wtorek, 19 marca 2019

Adwokat i róże, Jerzy Szaniawski

Jerzy Szaniawski "Adwokata i róże" nazwał komedią, ale to chyba miał być żart. Owszem, gdy czyta się jego dramat, to wywołuje on uśmiech, jak wówczas gdy z pochwał Jakóba, dalekiego "krewnego" Protazego z "Pana Tadeusza", rysuje się postać tytułowego bohatera niczym ze wstępu do "Prawniczych praw Murphy'ego". Arthur Bloch opowiadał w nich o adwokacie, którego klient, "zagorzały recydywista, został oskarżony o napad i bezsensowne morderstwo. Podczas pierwszego spotkania nieustannie dopytywał się, czy obrońca jest przekonany o jego winie. Ten tak długo, jak potrafił, unikał odpowiedzi, w końcu jednak oznajmił: - Niech pan posłucha, to nie ma żadnego znaczenia, czy uważam pana za winnego czy niewinnego. Moim zadaniem jest uzyskać dla pana możliwie najkorzystniejsze rozwiązanie: albo uniewinnienie, albo jak najłagodniejszy wyrok.
- To znaczy, że broniłby mnie pan, nawet gdyby pan był przekonany, że to zrobiłem? (...)
- Tak.
- Cholera - mruknął morderca - ja bym tak nie potrafił."  


A mecenas Wilcher potrafił. To jest coś, co "zgrzyta" w głównej postaci, wyrozumiałym starszym panu, kojarzącym się trochę z samym Szaniawskim, (chociaż ten gdy pisał sztukę daleko miał jeszcze do wieku emerytalnego), za sprawą tej pobłażliwości wobec uczuć, które nim samym chyba nigdy nie miotały podobnie jak i jego bohaterem. Przykro mówić, ale to jego zawodowe modus operandi, które przenosi na swego ucznia nie świadczy o nim najlepiej. Być skutecznym, także za cenę prawdy, to jakoś mało zabawne. Kiedy student zostaje uniewinniony, to przecież nie dlatego, że nie był winny usiłowania zabójstwa ale dlatego, że skuteczne okazały się łapówka i kłamstwo adwokata, w którym Wilcher miał swój udział. To nie miało nic wspólnego ani z prawdą ani z uczciwością. Miłe, że przestępca dostaje drugą szansę, którą być może wykorzysta, tak jak jego matka. Oby. Kto to jednak wie? Ale trudno uwierzyć by wszyscy klienci głównego bohatera tylko chwilowo pobłądzili i zeszli na złą drogę. A co z ofiarami, co z poczuciem sprawiedliwości, co ze słuszną karą za przestępstwo?

Jakoś też nie śmieszy, gdy ogląda się Wilchera przyglądającego się dobrotliwie, jak uczeń miota się w platonicznym, nieodwzajemnionym uczuciu do jego żony. Jest w tym podobny trochę do starego, wytrawny kolekcjoner, który z uśmiechem pobłażania patrzy na zachwyty początkującego zbieracza olśnionego jego kolekcją. Pochlebiają mu one a jednocześnie choć widzi że eksponaty są przedmiotem pożądania wie, że są niezagrożone.


Wydawałoby się, że "Adwokat i róże" to na pierwszy rzut oka, jak mówi Marek, sztuka o tym, że "tu ktoś kogoś zabił, czy chciał zabić, że tu ktoś coś skradł i może o tem, że tu ktoś kogoś... kochał...". Ale to tylko, że tak powiem warstwa politury, pod nią się kryje coś nieokreślonego, niedopowiedzianego, coś co wymyka się prostym stwierdzeniom. Od biedy, w braku lepszego określenia, można to nazwać wyższością pracy nad samym sobą ponad uczucia, które doraźnie miotają człowiekiem. Ale nie dam głowy, czy taki był zamysł Milczka z Zegrzynka. Choć nie da się ukryć, że w jego dramacie miłość przegrywa, a jeśli odnosi się wrażenie, że ma przewagę to tylko chwilowo.


Uczucie przegrywa, gdy patrzy się na Wilchera, którego miłość do żony wygasła a w jej miejscu pozostało, bo ja wiem... może przywiązanie i sympatia, przegrywa, gdy patrzy się na Dorotę, tkwiącą u boku męża, którego nie kocha, gdy patrzy się na Marka, który zostaje u boku swego mentora, cierpiąc z powodu  nieodwzajemnionej miłości, a i odejście Łukasza ma w sobie zapowiedź klęski miłości i powrotu. Ogień miłości może i pali się wielkim płomieniem ale szybko gaśnie. Główny bohater Szaniawskiego już to wie, jego żona chyba też, owszem zdradza męża a przecież nie opuszcza go i nie podąża za kochankiem. Wybiera bezpieczne, spokojne życie u boku pozbawionego namiętności i wyrozumiałego męża. Nie będzie ryzykować by zostać za jakiś czas "starszą panią" porzuconą przez młodego kochanka. Łukasz to co innego, perspektywa statusu porzuconego młodego kochanka "starszej pani", z jego punktu widzenia, nie jest tak przerażająca. On wie już czym jest zranione serce, już tego doświadczył i okazało się, że od tego się nie umiera zwłaszcza, że ma "w zapasie" perspektywę azylu, do którego będzie mógł powrócić. Nie każdy ma takie szczęście. Wewnętrzne doskonalenie vs. miłość. To jest wybór... No, a dla miłośników zagadek kryminalnych ciągle pozostaje poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kto kradł róże adwokata. Polecam!

wtorek, 5 marca 2019

Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace, Stefan Żeromski, na obrzeżach książki

Trafiło do mnie ocenzurowane a właściwie autocenzurowane wydanie "Syzyfowych prac" Żeromskiego z 1916 r. w oprawie wykonanej przez Urszulę Pietrusewicz i Daniela Szlachtowskiego z Pracowni Leśnej 6. Ci, którzy poznali się na powieści Żeromskiego i dla których jest czymś więcej niż tylko "narodową nudą", być może pamiętają postać profesora Rudolfa Leima. Otóż w rozdziale VIII powieści można przeczytać, iż "W dni galowe dworskie pan Leim maszerował przez miasto ustrojony w mundur z haftowanym kołnierzem, z orderami, wśród których wisiał miedziak "za usmirenje polskowo miatieża", ze szpadą u boku i w pierogu."  

zdjęcia pochodzą ze strony https://www.facebook.com/pracownialesna6/

Tak na prawdę ten "miedziak", który zdobi oprawę był wykonany z ciemnego brązu i w tej wersji był nadawany urzędnikom cywilnym i wojskowym, którzy w latach powstania styczniowego służyli na terenie Polski i którzy wspomagali tłumienie powstania oraz obywatelom, którzy wspomagali administrację rosyjską i wojsko (nadano ponad 230 tys. takich medali). Niezbyt dobrze więc świadczy o profesorze Leimie obnoszenie się z takim odznaczeniem. Był jeszcze wariant medalu wykonany z jasnego brązu, ale był przeznaczony dla żołnierzy i chłopów walczących z powstańcami (ten z kolei był nadany w ilości prawie 370 tys.).


