niedziela, 9 września 2018

Most na rzece Kwai, Pierre Boulle

Moje pierwsze spotkanie z Pierrem Boulle, to była lektura "Planety małp" w czasach licealnych, którą wówczas, w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych zawojował mnie absolutnie, głównie za sprawą zakończenia. Nie muszę dodawać, że poszedłem za ciosem, i tak trafiłem na "Most na rzece Kwai", uważany za najwybitniejszą powieść Boulle'a. Cóż, jako nastolatek nie podzielałem tej opinii, a i film nakręcony na podstawie książki, w moich oczach niespecjalnie jej pomógł. Odbierałem ją jako wojenną "przygodówkę", której akcja rozgrywa się w egzotycznym miejscu, coś jak "Król szczurów" Jamesa Clavella, tylko bez happy endu.


Lata minęły, doświadczenia i rozumu przybyło i przy okazji kolejnej powtórki okazało się, że "Most na rzece Kwai" to niekoniecznie tylko taka sobie, męska, prosta historyjka, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Dopiero teraz dotarło do mnie, że Boulle stworzył wariację na temat słynnego "Listu do syna" Kiplinga, w finale której nie wszyscy, okazują się ludźmi w Kiplingowskim rozumieniu. 

Napisał powieść o dwóch stronach tego samego medalu pozornie tylko przeciwstawiając przekonaniu o wyższości rasy brytyjskiej - "dumę rasową, mistykę władcy, lęk przed tym, że można nie być potraktowanym poważnie" bo szybko się okazuje, że brytyjski "doskonały typ snoba wojskowego" ramię w ramię współdziała z zakompleksionym i zapijaczonym japońskim oficerem, pomagając mu wykonać jego zadanie. W pysze udowodnienia wyższości Brytyjczyków staje się kolaborantem, posuwając się do podwyższenia norm pracy dla swoich żołnierzy i wysyłając do pracy chorych, i to wszystko wyłącznie z własnej inicjatywy. 

Nie jest żadnym usprawiedliwieniem, że nie był osamotniony w tym wcieleniu "swej wiedzy w dzieło, które miało dowieść wyższości nad nieprzyjacielem, na zbudowanie mostu, który miał dźwigać japońskie pociągi w triumfalnym biegu (...)". Jest żałosny i głupi w swoim przekonaniu, że Japończycy to "naród tkwiący jeszcze w powijakach, który zbyt szybko powleczono pokostem cywilizacji. Oni się niczego dogłębnie nie nauczyli. Pozostawieni samym sobie, nie mogą zrobić ani kroku naprzód. Bez nas tkwiliby jeszcze w epoce żaglowców i nie znaliby samolotów. Prawdziwe dzieci...", gdy służy im poświęcając dla ich dobra brytyjskich żołnierzy. 

Tę drugą stroną medalu ludzkiej natury reprezentuje Shears ze swoimi ludźmi, który tak jak pułkownik Nicholson wraz z oficerami (zapewne nie jest dziełem przypadków, że po każdej stronie Boulle postawił po trzech żołnierzy) "cenił ludzi, którzy umieli z góry wykryć wrażliwy punkt jakiegoś przedsięwzięcia, którzy byli dość przezorni, by się do niego przygotować, i posiadali dość wyobraźni, by móc go przemyśleć - pod warunkiem, że nie dadzą się nim zahipnotyzować". To właśnie ta ostatnia cecha, odróżnia go, czyni człowieka z wiersza Kiplinga, zwłaszcza gdy zderza się jego obawę o młodego, niedoświadczonego żołnierza, dla którego zabicia człowieka w bezpośrednim starciu może okazać się ponad siły, a pułkownikiem Nicholsonem szafującym zdrowiem (a pewnie i życiem) swoich żołnierzy. A przecież i jednemu i drugiemu, "zarówno instynkt, jak rozum kazały im skupić stopniowo całą energię, ambicję i wszystkie nadzieje tylko i wyłącznie na mości na rzece Kwai".

Boulle, inaczej niż w wojennych powieściach przygodowych przedstawia naturę działań militarnych, kładzie bowiem nacisk nie tylko na samo zadanie ale także, jeśli nie przede wszystkim na postawę człowieka. Boulle, w rozterkach jakie towarzyszą Shearsowi przed wysłaniem Joyce'a do wykonania zadania pokazuje, prawdziwą naturę człowieka, świadomość, że zabijanie, nawet wroga, nie jest czymś co jest naszą immanentną cechą. Jakby miał świadomość, do czego to może prowadzić, a co tak wstrząsająco, już jako historię z "naszego podwórka" opisał Stefan Dąmbski w swoich wspomnieniach "Egzekutor".  

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Rzeźnia numer pięć czyli krucjata dziecięca czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią, Kurt Vonnegut Jr.

I znowu legł w gruzach kolejny literacki mit mojej młodości. Przyznaję, z "Rzeźnią numer pięć" nigdy się nie zachwycałem, owszem czytałem w czasach licealnych bo tak wypadało, jeśli pretendowało się do miana inteligenta (raczkującego) ale szału nie było, być może za sprawą niedojrzałości czytelnika. Ćwierć wieku z okładem minęło i czas powiedzieć "sprawdzam". Cóż szału nie ma i tym razem ale przynajmniej mam świadomość, że wówczas gdy książka się ukazało mogło być to coś za sprawą niekonwencjonalnej perspektywy. 


Vonnegut odkrył coś takiego jak dramat sprawców. Ośmielił się napisać, że naród sprawców wojny może być również ofiarą. W sumie niby nic nowego po liście biskupów polskich do biskupów niemieckich "przebaczamy i prosimy o wybaczenie", który zresztą nie spotkał się z przesadną wylewnością adresatów. tyle że tu jest to literacko przetworzone, no i ma swój wymiar bo autorem jest żołnierz amerykański o niemieckich korzeniach, co dodaje książce swoistego smaczku. Vonnegut zdaje sobie sprawę z tego, że dotyka wrażliwej kwestii ale stoi na stanowisku, że odpłata, zadanie cierpień jednym, przypadkowym ludziom nie łagodzi cierpień drugich ani nie jest dla nich żadną rekompensatą. Może się to i bilansuje w kategoriach zbiorowych ale na pewno nie w jednostkowych. 

Z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że trudno obdarzać empatią tych, którzy na pytanie Goebbelsa "Wollt ihr den totalen Krieg?" w zachwyceniu podrywali się z krzeseł, wyciągając rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Można powiedzieć, cóż chcieli wojny totalnej więc ją dostali - "zdarza się". 

I to chyba przede wszystkim język i sposób, w jakim Vonnegut mówi o dramacie (także, a może przede wszystkim tym jednostkowym), bez patosu i martyrologicznego zacięcia, to było coś zaskakującego. Patrzenie na "świętości" z dystansu, jako na coś co "zdarza się", to mówienie o dramacie w strywializowany sposób robiło wrażenie - w końcu gdy ukazała się "Rzeźnia numer pięć" nikomu do głowy nie przyszło budowanie z klocków Lego obozu koncentracyjnego. 

