niedziela, 4 listopada 2018

Joseph Conrad i narodziny globalnego świata, Maya Jasanoff

Stało się. Trzeba to zapisać kredą w kominie - na Festiwalu Conrada jednym z jego punktów była dyskusja tocząca się wokół książki poświęconej Conradowi - no, wreszcie coś się zadziało "w temacie" Conrada. Nie zaraz, żeby książka Mayi Jasanoff była kamienieniem milowym w poznawaniu pisarza i jego twórczości. Owszem, zaproponowała, jak głosi tytuł, osadzenie jej w kontekście globalizmu ale jest to mniej więcej tak samo intelektualnie nośne jak słynne spojrzenie Boya-Żeleńskiego na "Zemstę" poprzez pryzmat sytuacji robotników, którym nie zapłacono za pracę przy budowie muru. 


Robiono z Conrada seksistę, robiono rasistę, to i łatka protoglobalisty, że się tak wyrażę, pewnie mu nie zaszkodzi. Każdy kto czytał jago książki, wie że traktują one nie o narodzinach globalnego świata ale o tak archaicznych dzisiaj wartościach jak honor, wierność samemu sobie i poczucie obowiązku. Jednak w trakcie lektury to tytułowe osadzenie Conrada w narodzinach globalnego świata okazuje się trochę na wyrost, a książka Mayi Jasanoff jest po prostu zgrabnie napisaną biografią pisarza w wydaniu popularnym, przykrojonym pod strychulec politycznej poprawności. I tyle.

Jeśli ktoś czytał "Ducha króla Leopolda" Adama Hochschilda i którąś z nowszych biografii Conrada, nie mówiąc już o "Życiu Josepha Conrada-Korzeniowskiego" Zdzisława Najdera to w gruncie rzeczy, poza odnalezieniem "narodzin globalnego świata" w twórczości Conrada, niczego nowego tu nie znajdzie. Może to i jest najlepsza książka 2017 roku New York Timesa ale z pewnością nie jest to najlepsza biografia Conrada.

Książka jak klamrą, jest spięta wrażeniami Autorki z morskiej podróży do Kongo, która miała..., no właśnie, nie bardzo wiadomo co miała na celu - poczucie się jak Conrad, znalezienie jego śladów? Litości, to nie schyłek XIX ale początek XXI wieku. Te dwa okresy dzieli przepaść, także technologiczna, o której pisze zresztą sama Maya Jasanoff w odniesieniu do wypierania żaglowców przez parowce już za życia Conrada. Cóż można znaleźć w rejsie po Kongo z atmosfery rejsu sprzed 130 lat? Nawet nie będę próbował odpowiadać bo to pytanie retoryczne dla każdego, kto ma choćby minimalny zasób wiadomości o współczesnym świecie. No, ale to w końcu sprawa Mayi Jasanoff na co wydaje pieniądze i jak spędza czas.

Gorzej, że zajmuje czas czytelników dokładnie streszczając, niektóre z utworów Conrada, w stylu, jakiego nie powstydziliby się autorzy bryków. Nie bardzo wiem, jaki jest cel tego zabiegu, oprócz przyziemnego "nabijania" wierszówki, oczywiście. Nie wprowadza to niczego nowego ani do poznania życia pisarza ani do rozumienia jego twórczości. I tu dochodzimy do sedna, jak już wspomniałem Jasanoff powtarza banialuki - przy okazji omawiania "Jądra ciemności" - o rasizmie i seksizmie Conrada. Jej argumenty są tak - powiedzmy bardzo eufemistycznie - nieprzekonujące, że aż ręce opadają. Otóż przejawem rasizmu ma być to, że w opowiadaniu Conrad wspomina o wyszczerzonym, spiłowanych zębach Murzynów. A przecież niektóre plemiona rzeczywiście piłowały zęby, a ich członkom zapewne nie raz zdarzyło się wykrzywić twarz w grymasie. Od Mayi Jasanoff dowiedzieliśmy się właśnie, że wzmianki o tym są przejawem rasizmu. Najlepiej więc by chyba było, by Conrad nie wspominał o spiłowanych zębach.

Jeszcze lepiej jest z seksizmem - ci, którzy czytali "Jądro ciemności" być może pamiętają, że Marlow chcąc oszczędzić bólu narzeczonej Kurtza, nie mówi jej prawdy na temat śmierci narzeczonego i twierdzi, że ostatnim słowem zmarłego było jej imię. A to już, zdaniem Jasanoff, seksizm. Rzucenie w twarz zakochanej kobiecie brutalnej prawdy o człowieku, którego kochała, a który zginął i zostawienie jej samej z kolejną raną oto postawa "równouprawnieniowa". No, ale taki mamy teraz trend, wygląda na to, że można zostać seksistą przepuszczając w drzwiach kobietę.

Wreszcie przyszedł czas na tytułowe "narodziny globalnego świata". Otóż w książce Mayi Jasanoff pojawiają się one przy okazji "Nostroma", jej argumentację można sprowadzić, w dużym uproszczeniu, do tego, że w czasie powstawania powieści Stany Zjednoczone wykazywały duże zainteresowanie Kanałem Panamskim a odzwierciedlenie tego znajduje się także u Conrada, jako że Amerykanie pomagają secesjonistom z Sulaco. Rzecz w tym, że tego rodzaju "narodzin globalnego świata" można doszukiwać się na dużo wcześniej przed Conradem by przypomnieć choćby amerykańską wojnę o niepodległość 1775-83, ustalenie porządku w Europie w Wiedniu 1815 r., czy wojnę krymską 1853-56. Każde z tych wydarzeń było przecież wydarzeniem "multinarodowym", w które zaangażowane były państwa leżące daleko od pola konfliktu, w który się włączały choć wcale ich bezpośrednio nie dotyczył. Równie dobrze można by powiedzieć, że "W pustyni i w puszczy" dotyczy "narodzin globalnego świata" bo przecież ociera się o budowę Kanału Sueskiego będącego dla Brytyjczyków tym samym co Kanał Panamski dla Amerykanów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Maya Jasanoff dostosowuje wymowę powieści do z góry przyjętej tezy. Nie kwestionuję istnienia w "Nostromo" elementów, na których skupia się Autorka "Josepha Conrada...", ale przecież nie bez kozery Conrad zatytułował powieść przezwiskiem głównego bohatera. Wiadomo, że każdy ma prawo do własnej interpretacji ale wydaje się, że są jakieś granice, w tym przypadku postawione przez samego Conrada, których nie powinno się ignorować.   