To ciekawe wydanie, jako że było jednym z dwóch wydań ocenzurowanych a właściwie autocenzurowanych przez pisarza i akurat z nich possus o "miedziaku" profesora Leima podobnie zresztą jak wiele innych, drażliwych dla Rosjan został usunięty.

Powieść ukazała się najpierw krakowskim dzienniku "Nowa Reforma" w 1897 r., i w tym samym roku we Lwowie (by uniknąć kłopotów z rosyjską cenzurą) w formie książkowej i doczekały się szybko dwóch kolejnych wydań; w 1901 i 1905 roku. Żeromski podpisał książkę pseudonimem Maurycy Zych a tytuł został wybrany przez redakcję "Nowej Reformy" której Żeromski zaproponował zestaw kilku tytułów do wyboru (jakie były inne propozycje nie wiadomo). Trzy wydania w ciągu ośmiu lat to sukces wydawniczy o jakim mogą tylko marzyć współcześni pisarze. 


Ze względu na popularność książki, okazało się, że byli chętni by powieść wydać także w zaborze rosyjskim ale by "ograć" cenzurę pisarz za namową Kazimierza Rakowskiego, który był redaktorem tygodnika "Sztandar" (który dla zmylenia cenzury w latach 1907 - 1908 kilkukrotnie musiał zmieniać tytuł) zmienił tytuł powieści na "Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace" i podpisał ją własnym imieniem i nazwiskiem. Oprócz gazetowego wydania w "Sztandarze, które ukazywało się od grudnia 1908 r. do lipca 1909 wyszły także dwa wydania książkowe. Pierwsze w 1909 (choć książka ma datę 1910), drugie w 1916 r. Kolejne ukazało się już w niepodległej Polsce w 1919 r. a choć zostało przejrzane przez Żeromskiego, to wcale nie było automatycznym powrotem do wydań lwowskich, za to mniej więcej zgodne jest z tekstem, który znany jest z lektur szkolnych.


Na marginesie perypetii związanych z edycjami tekstu wypada wspomnieć o sporach dotyczących tytułu. Przyjmuje się, że pierwotny tytuł książki to "Wybawiciel" choć są to tylko domniemania oparte na liście Żeromskiego z 1892 r. do Bolesława Wysłoucha, redaktora "Kuriera Lwowskiego", w którym pisarz wspomina, że w powieści przedstawił wychowanie w szkołach wiejskich i w gimnazjach w Królestwie i chciałby ją wydać na łamach gazety. I tyle. Jak już wspomniałem, powieść ostatecznie ukazała się dopiero w 1897 r., a tytuł "Syzyfowe prace" został wybrany przez redaktora gazety, za to tytuł "Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace" z 1909 r. został już najprawdopodobniej ustalony przez pisarza, który z kolei w wydaniu z 1919 r. powrócił do wersji pierwotnej. Ale nie to jest najważniejsze, otóż utarło się interpretować tytuł powieści jako odzwierciedlenie daremności wysiłków rusyfikacyjnych, tak jak daremna była praca Syzyfa. Tymczasem prof. Artur Hutnikiewicz zaproponował odwrócenie znaczenia tytułu. Wg niego to "zmagania się młodzieży polskiej z potęgą miażdżącej machiny zaborczego państwa mają coś z wielkości, tragizmu i uporu pracy Syzyfa. Jest to trud nad siły, trud na pozór daremny, przeciw jakiejkolwiek rachubie i rozsądkowi, ale to tym więcej godne uwielbienia".

Cóż..., można powiedzieć, że to ciekawe ale nie da się ukryć, że Profesora chyba jednak poniosła fantazja. Owszem zmagania polskiej młodzieży z rusyfikacją mają coś z wielkości ale nie ma to nic wspólnego z Syzyfem. Jeśli zna się mit o nim, choćby tylko w ogólnym zarysie, to wie się, że w pracy Syzyfa nie było nic z wielkości. To kara jaką poniósł król Koryntu za kłamstwa i oszukiwanie bogów. Nic w tym szlachetnego, zważywszy, że nie dokonał żadnego czynu choćby tylko zbliżonego do czynu Prometeusza. Cóż więc za wielkość może tkwić w słusznej karze? To nie Syzyf zadaje sobie trud, który nie na pozór lecz naprawdę jest daremny - ten trud został mu zadany. Syzyf nie decyduje o niczym, jego wola nie ma żadnego znaczenia - ma wtoczyć głaz na szczyt i tyle, ma wykonać to co zostało mu nakazane i z bezcelowości czego każdy zdaje sobie sprawę. Jego męka jest nie tylko fizycznej natury ale także psychicznej, wie przecież, że jego wysiłek jest bezsensowny i bez nadziei jako że kara jest wieczna. Czy ten bezsensowny, upokarzający trud jest nawiązuje do postawy Marcina Borowicza i jego kolegów? Czy jest godny uwielbienia? Współczucia - być może, ale uwielbienia, no nie wiem... 

wtorek, 19 lutego 2019

Ten Obcy, Irena Jurgielewiczowa

Na nic się zdał prestiż obecności na Liście Honorowej IBBY, moja najmłodsza latorośl mordowała się prawie tydzień z "Tym Obcym" Ireny Jurgielewiczowej. Nie dziwię się swojemu synowi, nie od dziś wiadomo, że to "dziewczyńska" książka a problemy bohaterów nie wytrzymują porównania z przygodami postaci Marvela. Tak, nie ma co ukrywać, prawie 60 lat zrobiło swoje i dla współczesnego ucznia "rozklekotana dekawka" i "filujący knot" są równie tajemnicze co osławione "Tosiny" z "Plastusiowego pamiętnika" a pozór współczesności, jaki daje okładka ze zdjęciem nastolatka w bluzie z kapturem (nie wątpię, że zrobiłaby wrażenia na bohaterach Jurgielewiczowej) bardzo szybko się ulatnia. 


