego dwóch zdań. Tyle że w "Dalej jest noc" zapomniano wspomnieć, że "29 stycznia 1943 r. w tej samej gminie Kozłów Niemcy wymordowali we wsiach Wierzbica i Wolica za pomoc Żydom członków rodzin Kucharskich, Książków i Nowaków. Przy tym ich przewodnikiem był schwytany przez Niemców Żyd (...), który nie wytrzymał presji i sam wyszedł na wieś w czasie obławy. Licząc, że wykupi w ten sposób własne życie, wskazywał Niemcom kolejne domy chłopów, którzy ukrywali Żydów. Oprowadzał Niemców szczegółowo po zabudowaniach, informował, ile czasu i gdzie konkretnie się ukrywał. W tej akcji również uczestniczyli policjanci granatowi." Morderstwo pozostaje morderstwem, odebrano niewinnemu człowiekowi życie, dając mu wcześniej szansę ocalenia. Ale chyba jednak ma pewne znaczenie, że zbrodnia ta była podyktowana strachem o życie własne i rodzin, ludzi nie będących pewnych czy nie powtórzy się sytuacja, która nie była jakąś histeryczną, hipotetyczną spekulacją, ale czymś co wydarzyło się "za miedzą".

Wspomina się w "Dalej jest noc" o oddawaniu przez Żydów dzieci na przechowanie Polakom w okresie akcji likwidacyjnych w Proszowicach w sierpniu i wrześniu 1942 r., które następnie były przez chłopów odprowadzane do getta albo na posterunek. "Zapomniano" jednak dodać, choć korzystano z tego samego źródła, że "w Proszowicach mieszkała rodzina żydowska, która żyła na fałszywych papierach rumuńskich i dlatego nie była objęta akcją. Przy tej rodzinie wielu Żydów pozostawiło swoje dzieci. I Żydzi ci, niestety nazajutrz oddali na policję wszystkie pozostawione u nich dzieci. (...) także "goje" (...) głównie chłopi przyprowadzali dzieci. Jedni mówili, że nie mogą tych dzieci więcej trzymać, a inni, że dzieci krzyczą i chcą wrócić do swoich rodzin...", co rzuca trochę inne światło na tę sprawę.

Tak jak inne światło, a raczej cień rzuca pominięcie współpracy Żydów z Niemcami, czy to w zinstytucjonalizowanej formie Judenratów i "policji żydowskiej" czy też indywidualnych przypadkach co bardziej "przedsiębiorczych" Żydów żerujących do spółki z Niemcami na własnych pobratymcach. Obrzydliwa sprawa, nie wiadomo jednak dlaczego przemilczana w "Dalej jest noc".

Dla jasności, Tomasz Domański, nie kwestionuje zasadniczych ustaleń "Dalej jest noc", to znaczy faktu, że antysemityzm istniał i to w najbardziej odrażających przejawach, i że było to coś co występowało w znacznie większej skali, niż gdyby dopuszczali się go tylko przedstawiciele marginesu społecznego. Upomina się jedynie o badawczą rzetelność i przedstawienie wyników badań sine ira et studio, z czym Autorom recenzowanej przez niego książki nie poszło najlepiej. Stoi więc sobie "Dalej jest noc" u mnie na półce ale ochota do przeczytania jakby mniejsza. 

wtorek, 19 marca 2019

Adwokat i róże, Jerzy Szaniawski

Jerzy Szaniawski "Adwokata i róże" nazwał komedią, ale to chyba miał być żart. Owszem, gdy czyta się jego dramat, to wywołuje on uśmiech, jak wówczas gdy z pochwał Jakóba, dalekiego "krewnego" Protazego z "Pana Tadeusza", rysuje się postać tytułowego bohatera niczym ze wstępu do "Prawniczych praw Murphy'ego". Arthur Bloch opowiadał w nich o adwokacie, którego klient, "zagorzały recydywista, został oskarżony o napad i bezsensowne morderstwo. Podczas pierwszego spotkania nieustannie dopytywał się, czy obrońca jest przekonany o jego winie. Ten tak długo, jak potrafił, unikał odpowiedzi, w końcu jednak oznajmił: - Niech pan posłucha, to nie ma żadnego znaczenia, czy uważam pana za winnego czy niewinnego. Moim zadaniem jest uzyskać dla pana możliwie najkorzystniejsze rozwiązanie: albo uniewinnienie, albo jak najłagodniejszy wyrok.
- To znaczy, że broniłby mnie pan, nawet gdyby pan był przekonany, że to zrobiłem? (...)
- Tak.
- Cholera - mruknął morderca - ja bym tak nie potrafił."  


