niedziela, 4 grudnia 2016

Zbyt krótkie szczęście, Paweł Pollak

Pisanie opinii na temat książek Pawła Pollaka to ryzykowne zajęcie, ale niech tam, zaryzykuję jeszcze raz. Znowu wybrałem się do Wrocławia, a skoro tak, to co mogłem zabrać do pociągu jak nie powieść, której akcja we Wrocławiu właśnie się rozgrywa. Niedawno śledziłem perypetie Mocka, tym razem padło na komisarza Przygodnego. Trzeba przyznać, że w stosunku do pierwszej książki o nim, "Zbyt krótkie szczęście" prezentuje wyraźny postęp, czytelnik i główny bohater rozpoznają zabójcę przy końcu, a nie w połowie powieści. Warstwa kryminalna jest całkiem zręcznie i ciekawie przedstawiona, a czego więcej chcieć od dobrego kryminału.


Niestety, Autor uległ chyba jakiejś dziwnej, panującej u nas manierze i osadził akcję w "pogłębionym" tle psychologicznym i społecznym, co pewnie miało dodać książce realizmu ale wyszło, jak to zwykle bywa, "tak sobie". O ile można machnąć ręką na niewczesne wyrzuty sumienia głównego bohatera świeżo po rozwodzie, to trochę dziwacznie wypada postać kloszarda, który niczym średniowieczny święty z żalu po niespełnionej miłości wyzbywa się majątku i pielęgnuje pamięć o ukochanej na progu jej dawnej szkoły, nie mówiąc już o jego zażyłości z komisarzem policji.

Podobnie nieprzekonująco wypada postać przyjaciela komisarza Przygodnego, szefa działu kryminalnego lokalnej gazety. Obaj panowie z racji swych zajęć wzajemnie sobie pomagają (podobno) ale na pewno nie w "Zbyt krótkim szczęściu", a ściślej mówiąc dziennikarz nie pomaga komisarzowi, żadne bowiem z jego "odkryć" nie ma wpływu na znalezienie zabójcy. Co gorsza, czytelnicy śledzą przez ponad 100 stron koleje jednego z prywatnych śledztw dziennikarza, wiedząc od początku, jaki będzie jego rezultat, a nie da się ukryć, że nie jest to coś, co przykuwa do fotela. Niestety, postać redaktora Kuriaty powieści nie służy. I nie chodzi o to, że to antypatyczny, zadufany w sobie, dosyć prymitywny facet, którego zachowanie dalekie jest od poprawności politycznej, oględnie rzecz ujmując. Takim stworzył go Autor i już. Jakim jednak cudem dziennikarz z lokalnej gazety może pozwolić sobie na zakup samochodu za 350 tysięcy złotych? I jak to możliwe, że dziennikarz działu kryminalnego z dwudziestoletnim stażem, bywalec agencji towarzyskich (w celach służbowych oczywiście) znający grypserę nie wie co to alf (choć może się tego domyślić nawet z kontekstu prowadzonej rozmowy)? Ale co tu się dziwić dziennikarzowi, skoro komisarz policji z równie długim stażem, nic nie wie na temat homoseksualnej prostytucji. Itp. itd. Takie drobiazgi nie przydają, niestety, książce wiarygodności.

To co początkowo wydaje się zaletą książki - drobne złośliwości z humorystycznym zacięciem, z czasem przestaje bawić a niebezpiecznie zaczyna przypomina zwyczajne marudzenie i wygłaszanie jedynie słusznych poglądów na wszystko, począwszy od stanu wrocławskiej komunikacji miejskiej, poprzez ocenę kwalifikacji kobiet jako sędziów, przydatności policyjnych profilerów (czyżby kamyczek do ogródka konkurencji) a skończywszy na decyzji generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wydaje mi się to specjalnie ani odkrywcze, ani interesujące, nawet wówczas jeśli te enuncjacje wynikają z osobistych doświadczeń Autora (jak na przykład obowiązki tłumacza przysięgłego wobec policji), podobnie zresztą jak epizod, w którym daje upust swoim uczuciom (?) wobec nierzetelnego wydawcy. Wierni czytelnicy bloga Pawła Pollaka, jeśli tylko sięgną po książkę będę mieli okazję do własnego "śledztwa".

Druga książka o komisarzu przygodnym niestety obrosła w takie meandrujące dywagacje, podobnie jak i "złote myśli" w rodzaju "(...) ludzie to nie liczby, dwie cyfry są zawsze takie same, dwie kobiety nigdy." które nie sprzyjają "popychaniu" akcji do przodu. Nie ma co ukrywać, "Zbyt krótkiemu szczęściu" daleko do "Morderstwa w Orient Expresie", pewnie jak i innym współczesnym, polskim kryminałom, ale nie jest źle, na długą podróż pociągiem do Wrocławia i z powrotem może być. 

niedziela, 27 listopada 2016

Wierna rzeka, Stefan Żeromski

Trafiło mi się ocenzurowane wydanie "Wiernej rzeki". Sam Żeromski, mimo że wydał na nie zgodę, nie miał o nim najlepszego zdania, na szczęście ukazało się równocześnie z nią wersja pełna, tyle że przeznaczona dla czytelników z zaboru pruskiego i austriackiego. Przy okazji trafiłem też na informację o odnalezieniu czystopisu opowiadania i przekazania go Bibliotece Narodowej. A piszę o tym z dwóch powodów - pierwszy to asumpt do lektury "Wiernej rzeki", drugi to zjadliwa uwaga (chyba jak każdy anonimowy komentarz w internecie, ale nie pozbawiony, przynajmniej w części słuszności) do artykułu, który traktuje o odnalezieniu rękopisu "Wiernej rzeki", jako sensacji bibliofilskiej (zresztą słusznie) - "Z pewnością jest to sensacja w kręgach bibliofilskich, niestety tylko bibliofilskich. Proza Żeromskiego w dzisiejszej Polsce (...), nie jest dobrze odbierana. "Nie istnieje dziś ta inteligencja, o której autor "Ludzi bezdomnych" pisał i do której swoje teksty adresował. Nie ma dziś miejsca na mit inteligencki, na powinności, poczucie misji czy obowiązku społecznego i narodowego. A Żeromski jest bezkompromisowy: oczekuje poświęcenia, niezgody na zło i niesprawiedliwość, niesienia pomocy". Dziś mamy masowego odbiorcę (...) oraz roszczeniową klasę średnią, często źle wykształconą, a już na pewno źle wychowaną. O niskiej kulturze, choć starającą się być elitą społeczną. Iście pozytywistyczne przesłanie twórczości Żeromskiego, jego trzeźwe spojrzenia na otaczającą go rzeczywistość (...) sprawiają, że jest dziś na "indeksie" autorów "niepoprawnych politycznie". (...)".


