piątek, 24 lutego 2017

Pan Wołodyjowski, Henryk Sienkiewicz

Postanowiłem przypomnieć sobie, na stare lata, "Trylogię". Na pierwszy rzut poszła ostatnia jej część za sprawą sentymentu do "Przygód pana Michała", serialu, dzięki któremu, "za moich czasów", pustoszały podwórka. Komu wówczas ciarki po plecach nie chodziły, gdy ksiądz Kamiński (którego grał Andrzej Balcerzak) wołał "- Dlaboga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! a ty się nie zrywasz? szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz?" Było, minęło. Dzisiaj, w czasach panowania pokolenia gimbazy wolę nie myśleć jaka byłaby reakcja dziatwy, o ile dobrnęłaby ona w ogóle do końca powieści.  


Nie da się ukryć, Sienkiewicz aż sam się prosi o kłopoty, poczynając od tego, że jego zagadką pozostanie, dlaczego "Pana Wołodyjowskiego" nazwał powieścią "dla pokrzepienia serc", bo przecież wcale nie jest to lektura krzepiąca. Cóż bowiem jest krzepiącego w perypetiach miłosnych mężczyzny w średnim wieku, żałosnego w swych poszukiwaniach żony? Czy krzepiący jest łgarz i alkoholik stojący jedną nogą nad grobem, ze swym cokolwiek podejrzanym stosunkiem do młodej kobiety? A i jakoś nieszczególnie krzepi świadomość, że jego interlokutorzy pozwalają robić z siebie durni, od czasu do czasu tylko zachowując przytomność umysłu i zdobywając się na nieśmiałą wzmiankę o rzeczywistym stanie spraw. Czy krzepiąca ma być obrona Kamieńca Podolskiego - ta "piękna katastrofa" dowód "bezsilności całej Rzeczpospolitej", do której doprowadziły "tłumy niezdolne (...) szczęśliwie nawą Rzeczypospolitej na ciche wody pokierować, bo głowy ich pogrążone były w mroku i ciemności, a serca przeważnie popsute", samobójstwo tytułowego bohatera albo wyczyny Adama Nowowiejskiego, który dla zaspokojenia osobistej zemsty morduje niewinnych ludzi? Jakoś nie wydaje mi się.

Nie żebym nie dostrzegał krzepiących akcentów, jak finałowe zwycięstwo pod Chocimiem czy przecieranie szlaków feminizmowi. Tak, tak... to nie pomyłka. Co prawda celem życiowym pań jest wyjście za mąż (każda z panien w powieści "czuje wolę bożą" choć nie każdej dane było ją zrealizować), a mężczyzn ożenek i spłodzenie jak największej ilości dzieci, a mówiąc ściśle synów (Skrzetuscy biją pod tym względem rekord, pozostawiając daleko w tyle Kmiciców i Ketlingów, spuszczając wstydliwą zasłonę milczenia na państwa Wołodyjowskich) ale przecież Barbara Wołodyjowska domo Jeziorkowska przełamuje tabu; nie dość, że jest obruszona nacechowanym poczuciem wyższości stosunkiem mężczyzn do kobiet, to jeszcze walczy z mężczyznami jak równy z równym, no i, o zgrozo, nie jest od tego by zamienić od czasu do czasu babskie fatałaszki na męskie odzienie. Uważny czytelnik może dostrzec też pierwociny problemów poruszanych przez feminizm drugiej fali, wówczas gdy Wołodyjowski rozróżnia posesjonatkę od "pierwszej lepszej dziewki pokojowej", gdy ogarniają go wyrzuty sumienia z powodu pocałunku. Aż dziw bierze, że dotąd jeszcze żadna krytyczka literacka nie dokonała nowego feministycznego/genderowego odczytania "Pana Wołodyjowskiego", posiłkując się Lacanem, Deridą, Irigaray i kim tam jeszcze.

A byłoby co odczytywać, oj byłoby, bo obok tematów damsko-męskich niejedno by można było napisać choćby o specyficznej religijności bohaterów powieści, której kwintesencją jest samobójcza śmierć "małego rycerza", która stanowiła przecież naruszenie piątego przykazania. Nawiasem mówiąc, ciekawe, jakim cudem jego zwłoki przywalone ruinami, znalazły się w Stanisławowie, że nie wspomnę o uroczystym, kościelnym pogrzebie samobójcy.

Ale już tak na serio, jakby nie patrzeć na kwestię "pokrzepienia serc", zwłaszcza w dzisiejszy czasach (w których patriotyzm rozumiany jako poświęcenie życia na ołtarzu ojczyzny i wiary jest zagadnieniem teoretycznym, na szczęście), "Pan Wołodyjowski" ciągle pozostaje powieścią "płaszcza i szpady", przygodowym romansem historycznym. I to jest jego szansa, fakt że niewielka. Bo moda na ten gatunek przeminęła, zdaje się, bezpowrotnie. Nieźle jest, jeśli nazwiska Dumas i Scotta w ogóle są kojarzone, przygody ich bohaterów zostały wyparte przez zombie i wilkołaków. No i gdzie tam miłosnym perypetiom związku Basi i Michała do Anastasii i Christiana. Kto dzisiaj doceni piękną polszczyznę, potoczystą i bogatą, skoro powieść śmieszy i drażni swoim anachronizmem w szeroko pojętej warstwie obyczajowej a i schematycznością przedstawianych postaci, których osobowość jest równie skomplikowana jak konstrukcja cepa - jeśli jest ktoś dobry, to jest dobry i już, a jak zły, to zły. Czytelnik ma tu jasno wyłożoną "kawę na ławę" nie poznaje "tajni dusz" bohaterów bo i co ma w nich poznawać. Ale nie wymagajmy zbyt wiele, jak na przygodowy romans to w zupełności wystarczy. W tej mierze "Pan Wołodyjowski" jest nie gorszy od niejednej książki Dumasa. Marna to jednak pociecha, skoro tak jak one, odchodzi powoli do lamusa. Trochę szkoda.