Niestety, literatura dla młodzieży osadzona w współczesnych sobie realiach szybko się starzeje. To co kiedyś utrzymywało się przez pokolenie, dzisiaj staje się anachronizmem już gdy upłynie jego połowa i nie pomoże tu nawet najlepsze przesłanie książki. Taki też los spotkał powieść Jurgielewiczowej. Nic nie pomogło, że istota problemów, które porusza pozostaje w gruncie rzeczy ta sama, a może nawet dzisiaj jest bardziej wyraźna. Krzywda wyrządzona dziecku, strach i agresja jako reakcja obronna, a jednocześnie bezradność w świecie rządzonym przez dorosłych, pragnienie miłości i poczucia bezpieczeństwa. W świecie, w którym ekshibicjonizm uczuciowy stał się dla wielu normą, jaśniejszą stroną tego zjawiska jest wyciągnięcie spod korca tego co jeszcze do niedawna wstydliwie przemilczano i jeśli już napiętnowano, to najwyżej półgębkiem, uważając, że krzywda dziecka jest tylko wewnętrzną sprawą rodziny od której obcym wara.

Rzecz w tym, że to co ważne, za sprawą umieszczenia w siermiężnej, prowincjonalnej rzeczywistości sprzed ponad pół wieku dla wielu nieletnich pobrzmiewa zapewne jak bajka o żelaznym wilku. Zamknięcie w wąskim kręgu lokalnej społeczności, gdzie wyjazd autobusem do sąsiedniego miasteczka, lody i rogal są wydarzeniami, podobnie jak dla dorosłego kupno butów, motocykl jako oznaka prestiżu, wyniesienie kilku ziemniaków czy kromki chleba na dwór. Aż trudno uwierzyć, żeby to było prawdziwe.

O, gdyby głównym bohaterem był prawdziwy obcy ze spluwą strzelającą pociskami plazmowymi albo chociaż z pistoletami laserowymi, to zupełnie inne sprawa, albo żeby jak Kuki miał on przedmiot, który spełnia każde życzenie, albo żeby chociaż byli jacyś zombie, to co innego. A tak, co... chłopak uciekł z domu bo bił go pijany ojciec, skończyły mu się pieniądze i szukając wuja trafił na nudzące się na wsi dzieci, dla których stał się atrakcją. Cóż to dzisiaj za atrakcja...

No, jeszcze pierwsze uczucia, to było to, co "za moich czasów" czyniło "Tego Obcego" książką "dziewczyńską". Ani moich kolegów, ani mnie uczucia Zenka i Uli nie brały - bliższe mi było "adelowanie" z książek Nienackiego. Jak dzisiaj to wygląda, nie wiem, ale mam wrażenie, że na moim synu rozterki miłosna Mariana i Zenka nie zrobiły specjalnego wrażenia.

A jednak w głębi serca mam nadzieję, że jakiś dobry nauczyciel języka polskiego będzie potrafił zaktualizować powieść Jurgielewiczowej i przedstawić ją jako coś więcej niż ramotkę, lekturę  sprzed lat, zwłaszcza babć. Ciągle przecież dziewczynki i chłopcy przeżywają pierwsze uczucie, choć niekoniecznie w tak subtelny sposób, jak w "Tym Obcym", jeśli pamięta się na przykład o filmie "Galerianki". Krzywda i bezradność dziecka w świecie dorosłych ciągle pozostają aktualnym problemem, do którego oprócz przemocy doszło także wykorzystywanie dzieci. U Jurgielewiczowej jest to wyłożone łopatologicznie, jak przystało na książkę dla "młodszej młodzieży" trzymając się określenia klasyka, podkreślone co prawda mało ale za to czytelną parabolą z psem pokazującą wspólnotę losów osamotnionego, skrzywdzonego chłopca i bezpańskiego psa, więc jest szansa że nie przejdzie to bez echa.

Z mojego punktu widzenia, jako dorosłego i ojca, w książce Jurgielewiczowej zainteresowało mnie coś, co choć obecne w niej cały czas, jest tylko jakby lekko zarysowane, to relacje dorośli - dzieci. Nie ulega wątpliwości, że pomijając tytułowego bohatera, u ich podłoża leży miłość ale w jakże różnym wydaniu. Od paternalistycznych zwyczajów dziadków Julka i Mariana, poprzez znajdujących się w "fazie przejściowej" stosunków pomiędzy Pestką i jej matką będącą mieszaniną partnerstwa i apodyktyzmu po liberalne podejście ojca Uli, na którym ciąży piętno rozwodnika (zabrakło jeszcze tylko kogoś żyjącego w konkubinacie, no ale to, jak na tamte czasy byłoby już za wiele). I nie dam głowy, czy takie przedstawienie nie ma głębszego znaczenia - rozwód jako oznaka nowoczesności, wyzwolenia z tradycyjnych okowów stosunków pomiędzy dorosłymi idzie w parze z nowoczesnością w relacjach rodzica z dzieckiem (ale nie upieram się przy tym).

W każdy razie okazuje się, przynajmniej w powieści, że zaufanie dziecka, jest odwrotnie proporcjonalne w stosunku do czynnika, że tak powiem "przemocowego", który może mieć różne przejawy. Im bardziej partnerskie traktowanie dziecka, co nie oznacza pobłażania, tym jego zaufanie jest większe. Dzisiaj wydaje się to oczywiste, choć też nie dla wszystkich, wówczas gdy rozgrywała się akcja "Tego Obcego" zakrawało to na fanaberię pedagogiczną, która "broniła się" tylko dzięki wysokiemu statusowi społecznemu rodzica. 

czwartek, 10 stycznia 2019

Czerwone tarcze, Jarosław Iwaszkiewicz

Wracałem samolotem do kraju i jedyne polskie czasopismo, które mi przypadkiem wpadło w ręce to był "Twój styl" sprzed ponad pięciu lat. Zauważył to mój sąsiad i mówiąc mi - niech pan to zostawi jak mam coś świeższego, podał mi Newsweek z grudnia 2017 roku z profetycznym artykułem Renaty Grochal i peanem Krzysztofa Vargi na temat biografii Andrzejewskiego. 


W tekście poświęconym książce Anny Synoradzkiej-Demadre "Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej"  m. in. narzeka na "dyskryminację" autora "Miazgi" w stosunku do Iwaszkiewicza i chyba w ramach jawnej prowokacji pyta - któż dzisiaj jeszcze czyta "Czerwone tarcze" czy "Sławę i chwałę"? Cóż, odpowiadam - Iwaszkiewicza czyta inteligencja. Fakt, jest to warstwa społeczna w dzisiejszych czasach spychana na margines ale to, że jej nie ma w social mediach, nie znaczy jeszcze, że jej w ogóle nie ma.

W sumie, nawet nie jestem specjalnie zbulwersowany retorycznym - jak mi się wydaje - pytaniem Vargi. Czytałem niedawno "Pasję wg Einara" - książkę historyczną Elżbiety Cherezińskiej autorki bestsellerów, a jakże. Lekturę porzuciłem w połowie, nie dałem rady. Może nie jest to poziom Katarzyny Michalak ale podobnej intelektualnej jałowości i poczucia, że marnuję czas na książkę bez żadnego znaczenia, która swoją miałkością nie stanowi rozrywki nawet na pochmurny wieczór, już dawno nie czytałem. To pisarstwo nawet nie stało koło Iwaszkiewicza (i Andrzejewskiego).  