Współczucie dla Niemców, którzy też byli ofiarami wojny dla czytelnika, który miał jako takie pojęcie o skali strat poniesionych w II wojnie światowej mogło szokować, zwłaszcza że wbrew temu co Vonnegut pisze w "Rzeźni numer pięć", liczbie ofiar nalotu na Drezno daleko było do liczby ofiar bombardowania Hiroszimy (także Nagasaki), nie wspominając już o ofiarach i zniszczeniach Warszawy czy Stalingradu. Zresztą opis nalotu wypada jakoś niedramatycznie, już więcej jest w słynnym "Dzienniku" Klemperera ale i on też nie robi wrażenia jakiego można by oczekiwać od opisu takiej hekatomby. 

Już bardziej poruszający jest absurdalna śmierć jednostki na tle śmierci mas. Zostać rozstrzelanym za podniesienie z gruzów jakiegoś walającego się czajnika, gdy przeżyło się bombardowanie, w którym zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi! Tak, to na prawdę robi wrażenie znacznie większe niż choćby bombastyczny, pretensjonalny tytuł. Porównać dorosłych, uzbrojonych żołnierzy, gotowych zabijać wroga (nawet jeśli wśród nich zdarzały się jednostki wybitnie nienadające się do wojska) do bezbronnych dzieci, których naiwność i wiarę wykorzystali bezwzględni dorośli, na to trzeba być pozbawionym umiejętności zachowania wszelkiej proporcji. Cóż bowiem miałoby oznaczać pozostawienie w domu uczestników dwudziestowiecznej "krucjaty dziecięcej"? Przyglądanie się wojnie w Europie? Zakładam, że w zamyśle Vonneguta "Rzeźnia numer pięć" miała być powieścią przede wszystkim prowokującą do dyskusji. Jeśli tak, to zgoda. Jeśli zaś miała być opisem i potępieniem niesprawiedliwości wojny, wypada chyba za jej głównym bohaterem, alter ego Vonneguta powtórzyć, cóż "zdarza się". 

niedziela, 19 sierpnia 2018

Konarmia, Izaak Babel - uwagi na marginesie

Niedawno przeglądałem siedmiotomowe (wraz z suplementem) wydanie Nowej encyklopedii powszechnej PWN z 1995 r. i trafiłem na hasło "najgłośniejsze dzieła literatury światowej". Taka lista znajdowała się też w czterotomowym wydaniu encyklopedii z 1973 r. i była dla mnie w czasach licealnych listą lektur obowiązkowych, z których wielu, przyznaję ze skruchą, do dzisiaj nie udało mi się przeczytać. Nie trudno chyba zgadnąć, że na ten "zew młodości" zareagowałem niczym stary rumak na dźwięk trąbki bojowej i przeżyłem szok. Otóż mając ostatnio fazę na literaturę rosyjską zainteresowałem się zestawieniem najgłośniejszych dzieł literatury rosyjskiej i nie gdy czyta się pozycje, które znalazły się na niej znalazły, łatwo go zrozumieć.


Żeby nie przedłużać wstępu i było wiadomo o czym mowa, poniżej przedstawiam zestawienie ale nie w kolejności chronologicznej jak w encyklopedii, lecz dla łatwiejszej orientacji w kolejności alfabetycznej autorów: 

Achmatowa, Requiem
Babel, Armia konna
Błok, Dwunastu
Brodski, Wielka elegia dla Johna Donne'a
Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
Bunin, Wieś
Bunin, Życie Arsieniewa
Czechow, Trzy siostry
Czechow, Wiśniowy sad
Fadiejew, Klęska
Gorki, Matka
Jerofiejew, Moskwa - Pietuszki
Leonow, Złodziej
Majakowski, Dobrze
Majakowski, Łaźnia
Makarenko, Poemat pedagogiczny
Pasternak, Doktor Żywago
Paustowski, Opowieść o życiu
Polewoj, Opowieść o prawdziwym człowieku
Rasputin, Pożegnanie z Matiorą
Rybakow, Dzieci Arbatu
Simonow, Żywi i martwi
Simonow, Nikt nie rodzi się żołnierzem
Simonow, Ostatnie lato
Sołżenicyn, Jeden dzień Iwana Denisowicza
Sołżenicyn, Archipelag Gułag
Szałamow, Opowiadania kołymskie
Szołochow, Cichy Don
Szukszyn, Kalina czerwona
Tiendriakow, Sąd
Tołstoj A., Droga przez mękę
Trifonow, Czas i miejsce
Wiszniewski, Tragedia optymistyczna
Władimow, Wierny Rusłan
Wozniesienski, Parabola
Zamiatin, My

A wszystko to piszę o niedawnej lekturze "Konarmii" Izaaka Babla, która znalazła się na tej liście. Czemu zawdzięcza "głośność"? - nie dałbym głowy, że walorom literackim, których mistrzowskie opanowanie jest zachwalane przez Jana Nieśpiałowskiego, który wydanie "Konarmii" opracował. (Inna sprawa, że tak na prawdę nie poznajemy kanonicznej wersji opowiadań, dostajemy jakąś hybrydę, to co ukazało się w wydaniu czwartym zbioru, zmasakrowanym przez cenzora i samego autora, który usiłował sprostać wymogom wydawcy z przywróconymi w ok. 1/4 fragmentami wówczas usuniętymi.)

Stawiałbym przede wszystkim na tematykę i jej ujęcie. Opowiadania Babla związane są bowiem z wojną 1920 r., która przez lata "komuny" była tematem tabu w ZSRR i oczywiście także w Polsce. Już więc sama tematyka w tamtym okresie wystarczyła by zainteresować książką. Nie przeczę wiele z opowiadań robi wrażenie swoim naturalizmem, ich przeciwwagą z kolei są te przepojone żalem za ginącym światem. A wszystkie one składają się razem na odrażający obraz heroldów rewolucji niosącej ze sobą tylko śmierć i zniszczenie.

To obraz najazdu Hunów przepojonych nienawiścią do przedstawicieli innego świata, tylko dlatego, że jest inny, niezrozumiały i bogatszy, który jest niszczony tylko dlatego, że taki jest rozkaz i nie ma to nic wspólnego z konfrontacją na polu bitwy, jak równy z równym. Niszczony jest świat pobratymców Babla, nikt tu nikomu nie przynosi żadnej wolności i nikogo nie wyzwala. Śmierć i zniszczenie, to jedyne co ze sobą przynosi dzicz ze Wschodu, a to że to co za stali jest dalekie od doskonałości, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Postacie występujące w opowiadaniach składających się na "Konarmię" nie mając nic z bohaterów Dostojewskiego i Tołstoja, tylko narrator Lutow zachowuje się niczym kawaler Danceny pojedynkujący się z wicehrabią de Valmont.