Smutno się robi na myśl, że jedno z najlepszych opowiadań w historii literatury polskiej dogorywa czytelniczo. Swoje zrobiło piętno szkolnej lektury i "narodowej nudy". A przecież Żeromski w podstawowej warstwie opowiadania podejmuje temat, który gimbazie, zwłaszcza jej żeńskiej części powinien być bliski. Wszakże "Wierna rzeka" to romans i to jaki - nieszczęśliwy, a w dodatku mający swój zaczyn w faktach. Cóż za historia - on przychodzi i odchodzi, ona zostaje z rozdartym sercem. Na otarcie łez zostaje jej niewielka fortuna, która w gruncie rzeczy stanowi nie nagrodę za kilkumiesięczną opieką nad rannym lecz policzek w twarz, mający jednocześnie zagłuszyć wyrzuty sumienia ofiarodawczyni.

Tyle tylko, że po co mieszał w to niedzisiejsze wartości, honor ważniejszy od pieniędzy, dziewictwo w wieku dwudziestu dwóch lat, lojalność wobec ojca kontra pożądanie - słyszał to kto o czymś takim w dobie "Ekipy z Warszawy" i "Ex- na plaży"? Albo narażać się dla obcego - słyszane to rzeczy? I nie chodzi przecież o chwilowy impuls, który minie gdy tylko trochę ochłonie się z porywu serca, lecz codzienne kilkumiesięczne poświęcenie. A już wyrzucać pieniądze w błoto (przepraszam w rzekę)?! Wyłudzić, ukraść - owszem, ale wyrzucić? Nie mówiąc już o zupełnie niezrozumiałym dylemacie walki skazanej na przegraną - "wolicie (...) dzicz niż rany i śmierć? Będziecie mieli dzicz za wiecznego pana!" Nie da się ukryć, Żeromski wraził swoje pióro w narodowe rany i prowokacyjnie w nich gmera, ta krew powstańca wychluśnięta na gnojowisko, albo "wszy zostały żywe, gdy dwaj ludzie znikli jak cienie...". Nie dość, że wybrał sobie taki "nierokujący" temat, to jeszcze takie rzeczy.

Po co to wszystko, w imię czego? - żeby jeszcze odruchu litości, z miłości to byłoby może i zrozumiałe ale z poczucia patriotycznego obowiązku?! "bo dla ojczyzny jest najpierwszy obowiązek Polaka" i "kobiety polskiej godność", jakże to dziwnie brzmi anno domini 2016. To prawie tak samo dziwne jak patriotyzm właścicieli dworu w Niezdołach. Dulce et decorum est pro patria mori. Ale dlaczego patriotyzmu nie rozumieć także jako troski o współobywateli. Tylko właściwie o jakich współobywatelach w "Wiernej rzece" mówimy? To nie żadni współobywatele lecz prymitywne umysłowości, które nie potrafiły się wzbić ponad przyziemne urazy i wielkodusznie wybaczyć krzywdy swoim niedawnym jeszcze panom. Cóż może ich obchodzić panowanie rosyjskie, pruskie czy austriackie, kiedy mając polskiego, patriotycznie nastrojonego dziedzica u boku, przymierali głodem. Musieli się nieźle zasłużyć swoim gorzej urodzonym sąsiadom dziedzice Niezdołów skoro, bądź co bądź sąsiedzi, "gromada wiejska nie stawiła się" na pogrzeb "tylko paru starych włościan zajrzało do dworu popatrzeć na dziedzica, jakby z ciekawości, czy na prawdę umarł."

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem! Nic więc dziwnego, że niezdolscy chłopi tak ochoczo pomagają Rosjanom, bo samym strachem przed nimi nie da się tego wytłumaczyć. Oni boją się także jeden drugiego. Dlaczego widać strach u sołtysa, który chce związać Odrowąża i zawieźć do Rosjanom, przecież w wiejskiej gromadzie nie ma Rosjanina, który by doniósł do swoich lecz sami swoi, Polacy. Któż by więc miałby go zdradzić jak nie swoi, sąsiedzi? Pewnie nie bez kozery sołtys tak się bał, znał swoich sąsiadów. Ta "tradycja" współpracy z zaborcą musiała być silnie zakorzeniona w chłopskiej mentalności, ani nie była niczym nowym a i przetrwała lata.

I tak można by dalej ciągnąć "poważne" tematy bo jest przecież do omówienia choćby postawa Rosjan wobec powstańców, a i zasygnalizowana "kwestia" żydowska. Ale nie zapominajmy, że opowiadanie jest w swym pierwszym, podstawowym odczytaniu opowieścią o miłości. Jak mogła ta biedna Salomea nie poznać się na tym francie Odrowążu. Ale co się dziwić, dziewczyna z "zadupia" a tu przystojniak, który gdy tylko jako tako doszedł do siebie nie omieszkał poinformować jej o swoim statusie społecznym. Uratować życie prawdziwemu księciu, to nie byle co, każda dziewczyna mogłaby stracić głowę. A on, cóż za świnia. Przyszedł, odszedł. Było, minęło. Była ta, będzie inna. Pewnie mu matka wytłumaczy, że nie wypada, że nie może się narażać, że nie ma sensu. Biedna Mija, za wysokie progi - nie ona pierwsza się o tym przekonała, by wspomnieć nieco wcześniejszą inną sławną nieszczęśliwą parę Stefcię i Waldy'ego. Zostanie tylko na niej odium "puszczalskiej" - "Na tym skończyła! Zwyczajne, pospolite rzeczy, ordynarne dzieje. Puściła się z powstańcem, który do domu zaszedł. Nikt jej nie pilnował, więc skorzystała." Tyle jest z tego przyjdzie, za poświęcenie, za miłość i za odwagę. A jeśli komuś byłoby jeszcze mało nieszczęśliwych miłości to zawsze zostaje Wiesnicyn i Dionizy pielęgnującego w sobie zranione uczucie niczym panna Havisham.

Co tu dużo mówić, polecam. 

niedziela, 20 listopada 2016

Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek, Hanna Ożogowska

Mimo, że książka Hanny Ożogowskiej wymaga dzisiaj opatrzenia glosami przeznaczonymi dla młodych czytelników bo realia życia codziennego lat sześćdziesiątych znacząco odbiegają od tego, z czym stykają się dzisiaj, poczynając już od tytułowych fajerek, to jednak trud się opłaca. To chyba pierwsza książką, którą tak bardzo emocjonalnie przeżywał mój syn, z niecierpliwością śledząc perypetie bohaterów. 