środa, 31 października 2018

O zadziwieniu jakie niesie seria "ABC Klasyka polska. Lektury"

Sądziłem, że w świecie książkowym nic mnie już nie zdziwi a jednak myliłem się, zresztą który to już raz. Robiąc rekonesans, w poszukiwaniu kolejnych (ewentualnych) przekładów "Jądra ciemności" Conrada trafiłem na serię ABC Klasyka polska. Lektury. Nie powiem, spośród lektur wydawanych "po taniości" z pewnością wyróżnia się ona edytorsko na plus.


Trochę się co prawda zadziwiłem, gdy wśród 23 nazwisk luminarzy polskiej literatury zobaczyłem Jerzego Pilcha a nie dostrzegłem Marii Dąbrowskiej, Jarosława Iwaszkiewicza, Zofii Nałkowskiej, Henryka Sienkiewicza a ze współczesnych, choćby Wiesława Myśliwskiego. Ale co ja tam wiem. Pewnie dzisiaj Pilch ma większe znaczenie dla klasyki literatury polskiej niż jakiś tam Sienkiewicz. Przynajmniej w oczach redaktorów Rinigier Axel Springer Polska.

Ale to jeszcze nic w zestawieniu z faktem, że wnieśli oni swoim wyborem znaczący wkład w polskie literaturoznawstwo, zaliczając do klasyki literatury polskiej... Josepha Conrada. No może gdyby to była jedna książka można by uznać to za jakieś nieszczęśliwe przeoczenie, ale dwie? bo obecność Conrada wśród klasyki polskiej została zaznaczona jego "Jądrem ciemności" oraz "Lordem Jimem". Nie ważne, że Conrad nie pisał książek w języku polskim a "Jądro ciemności" i "Lord Jim" nie są żadnymi wyjątkami w tej materii. Wystarczyłoby zresztą gdyby ktoś odpowiedzialny za wydanie serii zajrzał do książek, które wydawał a znalazłby tam nazwiska tłumaczy.

Chciało by się powiedzieć za klasykiem - "Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz!". Tylko po co go przywołuję, skoro nie załapał się na status "klasyki polskiej". I tak właściwie czemu się temu dziwię? Eh... 

poniedziałek, 22 października 2018

Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza, Björnstjerne Björnson

Robiąc porządki w domowej bibliotece trafiłem na zbierającą od lat kurz książkę z Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Zrobiłem przy okazji bilans znajomości literatury skandynawskiej (chodzi oczywiście o literaturę par excellance a nie "wagonową") i mocno zażenowany skonstatowałem, że skończyło się na nieco ponad dziesięciu nazwiskach. Cóż za wstyd!


Książkę kojarzyłem jeszcze z lat licealnych, gdy miałem ambitny zamiar przeczytania wszystkich najwybitniejszych dzieł literatury światowej, jako nudnawą opowiastkę ale że z czasem się dojrzewa więc postanowiłem dać jeszcze jedną szansę "Dziewczęciu ze Słonecznego Wzgórza", kierując się opinią jednej z bohaterek, która przeglądając nowe książki stwierdziła, że "stare są lepsze bo ludzie odpisują ciągle wszystko ze starych książek i to coraz gorzej", a której trudno odmówić racji.

Cóż, w moim przypadku przez lata niewiele się zmieniło w odbiorze opowiadana Björnsona. Jeszcze bardziej wydaje mi się wzorcem z Sevres klasyki literatury skandynawskiej. Piękny, surowy krajobraz, prości ludzie, dramat i happy end. Wszystko to opowiedziane w niespiesznym tempie, prostym językiem podmalowanym nieco naiwną, jak na mój gust poetyką, co jest gwarancją niemożności znalezienia się dzisiaj na liście bestsellerów, tak, że byłem zaszokowany tym, że ktoś dzisiaj jeszcze odważa się na wydanie takiej "nudy". No bo cóż, nie ma ostrego seksu, brutalnych morderstw, nie mówiąc już o braku wampirów, wilkołaków czy zombie.

W sumie, jeśli "Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza" wydawało mi się przed laty tylko nudne to teraz na dodatek jest ono jeszcze anachroniczne. Nie trzeba być zaszczepionym feminizmem czy gender by zazgrzytać zębami na przedstawiony przez Björnsona model społeczny będący gwarancją szczęścia jednostki, rodziny i społeczeństwa. Jakie to proste, wystarczy, że autorytet rodzicielski (i nie tylko) opiera się w gruncie rzeczy nie na słuszności, mądrości, inteligencji, szacunku lecz respekcie dla siły pięści. W świecie Björnstjerne Björnsona kobietom przypisana jest rola służebna wobec mężczyzn, choć trzeba też dostrzec, że mają one także swoje własne poletko w męskim imperium. One "gotują różne przysmaki, a mężczyźni rozpoczynają poważną rozmowę o zbiorach, cenach i sprawach publicznych". No i jeszcze ta sekciarska religijność, w której ludzie szukają "rady tam, gdzie znaleźć ją można, to jest w słowie bożym...". Słyszane to rzeczy?! Cóż za ciemnogród w porównaniu z ozdrowieńczą mocą Facebooka, Twittera, Instagramu, czy czego tam jeszcze co akurat jest na topie. Człowiek błądzi ale ze złych ścieżek na dobrą drogę sprowadza go miłość. Eh, jakie to wszystko okazuje się nieskomplikowane.

"Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza" dzisiaj jest tak naprawdę świadectwem literackich gustów swoich czasów i pewnie bez ryzyka popełnienia większej pomyłki można uznać je za przecierające szlaki chłopomanii, która świeciła triumfy także i u nas na początku XX wieku. Prosta historia, którą nie zaszkodzi poznać, ale która też i nie zostawi większego wrażenia. 

poniedziałek, 8 października 2018

Promień, Stefan Żeromski

To chyba Stanisław Pigoń jako pierwszy zauważył, że "Promień" w gruncie rzeczy jest drugą częścią "Syzyfowych prac" (choć te w gruncie rzeczy są prequelem bo kolejność powstawania powieści była akurat odwrotna) i choć nie przepadam za jego "nabożnym" podejściem do literackich gigantów, to nie sposób zaprzeczyć, że ma rację. Tyle że Kleryków został przemianowany na Łżawiec (czytelnik dostrzeże bez trudu te same motywy zabłoconych ulic, parku, szkoły czy starych ksiąg popadających w zapomnienie) a Marcin Borowicz przeistoczył się w Jana Raduskiego i postarzał o kilkanaście lat. 