Ale miało być o "Czerwonych tarczach".  To powieść o Henryku sandomierskim, jednym z synów Bolesława Krzywoustego, którego z lekcji historii pamiętają chyba tylko co bardziej pilni uczniowie. W gruncie rzeczy, jedynym czym się zapisał w historii to pielgrzymka do Ziemi Świętej, wielkie wyzwanie jak na ówczesne czasy, która jest zresztą w powieści wyeksponowana siłą rzeczy budząc skojarzenia z "Krzyżowcami" Zofii Kossak, choć obie powieści to zupełnie inna para kaloszy. O ile bowiem w "Krzyżowcach" na pierwszy plan wybijają się elementy przygodowe a krucjata (pierwsza) jest osią akcji,  to u w "Czerwonych tarczach" jest to tylko jeden z wątków, choć bardzo istotny.

Nie ma co ukrywać, zwłaszcza w początkowych partiach, gdy trzeba się przebijać przez powiązania genealogiczne bohaterów, nie jest łatwo. Musiał zdawać sobie z tego sprawę sam Iwaszkiewicz skoro zamieścił, bardzo pomocne, drzewa genealogiczne ułatwiające połapanie się w koneksjach rodzinnych postaci ale coś za coś. Wydaje mi się, że dzięki temu właśnie odnosi się wrażenie, że postacie, zwłaszcza główny bohater jest doskonale znany ze współczesnych mu źródeł historycznych a pisarz zbiera to tylko do kupy. Tymczasem jest wręcz odwrotnie, informacje na temat księcia Henryka są szczątkowe, nie jest znana nawet data jego urodzin a Iwaszkiewicz bardzo sugestywnie wypełnia brakujące miejsca w jego biografii.

Nie ulega wątpliwości, że Jarosław Iwaszkiewicz jest przede wszystkim mistrzem krótkiej formy ale widać, na przykładzie "Czerwonych tarcz", że i z formułą powieści świetnie sobie radzi. Nie jest to może mistrzostwo na miarę "Panien z wilka" ale im bardziej czytelnik zagłębia się w lekturę, tym bardziej, stopniowo daje się ponieść klimatowi książki. Poczuciu niezrozumienia i osamotnienia głównego bohatera, konieczności zmian a jednocześnie niemożności ich dokonania, jeśli się tylko chce pozostać wiernym zasadom, które na siebie dobrowolnie przyjął. Nie ważne, że z ich przestrzegania, w gruncie rzeczy, nikt nie będzie go rozliczał, ważne, że rozliczyć się będzie musiał przed samym sobą. No i atmosfera otaczającego świata, wydobywania się człowieka z dominacji przyrody, której rządom jest poddany.

Powieść Iwaszkiewicza pokazuje też zderzenie naszego polskiego grajdołka z kulturą Zachodu, peryferyjność narodu mieszkającego gdzieś poza granicami cywilizowanego świata, chcącego tylko żyć w spokoju, bez zainteresowania światem i bez aspiracji, a przynajmniej bez aspiracji wychodzących poza własne podwórko. To może być dla niektórych czytelników ciężki orzech do zgryzienia. Jak to to my tu, naród Bolesławów Chrobrego, Śmiałego i Krzywoustego, który nie dawał sobie w kaszę dmuchać i rozdawała karty okazujemy się nacją chłopków - roztropków, która nie umie i chce spojrzeć szerzej? Nie, to nie może być prawda, a jednak.

Widać też w "Czerwonych tarczach" zauroczenie Sycylią, podobnie jak ziemią świętokrzyską i Sandomierzem do których w swej twórczości Iwaszkiewicz jeszcze wracał, i oczywiście kulturą antyczną. Gdzieniegdzie da się też wyczuć "niezdrowe zainteresowania" pisarza, choć bez ostentacji tak charakterystycznej dla dzisiejszych czasów, tak że czytelnik niezorientowany może na to nawet nie zwrócić uwagi. Cóż, nie ma tu materiału na bestseller. Zamiast wartkiej akcji, lejącej się obficie krwi i ostrego seksu, jest pogłębiony portret psychologiczny człowieka niespełnionego, który dusi się i miota w gorsecie zobowiązań, które na siebie przyjął oraz refleksje na temat czasu i ludzkiej natury. Kawałek prozy w stylu, który pozostaje poza zasięgiem większości pisarzy, mówię na to "old school".  

piątek, 30 listopada 2018

Tajny agent, Joseph Conrad

Cóż za nieconradowska powieść Conrada! Tematyka pisarstwa Conrada utożsamiana jest z problematyką wierności samemu sobie i etosu pracy, tymczasem „Tajny agent” tylko w niewielkim stopniu, jeśli w ogóle zahacza o te sprawy. Reszta dotyczy, jak sam pisze "pospolitej ohydy". Dzisiaj poziom absmaku jest mniejszy. Czasy i ludzie są bardziej cyniczni, a stara prawda, że "nie należy oglądać jak się robi kiełbasę i politykę" do nikogo już nie przemawia. Za sprawą wszechobecnych mediów możemy oglądać codziennie to co dzieje się w "masarni". 


Ale "Tajnego agenta" niekoniecznie trzeba traktować tylko jako polityczną powieść z myszką, choć bez dwóch zdań jako powieść polityczna często jest odbierana i za sprawą takiego odbioru należała w okresie minionej epoki do literatury „źle obecnej” (ale co trzeba uczciwie przyznać, że bywała wówczas także drukowana). 

Wiadomo, że zapewnienie Conrada na temat jego twórczości trzeba traktować z dystansem, zwłaszcza te które odwołują się do jego osobistych doświadczeń przelanych na papier. Według jego zapewnień także "Tajny agent" ma w nich swoje źródło, a wziął się z dyskusji z przyjacielem dotyczącej anarchizmu i zamachu terrorystycznego na obserwatorium astronomiczne w Greenwich. Poglądy Conrada są jasne, mówi o "przestępczej daremności anarchizmu, jego doktryny, działań i mentalności, jak również pożałowania godnej, na poły obłąkanej pozy bezczelnego oszusta, żerującego na bolesnych nieszczęściach i uczuciowej łatwowierności człowieka, (...)." 