Tyle, że w wydaniu Babla brzmi to bardzo dwuznacznie, bo humanista, czekista - wrażliwiec, który staje po stronie barbarzyńców też staje się barbarzyńcą, cóż z tego, że leje krokodyle łzy nad ofiarami mordów i pięknem świata, skoro sam przykłada rękę do jego zniszczenia. Jakie znaczenie ma to co myśli i pisze skoro sam stoi ramię w ramię z dziczą. Babel nie był strażnikiem prawdy i sumienia, kiedy zginął w 1940 r. w ramach represji, ginął nie dlatego, że przeciwstawił się komunizmowi ale dlatego, że był kochankiem żony Jeżowa ówczesnego szefa NKWD, który po prostu sprzątnął rywala, który przyprawiał mu rogi.

Bądźmy szczerzy, rosyjskie utwory, które znalazły się na liście najgłośniejszych dzieł literatury światowej z okresu ZSRR swoje miejsce, w przeważającej większości, nie zawdzięczają walorom literackim a odgórnym nakazom, które zapewniły im głośność. Z definicji w ustroju totalitarnym w oficjalnym obiegu nie mogły ukazać się dzieła, które nie byłyby podporządkowane oficjalnym, urzędowym wytycznym. Nic dziwnego, że te dzieła umarły śmiercią naturalną, jak tylko skończył się ustrój, który je promował a wiele z nich nie wytrzymało nawet tego okresu czasu. Smutne to i pewnie gdyby rzetelnie podejść to encyklopedycznej listy to zamiast blisko 40 pozycji ostałaby się może połowa, która w istocie rzeczy obrazowałyby intelektualną pustką, na którą Rosjanie zostali skazani przez prawie 80 lat.

środa, 15 sierpnia 2018

Wspomnienia. Druga księga, Nadieżda Mandelsztam

Im dłużej czytałem "Wspomnienia. Drugą księgę" Nadieżdy Mandelsztam, tym większe miałem tzw. mieszane uczucia. Po "Wspomnieniach" miała ona u mnie duży kredyt zaufania, tak duży, że na Księgę drugą rzuciłem się niczym cham na pasztetową i... No właśnie, nie powiem, że przeżyłem rozczarowanie ale pisanie po raz drugi o tym samym udowodniło, że to nie jest to samo. Nie da się ukryć, że jest to książka spóźniona. Gdyby ukazała się "za komuny" byłaby bestsellerem (oczywiście bezdebitowym) i na ten status miałaby pewnie też szansę na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Dzisiaj prawie pół wieku od jej powstania i blisko trzydzieści lat od upadku ZSRR jej lektura nie wywołuje już wypieków na policzkach.


Chwilami ma się wrażenie, że "starsza pani" dokonuje obrachunku z bliźnimi nie mogąc liczyć ani na sprawiedliwość instytucjonalną ani też na zwykłe ludzkie poczucie przyzwoitości. Pokazuje jak komunizm zniszczył więzi społeczne wyzwalając w ludziach to co najgorsze do tego stopnia, że przyzwoitość stała się aktem odwagi. Uzmysławia też czytelnikowi jak niewiele wie o życiu literackim Rosji początków XX wieku i jak Rosjanie sami zniszczyli własną kulturę nie cofając się przed fizyczną eliminacją niewygodnych twórców, a w najlepszym wypadku spychając ich na margines.

Ta część trochę "plotkarska" (jakby to niezręcznie brzmiało) wydaje się najciekawsza, choć w gruncie rzeczy tylko pobudza apetyt, chciałoby się bowiem dowiedzieć czegoś więcej o ludziach, z którymi zetknął się Osip Mandelsztam i sama Nadieżda a nie tylko poznać ich z jakiegoś incydentu. W jeszcze większym stopniu pewnie to niezaspokojenie czyli rosyjscy czytelnicy dla których "Druga księga" była przypomnieniem własnej młodości.

Dotyczy to zapewne jednak stosunkowo nielicznego grona czytelników, miłośników literatury rosyjskiej, bo poza tym gronem nazwiska Achmatowej, Biełego, Błoka, Cwitajewej, Gumilowa etc., etc. niewiele mówią. Dzisiaj już samo kojarzenie tych nazwisk oznacza przynależność do ezoterycznego kręgu. Nie da się ukryć, że dla kogoś kto o Mandelsztamie wie tyle, że podobno ktoś taki, owszem żył i coś tam pisał, "Księga druga" jest jakby książką obok. Zwłaszcza, że Nadieżda opisuje swojego męża poprzez pryzmat jego twórczości. Dla niej stanowiła odzwierciedlenie jego życia i poglądów i była z nimi ściśle zespolona (nawiasem mówiąc, nomen omen, to ciekawy asumpt do rozważań na temat "twórca a jego dzieło").

To zresztą fascynujące jak całe swoje życie można podporządkować pielęgnowaniu pamięci zmarłego człowieka i jego twórczości. I przecież nie chodzi tu o zwykłą pamięć wdowy po mężu ale o przeciwstawienie się totalitarnemu państwu, o życie na marginesie, w niedostatku i zagrożeniu jeśli nie życia to wolności. A jednocześnie chwilami ma się wrażenie, że w trochę innych okolicznościach, gdyby nie spotkała na swojej drodze Mandelsztama mogłaby być koleżanką Aleksandry Kołłontaj. Trudno nie dostrzec bowiem w autorce "Wspomnień. Drugiej księgi" kobiety świadomej wartości własnej osoby, chcącej zachować niezależność, która uznaje jednak autorytet męża i niczym jak prawdziwa Rosjanka ze starej anegdoty gotowa jest wołać "Wania ubij, ja winowata".

Rzecz w tym, to wszystko (może poza tym motywem "niezależności") tak naprawdę było już we "Wspomnieniach". Niczego nowego, poza "ploteczkami" (zwłaszcza tymi dotyczącymi Achmatowej) się nie dowiadujemy, tak jak nie ma tam niczego nowego w ocenie władzy i ludzkich postaw wobec niej. Trudno mi było oprzeć się przy tym wrażeniu, że jeśli o to chodzi, to Mandelsztam świetnie by się dogadała z Herbertem. Jej diagnoza dotycząca stanu radzieckich elit literackich (czy szerzej kulturalnych) podobnie jak słynny wywiad Księcia poetów w "Hańbie domowej" przypomina granat wrzucony w szambo, tyle że nie dotyczący naszego podwórka. Ma się świadomość, że obcuje się z książką ważną, której nie się skwitować wzruszeniem ramion czy machnięciem ręki ale nie da się ukryć, że "Druga księga" nie ma tej "świeżości" co "Wspomnienia" tak że wyszła z tego książka raczej dla zainteresowanych tematem i nieco więcej niż trochę, zdeterminowanych.   

piątek, 27 lipca 2018

Ameryka, Franz Kafka

Napisać, że główny bohater "Ameryki" to "człowiek wyobcowany, którego związki z innymi ludźmi uległy znacznemu zniszczeniu. Bohater kafkowski walczy samotnie z niezrozumianymi strukturami rządzącymi światem. Mimo buntu i starań nie jest w stanie zmienić swego położenia, a walka kończy się klęską. Uwikłania bohatera w grozę istnienia mają na tyle niejasną strukturę, że możliwa jest bardzo różna interpretacja symboliki i sekwencji wydarzeń jakim ten bohater jest poddany. Samotność jest głównym z wielkich tematów kafkowskich - bohater walczy i przegrywa zawsze sam. Strach, koszmary, rozdwojenia jaźni i kompleksy, to inne z niszczycielskich i symbolicznych elementów.  Oddają one dobrze atmosferą dzieł, w których wyobcowani i samotni bohaterowie bezustannie poszukują - jak można sądzić - bezpieczeństwa i pewności, czego nigdy nie będzie in dane doświadczyć.", to truizm ale nie da się zaprzeczyć, że mniej więcej ma on zastosowanie także do głównego bohatera pierwszej powieści Franza Kafki. 