U mnie "Dziewczyna i chłopak", nie ukrywam też wzbudziła emocje, choć innego rodzaju. Byłem w lekkim szoku, jak powieść, w której, jak mi się wydaje, Hanna Ożogowska chciała zmierzyć się ze stereotypami ról jakie w społeczeństwie zajmują najpierw dziewczynki i chłopcy, a potem kobiety i mężczyźni, w gruncie rzeczy te role utrwala. I muszę przyznać, że jest to co najmniej irytujące i bardzo widoczne, zwłaszcza w postaciach dorosłych. 

Tu kobiety nie mają wiele (jeśli w ogóle coś) do powiedzenia, zdecydowanie nie są to szyje, które kręcą męskimi głowami. Dotyczy to zarówno rodziców głównych bohaterów, ich stryjostwa i ciotki (wiadomo, czym jest dom bez męża o ojca). Mężczyzna u Ożogowskiej to "car i bóg", który utrzymuje dom i któremu reszta rodziny usługuje, który sprawia wrażenie, że nawet nie bardzo wie gdzie jest kuchnia, bo przecież jedzenie i picie jest mu podsuwane pod nos. Tak było, tak jest i tak będzie, bo przecież rodzice Tosi i Tomka ten model utrwalają u swoich dzieci. Tosia pomaga mamie w domowych zajęciach, gdy tymczasem Tomek pełni rolę młodego trutnia. To wszystko jest dla dzieci oczywiste, nieletni Jastrzębscy wiedzą co do nich należy i gdzie jest ich miejsce. 

Taki układ sprawia, że dla Tosi przemiana w chłopca to szczyt możliwości zarówno fizycznych jak i psychicznych a dla Tomka to owszem trudność ale wymagająca tylko trochę więcej starań niż to z czym ma do czynienia na co dzień. Cóż zresztą w tym dziwnego, jego "przeciwnikami" są wiejskie dziewczynki i chłopcy, już na starcie "gorsi" od niego, bo jaka dziewczyna może równać się chłopakiem, a jakie wiejskie dziecko może rywalizować z wielkomiejskim "cwaniaczkiem". A Tosia? - cóż Tosia! - ona jeśli dorówna swoim stryjecznym braciom, to już osiąga sukces, a jeśli może komuś zaimponować, to co najwyżej wiejskim dziewczynkom opowieściami o wzorach i krojach sukienek, o czymś co jest poniżej ambicji normalnego chłopaka. Dla niej zmiana roli oznacza stały stan lękowy, wszystko jest dla niej wyzwaniem i na każdym kroku musi udowadniać, że nie jest gorsza, Tomek zaś na każdym kroku udowadnia, że jest lepszy. 

Na szczęście, mam przynajmniej taką nadzieję, nieletni czytelnicy tego nie dostrzegają. Dla nich wątki społeczne przykryte są przez przygodowy anturaż i "Dziewczyna i chłopak" pozostaną zabawną i emocjonującą historią perypetii, w które dzieci same się wpakowały, na własne życzenie komplikując sobie życie. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Sól ziemi, Powieść o cierpliwym piechórze, Józef Wittlin

Jeszcze jedna powieść z zaczerpniętym z Nowego Testamentu mottem. Jakie to nienowoczesne. "Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól straci swój smak, czy da się ona czymkolwiek posolić? Już do niczego się nie nadaje, chyba do wyrzucenia na dwór i podeptania przez ludzi." Sól ziemi... - i pomyśleć, że ma nią być jakiś prymityw, analfabeta, z kiłą wrodzoną, który od czasu do czasu nie pogardzi cudzą własnością, jeszcze z kochanką na boku, którą w dodatku traktuje jak piąte koło u wozu. Żeby to jeszcze był jakiś frant, chłopek-roztropek, polski wojak Szwejk, Sancho Pansa, Dyl Sowizdrzał, ale nie..., musiał Józef Wittlin wziąć za głównego bohatera swojej powieści, jakiegoś nierozgarniętego Hucuła, który do trzech nie zliczy, nie mówiąc już o tym, że nie bardzo dzisiaj wiadomo, co to jest ta jakaś Huculszczyzna.


Tak, zdecydowanie "Sól ziemi" to nie materiał na bestseller. Może to sobie być jedna z najwybitniejszych polskich powieści XX wieku, dzięki której jej autor miał dostać literacką nagrodę Nobla ale bez szans u gimbazy.

Ale co się dziwić, kiepsko tu z dialogami, których jak na lekarstwo, a jak mówiła Alicja "co za pożytek z książki (...) bez obrazków i rozmów"? Ilustracji też zresztą w "Soli ziemi" nie ma. Żeby chociaż erotyzm, w końcu to rzecz o wojnie, mężczyznach, a oni bez tego ani rusz. Ale i z tym słabiutko. To już Żeromskiemu w porównaniu z Wittlinem można zarzucić, że jest wyuzdany. Eh, gdzie tam Wittlinowi do Pauliny Simmons, która tak ciekawie i potrafi pisać o wojnie i miłości. O co więc chodzi?

W gruncie rzeczy, trudno to sprecyzować. Moim zdaniem, to przede wszystkim kwestia języka budującego bardzo specyficzną atmosferę odchodzącego świata i sytuując w nim prostaczka. Świata patriarchalnego i prostego, w którym znajdują jeszcze zastosowanie ewangeliczne prawdy. "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". A przecież Piotr Niewiadomski, ten brat najmniejszy, główny bohater książki nie budzi specjalnej sympatii.

To nie jest ktoś kogo można by polubić, bardziej ktoś kto sam zniechęca czytelnika do siebie. Uczucie, które się z nim kojarzy to litość, ale od kogoś, kogo obdarzamy tym uczuciem, oczekujemy też, że i on również będzie je ofiarował, tym którzy staną na jego drodze i będą jej potrzebowali. A on co? Bezczelnie zawodzi czytelnika. Jakże jest w tym ludzki, i jakże irytujący. Żeby chociaż jakoś przyzwoicie traktował swoją konkubinę albo cieszył się z osiągnięcia upragnionego awansu. Ale nie, on musi kręcić nosem. I ta jego pokora wobec władzy, jakie to dla nas irytujące, i żeby to był tylko strach przed władzą, to jeszcze można byłoby to jakoś zrozumieć, ale ta władza ma u Niewiadomskiego autorytet. Nie dlatego, że jest bardziej wykształcona, inteligentniejsza, mądrzejsza, że ma słuszność - nie, ale tylko dlatego, że jest władzą. Szkoda gadać.

Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze, że postawa Piotra Niewiadomskiego wobec wojny to policzek w twarz dla sienkiewiczowskiej tradycji patriotycznej. Nie dość, że wcale nie marzy o dokonaniu bohaterskich czynów, to jeszcze idzie na wojnę by się bić za cesarza! Nie za Polskę, nie w obronie ojczyzny przed najeźdźcami, nie w obronie antemurale christianitatis ale tylko dlatego, że tak chce cesarz. Zgroza! Trochę go tłumaczy fakt, że matka była Hucułką ale czy Wittlin koniecznie musiał wziąć na głównego bohatera swojej powieści takiego bezideowca, czy nie mógł wybrać kogoś innego i napisać czegoś "ku pokrzepieniu serc"? Zwłaszcza, że jakby nie patrzeć to przecież kresowiak - mieszkaniec, tej przed wojną, jak powszechnie wiadomo, mlekiem i miodem płynącej krainy, krainy białych dworków, malw pod okami, dziewczyn i ułanów przy studni. A tu coś takiego.

Żeby choć Piotr Niewiadomski to był taki Paul Bäumer, ale nie jest, choć pewnie skończy podobnie jak on. Co prawda Wittlin nie doprowadził cyklu do końca ale i już na podstawie jego pierwszej części można przypuszczać, że nie będzie tu happy endu. Może nawet zginie gdzieś niezbyt daleko od swych stron rodzinnych, w Karpatach i zostanie pochowany na jednym z tych uroczych cmentarzy zaprojektowanych przez Kriegsgräber-Abteilung K.u.K w Krakowie, ale tego nigdy się nie dowiemy. Niestety. 

czwartek, 3 listopada 2016

Bracia Karamazow, Fiodor Dostojewski

Dostojewski budzi u mnie tak zwane mieszane uczucia, z rodzaju tych, które ogarniają zięcia, gdy widzi jak teściowa spada w przepaść w jego nowym samochodzie. Z jednej strony, irytuje mnie swoim mitotwórstwem, które wzięło za przedmiot "duszę rosyjską" i "lud Bogonośćca", z drugiej zaś wywołuje podziw dla znajomości ludzkiej psychiki i pisarskiego mistrzostwa. To drugie uczucie przeważa i to przeważa do tego stopnia, że po skończonej lekturze jego powieści (podobnie jak w przypadku Conrada), mam świadomość tego, że będę musiał do niej powrócić. I "Bracia Karamazow" nie byli tu wyjątkiem, pozostała tylko kwestia wyboru przekładu;  Adam Pomorski czy Cezary Wodziński?


Odredakcyjne zachwyty nad kongenialnością przekładu Adama Pomorskiego jakoś nie wzbudziły mojego zaufania (zresztą, jak się okazało, niesłusznie) i zdecydowałem się na Cezarego Wodzińskiego, o którego kompetencji jako tłumacza miała świadczyć książka na temat jurodstwa, co wziąłem za dobrą monetę. Szczerze mówiąc, nie spostrzegłem jakoś nowej jakości, obiecywanego filozoficznego odczytania - powiedziałbym natomiast, że w porównaniu z wersją Wata, tekst Wodzińskiego czytało się mi ciężej, tekst wymagał jakby więcej namysłu, choć przy "Braciach Karamazow", to może wyjść tylko na dobre, zwłaszcza, że od początku lekturze towarzyszy świadomość obcowania z książką wyjątkową.

Jej ciężar gatunkowy jest oczywisty i żeby to dostrzec nie trzeba być wytrawnym znawcą literatury. Nie ulega wątpliwości, że Dostojewski jest "szpiegiem ludzkiego serca", które jest u niego polem zmagań pomiędzy diabłem i Bogiem. I te zmagania w "Braciach Karamazow" są pokazane w sposób jakiego nie powstydziłoby się żadne współczesne reality show żerujące na ludzkich uczuciach. A jest co pokazywać - "co się tam (...) między nimi dzieje - to straszne, (...), udręka, koszmarna fantazja, w którą niepodobna uwierzyć: (...) pchają się do własnej zguby, nie wiadomo dlaczego, sami to wiedzą i sami się tym rozkoszują".

Nie dziwię się zachwytom "gimbazy" nad wersją Barbary Beaupre (bo trudno to nazwać przekładem). Nawet po okrojeniu tego wszystkiego co najważniejsze i tak zostaje przecież z powieści jeszcze pasjonujący, trochę perwersyjny romans, w którym ojciec i syn rywalizują o względy kobiety niepewnego prowadzenia się, podlany sosem, na który składa się m. in. morderstwo i pomniejsze "romansiki". Ale przecież w "Braciach Karamazow" nie chodzi o to by bohaterowie żyli długo i szczęśliwie. Powiedziałbym, że to "z definicji" wykluczone. Bo czy neurastenicy mogą zaznać szczęścia?! Tu każdego wystarczy lekko trącić palcem a już podskakuje do sufitu. Nawet, wydawałoby się, twardziele stają się wrażliwi niczym mimozy.

Eh, co za ludzie, irytujący i fascynujący zarazem. Czy to rosyjskie "typy" nie wiem, ale wiem, że tylko Dostojewski tak potrafił ich przedstawić. Ludzi z piekłem w piersi i z piekłem w głowie. Niepoukładanych, podążających za swymi impulsami albo wiarą w potęgę własnego rozumu i w końcu skonfrontowanych z własnym sumieniem, które okazuje odporne na "nowinki" i "niereformowalne". Jeśli więc Wielki Inkwizytor wygrywa bitwy ze starcem Zosimą, to wcale nie znaczy, że wygra całą batalię. Jest Bóg, czy nie ma Boga? Wszystko wolno, czy nie wolno wszystkiego? Dla bohaterów Dostojewskiego, okazuje się, są to pytania pierwsze i odpowiedzi na nie kształtują ich życie. Ale są to wszakże pytania retoryczne, z których niektórzy w swej pysze i zaślepieniu nie zdają sobie sprawy a udzielenie błędnej odpowiedzi i jej praktyczna realizacja drogo ich kosztuje.