Zmieniło się też spojrzenie narratora na świat. O ile prowincjonalne klimaty Klerykowa zostały w gruncie rzeczy odmalowane zostały, w gruncie rzeczy, ciepłymi barwami, jak przystało na opowieść o dzieciństwie i młodości, na które z perspektywy czasu spogląda się z sentymentem, który zaciera to co przykre, to w odniesieniu do Łżawca, tego ciepła niewiele zostało. To ponury obraz prowincjonalnej dziury, którego nie powstydziłby się żaden naturalista, a jednak mimo wszystko, nie ulega wątpliwości, że Żeromski był przywiązany do swych stron rodzinnych, bo to nawet nie sentyment lecz miłość do nich przebija na stronach "Promienia".

"Rozum swoje, a serce swoje", tak chyba można by najkrócej określić stosunek Żeromskiego do miasta jego młodości. Zdaje sobie sprawę z jego rzeczywistej, mało pociągającej kondycji, choć pewnie nie gorszej i niespecjalnie wyróżniającej się na tle innych prowincjonalnych miast w zaborze rosyjskim, a jednocześnie zdaje się mówić - "cóż z tego, nic na to nie poradzę ale kocham to miejsce". 

Ale Kielce/Łżawiec to nie tylko miejsce, to także, a może raczej przede wszystkim małomiasteczkowe środowisko, które tłamsi i niszczy to co dobre, gdzie szlachetniejsza myśl i zamiar, owszem, przebija się jak tytułowy promień słońca, którego motyw kilkukrotnie pojawia się w powieści, a który jednak w każdej chwili może być przesłonięty chmurami, które opanowały niebo. 

To przygnębiający obraz klęski pozytywizmu a może też i romantyzmu. Jakoś w Łżawcu wszystko (albo prawie wszystko) schodzi na psy. Bohaterowie "Promienia" świadomi są wątpliwej wartości moralnej swych czynów, swoich niskich lotów - ale co robić? Lepiej zachowywać się jak świnia i żyć dostatniej, niż być uczciwym i klepać biedę.

Nie da się ukryć, że "Promień" ze swą pozytywistyczną i idealistyczną wymową lokuje się obok sztandarowych utworów Żeromskiego tego typu; "Siłaczki" (bez większego trudu da się zresztą odnaleźć aluzję do tego opowiadania) i "Ludzi bezdomnych", bo oto nagle wzbogacony idealista zamiast pędzić spokojne życie rentiera albo przepuścić odziedziczoną fortunę w kasynach i na wyścigach, postanawia zaryzykować swoją przyszłość, zrezygnować z przyjemności i nieść kaganek wiedzy i postępu pomiędzy prowincjonalną społeczność, a w dodatku nie cofa się nawet przed bardziej wymierną osobistą pomocą potrzebującym. 

W sumie, można by powiedzieć, cóż to za ckliwa bajka ale rzecz w tym, że w prawdziwym życiu bez większego trudu można odnaleźć pierwowzory "Promienia." Doktor Zygmunt Poziemski to kielecki lekarz Remigiusz Laskowski zmarły w 1895 r. (życie jego żony nie było aż tak tragiczne jak to wynika z powieści ale też zmarła przedwcześnie), właściciel i wydawca "Gazety Łżawieckiej" Olśniony to Stanisław Sienicki zmarły w 1904 r. wydawca i redaktor "Gazety Kieleckiej", a zdziwaczały antykwariusz bibliofil to Leon Możdżeński, którego księgarnia przetrwała śmierć właściciela i funkcjonowała do 1913 roku. Z ckliwością nie ma też wiele wspólnego postać doktorowej Poziemskiej i jej nieśmiałe poszukiwania męskiego wsparcia (aczkolwiek nie sfinalizowane) w czasie choroby męża. To nie matka - Polka poświęcająca się wyłącznie i bezgranicznie dla męża ale kobieta z krwi i kości, której nie wystarcza tylko rola siostry miłosierdzia u boku umierającego męża. Można by powiedzieć, występna, nieszczęśliwa miłość, daleka zapowiedź "Dziejów grzechu". 

Właśnie - nieszczęśliwa. Wolałbym żeby chociaż raz wszystko skończyło się szczęśliwie, dobro zwyciężyło, ona i on żyli długo i szczęśliwie. Ale u Żeromskiego, jak to u Żeromskiego, niestety próżno oczekiwać takiego finału. I tak pół biedy, że pozostawia zakończenie "Promienia" otwarte, że główny bohater podejmuje rzuconą mu rękawicę i nie przechodzi na ciemną stronę mocy ani też przed nią nie rejteruje, choć nie trzeba wielkiej wyobraźni by przewidzieć jak to się skończy. Co tu dużo mówić, wybitny pisarz w niezłej formie - polecam. 

niedziela, 9 września 2018

Most na rzece Kwai, Pierre Boulle

Moje pierwsze spotkanie z Pierrem Boulle, to była lektura "Planety małp" w czasach licealnych, którą wówczas, w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych zawojował mnie absolutnie, głównie za sprawą zakończenia. Nie muszę dodawać, że poszedłem za ciosem, i tak trafiłem na "Most na rzece Kwai", uważany za najwybitniejszą powieść Boulle'a. Cóż, jako nastolatek nie podzielałem tej opinii, a i film nakręcony na podstawie książki, w moich oczach niespecjalnie jej pomógł. Odbierałem ją jako wojenną "przygodówkę", której akcja rozgrywa się w egzotycznym miejscu, coś jak "Król szczurów" Jamesa Clavella, tylko bez happy endu.


Lata minęły, doświadczenia i rozumu przybyło i przy okazji kolejnej powtórki okazało się, że "Most na rzece Kwai" to niekoniecznie tylko taka sobie, męska, prosta historyjka, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Dopiero teraz dotarło do mnie, że Boulle stworzył wariację na temat słynnego "Listu do syna" Kiplinga, w finale której nie wszyscy, okazują się ludźmi w Kiplingowskim rozumieniu. 

Napisał powieść o dwóch stronach tego samego medalu pozornie tylko przeciwstawiając przekonaniu o wyższości rasy brytyjskiej - "dumę rasową, mistykę władcy, lęk przed tym, że można nie być potraktowanym poważnie" bo szybko się okazuje, że brytyjski "doskonały typ snoba wojskowego" ramię w ramię współdziała z zakompleksionym i zapijaczonym japońskim oficerem, pomagając mu wykonać jego zadanie. W pysze udowodnienia wyższości Brytyjczyków staje się kolaborantem, posuwając się do podwyższenia norm pracy dla swoich żołnierzy i wysyłając do pracy chorych, i to wszystko wyłącznie z własnej inicjatywy. 