Wstyd się przyznać, ale książka przeleżała u mnie na półce kilkanaście lat, a kupiona była jeszcze u ś. p. Andrzeja Metzgera, znanego kieleckiego antykwariusza. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że za sprawą tytułu kojarzyła mi się ze "Stroszkiem" Wernera Herzoga, a kto miałby ochotę na powtórkę z głęboko depresyjnych klimatów? Ale w końcu nadszedł czas "Ameryki", a po jego lekturze, tak jak po lekturze każdej rasowej książki, z pewnym zażenowaniem mogę powiedzieć, że żałuję, że dopiero teraz ją przeczytałem. Teraz nie miałbym alibi w postaci filmu Herzoga bo książka została wydana niedawno pod zmienionym tytułem - "Zaginiony", choć ciągle w tłumaczeniu Juliusza Kydryńskiego (w którym ukazała się po raz pierwszy w Polsce w 1967 r. jako "Ameryka"), choć tytuł wcale nie odzwierciedla treści, a już kompletnym nieporozumieniem jest teza o poszukiwaniu odkupienia przez głównego bohatera, jaką Grzegorz Janowicz wysnuwa w posłowiu do nowego wydania. 


Cytat z Wikipedii, który wcześniej przytoczyłem tylko mniej więcej oddaje istotę "Ameryki". Jeśli bowiem jest w niej samotność i niezrozumienie struktur świata, to nie da się ukryć że jest ona wynikiem, że tak powiem, rozjazdu z obu stron, zarówno głównego bohatera jak i świata. Z jednej strony Karl Rossmann odstaje daleko od normy, z drugiej strony świat powieści, nie jest też zwykłym światem w jakim żyjemy. Przechodząc na język matematyki można by powiedzieć, że mamy do czynienia z wektorami o zwrotach przeciwnych, a jeśli chodzi o kierunek to wcale nie jest takie pewne, że jest on taki sam w odniesieniu do Karla i świata, w którym się znalazł (nie wątpię, że Lacan byłby w stanie stworzyć jakiś wzór matematyczny, który by to dokładnie opisywał).

Ameryka Kafki mogłaby w zasadzie istnieć w każdym miejscu na Ziemi, wyróżniają ją bowiem tylko trzy cechy: rozmach, skala oraz odległość od domu, a to co spotyka głównego bohatera to tak na prawdę w sporej części psychodeliczny wariant przygód Pinokia z okresu jego znajomości z lisem i kotem. Dla ścisłości - Karlowi oczywiście daleko do Pinokia ale już Robinsonowi i Delamarche'owi do lisa i kota całkiem blisko, no i oczywiście pozostaje cały kontekst: dwóch cynicznych obwiesi wyzyskuje naiwnego, nieposiadającego za grosz asertywności chłopaka, który znajduje się w nowej dla siebie sytuacji. Karl, przyznaję, jest trochę irytujący, przez swoje zachowanie, bo zachowuje się dokładnie na odwrót, niż my byśmy się zachowali na jego miejscu. Oczywiście ma prawo do wolności, zwłaszcza że jego działanie nie ogranicza wolności innych, ma prawo do niedostosowania się do oczekiwań innych ale czy nie powinien liczyć się z ryzykiem konsekwencji niedostosowania się do oczekiwań innych?

Jak przystało na Kafkowskie opus imperfecum nie wiadomo, czy główny bohater poniesienie klęskę. Max Brod w posłowiu do pierwszego wydania "Ameryki" twierdził, "że ta powieść jest radośniejsza i "jaśniejsza" niż wszystko co kiedykolwiek napisał" Kafka, ale to wcale nie znaczy by była to powieść radosna i "jasna". Okazuje się w niej, że człowiek niekoniecznie jest kowalem własnego losu a raczej jest ofiarą sądów innych na jego temat, sądów w których nie działa zasada domniemania dobrej wiary. Karl już o tym wie - "nie można się bronić, jeśli druga strona nie ma dobrej woli", ale czy to znaczy, że mamy zrezygnować z własnej wolności, że zanim podejmiemy jakiś działanie najpierw powinniśmy wyobrazić sobie najgorsze konsekwencje własnego czynu i dopiero wówczas gdy dojdziemy do wniosku, że jesteśmy w stanie je zaakceptować, działać? Jak to się dzieje, że tylko ja jeden jestem osamotniony, przecież inni także są jednostkami, i to w dodatku takimi, z którymi znajduję porozumienie, jak to się dzieje, że oni akceptują otaczający ich świat? Na te pytania czytelnik musi sam sobie udzielić odpowiedzi, jak tylko otrząśnie się z Kafkowskiej atmosfery.

Co tu dużo mówić, dla miłośników dobrej książki, lektura obowiązkowa. 

sobota, 7 lipca 2018

Pamiętnik matki, Marcjanna Fornalska

Nie ma co ukrywać, "Pamiętnik matki" to książka mocno podejrzana już dzień dobry, bo to i autorka nie taka (Marcjanna Fornalska była matką "kanonizowanej" przez władze PRL-u komunistki Małgorzaty Fornalskiej, kochanki Bolesława Bieruta, zresztą sama należała do m. in. do bolszewików i KPP). Jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę, iż pisała ją (?) mając ponad osiemdziesiąt lat i nie bardzo umiejąc pisać, a tomiszcze, które popełniła może pod względem objętości śmiało stawać w zawody z sążnistymi dziełami Bondy Katarzyny i Cherezińskiej Elżbiety, to w tych podejrzeniach czytelnik jeszcze bardziej się utwierdza. Nie bez znaczenia jest też chyba osoba redaktorki książki Olgi Kierczyńskiej, córki osławionej Melanii. Mnie, przyznam się, zastanowiła ilość wydań - doliczyłem się dziewięciu w ciągu niecałych 30 lat, co prawda nie umywa się to do "Pamiątki z Celulozy" czy "Kolumbów, rocznik 20" ale to dużo jak na książkę, która zakrawa na pierwszy rzut oka na jakiś propagandowy panegiryk. Postanowiłem więc sprawdzić o co chodzi i... 