I gdy czyta się powieść, nie ma co do tego wątpliwości, rzecz w tym, że w gruncie rzeczy to nie powieść o anarchizmie czy tytułowym bohaterze lecz jego żonie. Gdy zda się sobie z tego sprawę, dopiero widać jak kuriozalnie pobrzmiewają zarzuty seksizmu stawiane Conradowi. Feministki zapewne oburzą się, bo jakże to, przecież Winnie Verloc zbiera cięgi od życia. To nie ona jest tu demiurgiem. Ale przecież Conrad stworzył kobietę dokonującą wyborów, wyborów dramatycznych, ale zależnych wyłącznie od jej woli. To ona instrumentalnie traktuje małżeństwo nie jako zwieńczenie miłości lecz jako instytucję mającą zapewnić względne bezpieczeństwo jej upośledzonemu bratu. Trudno odmówić temu poświęceniu szlachetności ale Adolf Verloc pewnie byłby zdziwiony, podobnie jak każdy mąż, gdyby dowiedział się, że żona wyszła za niego za mąż, nie dla niego samego ale z pobudek, o których nie wspomniała przed ślubem ani słowem i o których nie miał pojęcia. 

Fakt, wydaje się, że pani Verloc nie oczekuje tak wiele za cenę rezygnacji z miłości - chce spokojnego, stabilnego i bezpiecznego życia. Jest jej obojętne, co robi mąż - nie docieka, nie wnika "pod powierzchnię zjawisk". Tak została wychowana i z tym jej w gruncie rzeczy dobrze (chyba). Rzecz w tym, że druga strona nic o tym "układzie" nie wie. Przyjmuje wszystko jako coś naturalnego, bez świadomości, że jego stosunki małżeńskie nie są tak oczywiste jak mu się wydaje.

Zawód jaki sprawił, katastrofa do której się przyczynił sprawia, że "układ" przestaje obowiązywać. Pan Verloc nie jest już potrzebny, nie spełnił swojej roli, choć nie wiedział, że taka mu została przypisana. W swojej naiwności sądził, że Winnie wyszła za niego za mąż dla niego samego, o sancta simplicitas! O męska naiwności! Widać, że nie czytał "Myszeidos" bo wiedziałby, że "my rządzim światem a nami kobiety".

Pani Verloc źle skalkulowała, dokonała złego wyboru a jej nadziej zawiodły. Poczucie bezpieczeństwa okazało się złudne. Karę za jej zły wybór i jego konsekwencje, owszem wymierzyła sobie sama, wcześniej jednak poniósł ją pan Verloc. Okazało się, że w kobiecie, którą mało kto by o to podejrzewał tkwią pokłady emocji, których nie potrafiła okiełznać, a które w ogóle nie pasowały do postawy, którą przybrała na użytek innych.

Co tu dużo mówić, świetna książka ale tylko dla tych, którzy lubią dobrą literaturę! 

piątek, 23 listopada 2018

Ucho igielne, Wiesław Myśliwski

Rzuciłem się na "Ucho igielne" Wiesława Myśliwskiego niczym cham na pasztetową albo gimbaza na powieść Twardocha ale już od pierwszych stron lekturze towarzyszyły tak zwane mieszane uczucia, mniej więcej takie jakie towarzyszą zięciowi widzącemu jak teściowa spada w przepaść w jego nowym samochodzie. Niby jest to Myśliwski taki, jakiego znamy ale trudno oprzeć się wrażeniu, że coś tu jednak zgrzyta, zwłaszcza jeśli się zna jego cztery poprzednie powieści. Może gdyby było to moje pierwsze zetknięcie z pentologią o przemijaniu wrażenie byłoby inne, a tak czytałem "Ucho igielne" z narastającym przeświadczeniem, że właściwie nie ma w nim niczego nowego (jakby w ogóle mogło być coś nowego w upływającym czasie).


To co bardzo nieprzyjemnie mi zazgrzytało, to mądrości na miarę Paulo Coelho w rodzaju "każde życie jest powtarzaniem życia po kimś", "Słowa cierpią, gdy są nadaremne", "Życie to błądzenie za sobą bez nadziei, że się kiedykolwiek siebie odnajdzie""Każdy jest przecież niekończącym się dziedziczeniem" czy "Nie jesteśmy już ci sami co w młodości. - Jeśli się kocha, zawsze jest się tym samym". Nie wątpię, że taka poetyka ma swoich admiratorów ale mnie jakoś to nie kręci. Za to tym co wydało mi się w powieści Myśliwskiego najciekawsze, to gra z czytelnikiem, któremu Autor zdradza poprzez narratora swój stosunek do dzieła.

Jest ono tak jak "wykład, który miał za chwilę wygłosić, a który, jak sądził, był starannie przygotowany, rozlatywał mu się, że już nie wiedział, co ma być początkiem, co środkiem, a co końcem. Miał na wszelki wypadek przygotowanych kilka anegdot rozweselających, gdyby dostrzegł znużenie na twarzach słuchaczy, lecz zwątpił, czy kogokolwiek by rozweseliły", bo rzeczywiście, gdy czyta się "Ucho igielne" ma się wrażenie niedopowiedzenia, przeplatania się motywów, których początku i końca trudno się doszukać. Znalazła się nawet anegdota (raczej zaskakująca niż rozweselająca i która chyba jest nawiązaniem do "Klucznika" a może i do "Pałacu") i czytelnik pozostaje z lekka skonsternowany nie bardzo wiedząc jaki (i czy w ogóle) jest finał tej historii.

O tym, że Mistrz zabawia się z nim, czytelnik jest zresztą przez niego powiadamiany. Wie przecież o tym, że "granice między rolami [bohaterów powieści] (...) płynne", że nic tu nie jest tak do końca pewne, że "każda rzecz ma dwie strony, każda myśl i każde słowo" (to też chyba ukłon w stronę Coelho). No i jeszcze ta sprawa autobiograficzności książki, która wydaje się oczywista a fakty biograficzne "twarde" ale którą Myśliwski bez pardonu komplikuje oświadczając, że "prawdy nie powinno się podawać na tacy. Trzeba ją zawsze doprawić. Żeby tak rzec, trochę soli, trochę pieprzu. Prawda musi smakować. Z prawdą jest jak ze złotem, ile musi przejść zabiegów, nim stanie się biżuterią. I zależy, kto tę biżuterię wykonuje. Mistrz czy patałach". I tak dla jasności nie ma wątpliwości, że w przypadku "Ucha igielnego" mamy do czynienia z wykonaniem Mistrza, nawet wówczas gdy przy bliższym oglądzie gdzieniegdzie wychodzą na jaw niewielkie skazy.

Nie przesłaniają one podstawowego atutu powieści, widocznego także w poprzednich książkach Myśliwskiego - a mianowicie stworzenia bardzo sugestywnej atmosfery tęsknoty (?) za minionym, utraconym światem, której poddaje się czytelnik jeśli tylko ma za sobą jako taki bagaż doświadczeń życiowych. Bo "Ucho igielne" nie jest powieścią dla każdego, trudno wczuć się w rolę postaci, która ma już za sobą półmetek życia, komuś z pokolenia iphone'a ale ci którzy wiedzą już co nieco o życiu z pewnością mają szansę na odnalezienie powinowactwa z głównym bohaterem.