A mecenas Wilcher potrafił. To jest coś, co "zgrzyta" w głównej postaci, wyrozumiałym starszym panu, kojarzącym się trochę z samym Szaniawskim, (chociaż ten gdy pisał sztukę daleko miał jeszcze do wieku emerytalnego), za sprawą tej pobłażliwości wobec uczuć, które nim samym chyba nigdy nie miotały podobnie jak i jego bohaterem. Przykro mówić, ale to jego zawodowe modus operandi, które przenosi na swego ucznia nie świadczy o nim najlepiej. Być skutecznym, także za cenę prawdy, to jakoś mało zabawne. Kiedy student zostaje uniewinniony, to przecież nie dlatego, że nie był winny usiłowania zabójstwa ale dlatego, że skuteczne okazały się łapówka i kłamstwo adwokata, w którym Wilcher miał swój udział. To nie miało nic wspólnego ani z prawdą ani z uczciwością. Miłe, że przestępca dostaje drugą szansę, którą być może wykorzysta, tak jak jego matka. Oby. Kto to jednak wie? Ale trudno uwierzyć by wszyscy klienci głównego bohatera tylko chwilowo pobłądzili i zeszli na złą drogę. A co z ofiarami, co z poczuciem sprawiedliwości, co ze słuszną karą za przestępstwo?

Jakoś też nie śmieszy, gdy ogląda się Wilchera przyglądającego się dobrotliwie, jak uczeń miota się w platonicznym, nieodwzajemnionym uczuciu do jego żony. Jest w tym podobny trochę do starego, wytrawny kolekcjoner, który z uśmiechem pobłażania patrzy na zachwyty początkującego zbieracza olśnionego jego kolekcją. Pochlebiają mu one a jednocześnie choć widzi że eksponaty są przedmiotem pożądania wie, że są niezagrożone.


Wydawałoby się, że "Adwokat i róże" to na pierwszy rzut oka, jak mówi Marek, sztuka o tym, że "tu ktoś kogoś zabił, czy chciał zabić, że tu ktoś coś skradł i może o tem, że tu ktoś kogoś... kochał...". Ale to tylko, że tak powiem warstwa politury, pod nią się kryje coś nieokreślonego, niedopowiedzianego, coś co wymyka się prostym stwierdzeniom. Od biedy, w braku lepszego określenia, można to nazwać wyższością pracy nad samym sobą ponad uczucia, które doraźnie miotają człowiekiem. Ale nie dam głowy, czy taki był zamysł Milczka z Zegrzynka. Choć nie da się ukryć, że w jego dramacie miłość przegrywa, a jeśli odnosi się wrażenie, że ma przewagę to tylko chwilowo.


Uczucie przegrywa, gdy patrzy się na Wilchera, którego miłość do żony wygasła a w jej miejscu pozostało, bo ja wiem... może przywiązanie i sympatia, przegrywa, gdy patrzy się na Dorotę, tkwiącą u boku męża, którego nie kocha, gdy patrzy się na Marka, który zostaje u boku swego mentora, cierpiąc z powodu  nieodwzajemnionej miłości, a i odejście Łukasza ma w sobie zapowiedź klęski miłości i powrotu. Ogień miłości może i pali się wielkim płomieniem ale szybko gaśnie. Główny bohater Szaniawskiego już to wie, jego żona chyba też, owszem zdradza męża a przecież nie opuszcza go i nie podąża za kochankiem. Wybiera bezpieczne, spokojne życie u boku pozbawionego namiętności i wyrozumiałego męża. Nie będzie ryzykować by zostać za jakiś czas "starszą panią" porzuconą przez młodego kochanka. Łukasz to co innego, perspektywa statusu porzuconego młodego kochanka "starszej pani", z jego punktu widzenia, nie jest tak przerażająca. On wie już czym jest zranione serce, już tego doświadczył i okazało się, że od tego się nie umiera zwłaszcza, że ma "w zapasie" perspektywę azylu, do którego będzie mógł powrócić. Nie każdy ma takie szczęście. Wewnętrzne doskonalenie vs. miłość. To jest wybór... No, a dla miłośników zagadek kryminalnych ciągle pozostaje poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kto kradł róże adwokata. Polecam!