byłem w szoku. Nie jest to co prawda wielka literatura ale nie pozostawia czytelnika obojętnym, przynajmniej w pierwszej części wspomnień obejmującą historię rodziny sięgającą ("na oko") lat dwudziestych, może trzydziestych XIX wieku po rok 1919. Jeśli ktoś był pod wrażeniem "Germinala", to zapewne będzie też pod wrażeniem "Pamiętnika matki", bo przytłacza on opisem życia będącego niekiedy na granicy biologicznego przetrwania, świata w którym oddaje się dzieci obcym ludziom, by dać im i sobie szansę przeżycia a przecież nie traktuje on o miejscach ekstremalnych tylko polskiej wsi na Lubelszczyźnie w w końcu XIX wieku. Nie da się czytać obojętnie opisu szesnastoosobowej rodziny zamieszkującej chatę z jedną izbą mieszkalną, w której dziecko zachorowało na gruźlicę, gdy doktor "powiedział, że gruźlica jest w ostatnim stadium i on nic nie może już pomóc. Wtedy zupełnie otwarcie zaczęto się przygotowywać do pogrzebu. Sąsiadki płakały wraz z matką, przestano chłopca poić różnymi ziółkami, bo to i tak już nic nie pomoże... Żył jeszcze pół roku w wilgotnej, brudnej, przepełnionej rodzeństwem chacie i skutki nie dały na siebie długo czekać. Po śmierci chłopca nic się nie zmieniło: spano na tej samej pościeli, noszono buty, odzież którą nosił chory i po krótkim czasie - może po dwóch latach - zmarło ich pięcioro. I już w tej rodzinie gruźlica pozostawała długie lata".

Fornalska opisuje świat jeśli nie pozbawiony uczuć, to przynajmniej z mocno przytępionymi uczuciami - relacje z dziećmi ograniczają się do zapewnienia i wiktu i opierunku, edukacja jest kosztowną fanaberią, która wpędza rodzinę w niedostatek i pozbawia ją siły roboczej, małżeństwo zaś jest kieratem, który dwoje nieznanych sobie wcześniej młodych ludzi musi wspólnie pchać z woli rodziców. Lipce z "Chłopów" wyglądają przy tym jak jakaś sielska kraina mlekiem i miodem płynąca. Uderza beznamiętna (w zasadzie) relacja okraszona od czasu do czasu jakąś autorefleksją ale generalnie czytelnik sam musi uporać się z tym co czyta.

"Pamiętnik matki" jest pomnikiem miłości macierzyńskiej, tak jak ją Marcjanna Fornalska rozumiała, choć dzisiaj moglibyśmy się nad tym rozumieniem zadumać bo jest to miłość szorstka, nie wyrażana słowami i ani gestami, Fornalska sama zresztą poniewczasie zdaje sobie z tego sprawę ale nie ma się ani przez chwilę wątpliwości, że dzieci są dla niej najważniejsze. Niestety pod koniec pierwszej części wspomnień obraz "Pamiętnika matki" zaczyna się psuć, a w części drugiej, podejrzenia, o których pisałem na wstępie, zaczynają powracać i przeradzać się w pewność. Coś co uznalibyśmy za dokument dający asumpt bo rozważań na różnych polach szczególnie interesujących dla krytyki feministycznej; długo by pisać o relacjach rodzice - dzieci, relacjach między małżonkami, konkubinacie, trójkątach małżeńskich (córka Marianny była kochanką Bolesława Bieruta i matką jego córki), akceptacji nierówności społecznych a na interesującym podejściu do mieszanych polsko-rosyjskich małżeństw (zaskakujące, ale wiejscy analfabeci mieli takie same zdanie w tej mierze co potomkowie szlachty, stojący od nich na drabinie społecznej nieporównanie wyżej) oraz wiary i patriotyzmu skończywszy.

Niestety, "Pamiętnik matki" staje się od okresu, w którym Marcjanna Fornalska opisuje swoje zetknięcie się z codziennością czasów rewolucji październikowej i wojny domowej w Rosji jeszcze jedną "propagitką". Nie chodzi nawet o jej członkostwo w komunistycznych partiach, w sumie zważywszy na jej biografię nie specjalnie można się dziwić, że dała się złapać na lep komunistycznej propagandy ale na język jakim się posługuje i ewidentne zafałszowania. Jasne, że dzisiaj można się uśmiechnąć, gdy czyta się jej wyznania w rodzaju "Ja tylko wierzyłam w partię i rewolucję tak, że w każdej chwili byłam gotowa na wszelkie ofiary. Uszyłam woreczek z grubego płótna, włożyłam w niego moją legitymację partyjną, nosiłam ją w zanadrzu, przypiętą agrafką do koszuli i z nią byłam szczęśliwa i na wszystko gotowa (...)" albo "Ciężko było. Mój umysł i pióro zbyt słabe, aby to wszystko opisać. Ale co było najcięższe, to to, że towarzysz Lenin, wódz i nauczyciel proletariatu, był chory; za wielka była jego praca, siły się wyczerpały. I nad narodem zawisł smutek jak ciemna chmura". Ale jeśli weźmie się pod uwagę, że pisze to matka, której troje dzieci zabili w Rosji komuniści, a czwarte ledwo się wywinęło od śmierci w gułagu to już nie robi się śmiesznie lecz smutno i czytelnik czyta te "wyznania" z zażenowaniem i litością nad ponad osiemdziesięcioletnią staruszką, której wetknięto te słowa jako jej własne.

Z Marcjanny Fornalskiej zrobiono działaczkę komunistyczną ale gdy czyta się jej wspomnienia widać, że w gruncie rzeczy nie miała pojęcia w czym uczestniczy, jej działalność ogranicza się do czynności - jakby to powiedzieli prawnicy - materialno-technicznych, coś przynieść, coś zanieść, coś przechować. Nie za bardzo ma pojęcie o co w tym chodzi i tak naprawdę angażuje się w to nie dlatego, że chce wyzwolić proletariat z kajdan niewoli lecz dlatego, że proszą ją o to jej dzieci. Robi to, o co poprosi ją syn albo córka, jak każda matka. Tak jest też z jej przynależnością partyjną, skoro córka, w którą patrzy jak w obraz, bo osiągnęła to co dla niej samej było nieosiągalne, zapisuje się do partii, to to musi być dobre. Nie da się jednak ukryć, że to na konto Marcjanny Fornalskiej a nie jakiegoś ghostwritera idą wszystkie, zgodne z "nakazem chwili" wynurzenia, które sprawiły, że jej książka dzisiaj skazana jest na zapomnienie. 

sobota, 30 czerwca 2018

Braterstwo albo śmierć. Zabijanie Mickiewicza w Kole Sprawy Bożej, Krzysztof Rutkowski

A mogło być tak pięknie.... ale cóż, Krzysztofowi Rutkowskiemu udało się "zakatować" temat, który wydawał się być samograjem bo przecież związki wieszcza narodowego z guru, jakim był dla niektórych Andrzej Towiański to temat z sensacyjnym posmakiem, dalekim od suchej, kilku zdaniowej notki w podręczniku do języka polskiego. Przynależność do sekty, której przewodził rejent sądu ziemskiego w Wilnie, scysja ze Słowackim, wiernopoddańczy adres do cara, a na dodatek sprawy damsko-męskie odstające od normy nawet w naszych liberalnych, w sprawach seksu, czasach - to wszystko bardzo nie pasuje do pomnikowego wizerunku Mickiewicza a tym samym budzi zaciekawienie, jak to tam było naprawdę.