sobota, 18 lutego 2017

Milczenie, Shusaku Endo

Wstyd się przyznać ale dopiero najnowszy film Martina Scorsese zmobilizował mnie do lektury "Milczenia", które zbierało na półce kurz od zamierzchłych, jeszcze studenckich czasów.  Postanowiłem sprawdzić, czy jest ono rzeczywiście tak kontrowersyjne jak to można tu i ówdzie wyczytać. Cóż, faktycznie, można być zaskoczonym powieścią, bo w dzisiejszych czasach, kiedy dyskusja na temat Kościoła toczy się wokół skandali i kwestii obyczajowych, Endo porusza zupełnie inne problemy, natury, rzekłbym zasadniczej, które ważne były także i u nas w czasach, gdy deklaracja wiary, miała znaczenie nie tylko w sferze duchowej, oczywiście nie w takiej skali, jak to ma miejsce w "Milczeniu"


Mimo, że powieść Endo, której akcja rozgrywa się w Japonii w XVII wieku, na pierwszy rzut oka wydawać się może zupełną egzotyką to przecież dotyka ona, jeśli chodzi o tytułowy problem, sprawy, której skala przerastała daleko cierpienia japońskich katolików, o ile oczywiście można porównywać ludzkie cierpienie. Jeśli Endo stawia pytanie o milczenia Boga wobec cierpienia wiernych, to cóż dopiero mówić o losie Żydów w czasie II wojny światowej (nie bagatelizując cierpień chrześcijan). To oni, w całej ostrości tego pytania, musieli się z nim zmierzyć. Raz jako niewinni, tak jak każda ofiara ale też jako "naród wybrany" mający poczucie boskiej opieki, która pozwoliła diasporze przetrwać przez tyle wieków. Nie sądzę by istniała jakaś pocieszająca odpowiedź, tłumacząca cierpienia niewinnych, ta którą daje Endo "Ja nie milczę. Cierpię razem z wami.", zapewne nie wszystkim wystarczy.

Druga kwestia poruszona w "Milczeniu" to kwestia ceny zachowania wiary. Czy ceną wiary może być niezależnie od naszego życia, także życie innego człowieka? Tak długo jak decydujemy tylko o sobie, rzecz wydaje się stosunkowo prosta. Decydujemy sami o sobie. Z jednej strony możemy zostawić sobie na pocieszenie przekonanie, że przecież zewnętrzny akt apostazji jest bez znaczenia, bowiem w głębi serca pozostajemy wierni wierze (choć lepiej nie pytać się przy tym, jakie to jednak ma znaczenie, skoro myślimy jedno a postępujemy odwrotnie?), z drugiej możemy zdobyć się też na bohaterstwo męczeńskiej śmierci za wiarę. Wybór i konsekwencje dotykają tylko nas.

Ale dylemat, przed którym staje główny bohater powieści jest bardziej skomplikowany. Decyzja o apostazji przesądza nie tylko o jego losie ale także o życiu innych ludzi. Odpowiedź, w naszym pragmatycznym wieku, wydaje się oczywista. Nie ma takiej wartości, która przewyższałaby cenę ludzkiego życia, a w każdym razie nie jest nią wiara. Także dla księdza Sebastiana Rodrigo, głównego bohatera, odpowiedź na pytanie, czy wiara jest warta życia innych ludzi, mimo wątpliwości, jest negatywna. Ale już dla jego konfratra Francisco Garupe nie. Zapewne nie bez znaczenia jest tu także decyzja, o apostazji lub pozostaniu w wierze, samych ofiar. Niezależnie jednak od tego nie można zapominać, że decyzja Rodrigo, Garupe a wcześniej Perreyry, mają charakter sprzężenia zwrotnego, jako kapłani-przewodnicy i nauczyciele swoim przykładem oddziałują na decyzje i los wiernych. Jakie mają prawo ich osądzać, nauczać, oczekiwać od nich trwania w wierze, skoro sami załamują się w godzinie próby? W niczym nie są lepsi od Kichijiro, który budzi w głównym bohaterze taką niechęć. Okazuje się, że renegat, góruje nad swymi przewodnikami, mając świadomość własnej słabości, cierpiąc z tego powodu i publicznie przyznając się do wyznawania zakazanej wiary (choć z drugiej strony, można by zapytać, jakie znaczenie ma u niego taki akt, skoro równie łatwo przychodzi mu potwierdzenie apostazji).

"Milczeniu" daleko do bestselleru, nie ma wartkiej akcji, nie uświadczy tu się krwawych pojedynków ani wątków romansowych, nawet egzotyka nie jest specjalnie pociągająca, w dodatku autor nie feruje łatwych i zdecydowanych sądów, dzięki którym wszystko jest dla czytelnika jasne. Endo nie osądza swych bohaterów, raczej pochyla się nad nimi ze współczuciem i próbuje ich zrozumieć, a to nie jest żadną gwarancją sukcesu czytelniczego. Zresztą, co tu dużo mówić, ze skruchą przyznaję, że gdyby nie film, książka pewnie jeszcze przez kilka lat czekałaby na półce na swoją kolej.   

niedziela, 29 stycznia 2017

Zagłada w "Medalionach" Zofii Nałkowskiej. Tekst i konteksty, pod red. Tomasza Żukowskiego

Plon seminarium "Wobec Zagłady - w stronę demitologizacji kategorii opisu. Kategoria "obojętni świadkowie"" zebrany w zbiorze "Zagłada w "Medalionach" Zofii Nałkowskiej" to bardzo pouczająca lektura. Składają się nań m.in. teksty Katarzyny Chmielewskiej, Maryli Hopfinger i Tomasza Żukowskiego poświęcone "odczytaniu" książki Nałkowskiej. W sumie wydawało by się, że to nic nadzwyczajnego, jeszcze pozycja krytycznoliteracka, której poza garstką specjalistów, studentów polonistyki, autorów, ich przyjaciół i rodzin nikt nie przeczyta. Moim jednak zdaniem, "Zagłada w "Medalionach"..." zasługuje na poświęcenie jej uwagi, jako przykładowi specyficznej maniery, w której rzetelność wobec tekstu literackiego przegrywa z góry przyjętym założeniem.