wtorek, 5 marca 2019

Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace, Stefan Żeromski, na obrzeżach książki

Trafiło do mnie ocenzurowane a właściwie autocenzurowane wydanie "Syzyfowych prac" Żeromskiego z 1916 r. w oprawie wykonanej przez Urszulę Pietrusewicz i Daniela Szlachtowskiego z Pracowni Leśnej 6. Ci, którzy poznali się na powieści Żeromskiego i dla których jest czymś więcej niż tylko "narodową nudą", być może pamiętają postać profesora Rudolfa Leima. Otóż w rozdziale VIII powieści można przeczytać, iż "W dni galowe dworskie pan Leim maszerował przez miasto ustrojony w mundur z haftowanym kołnierzem, z orderami, wśród których wisiał miedziak "za usmirenje polskowo miatieża", ze szpadą u boku i w pierogu."  

zdjęcia pochodzą ze strony https://www.facebook.com/pracownialesna6/

Tak na prawdę ten "miedziak", który zdobi oprawę był wykonany z ciemnego brązu i w tej wersji był nadawany urzędnikom cywilnym i wojskowym, którzy w latach powstania styczniowego służyli na terenie Polski i którzy wspomagali tłumienie powstania oraz obywatelom, którzy wspomagali administrację rosyjską i wojsko (nadano ponad 230 tys. takich medali). Niezbyt dobrze więc świadczy o profesorze Leimie obnoszenie się z takim odznaczeniem. Był jeszcze wariant medalu wykonany z jasnego brązu, ale był przeznaczony dla żołnierzy i chłopów walczących z powstańcami (ten z kolei był nadany w ilości prawie 370 tys.).


To ciekawe wydanie, jako że było jednym z dwóch wydań ocenzurowanych a właściwie autocenzurowanych przez pisarza i akurat z nich possus o "miedziaku" profesora Leima podobnie zresztą jak wiele innych, drażliwych dla Rosjan został usunięty.

Powieść ukazała się najpierw krakowskim dzienniku "Nowa Reforma" w 1897 r., i w tym samym roku we Lwowie (by uniknąć kłopotów z rosyjską cenzurą) w formie książkowej i doczekały się szybko dwóch kolejnych wydań; w 1901 i 1905 roku. Żeromski podpisał książkę pseudonimem Maurycy Zych a tytuł został wybrany przez redakcję "Nowej Reformy" której Żeromski zaproponował zestaw kilku tytułów do wyboru (jakie były inne propozycje nie wiadomo). Trzy wydania w ciągu ośmiu lat to sukces wydawniczy o jakim mogą tylko marzyć współcześni pisarze. 


Ze względu na popularność książki, okazało się, że byli chętni by powieść wydać także w zaborze rosyjskim ale by "ograć" cenzurę pisarz za namową Kazimierza Rakowskiego, który był redaktorem tygodnika "Sztandar" (który dla zmylenia cenzury w latach 1907 - 1908 kilkukrotnie musiał zmieniać tytuł) zmienił tytuł powieści na "Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace" i podpisał ją własnym imieniem i nazwiskiem. Oprócz gazetowego wydania w "Sztandarze, które ukazywało się od grudnia 1908 r. do lipca 1909 wyszły także dwa wydania książkowe. Pierwsze w 1909 (choć książka ma datę 1910), drugie w 1916 r. Kolejne ukazało się już w niepodległej Polsce w 1919 r. a choć zostało przejrzane przez Żeromskiego, to wcale nie było automatycznym powrotem do wydań lwowskich, za to mniej więcej zgodne jest z tekstem, który znany jest z lektur szkolnych.