Co w takim razie jest nie tak w książce Rutkowskiego? - niestety prawie wszystko. Przede wszystkim nie jest to książka dla początkujących lecz dla "siedzących w temacie". Autor zakłada, że czytelnik posiada już quantum wiedzy na temat podejmowany w "Braterstwie..." i to quantum naprawdę spore bo wrzuca go w środek piekiełka polskiej emigracji popowstaniowej bez większych wyjaśnień, kto i skąd się tam wziął a jego lakoniczność w tym względzie dotyczy, niestety, także kluczowych postaci książki.

W lekturze, paradoksalnie, nie pomaga też i erudycja Autora, który imponuje znajomością źródeł i obficie je cytuje. Rzecz w tym, że sążniste cytaty są po prostu męczące, przede wszystkim z powodu specyficznego dla towiańszczyzny stylu widocznego choćby w kuriozalnych "wytycznych" Mistrza Towiańskiego dla Brata Adama - "Gotowość do dzieła kapłana nowego przybytku, na obudzeniu życia ducha zależy. Jego liczba pięć. - Cztery żywota odbył. - Piąty ma odbyć. - Pobudę Jego do takiego w części jęku dla Pana, jaki sam masz. Jest wypróżniony, niech pobudza ducha do służby. - Otwórz mu losy jego przeszłe. Niech rozczula się i modli przymusem, póki nie zbierze się na siły ducha. - Cięgiem przedsiębierze, a nie wykonywa, nad wszystkim cierpi - cierpi nad niedostatkami, spuszcza się na miłosierdzie Boskie, ale pobudek z siebie nie daje. Dosyć wypróżnienia w przyszłym żywocie, dziś trzeba, aby duch był działalnym. Cierpiał naprzód na niewypróżnienie, potem na niedziałalność ducha. Niech uczy się z własnych pism, a zobaczy duchem, co jemu nie dostaje. Mało dziś jemu być Joanną d'Arc, trzeba życie ducha wydobyć. Zna niedostatek - chce wydobywać - ale pracy nie przykładanie jest w miedzianym życiu - jest czysty, próżny, wierzący." A to tylko niewielka próbka, która wcale nie jest szczytem "koszmarnego wojskowo-mistyczno-kancelaryjnego stylu" Towiańskiego.

Zresztą styl pisarstwa samego Autora "Braterstwa..." pozostawia wiele do życzenia, pisze bowiem mało przyjaźnie, puszczając oko do czytelnika i bawiąc się językiem towiańszczyzny (co jest w większych dawkach prawie tam samo niestrawne jak język Towiańskiego i jego akolitów) na zmianę z wywodami w stylu Deridy i Lacana plotąc całkiem serio o schizofrenii, znaczeniu języka i pisma, tak jakby literaci połowy XIX wieku byli prekursorami ponowoczesnej (?) krytyki literackiej, "odlatując" przy tym nie gorzej niż sam Towiański, nie pomaga też bardzo swobodne traktowanie chronologii wydarzeń.

Mam wrażenie, że Krzysztofa Rutkowskiego poniosły emocje, czemu w sumie się nie dziwię bo opisuje przecież arcyciekawy "epizod w dziejach dewiacji polskiej myśli". Niestety to emocjonalne zaangażowanie przysłoniło mu jasny ogląd rzeczywistości. Znając bowiem fakty wysnuwa dziwaczne twierdzenie o "zabijaniu" Mickiewicza przez członków Koła Sprawy Bożej, w jakiś zaskakujący sposób na podstawie prawdziwych przesłanek wysnuwa błędny wniosek, choć właściwie ma się wrażenie, że przesłanki nie mają tu nic do rzeczy, bo teza jest z góry założona i już. To, że to Mickiewicz "zabijał" przez lata innych nie ma znaczenia a przecież sytuacja wieszcza przypomina sytuację consigliere, który został decyzją capo di tutti capi odsunięty przez dotychczasowych podwładnych od władzy. Jakoś trudno wykrzesać w sobie współczucie dla takiej "ofiary", prawda?

Mnie Krzysztof Rutkowski zupełnie nie przekonał. Trzymając się konwencji podtytułu książki, powiedziałbym, że to było nie tyle zabijanie ale raczej samobójstwo Brata Adama. Towiański co najwyżej może być oskarżony o przyczynienie się do tego samobójstwa a i to wątpliwe, bo skąd pewność że Mickiewicz nie jechałbym na jałowym biegu (jeśli chodzi o twórczość poetycką) i bez przynależności do sekty, zwłaszcza że przecież tworzył w Paryżu, tyle że była to twórczość innego rodzaju, pozostająca w cieniu jego poezji.

Widać wyraźnie, że Krzysztof Rutkowski nie przepada za litewskim hreczkosiejem i pewnie słusznie, bo niezależnie do tego, czy idee Towiańskiego podobają się czy nie, to co do oceny praktycznego funkcjonowania sekty, którą kierował nie ma wątpliwości. Mechanizmy jej działania były wręcz podręcznikowe, stosowane wobec ludzi, którzy znajdowali się w trudnej sytuacji wynikającej z emigracji i z wszystkich pochodnych wobec niej problemów: wyobcowania, poczucia klęski, tęsknoty za domem, bezradności, trudności ekonomicznych, problemów osobistych etc, etc., etc. A tu nagle znajduje się ktoś, kto sprawia wrażenie, że ich rozumie, pokazuje drogę, oferuje braterstwo i wspólnotę twierdząc, że ich cierpienie nie pójdzie na marne, ma sens i prowadzi do zwycięstwa byle by tylko mu uwierzyli, bo doznał objawienia. Czy można się temu oprzeć? Oczywiście, że tak ale kilkadziesiąt osób dało się złapać na ten lep, zresztą część za sprawą Mickiewicza.

Mickiewicz uwierzył ale od tego jeszcze daleko do zostania ofiarą. Kiedy Krzysztof Rutkowski usiłuje go jako takiego przedstawić, to jakby zapomina, że mamy do czynienia z dorosłym, intelektualnie sprawnym człowiekiem, który jeszcze niedawno sam poddawał tresurze innych członków sekty a nie trzeba było wielkiej przenikliwości by rozgryźć Towiańskiego. Przedstawienie więc Mickiewicza jako ofiary Towiańskiego jest moim zdaniem dużym uproszczeniem a Krzysztof Rutkowski w swojej książce udowadnia nie tyle, że w Kole Sprawy Bożej zabijano Mickiewicza, ile to, że można zabić ciekawy temat. 

sobota, 23 czerwca 2018

Kordzik, Anatolij Rybakow

Nie da się ukryć, że lata komunizmu to do literatury (podobnie zresztą, jak i dla innych dziedzin kultury) czas stracony. Oczywiście, każda epoka ma swoje i prawa i swój styl różnie odbierany przez następne pokolenia ale literatura powstała w trybie, że tak powiem, nakazowo-rozdzielczym, próbę czasu zniosła wyjątkowo źle i swój żywot zakończyła u nas w 1989 roku.