Niby wiadomo, że tekst odrywa się od autora i każdy czytelnik ma prawo do własnej interpretacji, z której to zasady nie są, oczywiście, nie są wyłączeni Autorzy "Zagłady w "Medalionach"..." ale od tekstów mających być w założeniu naukowymi oczekiwać można przedstawienia problemu sine ira et studio a nie podporządkowania przyjętej a priori tezie, nie mówiąc już o tym, że wypadałoby oczyścić choćby historycznoliterackie przedpole. Tymczasem teksty sprawiają wrażenie jakby były pisane na temat "nieszczęśliwi Żydzi i okrutni Polacy" i z uporem godnym lepszej sprawy starają się przedstawić to jako jedynie słuszne odczytanie "Medalionów". Aż dziwne, że w swoim inkwizytorskim zapale, Autorzy koncentrując się na "Kobiecie cmentarnej" i "Przy torze kolejowym" pominęli "Dwojrę Zieloną" i epizod, w którym bohaterka wyrywa sobie złote zęby, które sprzedaje robotnikom by za otrzymane pieniądze kupić chleb, a przecież motyw polskich robotników kupujących od Żydówki złote zęby idealnie wpisuje się w założenie o polskim antysemityzmie.


Żeby uniknąć nieporozumień, nie kwestionuję istnienia antysemityzmu w okupowanej Polsce, rzecz jednak w tym, że to nie on jest przedmiotem "Medalionów" a już z pewności nie w takim wymiarze jak to się przedstawia. Autorzy "Zagłady w "Medalionach"..." robią wszystko by udokumentować tezę przeciwną, posługując się dyskusyjnymi, oględnie rzecz ujmując, chwytami. Na przykład, tylko marginalnie wspominają nowelę "Człowiek jest mocny" ale nie ma się co dziwić, bo przecież zupełnie nie pasuje do założenia. Skoro Polacy byli antysemitami, to jak to możliwe, by Żydowi pomógł bezimienny polski chłop, nie mówiąc już o tym, że wypadałoby postawić pytanie, jakim cudem uciekinier z obozu zagłady przetrwał wojnę, bo gdzieś przecież musiał się ukrywać. Ale odpowiedzi na te pytania kompletnie nie pasowałyby Autorom, ponieważ by postawić "kropkę nad i" wypadałoby przyznać, że Mordechajowi Podchlebnikowi pomagał nie tylko Michał Radoszewski (wspomniany jako w "Człowiek jest mocny") nieznany polski chłop ale także inni Polacy (fakt, że nie bezinteresownie), a gdy Podchlebnik dotarł do gminy żydowskiej, do której należał (Grabów) i opowiedział czego był świadkiem w Chełmnie, Żydzi zagrozili, że... wydadzą go Niemcom (sic!).

Zacietrzewienie w udowadnianiu tezy o antysemityzmie Polaków posunięte jest w "Zagładzie w "Medalionach"..." do tego stopnia, że za utwór związany z Zagładą uznany został "Profesor Spanner" choć nie ma w nim słowa o Żydach a zeznający świadek wyraźnie mówi o ofiarach, że "przeważnie to były trupy polskie. Ale raz byli i wojskowi niemieccy, ścięci w więzieniu podczas uroczystości. A raz przywieźli cztery czy pięć trupów i nazwisko było rosyjskie". Jednak tekst Nałkowskiej sobie a Autorzy sobie. Dotyczy to zresztą także i "Dna", które fragmentarycznie omawiane jest także w kontekście Zagłady. Oczywiście papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, zwłaszcza jeśli "podleje" się to Adornem, Derridą i Horkheimerem, moim zdaniem jednak, zamiast powoływać się na modne autorytety lepiej byłoby przeczytać "Medaliony" ze zrozumieniem.

Ale to wszystko nic w zestawieniu z wykorzystanymi, jako kluczowymi dla udowodnienia antysemityzmu Polaków, nowelami "Kobieta cmentarna" i "Przy torze kolejowym". I na pierwszy rzut oka można powiedzieć, racja, przecież antysemityzm kobiety z Powązek jest wprost deklarowany więc o czym tu jeszcze można mówić. A jednak. Czy przez ten "wyssany z mlekiem matki" antysemityzm traktowany jako dogmat nie przebija się zwykłe ludzkie współczucie? Czy przez skorupę abstrakcyjnej niechęci nie przebija się żal i litość nad cierpieniem i śmiercią konkretnych ludzi, czy to naprawdę jest niewidoczne? Przecież można powiedzieć, że antysemityzm kobiety cmentarnej lokuje się (co prawda nie dokładnie w tym samym miejscu ale jednak) po tej samej stronie co "antysemityzm" Zofii Kossak, która ryzykowała własne życie pomagając Żydom. W zderzeniu z rzeczywistością, u kobiety cmentarnej pojęcie Żyd zostaje przesłonięte przez słowo człowiek - nie bez kozery w jej opowieści, o tym czego była świadkiem, ani razu nie pada w odniesieniu do ofiar słowo Żyd. Jednak możliwości takiej interpretacji w "Zagładzie w "Medalionach"..." próżno szukać, co się dziwić, przecież nie pasuje do założonej tezy.

Nie lepiej jest z "Przy torze kolejowym". Czego tam nie ma, a to dowiadujemy się, że "wrogiem (...) nie okazują się - co zaskakujące - Niemcy", a jeśli nie oni to wiadomo kto - Polacy. A to że "rozpoznali, osaczyli, pilnowali ofiary i wzajemne dyscyplinując się grupy uniemożliwili ucieczkę" rannej Żydówce itp. itd. Raz wysuwane są pretensje do "małomiasteczkowego franta", że uniemożliwił rannej kobiecie samobójstwo innym razem, że spełnił jej prośbę zabijając ją. Nawiasem mówiąc, zdumiewające jest, że w tych "ponowoczesnych czasach", kiedy prawa obywatelskie zdobywa sobie eutanazja, zadanie śmierci na żądanie przedstawia się w kategoriach zarzutu.