Nie jest żadnym usprawiedliwieniem, że nie był osamotniony w tym wcieleniu "swej wiedzy w dzieło, które miało dowieść wyższości nad nieprzyjacielem, na zbudowanie mostu, który miał dźwigać japońskie pociągi w triumfalnym biegu (...)". Jest żałosny i głupi w swoim przekonaniu, że Japończycy to "naród tkwiący jeszcze w powijakach, który zbyt szybko powleczono pokostem cywilizacji. Oni się niczego dogłębnie nie nauczyli. Pozostawieni samym sobie, nie mogą zrobić ani kroku naprzód. Bez nas tkwiliby jeszcze w epoce żaglowców i nie znaliby samolotów. Prawdziwe dzieci...", gdy służy im poświęcając dla ich dobra brytyjskich żołnierzy. 

Tę drugą stroną medalu ludzkiej natury reprezentuje Shears ze swoimi ludźmi, który tak jak pułkownik Nicholson wraz z oficerami (zapewne nie jest dziełem przypadków, że po każdej stronie Boulle postawił po trzech żołnierzy) "cenił ludzi, którzy umieli z góry wykryć wrażliwy punkt jakiegoś przedsięwzięcia, którzy byli dość przezorni, by się do niego przygotować, i posiadali dość wyobraźni, by móc go przemyśleć - pod warunkiem, że nie dadzą się nim zahipnotyzować". To właśnie ta ostatnia cecha, odróżnia go, czyni człowieka z wiersza Kiplinga, zwłaszcza gdy zderza się jego obawę o młodego, niedoświadczonego żołnierza, dla którego zabicia człowieka w bezpośrednim starciu może okazać się ponad siły, a pułkownikiem Nicholsonem szafującym zdrowiem (a pewnie i życiem) swoich żołnierzy. A przecież i jednemu i drugiemu, "zarówno instynkt, jak rozum kazały im skupić stopniowo całą energię, ambicję i wszystkie nadzieje tylko i wyłącznie na mości na rzece Kwai".

Boulle, inaczej niż w wojennych powieściach przygodowych przedstawia naturę działań militarnych, kładzie bowiem nacisk nie tylko na samo zadanie ale także, jeśli nie przede wszystkim na postawę człowieka. Boulle, w rozterkach jakie towarzyszą Shearsowi przed wysłaniem Joyce'a do wykonania zadania pokazuje, prawdziwą naturę człowieka, świadomość, że zabijanie, nawet wroga, nie jest czymś co jest naszą immanentną cechą. Jakby miał świadomość, do czego to może prowadzić, a co tak wstrząsająco, już jako historię z "naszego podwórka" opisał Stefan Dąmbski w swoich wspomnieniach "Egzekutor".  

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Rzeźnia numer pięć czyli krucjata dziecięca czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią, Kurt Vonnegut Jr.

I znowu legł w gruzach kolejny literacki mit mojej młodości. Przyznaję, z "Rzeźnią numer pięć" nigdy się nie zachwycałem, owszem czytałem w czasach licealnych bo tak wypadało, jeśli pretendowało się do miana inteligenta (raczkującego) ale szału nie było, być może za sprawą niedojrzałości czytelnika. Ćwierć wieku z okładem minęło i czas powiedzieć "sprawdzam". Cóż szału nie ma i tym razem ale przynajmniej mam świadomość, że wówczas gdy książka się ukazało mogło być to coś za sprawą niekonwencjonalnej perspektywy. 


Vonnegut odkrył coś takiego jak dramat sprawców. Ośmielił się napisać, że naród sprawców wojny może być również ofiarą. W sumie niby nic nowego po liście biskupów polskich do biskupów niemieckich "przebaczamy i prosimy o wybaczenie", który zresztą nie spotkał się z przesadną wylewnością adresatów. tyle że tu jest to literacko przetworzone, no i ma swój wymiar bo autorem jest żołnierz amerykański o niemieckich korzeniach, co dodaje książce swoistego smaczku. Vonnegut zdaje sobie sprawę z tego, że dotyka wrażliwej kwestii ale stoi na stanowisku, że odpłata, zadanie cierpień jednym, przypadkowym ludziom nie łagodzi cierpień drugich ani nie jest dla nich żadną rekompensatą. Może się to i bilansuje w kategoriach zbiorowych ale na pewno nie w jednostkowych. 

Z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że trudno obdarzać empatią tych, którzy na pytanie Goebbelsa "Wollt ihr den totalen Krieg?" w zachwyceniu podrywali się z krzeseł, wyciągając rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Można powiedzieć, cóż chcieli wojny totalnej więc ją dostali - "zdarza się". 

I to chyba przede wszystkim język i sposób, w jakim Vonnegut mówi o dramacie (także, a może przede wszystkim tym jednostkowym), bez patosu i martyrologicznego zacięcia, to było coś zaskakującego. Patrzenie na "świętości" z dystansu, jako na coś co "zdarza się", to mówienie o dramacie w strywializowany sposób robiło wrażenie - w końcu gdy ukazała się "Rzeźnia numer pięć" nikomu do głowy nie przyszło budowanie z klocków Lego obozu koncentracyjnego. 

Współczucie dla Niemców, którzy też byli ofiarami wojny dla czytelnika, który miał jako takie pojęcie o skali strat poniesionych w II wojnie światowej mogło szokować, zwłaszcza że wbrew temu co Vonnegut pisze w "Rzeźni numer pięć", liczbie ofiar nalotu na Drezno daleko było do liczby ofiar bombardowania Hiroszimy (także Nagasaki), nie wspominając już o ofiarach i zniszczeniach Warszawy czy Stalingradu. Zresztą opis nalotu wypada jakoś niedramatycznie, już więcej jest w słynnym "Dzienniku" Klemperera ale i on też nie robi wrażenia jakiego można by oczekiwać od opisu takiej hekatomby. 