Dzisiaj bestsellery prozy radzieckiej a i nasze rodzime, ówczesne wytwory nie mają co liczyć na drugi żywot. Ideologiczna skaza stała się dla nich piętnem skazującym na zapomnienie. Co najwyżej są traktowane jako dokumenty epoki albo coś, do czego czytelnicy urodzeni w czasach sprzed wynalezienia ipodów sięgają z sentymentu, jako do reliktów swojego dzieciństwa albo młodości. Przyznaję, nie jestem wolny od tej słabości i dałem się jej ponieść w przypadku "Kordzika" Anatolija Rybakowa, książki która obok "Samotnego białego żagla" oraz "Timura i jego drużyny" należała do najpopularniejszych młodzieżowych powieści rosyjskich, oczywiście nie tyle za sprawą literackich walorów, co wpisania na listę szkolnych lektur.

Dzisiaj "Kordzik" nie miałby u młodocianych czytelników żadnych szans, nie chodzi nawet o dawkę propagandy (a ta jest potężna). Wiedza (nawet "skrzywiona"), którą posiadał uczeń w czasach "komuny" sprawiała, że to co dla dzisiejszego ucznia podstawówki jest czarną magią dla niego było oczywistością. Rewolucja październikowa, wojna domowa (jest nawet wzmianka, że "Polacy zajęli Kijów"), biali vs. czerwoni, pionierzy, komsomolcy. Tego nikt uczniowi, powiedzmy, szóstej klasy nie musiał wyjaśniać, to wiedziało się samo przez się. Oczywiście była to wiedza zakłamana ale była, to po pierwsze.

Po drugie, o ile zdarzają się książki, gdzie spokojnie da się przymknąć oko na widoczną w nich indoktrynację i które to bez problemu można by z nich usunąć dając im tym samym jeszcze jedną szansę, to niestety "Kordzik" do nich nie należy. W gruncie rzeczy propaganda przyćmiewa, poza początkowymi rozdziałami, wątek przygodowo-sensacyjny, co sprawia że tak naprawdę, to powieść nie tyle o rozszyfrowaniu tajemnicy jaką w sobie kryje stary marynarski kordzik, ile książka o perypetiach dzieci, którym się marzy wstąpienie w szeregi Komsomołu. Jest tu wszystko; peany na cześć komunizmu włącznie z fragmentem przemówienia Lenina wygłoszonym na III Zjeździe Komsomołu, publiczny lincz na chłopcu w stylu, jaki był praktykowany na partyjnych konwentykielach, przeciwstawienie pionierów - skautom (nie trzeba dodawać, którzy są dobrzy, a którzy źli), że o odsądzeniu burżuazji od czci i wiary nie wspomnę. W sumie, można powiedzieć, że bohaterowie powieści Rybakowa dobrze by się rozumieli z Pawlikiem Morozowem.

Nie ratują książki nawet zaskakujące smaczki, przedstawione oczywiście w "jedynie słusznym" świetle, takie jak; wzmianki o ruchach powstańczych Machno i Antonowa, racjonowaniu żywności w Moskwie, głodzie na Powołżu i "bezprizornych". Nie pomagają także autobiograficzne wątki dotyczące Katajewa i jego rodziny; przedstawione w epizodzie w Rewsku (w rzeczywistości miejscowość to Snowśk), gdzie mieszkali dziadkowie pisarza i opisach Arbatu gdzie mieszkał on sam, które stanowią zdecydowanie najlepsze fragmenty powieści.

I pomyśleć, że "Kordzik" doczekał się ekranizacji (w 1954 i 1973 roku) i ciągu dalszego w postaci dwóch kolejnych powieści, co było chyba jakąś manią Rybakowa, bo jeszcze dwukrotnie w stosunku do innych swoich bestsellerów korzystał z takiej możliwości odcinania kuponów od ich popularności, ale jak to mawiali starożytni, pro captu lectoris habent sua fate libelli. 

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Frankenstein, Mary Wollstonecraft Shelley

Współczesnego czytelnika powieść Mary Wollstonecraft Shelley w pierwszej chwili może trochę śmieszyć, trochę irytować. Lepiej też nie zakładać, że będziemy mieli do czynienia z żelazną logiką i konsekwencją fabuły. Po prostu trzeba wziąć dużą poprawkę na fakt, że książka ma już 200 lat i pisana jest w dobie romantyzmu, co oznacza, że zachowania jej bohaterów znacząco odstają od tego, czego dzisiaj od nich byśmy oczekiwali. 


Zarówno Robert Walton, jak i Wiktor Frankenstein, te dwie bliźniacze dusze, teraz już by się nie "wybronili", zwłaszcza tytułowy bohater z jego krokodylimi łzami i jeremiadami. W sumie dziwna sprawa, bo przecież gender jest w natarciu, a oczekuje się od mężczyzny by zachowywał się jak facet a nie baba (swoją drogą, cóż to za przeżytek!), tymczasem Frankenstein ucieka od odpowiedzialności za własne czyny roztaczając przed czytelnikami zasłonę dymną, która jednak zupełnie dzisiaj zawodzi i wywiera efekt odwrotny od zamierzonego. 

To nie jest żaden Prometeusz, jak chciała Wollstonecraft Shelley, to uczeń czarnoksiężnika, który wyzwolił moce, nad którymi nie potrafił zapanować i który nie miał pojęcia o konsekwencjach swoich działań. Nawet nie próbował nad tymi mocami zapanować, uciekając od odpowiedzialności przestraszony efektem swoich czynów. Odpowiedzialność za niego ponoszą inni. Tak kończy się zabawa człowieka w Pana Boga. W sumie nic nowego, już przecież starożytni Grecy znali grzech hybris. Tu już się kończy śmieszność powieści i irytacja czytelnika. Przechodzi się na grunt zaskakująco aktualny i jak najbardziej poważny. To już nie jest tylko powieść grozy "z myszką" ale książka dająca asumpt do refleksji nad ludzkim pożądaniem władzy nad życiem i śmiercią a wizja współczesnego Wiktora Frankensteina i jego tworu nie jest już jakąś totalną abstrakcją. 

Czasy się zmieniły i zmieniło się postrzeganie świata. Dzisiaj jasne jest dla każdego, że jedyną "winą" tworu Frankensteina jest jego odstręczająca powierzchowność (którą zawdzięczał swemu twórcy) i pragnienie bycia kochanym. To sprawia, że paradoksalnie budzi, może nie tyle sympatię, o co byłoby trudno, ale jakiś rodzaj zrozumienia (co nie znaczy usprawiedliwienia) większy niż w stosunku do Wiktora. Cóż bowiem jest złego w pragnieniu bliskości z drugim człowiekiem? Jego czyny są tylko konsekwencją działań i zaniechań Wiktora, przez którego został porzucony i pozostawiony samemu sobie. Morderstwa są krzykiem rozpaczy, bo nie widzi innej drogi dla osiągnięcia celu jak tylko przemoc, nie przewidział jednak, że trafił na wyjątkowo nieempatycznego przeciwnika. Trzeba wziąć też poprawkę, iż jest "moralnym samoukiem", nie ma przecież przewodnika, nauczyciela, mentora a jego edukacja opiera się na "podglądactwie", nie ma więc podstaw do tego by oczekiwać od niego przestrzegania reguł obowiązujących w społeczeństwie. Czy zresztą społeczeństwo wyrzucając kogoś poza nawias, ma prawo oczekiwać by ten ktoś stosował się do reguł rządzących tym społeczeństwem? 