To prawda, "Przy torze kolejowym" dotyka polskiego antysemityzmu - ale nie w takim wymiarze jak to sugerują Autorzy. Jest w postawie gapiów strach przed donosicielstwem, i to nie bezpodstawny, w końcu ktoś doniósł o rannej kobiecie policjantom. Ale strach przed innymi Polakami, strach przed represjami nie są jeszcze dowodem antysemityzmu. Nie każdy zdobywa się na bohaterstwo. Równie dobrze, można by zapytać, dlaczego dwaj towarzyszący kobiecie w ucieczce mężczyźni zostawili ją i nie zabrali ze sobą do lasu, kiedy jeszcze było można? Jednak niewygodnych dla siebie pytań Autorzy nie stawiają, wygodniej jest historię coup de grâce przedstawić jako opowieść o polskim antysemityzmie.

I tak można by jeszcze i jeszcze, tylko w sumie po co? Tomasz Żukowski wspomina, że wokół "Medalionów" toczy się "kulturowa gra" - i z tym wypada się w pełni zgodzić, tom "Zagłada w "Medalionach"...", który redagował, jest tego wyraźnym przykładem. 

czwartek, 5 stycznia 2017

Ucho od śledzia, Hanna Ożogowska

Usiłuję przekazać dziecku międzypokoleniową "pałeczkę czytelniczą" ale mam wrażenie, że jakoś słabo mi to idzie. Mój zawód i konsternacja jest tym większe, że wybieram swoje ulubione książki, crème de la crème z okresu kiedy sam zaliczałem się do "młodszej młodzieży". Tymczasem ich lekturze towarzyszą tzw. mieszane uczucia, sentyment miesza się z rozczarowaniem i poczuciem, że czas bardzo srogo i niesprawiedliwie obszedł się z tym co sprawiało kiedyś tyle przyjemności.. I nie inaczej jest z "Uchem od śledzia" i na nic zdała się nawet świadomość jego obecności na Liście Honorowej IBBY.


Niestety, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że zasadnicze kłopoty sześcioklasistów, pozostają ciągle takie same i sprowadzają się do tego jak przeżyć kolejny dzień w szkole bez strat zarówno w relacjach z rówieśnikami jak i "ciałem gogicznym" (jak pisał klasyk) oraz problemów "damsko-męskich" na miarę trzynastolatków, książka Ożogowskiej jest archaiczna. Tym czym przegrywa, to realia przełomu siermiężnych lat 50- i 60-tych.

Trudno dzisiaj sobie wyobrazić dziecku, że jazda windą w wieżowcu może być atrakcją (chyba że byłaby to winda w Pałacu Kultury i Nauki albo w Sky Tower), a telewizor i pralka z wyżymaczką (ciekawe, czy jakieś dziecko wie jeszcze, co to takiego?) były szczytem marzeń domowników. Albo cóż to za atrakcja - klaser na nalepki od zapałek?! Phi! O co chodzi z tą ekscytacją pomarańczami (przecież nikt, kto w nie żył w prlu nie wie, że rzucano je dwa razy do roku; przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem - tak przynajmniej było w spożywczaku na mojej ulicy) albo artykułami spożywczymi z zagranicy? Wycieczka do Czechosłowacji (co to w ogóle jest?), kiedy szkolne wycieczki za granicę nie są niczym nadzwyczajnym, też nie ekscytuje. Niestety, nawet interesujący pomysł by akcja rozgrywała się wśród sublokatorów przedwojennego "ostańca",  w mieszkaniu, w którym jest "trochę jak w teatrze, co pokój to inne przedstawienie, inni aktorzy i tyle nowych obserwacji" dzisiaj nie działa bo trudno dziecku wyobrazić sobie, że pięć obcych sobie rodzin musi korzystać z jednej toalety i łazienki i tej samej kuchni. Można powiedzieć, że na szczęście.

Niestety, to wszystko sprawia, że stają się niezbędne glosy do opisów realiów tamtych lat i "przykrywają" one naprawdę istotne problemy, których dotyczy "Ucho od śledzia", czego tu nie ma, choćby przemoc (fizyczna i psychiczna) i alkohol w rodzinie - nikt z bohaterów nie dziwi się, że matka bije Witka, to że Michał bije się z ojczymem też nikim specjalnie nie wstrząsa. Nad Agnieszką znęcają się psychicznie jej krewni - cóż, bywa. A, że konsekwencje spadają na ofiary a nie na sprawców, to cóż można na to poradzić? Ta tolerancja wobec przemocy w stosunku do dziecka sprawia, że zachowanie Michała wobec rówieśników i dorosłych staje się zrozumiałe. To prosty mechanizm obronny krzywdzonego dziecka, które widzi, że w jego świecie racja należy tylko do tych, którzy mają obrotny język, najlepiej poparty silną pięścią i którzy myślą tylko o sobie.  

Można by powiedzieć, że jak na to, co go w  życiu spotkało, główny bohater "Ucha od śledzia" i tak nie jest jeszcze taki zły. Bo cóż właściwie takiego robi - "odszczekuje się" dorosłym odmawiając im jednostronnego prawa wyrażania opinii na jego temat, "odwdzięcza się" im jak może na swój dziecinny sposób wykorzystując ich słabości. Mogło być znacznie gorzej. Nie mniej ważne jest ustalenie hierarchii w życiu szkolnym, także i tu wartości ze świata dorosłych sprawdzają się, choć młodzieńczy idealizm (by nie powiedzieć naiwność) stanowi dla skuteczną (w powieści) zaporę. Nie obyło się bez wątków feministycznych ale bez rewelacji, czyli kobiety gotują, piorą i sprzątają, tak jak było od początków świata "gdy Adam orał a Ewa przędła".