Na marginesie perypetii związanych z edycjami tekstu wypada wspomnieć o sporach dotyczących tytułu. Przyjmuje się, że pierwotny tytuł książki to "Wybawiciel" choć są to tylko domniemania oparte na liście Żeromskiego z 1892 r. do Bolesława Wysłoucha, redaktora "Kuriera Lwowskiego", w którym pisarz wspomina, że w powieści przedstawił wychowanie w szkołach wiejskich i w gimnazjach w Królestwie i chciałby ją wydać na łamach gazety. I tyle. Jak już wspomniałem, powieść ostatecznie ukazała się dopiero w 1897 r., a tytuł "Syzyfowe prace" został wybrany przez redaktora gazety, za to tytuł "Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace" z 1909 r. został już najprawdopodobniej ustalony przez pisarza, który z kolei w wydaniu z 1919 r. powrócił do wersji pierwotnej. Ale nie to jest najważniejsze, otóż utarło się interpretować tytuł powieści jako odzwierciedlenie daremności wysiłków rusyfikacyjnych, tak jak daremna była praca Syzyfa. Tymczasem prof. Artur Hutnikiewicz zaproponował odwrócenie znaczenia tytułu. Wg niego to "zmagania się młodzieży polskiej z potęgą miażdżącej machiny zaborczego państwa mają coś z wielkości, tragizmu i uporu pracy Syzyfa. Jest to trud nad siły, trud na pozór daremny, przeciw jakiejkolwiek rachubie i rozsądkowi, ale to tym więcej godne uwielbienia".

Cóż..., można powiedzieć, że to ciekawe ale nie da się ukryć, że Profesora chyba jednak poniosła fantazja. Owszem zmagania polskiej młodzieży z rusyfikacją mają coś z wielkości ale nie ma to nic wspólnego z Syzyfem. Jeśli zna się mit o nim, choćby tylko w ogólnym zarysie, to wie się, że w pracy Syzyfa nie było nic z wielkości. To kara jaką poniósł król Koryntu za kłamstwa i oszukiwanie bogów. Nic w tym szlachetnego, zważywszy, że nie dokonał żadnego czynu choćby tylko zbliżonego do czynu Prometeusza. Cóż więc za wielkość może tkwić w słusznej karze? To nie Syzyf zadaje sobie trud, który nie na pozór lecz naprawdę jest daremny - ten trud został mu zadany. Syzyf nie decyduje o niczym, jego wola nie ma żadnego znaczenia - ma wtoczyć głaz na szczyt i tyle, ma wykonać to co zostało mu nakazane i z bezcelowości czego każdy zdaje sobie sprawę. Jego męka jest nie tylko fizycznej natury ale także psychicznej, wie przecież, że jego wysiłek jest bezsensowny i bez nadziei jako że kara jest wieczna. Czy ten bezsensowny, upokarzający trud jest nawiązuje do postawy Marcina Borowicza i jego kolegów? Czy jest godny uwielbienia? Współczucia - być może, ale uwielbienia, no nie wiem... 

wtorek, 19 lutego 2019

Ten Obcy, Irena Jurgielewiczowa

Na nic się zdał prestiż obecności na Liście Honorowej IBBY, moja najmłodsza latorośl mordowała się prawie tydzień z "Tym Obcym" Ireny Jurgielewiczowej. Nie dziwię się swojemu synowi, nie od dziś wiadomo, że to "dziewczyńska" książka a problemy bohaterów nie wytrzymują porównania z przygodami postaci Marvela. Tak, nie ma co ukrywać, prawie 60 lat zrobiło swoje i dla współczesnego ucznia "rozklekotana dekawka" i "filujący knot" są równie tajemnicze co osławione "Tosiny" z "Plastusiowego pamiętnika" a pozór współczesności, jaki daje okładka ze zdjęciem nastolatka w bluzie z kapturem (nie wątpię, że zrobiłaby wrażenia na bohaterach Jurgielewiczowej) bardzo szybko się ulatnia. 