Co takiego jest w tych Karamazowach? - otóż bogactwo ich osobowości, "które zdolne są pomieścić w sobie wszystkie możliwe skrajności i jednocześnie kontemplować obie otchłanie, otchłań nad nami, otchłań wzniosłych ideałów, i otchłań pod nami, otchłań najnikczemniejszego i najbardziej cuchnącego upadku". O tak, a o upadek nietrudno. Miłość, bogactwo, sława, każdego w końcu coś skusi i każdy znajdzie jakieś usprawiedliwienie dla wyrządzonych przy okazji krzywd. Jeden tylko Alosza okazuje się odporny na pokusy, pozostali zaś bracia wdepnęli po szyję. Ulegli podszeptom złego ale czy można się dziwić - przecież to takie ludzkie wszak "jeśli diabeł nie istnieje i jeśli wobec tego wymyślił go człowiek, to stworzył go na swój obraz i podobieństwo". I prawdę mówiąc, wydają się znacznie ciekawsi od Aloszy (przewidywalnego i nieskomplikowanego do bólu), zwłaszcza Smierdiakow - ciekawe, że jego uczucia, gotowego litować się nad każdym skrzywdzonym Aloszy, nie obejmują. Dymitra, będące mówiąc wprost, alkoholikiem i dziwkarzem, i owszem, ale Pawła jakoś nie. Czyż to nie ciekawe? Według mnie znacznie bardziej niż powikłane losy miłości głównych bohaterów, które chwilami zaczynają przypominać operę mydlaną i na tle których, zapowiedź powtórnego małżeńskiego szczęścia pani Chochłakow przyjmuje się z prawdziwą ulgą jako powrót do normalności i przewidywalności. A przecież, te ludzkie dziwolągi Dostojewskiego pozostają jakoś bliskie i ich postępowanie mimo swej ekscentryczności wcale nie jest takie zaskakujące i to jest właśnie fascynujące i przerażające zarazem. 

wtorek, 18 października 2016

Biesy, Fiodor Dostojewski

"Biesy" czytałem trzy lata temu i kiedy tylko je skończyłem wiedziałem, że do nich wrócę (podobnie zresztą jak i do "Braci Karamazow", którzy już czekają w kolejce) bo parafrazując brata Jorge z "Imienia róży" - cóż innego jest w literaturze, jak nie ciągła, wzniosła rekapitulacja. Trudno nie uśmiechnąć się, trochę smutno, gdy czyta się opinię Dostojewskiego na temat tego co wydawało by się jest współczesnym wynalazkiem i bolączką obecnej literatury - "talenty średniej klasy, (...) zwykle uznawani nieledwie za geniuszy - nie dość, że (...) jakoś nagle znikają bez śladu z ludzkiej pamięci, (...) ledwo nowe pokolenie zajmie miejsce ich własnego - w zawrotnym tempie popadają w niepamięć i budzą powszechne lekceważenie. Jakoś szybko się to u nas dokonuje, jak zmiana dekoracji w teatrze." To zresztą nie jedyna, profetyczna obserwacja w "Biesach". Dla czytelnika z mojego pokolenia okazują się one zaskakująco trafną wizją przyszłości w totalitarnym świecie komunizmu, dzięki czemu powieść zdobyła sobie opinię "politycznej" ale o tym trochę później. 


Do powtórki, po przekładzie Zbigniewa Podgórca i Tadeusza Zagórskiego zdecydowałem się na tłumaczenie Adama Pomorskiego. Nie potrafię stwierdzić, czy wprowadza ono istotną zmianę jakościową. Obie lektury dzieli zbyt duży okres czasu, ale nawet to nie zmienia faktu, że nie da się zauważyć rzeczy bijących po oczach nawet laika, jak choćby różnicy w motcie, ewangelii św. Łukasza (8, 32-36), czy braku rozdziału "U Tichona". Pomorski zaserwował natomiast czytelnikom sążniste, w wielu przypadkach, przypisy dosyć luźno, łagodnie mówiąc, trzymające się tekstu powieści, jak wówczas na przykład gdy mowa o "aluminiowych kolumnach". Obszernie cytuje fragmenty "Co robić?" Czernyszewskiego, w których o aluminiowych kolumnach nie ma ani słowa, są za to wspomniane aluminiowe meble. Niekiedy przypisy nabierają kuriozalnego wydźwięku, jak wówczas gdy czytamy o motywie... "falliczono-kastracyjnym" w komentarzu do sceny, w której Stawrogin łapie za nos gubernatora, podczas gdy nawet dla gimbusa jasne jest, że wybryk Stawrogina, to "sprawdzam" z jego strony w odpowiedzi na zadufane "nikt nie będzie wodził mnie za nos" jego ofiary. Ale nie przekład Adama Pomorskiego jest tu ważny. Trzeba zresztą uczciwie przyznać, że "Biesy" w jego tłumaczeniu czyta się znakomicie (podobnie zresztą jak i w przekładzie Podgórca i Zagórskiego).

Istotna jest sama powieść. Nie będę ukrywał, mam ambiwalentne odczucia co do pisarstwa Dostojewskiego z jednej strony zdumiewa mnie i irytuje ta niczym nieuzasadniona idea narodu "Bogonośćca" (bez której także w tym przypadku się nie obeszło), rozhisteryzowani bohaterowie (i nie zawsze są to kobiety - swoją drogą, dziwne że panie nie ogłosiły bojkotu pisarstwa Dostojewskiego, biorąc pod uwagę, to jak są u niego przedstawiane). Z drugiej jednak strony fascynuje mnie wiwisekcja ludzkiej duszy, nawet jeśli dokonuje się na osobnikach nadwrażliwych i nie reprezentatywnych.

Redakcyjna notka na okładce twierdzi, że to "brutalnie szczera opowieść o politykach i myśli społecznej", po części tak jest, ale twierdzić, że to jest istota "Biesów", to tak jak twierdzić, że "Zbrodnia i kara" jest powieścią kryminalną. Owszem, w każdej z tych powieści znajduje się odpowiedni element ale nie on przesądza o jej wymowie.  

Biesy, diabły, które zagościły w człowieku, tak jak ten wspomniany przez św. Łukasza. Tyle że człowiek, który napotkał Jezusa na swojej drodze miał szczęście. A bohaterowie Dostojewskiego? Ich biesy nie opuszczają i stają się przyczyną ich zguby. Przecież giną oni nie z powodu swoich poglądów politycznych. Zróbmy szybki przegląd ofiar: Stawrogin, Stiepan Wierchowieński, Iwan Szatow, jego żona i jej dziecko, Liza, Lebiadkin, jego siostra i ich służąca oraz Fied'ka. Trup ściele się więc gęsto (ale dopiero w finale). W gruncie rzeczy żadna z tych osób, nie ginie z powodów politycznych. Nawet Szatow, którego śmierć jest zinstrumentalizowana bo ma się stać środkiem do uzależnienia współuczestników morderstwa, ginie dlatego, że Wierchowieński junior pała do niego zadawnioną antypatią. Większość tych ludzi nawet nie otarła się o politykę, łącznie ze Stawroginem, który nieustannie wystawia na próbę własną siłę, nie dla jakichś politycznych celów, lecz by poznać samego siebie.