U mojego dziecka niestety "Ucho od śledzia" przegrało z Maleszki. Żałuję, bo darzyłem tę książkę wielkim sentymentem i tylko niewielkim pocieszeniem jest myśl, że być może po prostu się z nią pospieszyłem bo przecież zwyczaj noszenia przez chłopców dziewczynom teczek ze szkoły ciągle funkcjonuje (tak mi się przynajmniej wydaje) więc przyjdzie na nią jeszcze czas.  

wtorek, 27 grudnia 2016

Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell

Wow! To jest dopiero powieść, to jest dopiero romans! Do "Przeminęło z wiatrem" mam specjalny stosunek za sprawą rodzinnej opowiastki mojej Mamy, co prawda dotyczącej nie książki lecz filmu (wersji z Vivien Leigh i Clarkiem Gable) ale nawet gdyby nie to, powieść Margaret Mitchell i tak stanowiłaby pierwszorzędny dowód na to, że romans wcale nie musi obrażać dobrego smaku i inteligencji czytelnika. Co prawda lista książek tego rodzaju jest długa: "Anna Karenina", "Cierpienia młodego Wertera", "Cichy Don", "Czerwone i czarne", "Duma i uprzedzenie", "Lalka", "Niebezpieczne związki", "Portert damy", "Wichrowe wzgórza", "Wiek niewinności" itd., itd., itd. Ale jakby tej listy nie wydłużać, nie ulega wątpliwości, że zawsze i to w czołówce byłoby na niej "Przeminęło z wiatrem".


Oczywiście, że można chwilami przecierać oczy ze zdumienia, zwłaszcza gdy czytelnik dowiaduje się (i jest w tej wiedzy wielokrotnie upewniany) jakim to nieszczęściem dla Murzynów było zniesienie niewolnictwa i jak dobrze byli traktowani w Georgii przez swych właścicieli, a sama Georgia przed wojną secesyjną była krainą mlekiem i miodem płynącą, którą zniszczyli źli Jankesi (przedstawiani tak, jakby jadali małe dzieci na śniadanie). Nie da się ukryć, chwilami apologia Południa budzi konsternację ale przecież, to co w książce najważniejsze to romans wszechczasów Scarlett domo O'Hara i Retta Butlera, przebijający wszystko co wcześniej w tej dziedzinie w literaturze wymyślono i wymykający się próbom standaryzacji. Niby jest jasne od początku, że coś między tymi dwojga będzie się działo ale okazuje się, że im dłużej czytelnik ich poznaje, to tym bardziej ich relacje odbiegają od tego, czego można byłoby się spodziewać i do czego przyzwyczaiły nas klasyczne, że tak powiem, romanse. Margaret Mitchell udało się stworzyć pełnoplastyczne, żywe postacie, które swoim postępowaniem wymykają się jednoznacznym ocenom.

Taka Scarlett, początkowo trochę śmieszy, trochę irytuje ze swoim zachowaniem "słodkiej idiotki" dopisującej do swojej listy wielbicieli kolejne "ofiary", nieświadomie idąc śladem matki "na złość babci odmraża sobie uszy" i z zawiedzionej miłości wychodzi za mąż za pierwszego lepszego, który się napatoczył, a potem żyje ułudą miłości i ze zranionym sercem. Tyle, że o ile matka mogła się sprawdzić i znaleźć ucieczkę od codzienności w filantropii, to przed córką stanęło zadanie nieporównanie trudniejsze. To już nie jest "zachciewajka" zamożnej, nudzącej się plantatorki, usiłującej nadać sens swemu życiu ale walka o przetrwanie, której wynik wcale nie jest oczywisty. W tej walce poznajemy zupełnie inną kobietę, godną szacunku za determinację i pracowitość ale też tracącą sympatyczne rysy w dążeniu do celu.

O ile można ją z bezwzględności wobec domowników w Tarze usprawiedliwić, to nie da się jednak bronić jej postępowania w dziedzinie, która okazuje się dla niej drugo- a może i trzeciorzędna. Chodzi o macierzyństwo - w którym nie sprawdza się na całej linii, a co trudno jest w gruncie rzeczy zrozumieć, biorąc pod uwagę jej przywiązanie do rodzinnej posiadłości. Nawet ona tak twardo stąpająca po ziemi i żyjąca dniem dzisiejszym powinna zdawać sobie sprawę z własnej śmiertelności - jakie znaczenie może mieć ochrona stanu posiadania, jeśli nie widzi się przyszłości. Traktując Tarę jako coś trwałego, stanowiącego wartość samą w sobie i jednocześnie traktując obowiązki macierzyńskie jako zło konieczne, godzi się mimowolnie na przejście Tary w obce ręce, ale tego jej rozumek nie ogarniający "metafizycznych" i "abstrakcyjnych" problemów nie pojmuje.

A Rett? - ten uroczy cynik, łamacz damskich serc, który pod skorupą cynizmu i bezwzględności ukrywa odwagę, bohaterstwo, szlachetność i miłość. Nie da się ukryć, że choć to on w tym związku zawsze miał pozycję dominującą, to w porównaniu ze Scarlett wypada trochę cukierkowato. Wiadomo, nigdy nie przekroczy tej ostatecznej granicy i nie okaże się świnią par excellence. Zaskakuje dopiero w finale "wyzwalając się na niepodległość" tyle, że to decyzja poniewczasie i tym razem błędna (bodajże czy nie jest to jego jedyna pomyłka w relacjach ze Scarlett) bo podjęta wówczas, gdy do Scarlett wreszcie dotarła prawda o jej "obiekcie cichych westchnień". Ale tu znowu okazuje się, jaka to z niej twarda sztuka, widać że niezależnie od tego jak ułożą się jej relacje z mężem da sobie radę w życiu - z nim lub bez niego. Ale co się dziwić, w końcu jakby nie było "Przeminęło z wiatrem" to powieść feministyczna, co tym razem wcale, jak się okazuje, książce nie szkodzi.

Co tu dużo mówić - rewelacja!

czwartek, 22 grudnia 2016

Wesołych Świąt

Wszystkim, którzy tu zaglądają,
obojętnie, często czy rzadko, specjalnie czy przypadkowo,
z okazji Świąt Bożego Narodzenia, 
życzę zdrowia, szczęścia 
i książek pod choinką 
                                                                                   Marlow


wtorek, 20 grudnia 2016

Córka Tuśki, Gabriela Zapolska

Jaka szkoda, że Gabrieli Zapolskiej zabrakło talentu powieściopisarskiego. To mogła być świetna książka obyczajowa bijąca na głowę choćby Sienkiewiczowskie próby zmierzenia się z ówczesnymi problemami społecznymi, a wyszła ramotka, chwilami sentymentalna do bólu, z dydaktycznym zacięciem, wymagająca dzisiaj od czytelnika sporego samozaparcia.