Już bardziej poruszający jest absurdalna śmierć jednostki na tle śmierci mas. Zostać rozstrzelanym za podniesienie z gruzów jakiegoś walającego się czajnika, gdy przeżyło się bombardowanie, w którym zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi! Tak, to na prawdę robi wrażenie znacznie większe niż choćby bombastyczny, pretensjonalny tytuł. Porównać dorosłych, uzbrojonych żołnierzy, gotowych zabijać wroga (nawet jeśli wśród nich zdarzały się jednostki wybitnie nienadające się do wojska) do bezbronnych dzieci, których naiwność i wiarę wykorzystali bezwzględni dorośli, na to trzeba być pozbawionym umiejętności zachowania wszelkiej proporcji. Cóż bowiem miałoby oznaczać pozostawienie w domu uczestników dwudziestowiecznej "krucjaty dziecięcej"? Przyglądanie się wojnie w Europie? Zakładam, że w zamyśle Vonneguta "Rzeźnia numer pięć" miała być powieścią przede wszystkim prowokującą do dyskusji. Jeśli tak, to zgoda. Jeśli zaś miała być opisem i potępieniem niesprawiedliwości wojny, wypada chyba za jej głównym bohaterem, alter ego Vonneguta powtórzyć, cóż "zdarza się". 

niedziela, 19 sierpnia 2018

Konarmia, Izaak Babel - uwagi na marginesie

Niedawno przeglądałem siedmiotomowe (wraz z suplementem) wydanie Nowej encyklopedii powszechnej PWN z 1995 r. i trafiłem na hasło "najgłośniejsze dzieła literatury światowej". Taka lista znajdowała się też w czterotomowym wydaniu encyklopedii z 1973 r. i była dla mnie w czasach licealnych listą lektur obowiązkowych, z których wielu, przyznaję ze skruchą, do dzisiaj nie udało mi się przeczytać. Nie trudno chyba zgadnąć, że na ten "zew młodości" zareagowałem niczym stary rumak na dźwięk trąbki bojowej i przeżyłem szok. Otóż mając ostatnio fazę na literaturę rosyjską zainteresowałem się zestawieniem najgłośniejszych dzieł literatury rosyjskiej i nie gdy czyta się pozycje, które znalazły się na niej znalazły, łatwo go zrozumieć.


Żeby nie przedłużać wstępu i było wiadomo o czym mowa, poniżej przedstawiam zestawienie ale nie w kolejności chronologicznej jak w encyklopedii, lecz dla łatwiejszej orientacji w kolejności alfabetycznej autorów: 

Achmatowa, Requiem
Babel, Armia konna
Błok, Dwunastu
Brodski, Wielka elegia dla Johna Donne'a
Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
Bunin, Wieś
Bunin, Życie Arsieniewa
Czechow, Trzy siostry
Czechow, Wiśniowy sad
Fadiejew, Klęska
Gorki, Matka
Jerofiejew, Moskwa - Pietuszki
Leonow, Złodziej
Majakowski, Dobrze
Majakowski, Łaźnia
Makarenko, Poemat pedagogiczny
Pasternak, Doktor Żywago
Paustowski, Opowieść o życiu
Polewoj, Opowieść o prawdziwym człowieku
Rasputin, Pożegnanie z Matiorą
Rybakow, Dzieci Arbatu
Simonow, Żywi i martwi
Simonow, Nikt nie rodzi się żołnierzem
Simonow, Ostatnie lato
Sołżenicyn, Jeden dzień Iwana Denisowicza
Sołżenicyn, Archipelag Gułag
Szałamow, Opowiadania kołymskie
Szołochow, Cichy Don
Szukszyn, Kalina czerwona
Tiendriakow, Sąd
Tołstoj A., Droga przez mękę
Trifonow, Czas i miejsce
Wiszniewski, Tragedia optymistyczna
Władimow, Wierny Rusłan
Wozniesienski, Parabola
Zamiatin, My

A wszystko to piszę o niedawnej lekturze "Konarmii" Izaaka Babla, która znalazła się na tej liście. Czemu zawdzięcza "głośność"? - nie dałbym głowy, że walorom literackim, których mistrzowskie opanowanie jest zachwalane przez Jana Nieśpiałowskiego, który wydanie "Konarmii" opracował. (Inna sprawa, że tak na prawdę nie poznajemy kanonicznej wersji opowiadań, dostajemy jakąś hybrydę, to co ukazało się w wydaniu czwartym zbioru, zmasakrowanym przez cenzora i samego autora, który usiłował sprostać wymogom wydawcy z przywróconymi w ok. 1/4 fragmentami wówczas usuniętymi.)

Stawiałbym przede wszystkim na tematykę i jej ujęcie. Opowiadania Babla związane są bowiem z wojną 1920 r., która przez lata "komuny" była tematem tabu w ZSRR i oczywiście także w Polsce. Już więc sama tematyka w tamtym okresie wystarczyła by zainteresować książką. Nie przeczę wiele z opowiadań robi wrażenie swoim naturalizmem, ich przeciwwagą z kolei są te przepojone żalem za ginącym światem. A wszystkie one składają się razem na odrażający obraz heroldów rewolucji niosącej ze sobą tylko śmierć i zniszczenie.

To obraz najazdu Hunów przepojonych nienawiścią do przedstawicieli innego świata, tylko dlatego, że jest inny, niezrozumiały i bogatszy, który jest niszczony tylko dlatego, że taki jest rozkaz i nie ma to nic wspólnego z konfrontacją na polu bitwy, jak równy z równym. Niszczony jest świat pobratymców Babla, nikt tu nikomu nie przynosi żadnej wolności i nikogo nie wyzwala. Śmierć i zniszczenie, to jedyne co ze sobą przynosi dzicz ze Wschodu, a to że to co za stali jest dalekie od doskonałości, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Postacie występujące w opowiadaniach składających się na "Konarmię" nie mając nic z bohaterów Dostojewskiego i Tołstoja, tylko narrator Lutow zachowuje się niczym kawaler Danceny pojedynkujący się z wicehrabią de Valmont.

Tyle, że w wydaniu Babla brzmi to bardzo dwuznacznie, bo humanista, czekista - wrażliwiec, który staje po stronie barbarzyńców też staje się barbarzyńcą, cóż z tego, że leje krokodyle łzy nad ofiarami mordów i pięknem świata, skoro sam przykłada rękę do jego zniszczenia. Jakie znaczenie ma to co myśli i pisze skoro sam stoi ramię w ramię z dziczą. Babel nie był strażnikiem prawdy i sumienia, kiedy zginął w 1940 r. w ramach represji, ginął nie dlatego, że przeciwstawił się komunizmowi ale dlatego, że był kochankiem żony Jeżowa ówczesnego szefa NKWD, który po prostu sprzątnął rywala, który przyprawiał mu rogi.