Tak jak on wiemy, że "w dzieciństwie gdy się coś wryje w pamięć, nigdy już tej pamięci nie opuści", mamy świadomość tego, że "bliskie miejsca to kula u nogi" i z upływem kolejnych lat ta świadomość staje się coraz silniejsza. Gdy osiągnie się półmetek życia coraz częściej oglądamy się wstecz bo entuzjazm młodości i nadzieja nowych perspektyw pozostała już za nami. "Ucho igielne" jest jak gdyby kursem MBA dla słuchaczy, którzy mają doświadczenie w businessie - w sumie nie dowiadują się niczego, czego by wcześniej nie wiedzieli ale z pewnym zaskoczeniem konstatują, że ich doświadczenia, na które nie zwracali uwagi mają o większe znaczenie niż im się wydawało. Odnajdują wspólnotę doświadczeń, zwłaszcza czytelnicy płci męskiej, bo któż chociaż raz nie przeżył szkolnej nieszczęśliwej (a może i szczęśliwej) miłości. A wspólne doświadczenia, te same kody kulturowe budują poczucie wspólnoty losu.

Mistrz zdaje sobie sprawę z tego, że jego książka nie jest książką dla wszystkich. Dla wielu pogląd, że "są tylko dwie perspektywy życia: młodość i starość. Kiedy człowiek jest młody, nie wierzy że będzie stary, a gdy jest stary, nie wierzy, że był młody" może wydawać się śmieszy. Ale do czasu. Kiedyś zrozumieją, że "młodość starzeje się równie szybko jak moda" i druga z perspektyw życia to tylko kwestia lat (oczywiście jeśli tylko nie jest się miłośnikiem "Ex na plaży" czy "Warsaw shore" bo to przypadki raczej beznadziejne), wszak "(...) młodość to jest wiara, że się zawsze młodym będzie. Ale to przemijająca wiara." Z czasem, z tej drugiej, przyznaję mało kuszącej perspektywy, zdajemy sobie sprawę jak, może nie tyle głupim, co zdradzającym ignorancję, bezmyślność (brak mi lepszego słowa) jest pytanie "po co nam to wszystko wiedzieć, co tam kiedyś było" i że jeśli nawet "warunkiem wolności jest pozbycie się pamięci" jak pusta i jałowa z czasem okazuje się ta wolność.

W gruncie rzeczy czytelnik wiedział to też i przed lekturą "Ucha igielnego" ale zawsze to przecież inaczej jeśli potwierdzenie własnych przemyśleń znajdujemy u kogoś drugiego.

niedziela, 4 listopada 2018

Joseph Conrad i narodziny globalnego świata, Maya Jasanoff

Stało się. Trzeba to zapisać kredą w kominie - na Festiwalu Conrada jednym z jego punktów była dyskusja tocząca się wokół książki poświęconej Conradowi - no, wreszcie coś się zadziało "w temacie" Conrada. Nie zaraz, żeby książka Mayi Jasanoff była kamienieniem milowym w poznawaniu pisarza i jego twórczości. Owszem, zaproponowała, jak głosi tytuł, osadzenie jej w kontekście globalizmu ale jest to mniej więcej tak samo intelektualnie nośne jak słynne spojrzenie Boya-Żeleńskiego na "Zemstę" poprzez pryzmat sytuacji robotników, którym nie zapłacono za pracę przy budowie muru. 


Robiono z Conrada seksistę, robiono rasistę, to i łatka protoglobalisty, że się tak wyrażę, pewnie mu nie zaszkodzi. Każdy kto czytał jago książki, wie że traktują one nie o narodzinach globalnego świata ale o tak archaicznych dzisiaj wartościach jak honor, wierność samemu sobie i poczucie obowiązku. Jednak w trakcie lektury to tytułowe osadzenie Conrada w narodzinach globalnego świata okazuje się trochę na wyrost, a książka Mayi Jasanoff jest po prostu zgrabnie napisaną biografią pisarza w wydaniu popularnym, przykrojonym pod strychulec politycznej poprawności. I tyle.

Jeśli ktoś czytał "Ducha króla Leopolda" Adama Hochschilda i którąś z nowszych biografii Conrada, nie mówiąc już o "Życiu Josepha Conrada-Korzeniowskiego" Zdzisława Najdera to w gruncie rzeczy, poza odnalezieniem "narodzin globalnego świata" w twórczości Conrada, niczego nowego tu nie znajdzie. Może to i jest najlepsza książka 2017 roku New York Timesa ale z pewnością nie jest to najlepsza biografia Conrada.

Książka jak klamrą, jest spięta wrażeniami Autorki z morskiej podróży do Kongo, która miała..., no właśnie, nie bardzo wiadomo co miała na celu - poczucie się jak Conrad, znalezienie jego śladów? Litości, to nie schyłek XIX ale początek XXI wieku. Te dwa okresy dzieli przepaść, także technologiczna, o której pisze zresztą sama Maya Jasanoff w odniesieniu do wypierania żaglowców przez parowce już za życia Conrada. Cóż można znaleźć w rejsie po Kongo z atmosfery rejsu sprzed 130 lat? Nawet nie będę próbował odpowiadać bo to pytanie retoryczne dla każdego, kto ma choćby minimalny zasób wiadomości o współczesnym świecie. No, ale to w końcu sprawa Mayi Jasanoff na co wydaje pieniądze i jak spędza czas.

Gorzej, że zajmuje czas czytelników dokładnie streszczając, niektóre z utworów Conrada, w stylu, jakiego nie powstydziliby się autorzy bryków. Nie bardzo wiem, jaki jest cel tego zabiegu, oprócz przyziemnego "nabijania" wierszówki, oczywiście. Nie wprowadza to niczego nowego ani do poznania życia pisarza ani do rozumienia jego twórczości. I tu dochodzimy do sedna, jak już wspomniałem Jasanoff powtarza banialuki - przy okazji omawiania "Jądra ciemności" - o rasizmie i seksizmie Conrada. Jej argumenty są tak - powiedzmy bardzo eufemistycznie - nieprzekonujące, że aż ręce opadają. Otóż przejawem rasizmu ma być to, że w opowiadaniu Conrad wspomina o wyszczerzonym, spiłowanych zębach Murzynów. A przecież niektóre plemiona rzeczywiście piłowały zęby, a ich członkom zapewne nie raz zdarzyło się wykrzywić twarz w grymasie. Od Mayi Jasanoff dowiedzieliśmy się właśnie, że wzmianki o tym są przejawem rasizmu. Najlepiej więc by chyba było, by Conrad nie wspominał o spiłowanych zębach.