Szkoda, naprawdę szkoda, bo Zapolska przedstawia obraz rodziny początków XX wieku z jej problemami, które wcale nie są tak odległe od tego na co dzisiaj zwraca uwagę literatura feministyczna. To jakby rozwinięcie "Moralności pani Dulskiej" przynajmniej jeśli chodzi o niektóre wątki. Dramat małżonków, którzy duszą się w swoim małżeństwie. Zachowując pozory mieszczańskiej stateczności prowadzą podwójne życie, znajdując w nim bezpiecznik od codziennych męczarni przebywania we własnym towarzystwie. Ona to niewydarzona Emma Bovary, on - "zbuntowany" Felicjan Dulski, każde z nich podejmuje grę wobec drugiej osoby ale te ich gierki mają swoją granicę. Żadne z nich nie odważy się na jasne postawienie sprawy. Wiedzą, że jest źle, ale zdają sobie sprawę, że byłoby jeszcze gorzej; widmo skandalu, katastrofy majątkowej, to jest to co ich trzyma razem. To nawet nie są źli ludzie, tylko że przerosła ich proza życia.

Miłość, jeśli wo ogóle między nimi kiedykolwiek była szybko wygasła, okazuje się, że wspólne życie to nieporozumienie, prowadzą je bo tak wypada ale nie tego po sobie oczekiwali, nie tak miało być. Może gdyby jeszcze potrafili ze sobą rozmawiać i chcieli się wzajemnie zrozumieć - ale oni trwają na z góry upatrzonych pozycjach, wraz ze swoimi urazami i niemożliwością zrozumienia drugiej strony. Pewnie gdyby wiedzieli o sobie od początku to, co wiedzą po kilkunastu latach po ślubie, nigdy by się nań nie zdecydowali. Ale stało się i jakoś trzeba dalej w to brnąć.

Ale to nie rodzice grają w powieści pierwsze skrzypce lecz ich jedyna córka, chowana pod korcem, zaskakująco niewinna i naiwna jak na atmosferą, w której żyje, odpowiednik Meli z "Moralności pani Dulskiej".  Zaskakujące, że jej bracia, też przecież wychowywani w tym samym domu i tak różni od siebie widzą i rozumieją znacznie więcej. Wkraczają w okres młodzieńczego buntu i bezkompromisowego, czarno-białego widzenia świata, gdzie nie ma nic połowicznego, żadnych szarych odcieniu ale naiwne przekonanie, że na każde pytanie można odpowiedzieć tak albo nie, albo - albo. A ona - nie, to błędna owca, zupełnie nie rozumiejąca tego co dzieje się na jej oczach, uciemiężona niewinność, tyle że nie przez złego władcę ale przez własną matkę, która miota się pomiędzy pragnieniem miłości a zachowaniem pozorów mieszczańskiej moralności.

Dziwna sprawa, że Zapolska opisując zakłamaną atmosferę przeciętnej (?) mieszczańskiej rodziny, sympatyzując z niektórymi jej członkami, choć ich postępki nie zawsze zasługują na pochwałę, to jednocześnie zaprogramowana jest na niechęć do stanu niższego, tak jakby był on dla niej, z definicji gorszy. Widać to zwłaszcza w przypadku romansu głowy rodziny. Ma się wrażenie, że Zapolska jakoś rozumie jego chęć ucieczki w "stosunki" z domową krawcową a jednocześnie wyraźnie jej antypatię w odniesieniu do jego kochanki. Jej uczucie sprowadza się do wyrachowanej chęci wyciągnięcia korzyści z omotania "pana". O ile Hanka w "Moralności pani Dulskiej" walczy o swoje dopiero, gdy zostaje skrzywdzona, to Władka od początku wie, że musi per fas et nefas wyszarpać innym to co jej się należy. Ale to potępienie kobiety, która stara się wydobyć na powierzchnię wychodzi w "Córce Tuśki" słabo, bo czytelnikowi trudno pogodzić się z dychotomią: nic nierobiąca pani domu i szwaczka chwytająca się każdego sposobu byleby tylko poprawić swój ubogi byt.

Nie wiem na ile powieść Zapolskiej oddaje realia epoki, nawet jeśli niektóre wątki wydają się niewiarygodne i postawa bohaterów infantylna, to sama w sobie mogłaby się mieć i dzisiaj całkiem nieźle gdyby tylko Zapolska poskromiła swoją emfazę i moralizatorskie zapędy. 

piątek, 16 grudnia 2016

Głód, Knut Hamsun

Mogła być to kiedyś szokująca lektura, ale dzisiaj, po doświadczeniach masowych śmierci głodowych Wielkiego głodu na Ukrainie i II wojny światowej Knut Hamsun nie jest w stanie zaskoczyć współczesnego czytelnika. Co tu zresztą pisać o braku zaskoczenia, gdy tak naprawdę "Głód" irytuje, a przecież nie powinien, bo jakże to, żeby dramat staczającego się w nędzę człowieka mógł irytować?! A jednak! 


Bo jakoś nie do końca przekonuje opis głodu, w którym walczy on o lepsze z dumą głównego bohatera powieści. Poczucie dumy, próba zachowania godności, także za cenę kłamstwa (to w końcu niezbyt wygórowana cena) nie jest niczym nagannym. Próba zachowania pozycji społecznej i obrony przed deklasacją raczej pozytywnie świadczy o człowieku. Ale kładąc na szali uczucie głodu oraz ludzką godność i mając w pamięci doświadczenia, o których już wspomniałem wcześniej, a o których Hamsun nie mógł nic wiedzieć, jest dla nas od początku oczywiste, na którą stronę przeważy się szala. Z naszego punktu widzenia przeżycia bohatera są więc tylko bezsensownym miotaniem się, z góry skazanym na klęskę. A ta klęska w postaci ostatecznej decyzji bohatera nie wydaje się jakimś boskim dopustem. Raczej zwycięstwem rozsądku, choć w opłakanych okolicznościach w dużej części zawinionych przez głównego bohatera "Głodu".

