czwartek, 22 września 2016

Księga dżungli, Rudyard Kipling

Znajomość "Księgi dżungli" zawdzięczam swojemu młodszemu dziecku. Gdyby nie wieczorne czytanie do snu pewnie nigdy bym się nie dowiedział, że film Disneya pod tym samym tytułem, jest co najwyżej luźną adaptacją książki, chociaż od niepamiętnych czasów jej dwa tomy stoją na półce w domowej bibliotece. I mówiąc szczerze, nie miałbym czego żałować. 


Niestety, i piszę to ze zdumieniem, "Księga dżungli" źle zniosła upływ czasu. Nie wątpię, że jeszcze nawet kilkadziesiąt lat temu to było coś, ale dzisiaj, z perspektywy XXI wieku jest już tylko, jak mi się wydaje, zbiorem historyjek o egzotycznych zwierzętach. "Księga dżungli" to bowiem zbiór siedmiu opowiadań, z których tylko trzy poświęcone są Mowgli'emu i dżungli. Na dodatek ich styl do łatwych nie należy. Nie jestem zwolennikiem książek zbudowanych ze zdań prostych i bezokoliczników zdań, co jest domeną dzisiejszych bestsellerów ale "piętrusy" Kiplinga, to już doprawdy przesada.

To wyzwanie nawet dla wytrawnego lektora a nie dla dziecka, które przebijając się przez nie, gubi się w nich, nudzi jeśli nie zasypia. Być może jest to kwestia przekładu Józefa Czekalskiego, ale nie wydaje mi się - tłumaczenie Józefa Birkenmajera do którego również zaglądałem też nie sprawia, że lektura staje nagle pasjonująca, choć w tym przypadku wyjaśnieniem może być wiek przekładu (prawie 90 lat) będąca jego konsekwencją zauważalna archaiczność.

Nie znaczy to, że "Księgę dżungli" trzeba od razu skreślać. Według mnie jest to raczej książka do jednokrotnego przeczytania, którą ratują, paradoksalnie, nie historyjki o chłopcu w dżungli, z których ta o zabiciu złego tygrysa Shere Khana chwilami kojarzyć się może z opisem jakiejś bitewnej strategii prawie jak w "Wojnie i pokoju" ani nawet opowiadanie o ujeżdżaczu słoni, na którego kanwie powstał prehistoryczny już serial "Toomai druh słoni" ale opowiadanie o ichneumonie (manguście) Rikki-tikki-tavi chroniącym ludzi przed wężami. Jest w nim wszystko co może dziecko zainteresować, wartka i dramatyczna akcja, wyraziści bohaterowie, no i wszystko kończy się dobrze.

Być może da się ponowocześnie dekodować "Księgę dżungli" jako opowieść o symbiozie człowieka i przyrody, gdzie człowiek jest jej elementem a jednocześnie podporządkowuje ją sobie, bez której nie może się obejść a jednocześnie musi respektować jej prawa (to jeśli chodzi o opowiadania o Mowgli'm), wyeksponować aspekt ekologiczny i niebezpieczeństwa związane z dominacją człowieka (opowiadanie "Biała foka"). Tę ostatnią sferę dałoby się także eksploatować przy okazji opowiadania o Toomai'u i "W służbie jej królewskiej mości", niezależnie od elementów kolonialnych i imperialnych (choć szum związany z krytyką postkolonialną jakby trochę przycichł a ona sama wyszła z mody). W każdym razie, jak na tak okrzyczanego klasyka, którego książka adresowana jest do dzieci a nie dla dorosłych to jednak niesatysfakcjonujące ale na szczęście książkę ratują trochę ilustracje Roberta Ingpena, choć szkoda że akurat taką rolę muszą pełnić. 

poniedziałek, 19 września 2016

Mock, Marek Krajewski

Wybierałem się pociągiem do Wrocławia, więc wybór książki na podróż był oczywisty - "Mock" Marka Krajewskiego. Co prawda moje wcześniejsze spotkania z Eberhardem Mockiem nie należały do udanych ale mój sentyment do miasta przeważył a i doszedłem do wniosku, że przez te kilka lat które minęły od wydania pierwszego tomu cyklu "wrocławskich" kryminałów umiejętności pisarskie Autora też nie stały w miejscu. I muszę przyznać, że generalnie nie zawiodłem się. Nie żeby "Mock" wyznaczał nowe trendy powieści kryminalnej, jakoś specjalnie fascynował i czytało się go z zapartym tchem. Nie, ale spełnia podstawową funkcję tego typu literatury - jest dostarczycielem rozrywki, oczywiście jeśli ktoś taką rozrywkę lubi.