Jeszcze lepiej jest z seksizmem - ci, którzy czytali "Jądro ciemności" być może pamiętają, że Marlow chcąc oszczędzić bólu narzeczonej Kurtza, nie mówi jej prawdy na temat śmierci narzeczonego i twierdzi, że ostatnim słowem zmarłego było jej imię. A to już, zdaniem Jasanoff, seksizm. Rzucenie w twarz zakochanej kobiecie brutalnej prawdy o człowieku, którego kochała, a który zginął i zostawienie jej samej z kolejną raną oto postawa "równouprawnieniowa". No, ale taki mamy teraz trend, wygląda na to, że można zostać seksistą przepuszczając w drzwiach kobietę.

Wreszcie przyszedł czas na tytułowe "narodziny globalnego świata". Otóż w książce Mayi Jasanoff pojawiają się one przy okazji "Nostroma", jej argumentację można sprowadzić, w dużym uproszczeniu, do tego, że w czasie powstawania powieści Stany Zjednoczone wykazywały duże zainteresowanie Kanałem Panamskim a odzwierciedlenie tego znajduje się także u Conrada, jako że Amerykanie pomagają secesjonistom z Sulaco. Rzecz w tym, że tego rodzaju "narodzin globalnego świata" można doszukiwać się na dużo wcześniej przed Conradem by przypomnieć choćby amerykańską wojnę o niepodległość 1775-83, ustalenie porządku w Europie w Wiedniu 1815 r., czy wojnę krymską 1853-56. Każde z tych wydarzeń było przecież wydarzeniem "multinarodowym", w które zaangażowane były państwa leżące daleko od pola konfliktu, w który się włączały choć wcale ich bezpośrednio nie dotyczył. Równie dobrze można by powiedzieć, że "W pustyni i w puszczy" dotyczy "narodzin globalnego świata" bo przecież ociera się o budowę Kanału Sueskiego będącego dla Brytyjczyków tym samym co Kanał Panamski dla Amerykanów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Maya Jasanoff dostosowuje wymowę powieści do z góry przyjętej tezy. Nie kwestionuję istnienia w "Nostromo" elementów, na których skupia się Autorka "Josepha Conrada...", ale przecież nie bez kozery Conrad zatytułował powieść przezwiskiem głównego bohatera. Wiadomo, że każdy ma prawo do własnej interpretacji ale wydaje się, że są jakieś granice, w tym przypadku postawione przez samego Conrada, których nie powinno się ignorować.   

środa, 31 października 2018

O zadziwieniu jakie niesie seria "ABC Klasyka polska. Lektury"

Sądziłem, że w świecie książkowym nic mnie już nie zdziwi a jednak myliłem się, zresztą który to już raz. Robiąc rekonesans, w poszukiwaniu kolejnych (ewentualnych) przekładów "Jądra ciemności" Conrada trafiłem na serię ABC Klasyka polska. Lektury. Nie powiem, spośród lektur wydawanych "po taniości" z pewnością wyróżnia się ona edytorsko na plus.


Trochę się co prawda zadziwiłem, gdy wśród 23 nazwisk luminarzy polskiej literatury zobaczyłem Jerzego Pilcha a nie dostrzegłem Marii Dąbrowskiej, Jarosława Iwaszkiewicza, Zofii Nałkowskiej, Henryka Sienkiewicza a ze współczesnych, choćby Wiesława Myśliwskiego. Ale co ja tam wiem. Pewnie dzisiaj Pilch ma większe znaczenie dla klasyki literatury polskiej niż jakiś tam Sienkiewicz. Przynajmniej w oczach redaktorów Rinigier Axel Springer Polska.

Ale to jeszcze nic w zestawieniu z faktem, że wnieśli oni swoim wyborem znaczący wkład w polskie literaturoznawstwo, zaliczając do klasyki literatury polskiej... Josepha Conrada. No może gdyby to była jedna książka można by uznać to za jakieś nieszczęśliwe przeoczenie, ale dwie? bo obecność Conrada wśród klasyki polskiej została zaznaczona jego "Jądrem ciemności" oraz "Lordem Jimem". Nie ważne, że Conrad nie pisał książek w języku polskim a "Jądro ciemności" i "Lord Jim" nie są żadnymi wyjątkami w tej materii. Wystarczyłoby zresztą gdyby ktoś odpowiedzialny za wydanie serii zajrzał do książek, które wydawał a znalazłby tam nazwiska tłumaczy.

Chciało by się powiedzieć za klasykiem - "Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz!". Tylko po co go przywołuję, skoro nie załapał się na status "klasyki polskiej". I tak właściwie czemu się temu dziwię? Eh... 

poniedziałek, 22 października 2018

Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza, Björnstjerne Björnson

Robiąc porządki w domowej bibliotece trafiłem na zbierającą od lat kurz książkę z Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Zrobiłem przy okazji bilans znajomości literatury skandynawskiej (chodzi oczywiście o literaturę par excellance a nie "wagonową") i mocno zażenowany skonstatowałem, że skończyło się na nieco ponad dziesięciu nazwiskach. Cóż za wstyd!


Książkę kojarzyłem jeszcze z lat licealnych, gdy miałem ambitny zamiar przeczytania wszystkich najwybitniejszych dzieł literatury światowej, jako nudnawą opowiastkę ale że z czasem się dojrzewa więc postanowiłem dać jeszcze jedną szansę "Dziewczęciu ze Słonecznego Wzgórza", kierując się opinią jednej z bohaterek, która przeglądając nowe książki stwierdziła, że "stare są lepsze bo ludzie odpisują ciągle wszystko ze starych książek i to coraz gorzej", a której trudno odmówić racji.

Cóż, w moim przypadku przez lata niewiele się zmieniło w odbiorze opowiadana Björnsona. Jeszcze bardziej wydaje mi się wzorcem z Sevres klasyki literatury skandynawskiej. Piękny, surowy krajobraz, prości ludzie, dramat i happy end. Wszystko to opowiedziane w niespiesznym tempie, prostym językiem podmalowanym nieco naiwną, jak na mój gust poetyką, co jest gwarancją niemożności znalezienia się dzisiaj na liście bestsellerów, tak, że byłem zaszokowany tym, że ktoś dzisiaj jeszcze odważa się na wydanie takiej "nudy". No bo cóż, nie ma ostrego seksu, brutalnych morderstw, nie mówiąc już o braku wampirów, wilkołaków czy zombie.