Niestety, literatura dla młodzieży osadzona w współczesnych sobie realiach szybko się starzeje. To co kiedyś utrzymywało się przez pokolenie, dzisiaj staje się anachronizmem już gdy upłynie jego połowa i nie pomoże tu nawet najlepsze przesłanie książki. Taki też los spotkał powieść Jurgielewiczowej. Nic nie pomogło, że istota problemów, które porusza pozostaje w gruncie rzeczy ta sama, a może nawet dzisiaj jest bardziej wyraźna. Krzywda wyrządzona dziecku, strach i agresja jako reakcja obronna, a jednocześnie bezradność w świecie rządzonym przez dorosłych, pragnienie miłości i poczucia bezpieczeństwa. W świecie, w którym ekshibicjonizm uczuciowy stał się dla wielu normą, jaśniejszą stroną tego zjawiska jest wyciągnięcie spod korca tego co jeszcze do niedawna wstydliwie przemilczano i jeśli już napiętnowano, to najwyżej półgębkiem, uważając, że krzywda dziecka jest tylko wewnętrzną sprawą rodziny od której obcym wara.

Rzecz w tym, że to co ważne, za sprawą umieszczenia w siermiężnej, prowincjonalnej rzeczywistości sprzed ponad pół wieku dla wielu nieletnich pobrzmiewa zapewne jak bajka o żelaznym wilku. Zamknięcie w wąskim kręgu lokalnej społeczności, gdzie wyjazd autobusem do sąsiedniego miasteczka, lody i rogal są wydarzeniami, podobnie jak dla dorosłego kupno butów, motocykl jako oznaka prestiżu, wyniesienie kilku ziemniaków czy kromki chleba na dwór. Aż trudno uwierzyć, żeby to było prawdziwe.

O, gdyby głównym bohaterem był prawdziwy obcy ze spluwą strzelającą pociskami plazmowymi albo chociaż z pistoletami laserowymi, to zupełnie inne sprawa, albo żeby jak Kuki miał on przedmiot, który spełnia każde życzenie, albo żeby chociaż byli jacyś zombie, to co innego. A tak, co... chłopak uciekł z domu bo bił go pijany ojciec, skończyły mu się pieniądze i szukając wuja trafił na nudzące się na wsi dzieci, dla których stał się atrakcją. Cóż to dzisiaj za atrakcja...

No, jeszcze pierwsze uczucia, to było to, co "za moich czasów" czyniło "Tego Obcego" książką "dziewczyńską". Ani moich kolegów, ani mnie uczucia Zenka i Uli nie brały - bliższe mi było "adelowanie" z książek Nienackiego. Jak dzisiaj to wygląda, nie wiem, ale mam wrażenie, że na moim synu rozterki miłosna Mariana i Zenka nie zrobiły specjalnego wrażenia.

A jednak w głębi serca mam nadzieję, że jakiś dobry nauczyciel języka polskiego będzie potrafił zaktualizować powieść Jurgielewiczowej i przedstawić ją jako coś więcej niż ramotkę, lekturę  sprzed lat, zwłaszcza babć. Ciągle przecież dziewczynki i chłopcy przeżywają pierwsze uczucie, choć niekoniecznie w tak subtelny sposób, jak w "Tym Obcym", jeśli pamięta się na przykład o filmie "Galerianki". Krzywda i bezradność dziecka w świecie dorosłych ciągle pozostają aktualnym problemem, do którego oprócz przemocy doszło także wykorzystywanie dzieci. U Jurgielewiczowej jest to wyłożone łopatologicznie, jak przystało na książkę dla "młodszej młodzieży" trzymając się określenia klasyka, podkreślone co prawda mało ale za to czytelną parabolą z psem pokazującą wspólnotę losów osamotnionego, skrzywdzonego chłopca i bezpańskiego psa, więc jest szansa że nie przejdzie to bez echa.