Wrocław przed I wojną światową, tajemniczy zbiorowy mord i młody policjant, który wbrew wszystkim rozwiązuje zagadkę kryminalną (w tle jest jeszcze polityka), policjant w sumie niewiele lepszy od tych, przed którymi powinien strzec społeczeństwo ale taki już jest Eberhard Mock. Twardy i brutalny zarazem a jednocześnie wrażliwiec.

Najnowszą powieść Marka Krajewskiego czyta się w zasadzie bezboleśnie. Piszę w zasadzie, ponieważ zdarzają się Autorowi zaskakujące, zważywszy na jego pisarskie doświadczenie, potknięcia. Nie mówię nawet o nadawaniu ulicom Wrocławia nazw w ich oryginalnym niemieckim brzmieniu, co chwilami brzmi kuriozalnie, jak wówczas gdy występują one obok polskiej nazwy dzielnicy albo wówczas gdy na "niemieckiej" ulicy tytułowy bohater zachodzi do lokalu o "polskiej" nazwie, w którym na ścianach z kolei widnieją niemieckie mądrości. To zrozumiały zabieg, który ma się odwoływać to ciekawości i swego rodzaju sentymentu wrocławskich czytelników. Ma dać im namiastkę czegoś, czego nigdy na własne oczy, podobnie zresztą jak i Autor nie widzieli. Jak oddać atmosferę miasta, której się nie znało? To mógł oddać Grass w "Blaszanym bębenku", Tyrmand w "Złym" albo Döblin w "Berlin Alexanderplatz" i trudno mieć o to pretensje do Marka Krajewskiego, który z oczywistych powodów z klimatem przedwojennego Wrocławia nie miał szans się zetknąć. Podobnie, jak trudno mieć do niego pretensję, o to że szafuje nazwami ulic bez umiaru, a jest ich chyba ok. 100, dając tym samym szansę większej liczbie wrocławian na znalezienie własnej ulicy w książce.

Można na te proste marketingowe chwyty machnąć ręką, tak jak podarować można pseudostylizacje językowe, które zdaje się, mają pokazać zróżnicowanie społeczne bohaterów. Można też przymrużyć oko na koncepcję wielogodzinnej "podróży w czasie" serwowanej "ojcom założycielom CIA" przez Mocka (nawiasem mówiąc, gdyby taka rozmowa doszła do skutku jej uczestnicy mówiliby raczej o Związku Sowieckim niż Radzieckim) tak jak i na to, że Niemcy klną w powieści raczej "po polsku" niż w typowo "niemiecki" sposób ale to też w sumie drobiazgi. O ukłonie w stronę gender, nawet nie ma co wspominać, chociaż nie wiem czy feministki byłyby nim usatysfakcjonowane.

Gorzej, że czytelnik raczej nie szans na samodzielne rozwiązanie zagadki morderstwa. Może tylko strzelać na chybił trafił a rozwiązanie ukazuje się niczym deus ex machina. Tajemnicą Autora pozostanie powód przybrania koni powozu, którym uprowadzano chłopców (co od biedy można tłumaczyć częścią rytuału) a przede wszystkim pozostaną nią sprawcy śmierci dozorcy Kempinskiego, bo przecież nawet Eberhard Mock (a za nim czytelnik) poznaje tylko nazwiska dwóch z nich, podczas gdy w morderstwie brało udział pięciu mężczyzn. 

Jest więc trochę w "Mocku" naciągania, ale nie ma o co kruszyć kopii, w końcu to kryminał i to kryminał retro, nie o realizm więc w nim chodzi a o żwawą akcję i zapoznanie się z topografią miasta, a skoro to jest, to czego chcieć więcej od lektury na długą podróż pociągiem.  

środa, 14 września 2016

Panny z Wilka, Jarosław Iwaszkiewicz

Kiedy Wiktor Ruben pod koniec czerwca 1929 roku szedł ze stacji kolejowej do Rożek i zboczył do Wilka pogoda była chyba taka jak teraz, z tą różnicą, że dzisiaj jest już po wakacjach i po żniwach. Upalne dni, ciepłe wieczory, jeszcze tylko spacer jakąś piaszczystą drogą, jakiś zagajnik, pola i widok zabudowań w oddali. Nie wiele więc w gruncie rzeczy trzeba by wprawić się w stan, który ogarnął  głównego bohatera "Panien z Wilka", jeszcze tylko jakieś magiczne miejsce, gdzie przyjeżdżaliśmy w młodości czy dzieciństwie i wydawałoby się że już, gotowe. Pozornie.