Postacie w "Biesach" to ludzie miotający się (przynajmniej niektórzy z nich), ale nic dziwnego bo przecież u Dostojewskiego  "życie to ból, życie to strach (...)", .ludzie poszukujący. Dla niektórych rzeczywiście istotne są kwestie społeczne, czy polityczne ale dla wielu innych niekoniecznie. Wszak kobietom nie w głowie jest polityka, je zajmuje Stawrogin - kolekcjoner złamanych serc, Stiepan Wierchowieński to zajmuje się przede wszystkim sobą, podobnie jak Karmazinow i Stawrogin. Zresztą i polityka w wykonaniu członków "kółka" w gruncie rzeczy zaczyna się i kończy na morderstwie Szatowa. Polityka jest dla nich tylko próbą nadaniu życiu głębszego sensu, gdyby ktoś taki jak Piotr Wierchowieński, przekonał ich, że odnajdą go, nie przymierzając, w filatelistyce, zajęli by się filatelistyką. Jest instrumentem, który służy do pokazania ludzkiego zagubienia i meandrów, na które wkracza człowiek nie umiejący znaleźć dystansu pomiędzy ideologią a praktyką. Skutki tego okazują się opłakane nie tylko dla tych bezpośrednio zainteresowanych, a także dla zupełnie niewinnych ludzi.

Co tu dużo mówić, świetna książka.

czwartek, 6 października 2016

Solaris, Stanisław Lem

Na moim stosunku do twórczości Lema zaważyły traumatyczne doznania na "Teście pilota Pirxa" w reżyserii Marka Piestraka, na obejrzenie, którego byłem skazany na jakimś szkolnym wyjściu do kina. Nawet fakt, że "Solaris" wziął na warsztat Andriej Tarkowski jakoś mnie nie przekonywał. Lemowski obraz oceanu traktowałem jako emanację typowo męskich upodobań do lamp z lawą, a i wizja przyszłości, którą stworzył ponad pół wieku temu, z dzisiejszego punktu widzenia, zgrzytała mi siermiężnością w wielu detalach. Cóż, Lem nie okazał się profetycznym wizjonerem jeśli chodzi o rozwój technologiczny (przynajmniej w "Solaris") ale to wszystko w gruncie rzeczy jest nieważne i po lekturze powieści jasne już jest, dlaczego należy ona do najbardziej znanych polskich książek na świecie. 


Co tu dużo mówić - jestem pod wrażeniem..., pod dużym wrażeniem..., pod bardzo dużym wrażeniem! A wydawało mi się, że już dawno wyrosłem z literatury science fiction... Nie żeby jakoś szczególnie zainteresował mnie kontakt człowieka z obcą cywilizacją (choć i on jest ciekawy) bo "jak możemy się z nią porozumieć, jeżeli nie potrafimy już tego uczynić między sobą", można by powiedzieć, trawestując powieściowego solarystę Veubeke. Znacznie ważniejsze wydaje mi się zmierzenie człowieka z samym sobą, skonfrontowanie z tym, co skrywa się w zakamarkach jego umysłu, bo przecież w każdym z nas "muszą też istnieć rzeczy... sytuacje... takie, że nikt nie odważył się ich urzeczywistnić, poza swoją myślą, w jakiejś jednej chwili oszołomienia, upadku, szaleństwa".

A jakże często wyruszamy na spotkanie "innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi", choćby tym innym światem miała być nowa praca a Innym miał się okazać sąsiad za ściany. I o tym właściwie jest "Solaris".

Według Lema, szukając odpowiedzi na pytania dotyczące drugiej osoby, znajdujemy odpowiedzi dotyczące nas samych. Tyle, że są to odpowiedzi, z którymi nie chcemy się zgodzić. Bilans naszych "wypraw badawczych" jest opłakany bo odkrywając, w sposób zupełnie nie zamierzony, częstokroć niezbyt pochlebną prawdę o sobie, nadal nie potrafimy zrozumieć drugiego człowieka. A czego nie możemy zrozumieć, to odrzucamy od siebie, chcemy od tego uciec albo to zniszczyć. Okazuje się, ku naszemu przerażeniu, że jakże wielu rzeczy nie rozumiemy, zaczynamy sobie zdawać sprawę w swojej pysze, w swoim przekonaniu o własnej wielkości, że "człowiek może ogarnąć tak niewiele rzeczy naraz; widzimy tylko to, co dzieje się przed nami, tu i teraz". A poszukiwanie odpowiedzi prawdy o Innym "to jest oszukiwanie się, chodzenie po bibliotece, spisanej w niezrozumiałym języku, że się niby będzie tylko oglądać kolory grzbietów...".

Nie tak miało być, a tego wszystkiego doświadczają w "Solaris" ludzie. Stają przed emanacją własnych, skrywanych dotychczas w najgłębszych zakamarkach umysłu wyobrażeń. "One są w gruncie rzeczy lustrem, w którym odbija się część ich mózgu. Jeżeli jest wspaniała, to dlatego, że wspaniałe było ich wspomnienie. Oni dali recepturę" - to wyjaśnienie nie odnosi się, tak jak w powieści, tylko do Kelvina. On i tak miał szczęście. Inni mieli znacznie gorzej. To co ujrzeli, obnażyło ich nie tylko w sposób, w jakim obawiali się być odbierani przez innych ale także w takim, którego sami nie mogli znieść. Ale chyba nawet nie to było najgorsze. Najgorsza wydaje się w tym wszystkim bezradność i brak odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".

Bezradność wobec czegoś na co w ogóle nie ma się wpływu, na coś czego nie potrafią zrozumieć. Cóż za policzek w twarz! Jak to możliwe, przecież to oni są badaczami, wszystko wiedzącymi objaśniaczami a okazuje się, że sami są obiektami badawczymi. Zresztą nawet i co do tego nie można mieć pewności. Może zjawienie "fantomów" "miało być torturą, może przysługą, a może tylko mikroskopowym badaniem. Wyrazem przyjaźni, podstępnym ciosem, może szyderstwem? Może wszystkim naraz albo - co wydaje (...) się najprawdopodobniejsze - czymś całkiem innym." Stoją w obliczu czegoś całkowicie niezrozumiałego, mają swoje domniemania, swoje teorie na ten temat ale to wszystko to tylko przypuszczenia. Zero pewności. A niepewność budzi lęk, choć zdarza się, tak jak w przypadku Kelvina, że także nadzieję, tyle że i jedno i drugie wydaje się tak samo nieuzasadnione.