Z mojego punktu widzenia, jako dorosłego i ojca, w książce Jurgielewiczowej zainteresowało mnie coś, co choć obecne w niej cały czas, jest tylko jakby lekko zarysowane, to relacje dorośli - dzieci. Nie ulega wątpliwości, że pomijając tytułowego bohatera, u ich podłoża leży miłość ale w jakże różnym wydaniu. Od paternalistycznych zwyczajów dziadków Julka i Mariana, poprzez znajdujących się w "fazie przejściowej" stosunków pomiędzy Pestką i jej matką będącą mieszaniną partnerstwa i apodyktyzmu po liberalne podejście ojca Uli, na którym ciąży piętno rozwodnika (zabrakło jeszcze tylko kogoś żyjącego w konkubinacie, no ale to, jak na tamte czasy byłoby już za wiele). I nie dam głowy, czy takie przedstawienie nie ma głębszego znaczenia - rozwód jako oznaka nowoczesności, wyzwolenia z tradycyjnych okowów stosunków pomiędzy dorosłymi idzie w parze z nowoczesnością w relacjach rodzica z dzieckiem (ale nie upieram się przy tym).

W każdy razie okazuje się, przynajmniej w powieści, że zaufanie dziecka, jest odwrotnie proporcjonalne w stosunku do czynnika, że tak powiem "przemocowego", który może mieć różne przejawy. Im bardziej partnerskie traktowanie dziecka, co nie oznacza pobłażania, tym jego zaufanie jest większe. Dzisiaj wydaje się to oczywiste, choć też nie dla wszystkich, wówczas gdy rozgrywała się akcja "Tego Obcego" zakrawało to na fanaberię pedagogiczną, która "broniła się" tylko dzięki wysokiemu statusowi społecznemu rodzica. 

czwartek, 10 stycznia 2019

Czerwone tarcze, Jarosław Iwaszkiewicz

Wracałem samolotem do kraju i jedyne polskie czasopismo, które mi przypadkiem wpadło w ręce to był "Twój styl" sprzed ponad pięciu lat. Zauważył to mój sąsiad i mówiąc mi - niech pan to zostawi jak mam coś świeższego, podał mi Newsweek z grudnia 2017 roku z profetycznym artykułem Renaty Grochal i peanem Krzysztofa Vargi na temat biografii Andrzejewskiego. 


W tekście poświęconym książce Anny Synoradzkiej-Demadre "Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej"  m. in. narzeka na "dyskryminację" autora "Miazgi" w stosunku do Iwaszkiewicza i chyba w ramach jawnej prowokacji pyta - któż dzisiaj jeszcze czyta "Czerwone tarcze" czy "Sławę i chwałę"? Cóż, odpowiadam - Iwaszkiewicza czyta inteligencja. Fakt, jest to warstwa społeczna w dzisiejszych czasach spychana na margines ale to, że jej nie ma w social mediach, nie znaczy jeszcze, że jej w ogóle nie ma.

W sumie, nawet nie jestem specjalnie zbulwersowany retorycznym - jak mi się wydaje - pytaniem Vargi. Czytałem niedawno "Pasję wg Einara" - książkę historyczną Elżbiety Cherezińskiej autorki bestsellerów, a jakże. Lekturę porzuciłem w połowie, nie dałem rady. Może nie jest to poziom Katarzyny Michalak ale podobnej intelektualnej jałowości i poczucia, że marnuję czas na książkę bez żadnego znaczenia, która swoją miałkością nie stanowi rozrywki nawet na pochmurny wieczór, już dawno nie czytałem. To pisarstwo nawet nie stało koło Iwaszkiewicza (i Andrzejewskiego).  