Bądźmy szczerzy, rosyjskie utwory, które znalazły się na liście najgłośniejszych dzieł literatury światowej z okresu ZSRR swoje miejsce, w przeważającej większości, nie zawdzięczają walorom literackim a odgórnym nakazom, które zapewniły im głośność. Z definicji w ustroju totalitarnym w oficjalnym obiegu nie mogły ukazać się dzieła, które nie byłyby podporządkowane oficjalnym, urzędowym wytycznym. Nic dziwnego, że te dzieła umarły śmiercią naturalną, jak tylko skończył się ustrój, który je promował a wiele z nich nie wytrzymało nawet tego okresu czasu. Smutne to i pewnie gdyby rzetelnie podejść to encyklopedycznej listy to zamiast blisko 40 pozycji ostałaby się może połowa, która w istocie rzeczy obrazowałyby intelektualną pustką, na którą Rosjanie zostali skazani przez prawie 80 lat.

środa, 15 sierpnia 2018

Wspomnienia. Druga księga, Nadieżda Mandelsztam

Im dłużej czytałem "Wspomnienia. Drugą księgę" Nadieżdy Mandelsztam, tym większe miałem tzw. mieszane uczucia. Po "Wspomnieniach" miała ona u mnie duży kredyt zaufania, tak duży, że na Księgę drugą rzuciłem się niczym cham na pasztetową i... No właśnie, nie powiem, że przeżyłem rozczarowanie ale pisanie po raz drugi o tym samym udowodniło, że to nie jest to samo. Nie da się ukryć, że jest to książka spóźniona. Gdyby ukazała się "za komuny" byłaby bestsellerem (oczywiście bezdebitowym) i na ten status miałaby pewnie też szansę na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Dzisiaj prawie pół wieku od jej powstania i blisko trzydzieści lat od upadku ZSRR jej lektura nie wywołuje już wypieków na policzkach.


Chwilami ma się wrażenie, że "starsza pani" dokonuje obrachunku z bliźnimi nie mogąc liczyć ani na sprawiedliwość instytucjonalną ani też na zwykłe ludzkie poczucie przyzwoitości. Pokazuje jak komunizm zniszczył więzi społeczne wyzwalając w ludziach to co najgorsze do tego stopnia, że przyzwoitość stała się aktem odwagi. Uzmysławia też czytelnikowi jak niewiele wie o życiu literackim Rosji początków XX wieku i jak Rosjanie sami zniszczyli własną kulturę nie cofając się przed fizyczną eliminacją niewygodnych twórców, a w najlepszym wypadku spychając ich na margines.

Ta część trochę "plotkarska" (jakby to niezręcznie brzmiało) wydaje się najciekawsza, choć w gruncie rzeczy tylko pobudza apetyt, chciałoby się bowiem dowiedzieć czegoś więcej o ludziach, z którymi zetknął się Osip Mandelsztam i sama Nadieżda a nie tylko poznać ich z jakiegoś incydentu. W jeszcze większym stopniu pewnie to niezaspokojenie czyli rosyjscy czytelnicy dla których "Druga księga" była przypomnieniem własnej młodości.

Dotyczy to zapewne jednak stosunkowo nielicznego grona czytelników, miłośników literatury rosyjskiej, bo poza tym gronem nazwiska Achmatowej, Biełego, Błoka, Cwitajewej, Gumilowa etc., etc. niewiele mówią. Dzisiaj już samo kojarzenie tych nazwisk oznacza przynależność do ezoterycznego kręgu. Nie da się ukryć, że dla kogoś kto o Mandelsztamie wie tyle, że podobno ktoś taki, owszem żył i coś tam pisał, "Księga druga" jest jakby książką obok. Zwłaszcza, że Nadieżda opisuje swojego męża poprzez pryzmat jego twórczości. Dla niej stanowiła odzwierciedlenie jego życia i poglądów i była z nimi ściśle zespolona (nawiasem mówiąc, nomen omen, to ciekawy asumpt do rozważań na temat "twórca a jego dzieło").

To zresztą fascynujące jak całe swoje życie można podporządkować pielęgnowaniu pamięci zmarłego człowieka i jego twórczości. I przecież nie chodzi tu o zwykłą pamięć wdowy po mężu ale o przeciwstawienie się totalitarnemu państwu, o życie na marginesie, w niedostatku i zagrożeniu jeśli nie życia to wolności. A jednocześnie chwilami ma się wrażenie, że w trochę innych okolicznościach, gdyby nie spotkała na swojej drodze Mandelsztama mogłaby być koleżanką Aleksandry Kołłontaj. Trudno nie dostrzec bowiem w autorce "Wspomnień. Drugiej księgi" kobiety świadomej wartości własnej osoby, chcącej zachować niezależność, która uznaje jednak autorytet męża i niczym jak prawdziwa Rosjanka ze starej anegdoty gotowa jest wołać "Wania ubij, ja winowata".

Rzecz w tym, to wszystko (może poza tym motywem "niezależności") tak naprawdę było już we "Wspomnieniach". Niczego nowego, poza "ploteczkami" (zwłaszcza tymi dotyczącymi Achmatowej) się nie dowiadujemy, tak jak nie ma tam niczego nowego w ocenie władzy i ludzkich postaw wobec niej. Trudno mi było oprzeć się przy tym wrażeniu, że jeśli o to chodzi, to Mandelsztam świetnie by się dogadała z Herbertem. Jej diagnoza dotycząca stanu radzieckich elit literackich (czy szerzej kulturalnych) podobnie jak słynny wywiad Księcia poetów w "Hańbie domowej" przypomina granat wrzucony w szambo, tyle że nie dotyczący naszego podwórka. Ma się świadomość, że obcuje się z książką ważną, której nie się skwitować wzruszeniem ramion czy machnięciem ręki ale nie da się ukryć, że "Druga księga" nie ma tej "świeżości" co "Wspomnienia" tak że wyszła z tego książka raczej dla zainteresowanych tematem i nieco więcej niż trochę, zdeterminowanych.   

piątek, 27 lipca 2018

Ameryka, Franz Kafka

Napisać, że główny bohater "Ameryki" to "człowiek wyobcowany, którego związki z innymi ludźmi uległy znacznemu zniszczeniu. Bohater kafkowski walczy samotnie z niezrozumianymi strukturami rządzącymi światem. Mimo buntu i starań nie jest w stanie zmienić swego położenia, a walka kończy się klęską. Uwikłania bohatera w grozę istnienia mają na tyle niejasną strukturę, że możliwa jest bardzo różna interpretacja symboliki i sekwencji wydarzeń jakim ten bohater jest poddany. Samotność jest głównym z wielkich tematów kafkowskich - bohater walczy i przegrywa zawsze sam. Strach, koszmary, rozdwojenia jaźni i kompleksy, to inne z niszczycielskich i symbolicznych elementów.  Oddają one dobrze atmosferą dzieł, w których wyobcowani i samotni bohaterowie bezustannie poszukują - jak można sądzić - bezpieczeństwa i pewności, czego nigdy nie będzie in dane doświadczyć.", to truizm ale nie da się zaprzeczyć, że mniej więcej ma on zastosowanie także do głównego bohatera pierwszej powieści Franza Kafki. 