Bo to przecież nie jest takie proste. Czegoś tu jeszcze brakuje. Wszakże wakacyjne wywczasy w miejscach, które znamy sprzed lat wcale nie oznaczają przeprowadzenia remanentu w naszym życiu. Owszem jest miło, czujemy się swojsko ale nie zajmujemy się "ideą czasu" i rozmyślaniami nas jego przezwyciężeniem. A Wiktorowi Rubenowi "się wydało, że on (...) przezwyciężył czas i potrafił go zawrócić. Że stoi teraz tam, gdzie był przed piętnastu laty, i że teraz może wybierać!". Co sprawia, że uległ takiemu złudzeniu? Miejsce? Być może, ale przecież tylko on dokonuje tam rozrachunków, analizując coś co po latach nie ma już dla innych większego znaczenia. Coś co jest już wyłącznie wspomnieniem, co było - minęło. Nie da się zaprzeczyć było czymś miłym i ważnym kiedyś, ale już nie dzisiaj. Bo dzisiaj jest tu i teraz, jest mąż, są dzieci, są codzienne obowiązki i rachunki do zapłacenia. Owszem, możemy poddać się urokowi chwili ale tylko chwili, i nie da się zapomnieć, że na gdy się ona skończy, wróci proza życia.

Cóż, tak to jest gdy mężczyznę dopada kryzys wieku średniego, lada impuls sprawia, że ogarnia go spleen i jednocześnie potrzeba znalezienia jakiejś rekompensaty. Nie ma wątpliwości, że to stąd bierze się owo złudzenie "przezwyciężenia czasu" u głównego bohatera opowiadania Iwaszkiewicza. To wówczas przychodzi czas rozrachunków, miejsce i ludzie są tylko ich katalizatorem. Ale jakim, że swoje życie odbiera jako "gładką pustkę", które upływa "w mrówczych, nikomu niepotrzebnych zajęciach". On, z którym inni wiązali takie nadzieje. I dla niego "to dopiero jest straszne, że on żyje i wszyscy, wszyscy tak żyją jak on". On, taki zdolny. A przecież nie powinien mieć aż takiego poczucia klęski bo przecież to o czym chce zapomnieć, udział w wojnie i to co tak deprecjonuje, zarządzanie folwarkiem dla innych okazuje się interesujące i ważne.

Że mógł więcej osiągnąć w życiu? Być może. Ale Kazia uświadomiła mu, że jest z nim tak jak z robionymi przez nią konfiturami, robi się ich wiele tylko "aby się niektóre z tych słoików dostały wybranym". On nie dostał się nikomu, choć przecież mógł, a i on mógł być tym wybranym, nawet wówczas gdy wrócił do Wilka po piętnastu latach. Tylko że on jedynie odkręcił wieczka słoików i wpakował w każdy z nich swój brudny paluch próbując po kolej ich zawartości i na tym poprzestał. Dlaczego? Bo się bał, "nie kochał nigdy nikogo, ale nie dlatego, że nie było po temu sposobności, tylko dlatego, że tchórzył". Nie bez kozery pojawia się w jego wspomnieniach kilkukrotnie dezerter, którego rozstrzelał. On także dezerteruje przed innymi, a ściślej mówiąc przed kobietami. Jest z nim tak, jak z Jerrym Maguire'em "jest świetnym przyjacielem ale kiepsko u niego z bliskością".

Wilko uświadamia mu to, uświadamia mu przegrane życie. Zderzenie z ludźmi i czasem, kiedy jeszcze świat stał przed nim otworem, kiedy wszystko jeszcze było do zdobycia, okazuje się dla nie bezlitosne. To dlatego w miarę gdy się od niego oddalał, jego krok "stawał się mocniejszy i pewniejszy. Głowa wznosiła się do góry, a gdy wchodził na stację, machał już wesoło swoją teczką (...)." Nic dziwnego, to miejsce było dla niego jak wyrzut sumienia, przypominając mu o zmarnowanych szansach. Nie sądzę by szybko tam wrócił, a jeśli już to wróci obudowany "ideologią" broniącą jego wyborów tak by nie być już tak bezbronny wobec poczucia zmarnowanego życia.  