A teraz udaję się na poszukiwania kolejnej książki Lema...

czwartek, 22 września 2016

Księga dżungli, Rudyard Kipling

Znajomość "Księgi dżungli" zawdzięczam swojemu młodszemu dziecku. Gdyby nie wieczorne czytanie do snu pewnie nigdy bym się nie dowiedział, że film Disneya pod tym samym tytułem, jest co najwyżej luźną adaptacją książki, chociaż od niepamiętnych czasów jej dwa tomy stoją na półce w domowej bibliotece. I mówiąc szczerze, nie miałbym czego żałować. 


Niestety, i piszę to ze zdumieniem, "Księga dżungli" źle zniosła upływ czasu. Nie wątpię, że jeszcze nawet kilkadziesiąt lat temu to było coś, ale dzisiaj, z perspektywy XXI wieku jest już tylko, jak mi się wydaje, zbiorem historyjek o egzotycznych zwierzętach. "Księga dżungli" to bowiem zbiór siedmiu opowiadań, z których tylko trzy poświęcone są Mowgli'emu i dżungli. Na dodatek ich styl do łatwych nie należy. Nie jestem zwolennikiem książek zbudowanych ze zdań prostych i bezokoliczników zdań, co jest domeną dzisiejszych bestsellerów ale "piętrusy" Kiplinga, to już doprawdy przesada.

To wyzwanie nawet dla wytrawnego lektora a nie dla dziecka, które przebijając się przez nie, gubi się w nich, nudzi jeśli nie zasypia. Być może jest to kwestia przekładu Józefa Czekalskiego, ale nie wydaje mi się - tłumaczenie Józefa Birkenmajera do którego również zaglądałem też nie sprawia, że lektura staje nagle pasjonująca, choć w tym przypadku wyjaśnieniem może być wiek przekładu (prawie 90 lat) będąca jego konsekwencją zauważalna archaiczność.

Nie znaczy to, że "Księgę dżungli" trzeba od razu skreślać. Według mnie jest to raczej książka do jednokrotnego przeczytania, którą ratują, paradoksalnie, nie historyjki o chłopcu w dżungli, z których ta o zabiciu złego tygrysa Shere Khana chwilami kojarzyć się może z opisem jakiejś bitewnej strategii prawie jak w "Wojnie i pokoju" ani nawet opowiadanie o ujeżdżaczu słoni, na którego kanwie powstał prehistoryczny już serial "Toomai druh słoni" ale opowiadanie o ichneumonie (manguście) Rikki-tikki-tavi chroniącym ludzi przed wężami. Jest w nim wszystko co może dziecko zainteresować, wartka i dramatyczna akcja, wyraziści bohaterowie, no i wszystko kończy się dobrze.

Być może da się ponowocześnie dekodować "Księgę dżungli" jako opowieść o symbiozie człowieka i przyrody, gdzie człowiek jest jej elementem a jednocześnie podporządkowuje ją sobie, bez której nie może się obejść a jednocześnie musi respektować jej prawa (to jeśli chodzi o opowiadania o Mowgli'm), wyeksponować aspekt ekologiczny i niebezpieczeństwa związane z dominacją człowieka (opowiadanie "Biała foka"). Tę ostatnią sferę dałoby się także eksploatować przy okazji opowiadania o Toomai'u i "W służbie jej królewskiej mości", niezależnie od elementów kolonialnych i imperialnych (choć szum związany z krytyką postkolonialną jakby trochę przycichł a ona sama wyszła z mody). W każdym razie, jak na tak okrzyczanego klasyka, którego książka adresowana jest do dzieci a nie dla dorosłych to jednak niesatysfakcjonujące ale na szczęście książkę ratują trochę ilustracje Roberta Ingpena, choć szkoda że akurat taką rolę muszą pełnić. 

poniedziałek, 19 września 2016

Mock, Marek Krajewski

Wybierałem się pociągiem do Wrocławia, więc wybór książki na podróż był oczywisty - "Mock" Marka Krajewskiego. Co prawda moje wcześniejsze spotkania z Eberhardem Mockiem nie należały do udanych ale mój sentyment do miasta przeważył a i doszedłem do wniosku, że przez te kilka lat które minęły od wydania pierwszego tomu cyklu "wrocławskich" kryminałów umiejętności pisarskie Autora też nie stały w miejscu. I muszę przyznać, że generalnie nie zawiodłem się. Nie żeby "Mock" wyznaczał nowe trendy powieści kryminalnej, jakoś specjalnie fascynował i czytało się go z zapartym tchem. Nie, ale spełnia podstawową funkcję tego typu literatury - jest dostarczycielem rozrywki, oczywiście jeśli ktoś taką rozrywkę lubi.


Wrocław przed I wojną światową, tajemniczy zbiorowy mord i młody policjant, który wbrew wszystkim rozwiązuje zagadkę kryminalną (w tle jest jeszcze polityka), policjant w sumie niewiele lepszy od tych, przed którymi powinien strzec społeczeństwo ale taki już jest Eberhard Mock. Twardy i brutalny zarazem a jednocześnie wrażliwiec.

Najnowszą powieść Marka Krajewskiego czyta się w zasadzie bezboleśnie. Piszę w zasadzie, ponieważ zdarzają się Autorowi zaskakujące, zważywszy na jego pisarskie doświadczenie, potknięcia. Nie mówię nawet o nadawaniu ulicom Wrocławia nazw w ich oryginalnym niemieckim brzmieniu, co chwilami brzmi kuriozalnie, jak wówczas gdy występują one obok polskiej nazwy dzielnicy albo wówczas gdy na "niemieckiej" ulicy tytułowy bohater zachodzi do lokalu o "polskiej" nazwie, w którym na ścianach z kolei widnieją niemieckie mądrości. To zrozumiały zabieg, który ma się odwoływać to ciekawości i swego rodzaju sentymentu wrocławskich czytelników. Ma dać im namiastkę czegoś, czego nigdy na własne oczy, podobnie zresztą jak i Autor nie widzieli. Jak oddać atmosferę miasta, której się nie znało? To mógł oddać Grass w "Blaszanym bębenku", Tyrmand w "Złym" albo Döblin w "Berlin Alexanderplatz" i trudno mieć o to pretensje do Marka Krajewskiego, który z oczywistych powodów z klimatem przedwojennego Wrocławia nie miał szans się zetknąć. Podobnie, jak trudno mieć do niego pretensję, o to że szafuje nazwami ulic bez umiaru, a jest ich chyba ok. 100, dając tym samym szansę większej liczbie wrocławian na znalezienie własnej ulicy w książce.