Pozostanie zagadką Hamsuna i jego postaci, dlaczego praca inna niż pisarska miała stanowić ujmę dla jego bohatera. Dlaczego nie mógł robić jednego i drugiego (skoro Martin Eden umiał to jakoś pogodzić, to dlaczego on by nie mógł?), skąd wreszcie przekonanie, że warunkiem koniecznym i jedynym pisarstwa jest wena a nie także mozolny trud. Jakim prawem ma żal do współobywateli, skoro i tak doświadczył ich litości?

A mówić szczerze, bohater Hamsuna szybciej niż litość wywołuje zdziwienie, jakim cudem tak niewiele w gruncie rzeczy robiąc we własnej sprawie staczał się w nędzę tak wolno. Widzimy przecież marudnego, roszczeniowego człowieka, o przesadnie wielkim mniemaniu na swój temat, który nie potrafi się zmobilizować do systematycznej pracy. Trudno do kogoś takiego nabrać sympatii i litować się nad nim. Chciałoby się raczej powiedzieć - "chłopie, weź się w garść i zacznij coś robić". I tak miał szczęście do ludzi, którzy dawali mu pokój i wyżywienie za darmo. Nie ma się co unosić nieuzasadnioną dumą i przekonaniem o swoich nadzwyczajnych walorach, jeśli okazuje się, że te walory nie mają specjalnej wartości w oczach innych. Może więc one rzeczywiście nie są jakieś nadzwyczajne. To więc, że w końcu do niego dociera, że czas się wziąć do roboty nie wydaje się czymś specjalnie tragicznym. Wreszcie!

"Głód" należy do najbardziej znanych książek Knuta Hamsuna i chyba w ogóle powieści skandynawskich pisarzy (z wyłączeniem, oczywiście, autorów skandynawskich kryminałów - ale tych nie liczę) ale daleko mu do miana najlepszej. Dzisiaj potraktowałbym ją raczej jako literacki dowód tamtych czasów, który może być ciekawy dla mieszkańców Oslo nie ze względu na przeżycia głównego bohatera powieści lecz topograficznych podróży po mieście, które on odbywa, ale żeby to docenić trzeba by się przeprowadzić do Oslo... 

środa, 14 grudnia 2016

Pierwsza polka, Horst Bienek

Są blogi, których autorki mają szczęście, każda książka, która wpada w ich ręce podoba się im. Ja do takich szczęściarzy nie należę, ale i tak nie mam powodów do narzekania, bo i mi czasami, tak jak ślepej kurze, trafia się ziarno. Tym razem miałem szczęście do pierwszej części słynnej "Tetralogii gliwickiej" Horsta Bienka. Nawet dzisiaj, gdy dawno minęły już czasy kiedy straszono nas rewizjonistami z "kręgów Hupki i Czaji" i gdy wydawałoby się, nie takie rzeczy widziało się w literaturze, jest to powieść, która robi wrażenie.


Może i po części dlatego, że Śląsk ma u nas "takie sobie" szczęście do literatury. Bo co mamy?prehistorycznego Morcinka, odpokutowującego (niesłusznie) obecnie swoją popularność w czasach "komuny" i może jeszcze "Godki śląskie", bo już traktowanie na serio "Dracha" Szczepana Twardocha to nieporozumienie. Cóż takiego oferuje Bienek? Ano, opis świata, który znał z autopsji, co w połączeniu z talentem prozatorskim już sprawia, że Gliwice i Śląsk Bienka można porównać z tym, czym Gdańsk dla Grassa (kto wie czy prowokacja gliwicka w "Pierwszej polce" nie miała być odpowiednikiem epizodu z Pocztą Polską w "Blaszanym bębenku) i Ełk oraz Prusy Wschodnie dla Lenza. Na dodatek Bienek w niczym im nie ustępuje, co sprawia, że dzielą go lata świetlne od tych pisarzy, którzy choć homines novi, to jednak usiłują "podpiąć się" pod nostalgię i ciekawość poznania przeszłości małych ojczyzn, w których przyszło im żyć, a których opis kończy się zwykle na wymienieniu niemieckich nazw ulic. 

U Bienka jest zupełnie inaczej, on opisując świat swojego dzieciństwa i młodości nie musi uciekać się do takich chwytów. Tak jak nie musi uciekać się, do epatowania seksem i brutalnością, bo ma do zaproponowania to co dla innych niedostępne - własną pamięć o czasie i miejscu, o którym pisze. I to jak pisze..., w sposób u nas dotychczas nieznany. Bo u nas, wiadomo, dobry Polak, zły Niemiec, powstania śląskie itp., itd. I przyzwyczajeni do tego typu narracji możemy przeżyć szok. Bo nie dość, że Niemiec wykorzystuje mający w naszej literaturze specjalne znaczenie motyw wesela, to jeszcze dla czasu akcji wybiera datę 31 sierpnia/1 września 1939 roku, a jakby tego nie było dosyć, ośmiela się kłuć w oczy postacią Wojciecha Korfantego.