Można powiedzieć, utrzymując się w tak modnej dzisiaj konwencji, że "Frankenstein" jest powieścią o stosunku do "Innego", odrzuconego tylko z powodu swojej powierzchowności, która przecież nie była od niego zależna. Poczucie niesprawiedliwości sytuacji, w jakiej się znalazł z nie swojej przecież winy wydaje się oczywiste. Ale to chyba jednak nie taka prosta sprawa. Tak jak "Inny" ma prawo do "wolności do" i "wolności od" tak analogiczne prawa przysługują pozostałym członkom społeczności, w ramach której chce funkcjonować. Trudno sensownie uzasadnić wyższość prawa jednostki nad prawem zbiorowości, na którą składają się przecież jednostki. Nie uzasadnia tego nawet imperatyw kategoryczny Kanta, tak wydawałoby się, głęboko humanistyczna reguła. To kwestia takiej lub innej umowy społecznej, tak różnej jak różne są społeczeństwa.

Wychodzi więc na to, że jeśli dłużej się nad tym zastanowić, to tym bardziej czytelnik upewnia się w przekonaniu, że powieść, którą 200 lat temu popełniła młodziutka panienka nie jest tylko naiwną ramotką, nie wiedzieć czemu zaliczaną do kanonu literatury światowej. Polecam!  

czwartek, 17 maja 2018

"Syzyfowe prace" odkodowane

Na tekst "Syzyfowe prace jako biofikcja o dojrzewaniu do męskości" natknąłem się przypadkiem, szukając informacji na temat wariantów powieści, która jak wiadomo, do wydania z 1919 r., poddawana była przez pisarza zmianom ze względu na cenzurę. Co tu dużo mówić, Filip Mazurkiewicz wreszcie otworzył mi oczy, bo do tej pory do głowy mi nie przyszło by odczytywać książkę Żeromskiego podpierając się kategorią męskości hegemonicznej w ujęciu Stevena Garlicka oraz logosem logocentryzmu w rozumieniu Claire Colebrook, wg której (gdyby ktoś nie wiedział) "logocentryzm jest (...) fallogocentryzmem przez figurę ojca, który zapładnia i staje się czystą formą urzeczywistnienia dominacji metafizyki". I już wszytko jasne. 


Co prawda, do tej pory wtłaczano nam w szkołach do głów, jakieś banały o powieści, której tematem jest postawa dzieci i młodzieży wobec rusyfikacji, a zdarzało się też, że i jako o powieści o dorastaniu ale to takie płytkie w zestawieniu z odkryciem, że Żeromski napisał "powieść o dojrzewaniu do męskości, a jej tytuł sugeruje, że wysiłek zmierzający do zbudowania tak zwanej męskości hegemonicznej w warunkach historycznych końca XIX wieku był wysiłkiem syzyfowym, to właśnie w zwielokrotnieniu liczby mnogiej: były to rozproszone i powtarzane od nowa prace, prace niezdolne do osiągnięcia swego spełnionego apogeum".

Gdyby ktoś miał co do tego jeszcze jakieś wątpliwości, to nie wątpię, że skapituluje pod wpływem niezwykle przekonującej argumentacji Autora, który na przykład dekoduje schronienie się Borowicza w altanie jako oddawanie się męskim fantazmatom by następnie "niejako na nowo się narodzić już jako mężczyzna. Imaginarium, które ma pod ręką, wprost odsyła do męskości hegemonicznej (...)", a w recytowanym przez Zygiera fragmencie "Reduty Ordona" widzi m. in. "metafizyczną fallogocentryczną hegemonię". Sam nie wiem czemu tego wcześniej nie dostrzegłem, przecież nie jest żadną wiedzą tajemną, że "męskość bohaterska w polskim wydaniu jest (...) - inaczej niż dzieje się to na ogół - tragicznym rewersem męskości hegemonicznej. Fallus i logos fallogocentryzmu ulegają tu rozdzieleniu, suwerenny i hegemoniczny logos bowiem znajduje się gdzie indziej, w obcym metafizycznym i politycznym centrum - w Petersburgu. W miejsce fallogocentrycznej hegemonii pojawia się zmarginalizowany fallus i zdecentrowany fallus pozbawiony logosu, który wybiera samobójcze bohaterstwo nie w imię własnej hegemonii, która jest nieosiągalna, lecz przeciw hegemonii obcej." 

Przecież to jasne, że Borowicz "z radością posługuje się obcym logosem, internalizując go całkowicie i łącząc z własną fallicznością, którą rozumiemy już jako prawo do szczątkowej, ale jednak, kontroli i władzy na innymi (mężczyznami). Obcy logos scala się ze swojskim fallusem, aby zwyciężać w grze o peryferyjną hegemonię symulującą jedynie udział w tym, co centralne, w tym, co udziela się jako metafizyczne centrum"

Ciekawa jest także postać Biruty, choć może nie aż tak jak Marcina, bo cóż w sumie może być ciekawego w "kobiecie-mieszańcu", która "jest czystą wcieloną aporią, swoistym nierozstrzygalnikiem", obiektem miłości głównego bohatera. I tu słówko polemiki z Autorem, to przecież nie żaden "obiekt miłości" tylko przedmiot fallogocentrycznej hegemonii, który wybiera ucieczkę "nie w imię własnej hegemonii, która jest nieosiągalna, lecz przeciw hegemonii obcej", hegemonii Wielkiego Innego, którego spotyka przy źródle. 

Tylko co to za źródło? - przyznaję, że dotychczas w swojej ignorancji rozumiałem je hydrologicznie, że tak powiem, jako "samoczynny wypływ wody podziemnej na powierzchnię Ziemi" ale to okazało się za proste. Nie wykluczone, że to źródło "zakazanej miłości, skrywanej lub wybuchającej nienawiści, niewyobrażalnego połączenia dwóch przeciwieństw, dwóch wykluczających się żywiołów". Ale pewności co do tego nie ma. Skoro Żeromski pisząc "Syzyfowe prace" nie był "jeszcze gotowy na aporetyczne rozwiązania, tym bardziej dziewiętnastowieczna męskość pogrążona w różnorakim i zawsze niewesołym przeżywaniu swej zachwianej bohaterskiej antyhegemonii nie może przyjąć takiego rozwiązania i dlatego miłość Borewicza do Biruty nie może się spełnić, ponieważ jest - w Nietzscheańskim sensie tego słowa - niewczesna". Taaa... 

Sądziłem, że monopol na krytycznoliterackie kurioza mają "Teksty Drugie" ale wyrosła im już silna konkurencja jak widać. Z całością tekstu Filipa Mazurkiewicza można się zapoznać w sieci w Autobiografii. Literaturze. Kulturze. Mediach 1 (06) 2016. Życzę miłej lektury i zdrowia.