Można na te proste marketingowe chwyty machnąć ręką, tak jak podarować można pseudostylizacje językowe, które zdaje się, mają pokazać zróżnicowanie społeczne bohaterów. Można też przymrużyć oko na koncepcję wielogodzinnej "podróży w czasie" serwowanej "ojcom założycielom CIA" przez Mocka (nawiasem mówiąc, gdyby taka rozmowa doszła do skutku jej uczestnicy mówiliby raczej o Związku Sowieckim niż Radzieckim) tak jak i na to, że Niemcy klną w powieści raczej "po polsku" niż w typowo "niemiecki" sposób ale to też w sumie drobiazgi. O ukłonie w stronę gender, nawet nie ma co wspominać, chociaż nie wiem czy feministki byłyby nim usatysfakcjonowane.

Gorzej, że czytelnik raczej nie szans na samodzielne rozwiązanie zagadki morderstwa. Może tylko strzelać na chybił trafił a rozwiązanie ukazuje się niczym deus ex machina. Tajemnicą Autora pozostanie powód przybrania koni powozu, którym uprowadzano chłopców (co od biedy można tłumaczyć częścią rytuału) a przede wszystkim pozostaną nią sprawcy śmierci dozorcy Kempinskiego, bo przecież nawet Eberhard Mock (a za nim czytelnik) poznaje tylko nazwiska dwóch z nich, podczas gdy w morderstwie brało udział pięciu mężczyzn. 

Jest więc trochę w "Mocku" naciągania, ale nie ma o co kruszyć kopii, w końcu to kryminał i to kryminał retro, nie o realizm więc w nim chodzi a o żwawą akcję i zapoznanie się z topografią miasta, a skoro to jest, to czego chcieć więcej od lektury na długą podróż pociągiem.  

środa, 14 września 2016

Panny z Wilka, Jarosław Iwaszkiewicz

Kiedy Wiktor Ruben pod koniec czerwca 1929 roku szedł ze stacji kolejowej do Rożek i zboczył do Wilka pogoda była chyba taka jak teraz, z tą różnicą, że dzisiaj jest już po wakacjach i po żniwach. Upalne dni, ciepłe wieczory, jeszcze tylko spacer jakąś piaszczystą drogą, jakiś zagajnik, pola i widok zabudowań w oddali. Nie wiele więc w gruncie rzeczy trzeba by wprawić się w stan, który ogarnął  głównego bohatera "Panien z Wilka", jeszcze tylko jakieś magiczne miejsce, gdzie przyjeżdżaliśmy w młodości czy dzieciństwie i wydawałoby się że już, gotowe. Pozornie.


Bo to przecież nie jest takie proste. Czegoś tu jeszcze brakuje. Wszakże wakacyjne wywczasy w miejscach, które znamy sprzed lat wcale nie oznaczają przeprowadzenia remanentu w naszym życiu. Owszem jest miło, czujemy się swojsko ale nie zajmujemy się "ideą czasu" i rozmyślaniami nas jego przezwyciężeniem. A Wiktorowi Rubenowi "się wydało, że on (...) przezwyciężył czas i potrafił go zawrócić. Że stoi teraz tam, gdzie był przed piętnastu laty, i że teraz może wybierać!". Co sprawia, że uległ takiemu złudzeniu? Miejsce? Być może, ale przecież tylko on dokonuje tam rozrachunków, analizując coś co po latach nie ma już dla innych większego znaczenia. Coś co jest już wyłącznie wspomnieniem, co było - minęło. Nie da się zaprzeczyć było czymś miłym i ważnym kiedyś, ale już nie dzisiaj. Bo dzisiaj jest tu i teraz, jest mąż, są dzieci, są codzienne obowiązki i rachunki do zapłacenia. Owszem, możemy poddać się urokowi chwili ale tylko chwili, i nie da się zapomnieć, że na gdy się ona skończy, wróci proza życia.

Cóż, tak to jest gdy mężczyznę dopada kryzys wieku średniego, lada impuls sprawia, że ogarnia go spleen i jednocześnie potrzeba znalezienia jakiejś rekompensaty. Nie ma wątpliwości, że to stąd bierze się owo złudzenie "przezwyciężenia czasu" u głównego bohatera opowiadania Iwaszkiewicza. To wówczas przychodzi czas rozrachunków, miejsce i ludzie są tylko ich katalizatorem. Ale jakim, że swoje życie odbiera jako "gładką pustkę", które upływa "w mrówczych, nikomu niepotrzebnych zajęciach". On, z którym inni wiązali takie nadzieje. I dla niego "to dopiero jest straszne, że on żyje i wszyscy, wszyscy tak żyją jak on". On, taki zdolny. A przecież nie powinien mieć aż takiego poczucia klęski bo przecież to o czym chce zapomnieć, udział w wojnie i to co tak deprecjonuje, zarządzanie folwarkiem dla innych okazuje się interesujące i ważne.

Że mógł więcej osiągnąć w życiu? Być może. Ale Kazia uświadomiła mu, że jest z nim tak jak z robionymi przez nią konfiturami, robi się ich wiele tylko "aby się niektóre z tych słoików dostały wybranym". On nie dostał się nikomu, choć przecież mógł, a i on mógł być tym wybranym, nawet wówczas gdy wrócił do Wilka po piętnastu latach. Tylko że on jedynie odkręcił wieczka słoików i wpakował w każdy z nich swój brudny paluch próbując po kolej ich zawartości i na tym poprzestał. Dlaczego? Bo się bał, "nie kochał nigdy nikogo, ale nie dlatego, że nie było po temu sposobności, tylko dlatego, że tchórzył". Nie bez kozery pojawia się w jego wspomnieniach kilkukrotnie dezerter, którego rozstrzelał. On także dezerteruje przed innymi, a ściślej mówiąc przed kobietami. Jest z nim tak, jak z Jerrym Maguire'em "jest świetnym przyjacielem ale kiepsko u niego z bliskością".

Wilko uświadamia mu to, uświadamia mu przegrane życie. Zderzenie z ludźmi i czasem, kiedy jeszcze świat stał przed nim otworem, kiedy wszystko jeszcze było do zdobycia, okazuje się dla nie bezlitosne. To dlatego w miarę gdy się od niego oddalał, jego krok "stawał się mocniejszy i pewniejszy. Głowa wznosiła się do góry, a gdy wchodził na stację, machał już wesoło swoją teczką (...)." Nic dziwnego, to miejsce było dla niego jak wyrzut sumienia, przypominając mu o zmarnowanych szansach. Nie sądzę by szybko tam wrócił, a jeśli już to wróci obudowany "ideologią" broniącą jego wyborów tak by nie być już tak bezbronny wobec poczucia zmarnowanego życia.  

Świetna rzecz, ale zdecydowanie dla tych, którzy już mają po co oglądać się wstecz. A panie mają rzadką okazję poznać czym jest męski "weltschmerz".