W sumie, jeśli "Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza" wydawało mi się przed laty tylko nudne to teraz na dodatek jest ono jeszcze anachroniczne. Nie trzeba być zaszczepionym feminizmem czy gender by zazgrzytać zębami na przedstawiony przez Björnsona model społeczny będący gwarancją szczęścia jednostki, rodziny i społeczeństwa. Jakie to proste, wystarczy, że autorytet rodzicielski (i nie tylko) opiera się w gruncie rzeczy nie na słuszności, mądrości, inteligencji, szacunku lecz respekcie dla siły pięści. W świecie Björnstjerne Björnsona kobietom przypisana jest rola służebna wobec mężczyzn, choć trzeba też dostrzec, że mają one także swoje własne poletko w męskim imperium. One "gotują różne przysmaki, a mężczyźni rozpoczynają poważną rozmowę o zbiorach, cenach i sprawach publicznych". No i jeszcze ta sekciarska religijność, w której ludzie szukają "rady tam, gdzie znaleźć ją można, to jest w słowie bożym...". Słyszane to rzeczy?! Cóż za ciemnogród w porównaniu z ozdrowieńczą mocą Facebooka, Twittera, Instagramu, czy czego tam jeszcze co akurat jest na topie. Człowiek błądzi ale ze złych ścieżek na dobrą drogę sprowadza go miłość. Eh, jakie to wszystko okazuje się nieskomplikowane.

"Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza" dzisiaj jest tak naprawdę świadectwem literackich gustów swoich czasów i pewnie bez ryzyka popełnienia większej pomyłki można uznać je za przecierające szlaki chłopomanii, która świeciła triumfy także i u nas na początku XX wieku. Prosta historia, którą nie zaszkodzi poznać, ale która też i nie zostawi większego wrażenia. 

poniedziałek, 8 października 2018

Promień, Stefan Żeromski

To chyba Stanisław Pigoń jako pierwszy zauważył, że "Promień" w gruncie rzeczy jest drugą częścią "Syzyfowych prac" (choć te w gruncie rzeczy są prequelem bo kolejność powstawania powieści była akurat odwrotna) i choć nie przepadam za jego "nabożnym" podejściem do literackich gigantów, to nie sposób zaprzeczyć, że ma rację. Tyle że Kleryków został przemianowany na Łżawiec (czytelnik dostrzeże bez trudu te same motywy zabłoconych ulic, parku, szkoły czy starych ksiąg popadających w zapomnienie) a Marcin Borowicz przeistoczył się w Jana Raduskiego i postarzał o kilkanaście lat. 


Zmieniło się też spojrzenie narratora na świat. O ile prowincjonalne klimaty Klerykowa zostały w gruncie rzeczy odmalowane zostały, w gruncie rzeczy, ciepłymi barwami, jak przystało na opowieść o dzieciństwie i młodości, na które z perspektywy czasu spogląda się z sentymentem, który zaciera to co przykre, to w odniesieniu do Łżawca, tego ciepła niewiele zostało. To ponury obraz prowincjonalnej dziury, którego nie powstydziłby się żaden naturalista, a jednak mimo wszystko, nie ulega wątpliwości, że Żeromski był przywiązany do swych stron rodzinnych, bo to nawet nie sentyment lecz miłość do nich przebija na stronach "Promienia".

"Rozum swoje, a serce swoje", tak chyba można by najkrócej określić stosunek Żeromskiego do miasta jego młodości. Zdaje sobie sprawę z jego rzeczywistej, mało pociągającej kondycji, choć pewnie nie gorszej i niespecjalnie wyróżniającej się na tle innych prowincjonalnych miast w zaborze rosyjskim, a jednocześnie zdaje się mówić - "cóż z tego, nic na to nie poradzę ale kocham to miejsce". 

Ale Kielce/Łżawiec to nie tylko miejsce, to także, a może raczej przede wszystkim małomiasteczkowe środowisko, które tłamsi i niszczy to co dobre, gdzie szlachetniejsza myśl i zamiar, owszem, przebija się jak tytułowy promień słońca, którego motyw kilkukrotnie pojawia się w powieści, a który jednak w każdej chwili może być przesłonięty chmurami, które opanowały niebo. 

To przygnębiający obraz klęski pozytywizmu a może też i romantyzmu. Jakoś w Łżawcu wszystko (albo prawie wszystko) schodzi na psy. Bohaterowie "Promienia" świadomi są wątpliwej wartości moralnej swych czynów, swoich niskich lotów - ale co robić? Lepiej zachowywać się jak świnia i żyć dostatniej, niż być uczciwym i klepać biedę.

Nie da się ukryć, że "Promień" ze swą pozytywistyczną i idealistyczną wymową lokuje się obok sztandarowych utworów Żeromskiego tego typu; "Siłaczki" (bez większego trudu da się zresztą odnaleźć aluzję do tego opowiadania) i "Ludzi bezdomnych", bo oto nagle wzbogacony idealista zamiast pędzić spokojne życie rentiera albo przepuścić odziedziczoną fortunę w kasynach i na wyścigach, postanawia zaryzykować swoją przyszłość, zrezygnować z przyjemności i nieść kaganek wiedzy i postępu pomiędzy prowincjonalną społeczność, a w dodatku nie cofa się nawet przed bardziej wymierną osobistą pomocą potrzebującym. 

W sumie, można by powiedzieć, cóż to za ckliwa bajka ale rzecz w tym, że w prawdziwym życiu bez większego trudu można odnaleźć pierwowzory "Promienia." Doktor Zygmunt Poziemski to kielecki lekarz Remigiusz Laskowski zmarły w 1895 r. (życie jego żony nie było aż tak tragiczne jak to wynika z powieści ale też zmarła przedwcześnie), właściciel i wydawca "Gazety Łżawieckiej" Olśniony to Stanisław Sienicki zmarły w 1904 r. wydawca i redaktor "Gazety Kieleckiej", a zdziwaczały antykwariusz bibliofil to Leon Możdżeński, którego księgarnia przetrwała śmierć właściciela i funkcjonowała do 1913 roku. Z ckliwością nie ma też wiele wspólnego postać doktorowej Poziemskiej i jej nieśmiałe poszukiwania męskiego wsparcia (aczkolwiek nie sfinalizowane) w czasie choroby męża. To nie matka - Polka poświęcająca się wyłącznie i bezgranicznie dla męża ale kobieta z krwi i kości, której nie wystarcza tylko rola siostry miłosierdzia u boku umierającego męża. Można by powiedzieć, występna, nieszczęśliwa miłość, daleka zapowiedź "Dziejów grzechu". 

Właśnie - nieszczęśliwa. Wolałbym żeby chociaż raz wszystko skończyło się szczęśliwie, dobro zwyciężyło, ona i on żyli długo i szczęśliwie. Ale u Żeromskiego, jak to u Żeromskiego, niestety próżno oczekiwać takiego finału. I tak pół biedy, że pozostawia zakończenie "Promienia" otwarte, że główny bohater podejmuje rzuconą mu rękawicę i nie przechodzi na ciemną stronę mocy ani też przed nią nie rejteruje, choć nie trzeba wielkiej wyobraźni by przewidzieć jak to się skończy. Co tu dużo mówić, wybitny pisarz w niezłej formie - polecam.