Ale miało być o "Czerwonych tarczach".  To powieść o Henryku sandomierskim, jednym z synów Bolesława Krzywoustego, którego z lekcji historii pamiętają chyba tylko co bardziej pilni uczniowie. W gruncie rzeczy, jedynym czym się zapisał w historii to pielgrzymka do Ziemi Świętej, wielkie wyzwanie jak na ówczesne czasy, która jest zresztą w powieści wyeksponowana siłą rzeczy budząc skojarzenia z "Krzyżowcami" Zofii Kossak, choć obie powieści to zupełnie inna para kaloszy. O ile bowiem w "Krzyżowcach" na pierwszy plan wybijają się elementy przygodowe a krucjata (pierwsza) jest osią akcji,  to u w "Czerwonych tarczach" jest to tylko jeden z wątków, choć bardzo istotny.

Nie ma co ukrywać, zwłaszcza w początkowych partiach, gdy trzeba się przebijać przez powiązania genealogiczne bohaterów, nie jest łatwo. Musiał zdawać sobie z tego sprawę sam Iwaszkiewicz skoro zamieścił, bardzo pomocne, drzewa genealogiczne ułatwiające połapanie się w koneksjach rodzinnych postaci ale coś za coś. Wydaje mi się, że dzięki temu właśnie odnosi się wrażenie, że postacie, zwłaszcza główny bohater jest doskonale znany ze współczesnych mu źródeł historycznych a pisarz zbiera to tylko do kupy. Tymczasem jest wręcz odwrotnie, informacje na temat księcia Henryka są szczątkowe, nie jest znana nawet data jego urodzin a Iwaszkiewicz bardzo sugestywnie wypełnia brakujące miejsca w jego biografii.

Nie ulega wątpliwości, że Jarosław Iwaszkiewicz jest przede wszystkim mistrzem krótkiej formy ale widać, na przykładzie "Czerwonych tarcz", że i z formułą powieści świetnie sobie radzi. Nie jest to może mistrzostwo na miarę "Panien z wilka" ale im bardziej czytelnik zagłębia się w lekturę, tym bardziej, stopniowo daje się ponieść klimatowi książki. Poczuciu niezrozumienia i osamotnienia głównego bohatera, konieczności zmian a jednocześnie niemożności ich dokonania, jeśli się tylko chce pozostać wiernym zasadom, które na siebie dobrowolnie przyjął. Nie ważne, że z ich przestrzegania, w gruncie rzeczy, nikt nie będzie go rozliczał, ważne, że rozliczyć się będzie musiał przed samym sobą. No i atmosfera otaczającego świata, wydobywania się człowieka z dominacji przyrody, której rządom jest poddany.

Powieść Iwaszkiewicza pokazuje też zderzenie naszego polskiego grajdołka z kulturą Zachodu, peryferyjność narodu mieszkającego gdzieś poza granicami cywilizowanego świata, chcącego tylko żyć w spokoju, bez zainteresowania światem i bez aspiracji, a przynajmniej bez aspiracji wychodzących poza własne podwórko. To może być dla niektórych czytelników ciężki orzech do zgryzienia. Jak to to my tu, naród Bolesławów Chrobrego, Śmiałego i Krzywoustego, który nie dawał sobie w kaszę dmuchać i rozdawała karty okazujemy się nacją chłopków - roztropków, która nie umie i chce spojrzeć szerzej? Nie, to nie może być prawda, a jednak.

Widać też w "Czerwonych tarczach" zauroczenie Sycylią, podobnie jak ziemią świętokrzyską i Sandomierzem do których w swej twórczości Iwaszkiewicz jeszcze wracał, i oczywiście kulturą antyczną. Gdzieniegdzie da się też wyczuć "niezdrowe zainteresowania" pisarza, choć bez ostentacji tak charakterystycznej dla dzisiejszych czasów, tak że czytelnik niezorientowany może na to nawet nie zwrócić uwagi. Cóż, nie ma tu materiału na bestseller. Zamiast wartkiej akcji, lejącej się obficie krwi i ostrego seksu, jest pogłębiony portret psychologiczny człowieka niespełnionego, który dusi się i miota w gorsecie zobowiązań, które na siebie przyjął oraz refleksje na temat czasu i ludzkiej natury. Kawałek prozy w stylu, który pozostaje poza zasięgiem większości pisarzy, mówię na to "old school".