Ale o dziwo, to wszystko jednak nie zmienia faktu, że na Śląsku Bienka (ściśle mówiąc w Gliwicach) można całkiem zwyczajnie żyć. Że sąsiedztwo i relacje polsko-niemieckie nie spędzają ludziom snu z powiek. Znacznie ważniejsze są problemy dnia codziennego, dla każdego z bohaterów na jego miarę. Nie jest to świat impregnowany na zewnętrzne okoliczności, na fakt, że Niemcami rządzi Hitler, z wszystkimi tego konsekwencjami, ale w "Pierwszej polce" ludzie są raczej biernymi odbiorcami, niż aktywnymi współtwórcami nazizmu. Jakoś próbują z tym żyć i wcale (choć są tu wyjątki) się z nim nie utożsamiają. Nie znaczy to, że Bienek relacje polsko-niemieckie przemilcza, powiedziałbym raczej, że zastępuje je poczuciem śląskiej tożsamości i odrębności (w niemieckim wydaniu) ponieważ  to ono jest najważniejsze. I tą śląskość w powieści się czuje, a przecież nie jest czymś nienachalnym, przyjmuje się ją u bohaterów jako coś naturalnego, jako stały, często chyba nie uświadamiany element ich życia. Bo przecież postacie Bienka będąc Ślązakami żyją tym, czym żyje każdy, niezależnie od tego gdzie jest jego miejsce na ziemi. Troska o zapewnienie bytu rodzinie, śmiertelna choroba, międzypokoleniowy konflikt, pierwsza miłość to nie jest zastrzeżone (albo wyłączone) dla jakiejś enklawy. A jednak trudno uzmysłowić sobie, że to tymi problemami a nie stałą troską o umacnianie "żywiołu narodowego", jakiejkolwiek by on nie był proweniencji, mogli żyć Ślązacy. A jednak...

Bez ukłonów w stronę literackich mód, w starym, dobrym stylu Horst Bienek pokazuje Śląsk zupełnie nam nieznany a przecież ma się przy tym nieodparte wrażenie, że jest to Śląsk prawdziwy. Jedna z lepszych książek, które ostatnio przeczytałem. Co tu dużo mówić, polecam i już szukam ciągu dalszego! 

niedziela, 4 grudnia 2016

Zbyt krótkie szczęście, Paweł Pollak

Pisanie opinii na temat książek Pawła Pollaka to ryzykowne zajęcie, ale niech tam, zaryzykuję jeszcze raz. Znowu wybrałem się do Wrocławia, a skoro tak, to co mogłem zabrać do pociągu jak nie powieść, której akcja we Wrocławiu właśnie się rozgrywa. Niedawno śledziłem perypetie Mocka, tym razem padło na komisarza Przygodnego. Trzeba przyznać, że w stosunku do pierwszej książki o nim, "Zbyt krótkie szczęście" prezentuje wyraźny postęp, czytelnik i główny bohater rozpoznają zabójcę przy końcu, a nie w połowie powieści. Warstwa kryminalna jest całkiem zręcznie i ciekawie przedstawiona, a czego więcej chcieć od dobrego kryminału.


Niestety, Autor uległ chyba jakiejś dziwnej, panującej u nas manierze i osadził akcję w "pogłębionym" tle psychologicznym i społecznym, co pewnie miało dodać książce realizmu ale wyszło, jak to zwykle bywa, "tak sobie". O ile można machnąć ręką na niewczesne wyrzuty sumienia głównego bohatera świeżo po rozwodzie, to trochę dziwacznie wypada postać kloszarda, który niczym średniowieczny święty z żalu po niespełnionej miłości wyzbywa się majątku i pielęgnuje pamięć o ukochanej na progu jej dawnej szkoły, nie mówiąc już o jego zażyłości z komisarzem policji.

Podobnie nieprzekonująco wypada postać przyjaciela komisarza Przygodnego, szefa działu kryminalnego lokalnej gazety. Obaj panowie z racji swych zajęć wzajemnie sobie pomagają (podobno) ale na pewno nie w "Zbyt krótkim szczęściu", a ściślej mówiąc dziennikarz nie pomaga komisarzowi, żadne bowiem z jego "odkryć" nie ma wpływu na znalezienie zabójcy. Co gorsza, czytelnicy śledzą przez ponad 100 stron koleje jednego z prywatnych śledztw dziennikarza, wiedząc od początku, jaki będzie jego rezultat, a nie da się ukryć, że nie jest to coś, co przykuwa do fotela. Niestety, postać redaktora Kuriaty powieści nie służy. I nie chodzi o to, że to antypatyczny, zadufany w sobie, dosyć prymitywny facet, którego zachowanie dalekie jest od poprawności politycznej, oględnie rzecz ujmując. Takim stworzył go Autor i już. Jakim jednak cudem dziennikarz z lokalnej gazety może pozwolić sobie na zakup samochodu za 350 tysięcy złotych? I jak to możliwe, że dziennikarz działu kryminalnego z dwudziestoletnim stażem, bywalec agencji towarzyskich (w celach służbowych oczywiście) znający grypserę nie wie co to alf (choć może się tego domyślić nawet z kontekstu prowadzonej rozmowy)? Ale co tu się dziwić dziennikarzowi, skoro komisarz policji z równie długim stażem, nic nie wie na temat homoseksualnej prostytucji. Itp. itd. Takie drobiazgi nie przydają, niestety, książce wiarygodności.

To co początkowo wydaje się zaletą książki - drobne złośliwości z humorystycznym zacięciem, z czasem przestaje bawić a niebezpiecznie zaczyna przypomina zwyczajne marudzenie i wygłaszanie jedynie słusznych poglądów na wszystko, począwszy od stanu wrocławskiej komunikacji miejskiej, poprzez ocenę kwalifikacji kobiet jako sędziów, przydatności policyjnych profilerów (czyżby kamyczek do ogródka konkurencji) a skończywszy na decyzji generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wydaje mi się to specjalnie ani odkrywcze, ani interesujące, nawet wówczas jeśli te enuncjacje wynikają z osobistych doświadczeń Autora (jak na przykład obowiązki tłumacza przysięgłego wobec policji), podobnie zresztą jak epizod, w którym daje upust swoim uczuciom (?) wobec nierzetelnego wydawcy. Wierni czytelnicy bloga Pawła Pollaka, jeśli tylko sięgną po książkę będę mieli okazję do własnego "śledztwa".

Druga książka o komisarzu przygodnym niestety obrosła w takie meandrujące dywagacje, podobnie jak i "złote myśli" w rodzaju "(...) ludzie to nie liczby, dwie cyfry są zawsze takie same, dwie kobiety nigdy." które nie sprzyjają "popychaniu" akcji do przodu. Nie ma co ukrywać, "Zbyt krótkiemu szczęściu" daleko do "Morderstwa w Orient Expresie", pewnie jak i innym współczesnym, polskim kryminałom, ale nie jest źle, na długą podróż pociągiem do Wrocławia i z powrotem może być.