Wstyd się przyznać, ale książka przeleżała u mnie na półce kilkanaście lat, a kupiona była jeszcze u ś. p. Andrzeja Metzgera, znanego kieleckiego antykwariusza. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że za sprawą tytułu kojarzyła mi się ze "Stroszkiem" Wernera Herzoga, a kto miałby ochotę na powtórkę z głęboko depresyjnych klimatów? Ale w końcu nadszedł czas "Ameryki", a po jego lekturze, tak jak po lekturze każdej rasowej książki, z pewnym zażenowaniem mogę powiedzieć, że żałuję, że dopiero teraz ją przeczytałem. Teraz nie miałbym alibi w postaci filmu Herzoga bo książka została wydana niedawno pod zmienionym tytułem - "Zaginiony", choć ciągle w tłumaczeniu Juliusza Kydryńskiego (w którym ukazała się po raz pierwszy w Polsce w 1967 r. jako "Ameryka"), choć tytuł wcale nie odzwierciedla treści, a już kompletnym nieporozumieniem jest teza o poszukiwaniu odkupienia przez głównego bohatera, jaką Grzegorz Janowicz wysnuwa w posłowiu do nowego wydania. 


Cytat z Wikipedii, który wcześniej przytoczyłem tylko mniej więcej oddaje istotę "Ameryki". Jeśli bowiem jest w niej samotność i niezrozumienie struktur świata, to nie da się ukryć że jest ona wynikiem, że tak powiem, rozjazdu z obu stron, zarówno głównego bohatera jak i świata. Z jednej strony Karl Rossmann odstaje daleko od normy, z drugiej strony świat powieści, nie jest też zwykłym światem w jakim żyjemy. Przechodząc na język matematyki można by powiedzieć, że mamy do czynienia z wektorami o zwrotach przeciwnych, a jeśli chodzi o kierunek to wcale nie jest takie pewne, że jest on taki sam w odniesieniu do Karla i świata, w którym się znalazł (nie wątpię, że Lacan byłby w stanie stworzyć jakiś wzór matematyczny, który by to dokładnie opisywał).

Ameryka Kafki mogłaby w zasadzie istnieć w każdym miejscu na Ziemi, wyróżniają ją bowiem tylko trzy cechy: rozmach, skala oraz odległość od domu, a to co spotyka głównego bohatera to tak na prawdę w sporej części psychodeliczny wariant przygód Pinokia z okresu jego znajomości z lisem i kotem. Dla ścisłości - Karlowi oczywiście daleko do Pinokia ale już Robinsonowi i Delamarche'owi do lisa i kota całkiem blisko, no i oczywiście pozostaje cały kontekst: dwóch cynicznych obwiesi wyzyskuje naiwnego, nieposiadającego za grosz asertywności chłopaka, który znajduje się w nowej dla siebie sytuacji. Karl, przyznaję, jest trochę irytujący, przez swoje zachowanie, bo zachowuje się dokładnie na odwrót, niż my byśmy się zachowali na jego miejscu. Oczywiście ma prawo do wolności, zwłaszcza że jego działanie nie ogranicza wolności innych, ma prawo do niedostosowania się do oczekiwań innych ale czy nie powinien liczyć się z ryzykiem konsekwencji niedostosowania się do oczekiwań innych?

Jak przystało na Kafkowskie opus imperfecum nie wiadomo, czy główny bohater poniesienie klęskę. Max Brod w posłowiu do pierwszego wydania "Ameryki" twierdził, "że ta powieść jest radośniejsza i "jaśniejsza" niż wszystko co kiedykolwiek napisał" Kafka, ale to wcale nie znaczy by była to powieść radosna i "jasna". Okazuje się w niej, że człowiek niekoniecznie jest kowalem własnego losu a raczej jest ofiarą sądów innych na jego temat, sądów w których nie działa zasada domniemania dobrej wiary. Karl już o tym wie - "nie można się bronić, jeśli druga strona nie ma dobrej woli", ale czy to znaczy, że mamy zrezygnować z własnej wolności, że zanim podejmiemy jakiś działanie najpierw powinniśmy wyobrazić sobie najgorsze konsekwencje własnego czynu i dopiero wówczas gdy dojdziemy do wniosku, że jesteśmy w stanie je zaakceptować, działać? Jak to się dzieje, że tylko ja jeden jestem osamotniony, przecież inni także są jednostkami, i to w dodatku takimi, z którymi znajduję porozumienie, jak to się dzieje, że oni akceptują otaczający ich świat? Na te pytania czytelnik musi sam sobie udzielić odpowiedzi, jak tylko otrząśnie się z Kafkowskiej atmosfery.

Co tu dużo mówić, dla miłośników dobrej książki, lektura obowiązkowa. 

sobota, 7 lipca 2018

Pamiętnik matki, Marcjanna Fornalska

Nie ma co ukrywać, "Pamiętnik matki" to książka mocno podejrzana już dzień dobry, bo to i autorka nie taka (Marcjanna Fornalska była matką "kanonizowanej" przez władze PRL-u komunistki Małgorzaty Fornalskiej, kochanki Bolesława Bieruta, zresztą sama należała do m. in. do bolszewików i KPP). Jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę, iż pisała ją (?) mając ponad osiemdziesiąt lat i nie bardzo umiejąc pisać, a tomiszcze, które popełniła może pod względem objętości śmiało stawać w zawody z sążnistymi dziełami Bondy Katarzyny i Cherezińskiej Elżbiety, to w tych podejrzeniach czytelnik jeszcze bardziej się utwierdza. Nie bez znaczenia jest też chyba osoba redaktorki książki Olgi Kierczyńskiej, córki osławionej Melanii. Mnie, przyznam się, zastanowiła ilość wydań - doliczyłem się dziewięciu w ciągu niecałych 30 lat, co prawda nie umywa się to do "Pamiątki z Celulozy" czy "Kolumbów, rocznik 20" ale to dużo jak na książkę, która zakrawa na pierwszy rzut oka na jakiś propagandowy panegiryk. Postanowiłem więc sprawdzić o co chodzi i... 


byłem w szoku. Nie jest to co prawda wielka literatura ale nie pozostawia czytelnika obojętnym, przynajmniej w pierwszej części wspomnień obejmującą historię rodziny sięgającą ("na oko") lat dwudziestych, może trzydziestych XIX wieku po rok 1919. Jeśli ktoś był pod wrażeniem "Germinala", to zapewne będzie też pod wrażeniem "Pamiętnika matki", bo przytłacza on opisem życia będącego niekiedy na granicy biologicznego przetrwania, świata w którym oddaje się dzieci obcym ludziom, by dać im i sobie szansę przeżycia a przecież nie traktuje on o miejscach ekstremalnych tylko polskiej wsi na Lubelszczyźnie w w końcu XIX wieku. Nie da się czytać obojętnie opisu szesnastoosobowej rodziny zamieszkującej chatę z jedną izbą mieszkalną, w której dziecko zachorowało na gruźlicę, gdy doktor "powiedział, że gruźlica jest w ostatnim stadium i on nic nie może już pomóc. Wtedy zupełnie otwarcie zaczęto się przygotowywać do pogrzebu. Sąsiadki płakały wraz z matką, przestano chłopca poić różnymi ziółkami, bo to i tak już nic nie pomoże... Żył jeszcze pół roku w wilgotnej, brudnej, przepełnionej rodzeństwem chacie i skutki nie dały na siebie długo czekać. Po śmierci chłopca nic się nie zmieniło: spano na tej samej pościeli, noszono buty, odzież którą nosił chory i po krótkim czasie - może po dwóch latach - zmarło ich pięcioro. I już w tej rodzinie gruźlica pozostawała długie lata".

Fornalska opisuje świat jeśli nie pozbawiony uczuć, to przynajmniej z mocno przytępionymi uczuciami - relacje z dziećmi ograniczają się do zapewnienia i wiktu i opierunku, edukacja jest kosztowną fanaberią, która wpędza rodzinę w niedostatek i pozbawia ją siły roboczej, małżeństwo zaś jest kieratem, który dwoje nieznanych sobie wcześniej młodych ludzi musi wspólnie pchać z woli rodziców. Lipce z "Chłopów" wyglądają przy tym jak jakaś sielska kraina mlekiem i miodem płynąca. Uderza beznamiętna (w zasadzie) relacja okraszona od czasu do czasu jakąś autorefleksją ale generalnie czytelnik sam musi uporać się z tym co czyta.

"Pamiętnik matki" jest pomnikiem miłości macierzyńskiej, tak jak ją Marcjanna Fornalska rozumiała, choć dzisiaj moglibyśmy się nad tym rozumieniem zadumać bo jest to miłość szorstka, nie wyrażana słowami i ani gestami, Fornalska sama zresztą poniewczasie zdaje sobie z tego sprawę ale nie ma się ani przez chwilę wątpliwości, że dzieci są dla niej najważniejsze. Niestety pod koniec pierwszej części wspomnień obraz "Pamiętnika matki" zaczyna się psuć, a w części drugiej, podejrzenia, o których pisałem na wstępie, zaczynają powracać i przeradzać się w pewność. Coś co uznalibyśmy za dokument dający asumpt bo rozważań na różnych polach szczególnie interesujących dla krytyki feministycznej; długo by pisać o relacjach rodzice - dzieci, relacjach między małżonkami, konkubinacie, trójkątach małżeńskich (córka Marianny była kochanką Bolesława Bieruta i matką jego córki), akceptacji nierówności społecznych a na interesującym podejściu do mieszanych polsko-rosyjskich małżeństw (zaskakujące, ale wiejscy analfabeci mieli takie same zdanie w tej mierze co potomkowie szlachty, stojący od nich na drabinie społecznej nieporównanie wyżej) oraz wiary i patriotyzmu skończywszy.

Niestety, "Pamiętnik matki" staje się od okresu, w którym Marcjanna Fornalska opisuje swoje zetknięcie się z codziennością czasów rewolucji październikowej i wojny domowej w Rosji jeszcze jedną "propagitką". Nie chodzi nawet o jej członkostwo w komunistycznych partiach, w sumie zważywszy na jej biografię nie specjalnie można się dziwić, że dała się złapać na lep komunistycznej propagandy ale na język jakim się posługuje i ewidentne zafałszowania. Jasne, że dzisiaj można się uśmiechnąć, gdy czyta się jej wyznania w rodzaju "Ja tylko wierzyłam w partię i rewolucję tak, że w każdej chwili byłam gotowa na wszelkie ofiary. Uszyłam woreczek z grubego płótna, włożyłam w niego moją legitymację partyjną, nosiłam ją w zanadrzu, przypiętą agrafką do koszuli i z nią byłam szczęśliwa i na wszystko gotowa (...)" albo "Ciężko było. Mój umysł i pióro zbyt słabe, aby to wszystko opisać. Ale co było najcięższe, to to, że towarzysz Lenin, wódz i nauczyciel proletariatu, był chory; za wielka była jego praca, siły się wyczerpały. I nad narodem zawisł smutek jak ciemna chmura". Ale jeśli weźmie się pod uwagę, że pisze to matka, której troje dzieci zabili w Rosji komuniści, a czwarte ledwo się wywinęło od śmierci w gułagu to już nie robi się śmiesznie lecz smutno i czytelnik czyta te "wyznania" z zażenowaniem i litością nad ponad osiemdziesięcioletnią staruszką, której wetknięto te słowa jako jej własne.

Z Marcjanny Fornalskiej zrobiono działaczkę komunistyczną ale gdy czyta się jej wspomnienia widać, że w gruncie rzeczy nie miała pojęcia w czym uczestniczy, jej działalność ogranicza się do czynności - jakby to powiedzieli prawnicy - materialno-technicznych, coś przynieść, coś zanieść, coś przechować. Nie za bardzo ma pojęcie o co w tym chodzi i tak naprawdę angażuje się w to nie dlatego, że chce wyzwolić proletariat z kajdan niewoli lecz dlatego, że proszą ją o to jej dzieci. Robi to, o co poprosi ją syn albo córka, jak każda matka. Tak jest też z jej przynależnością partyjną, skoro córka, w którą patrzy jak w obraz, bo osiągnęła to co dla niej samej było nieosiągalne, zapisuje się do partii, to to musi być dobre. Nie da się jednak ukryć, że to na konto Marcjanny Fornalskiej a nie jakiegoś ghostwritera idą wszystkie, zgodne z "nakazem chwili" wynurzenia, które sprawiły, że jej książka dzisiaj skazana jest na zapomnienie.