Świetna rzecz, ale zdecydowanie dla tych, którzy już mają po co oglądać się wstecz. A panie mają rzadką okazję poznać czym jest męski "weltschmerz". 

czwartek, 8 września 2016

Frontowe drogi, Waldemar Kotowicz

"Frontowe drogi" miały kiedyś swoje pięć minut. Posłużyły za podstawę scenariusza jednego z lepszych filmów wojennych PRL-u "Jarzębina czerwona" i doczekały się chyba sześciu czy siedmiu wydań. Dzisiaj o książce Waldemara Kotowicza mało kto pamięta. Mnie trafiło się pierwsze wydanie z 1958 roku, jeszcze nie rozcięte. Przez blisko 60 lat, nikt, nigdy nie zajrzał do książki. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to nie pierwszy taki przypadek ale egzemplarz, który kupiłem miał odautorską dedykację dla jednego z ówczesnych luminarzy wrocławskich z tytułem profesora. Nie zajrzeć do książki, którą otrzymało się od autora, zwłaszcza jeśli jest się wrocławianinem a akcja powieści ociera się o Wrocław? Miał rację Terentianus gdy pisał - Habent sua fata libelli. 


Ale mówiąc szczerze, sam byłem ciekaw książki pamiętając o filmie, który powstał ponad 10 lat po jej wydaniu a powieść czytałem konfrontując ją z filmem. Można powiedzieć, że obie formy poziomem nie odbiegają od siebie daleko i powiedziałbym, że "Frontowe lata" chwilami zaskakują jak na okres, w którym zostały wydane. 


Pierwsze zaskoczenie, to fakt, że akcja powieści rozgrywa się nie, tak jak w filmie, w Kołobrzegu (który był grany między innymi przez Szczecin) ale na Dolnym Śląsku i w Saksonii. Ale już za to w filmie odnaleźć można sporą część dialogów, większość postaci i scen, umieszczonych jednak w innej kolejności i naturalnie w innej scenerii. To co interesujące w powieści, to oddanie atmosfery działań frontowych, bez patosu i sentymentalizmu. Ma się wrażenie autentyzmu tego klimatu, co wynika z faktu, że "Frontowe drogi" są książką wspomnieniową (albo może zbeletryzowanym fragmentem autobiografii) opisującą przeżycia dziewiętnastoletniego wówczas autora, wcześniej partyzanta na Lubelszczyźnie a potem dowódcy oddziału, który dowodzi nie tylko rówieśnikami ale także ludźmi ponad dwukrotnie starszymi od siebie. Strach, chęć przeżycia, poczucie odpowiedzialności za życie innych, konieczność wykonywania rozkazów, chęć odwetu, marzenia o spokojnym życiu, to wszystko w książce się miesza. Nie ma skrojonych pod szablon bohaterów, ludzie opisywani przez Kotowicza dalecy są od posągowych postaci i sprawiają wrażenie autentycznych.  

Obraz wojska daleki jest od obrazu tych co to "żywią y bronią" i walczą "za wolność waszą i naszą". Plądrowanie domów, kradzieże, gwałty (przedstawione w bardzo zawoalowany sposób), pijaństwo, antysemityzm wśród żołnierzy (choć w stosunkowo łagodnej formie), "uczenie" chłopca szacunku dla szarży biciem, dezercja, oddziały zaporowe, tego nie ma w filmie ale jest w powieści. Co prawda dla równowagi okraszone jest to w kilku miejscach dyskusją na temat wyzwolenia, wolności i demokracji ale brzmi to zdecydowanie mniej przekonująco, żeby nie powiedzieć zabawnie, podobnie jak polskie nazwy "wyzwalanych" dolnośląskich miast, deklaracja niemieckiego żołnierza, że chce mieszkać w zdobytej przez Rosjan Legnicy albo spotkanie z polskim autochtonem, który oczywiście podobny jest do Niemca. 

Zaskoczony byłem przedstawieniem Niemców we "Frontowych drogach". Wobec zwycięzców są pokorni i służalczy, tchórzliwi i dwulicowi, wobec słabszych i pokonanych nie znają litości i są bestialscy ale w tym wszystkim widać też podziw dla niemieckiej kultury, widać że to co zobaczyli żołnierze idący ze wschodu nie mający pojęcia o cywilizacji Zachodu w niemieckich wsiach i miasteczkach robiło na nich wrażenie. A już zdumiewające może być poczucie wspólnoty żołnierskich polskich i niemieckich losów, której na przeszkodzie stoi tylko wojna, widoczna w scenie czerpania wody przez żołnierzy. Do takich scen przyzwyczaiły nas obrazy z frontu zachodniego Wielkiej Wojny. Nikt by nie przypuszczał, że mogły one mieć miejsce także nad Nysą w 1945 roku, a tu proszę...

Zaletą książki niewątpliwie jest jej styl. Waldemar Kotowicz, napisał książkę mieszczącą się w stylistyce literatury popularnej, owszem może nie stawiającej przed czytelnikiem wielkich wyzwań (jeśli nie liczyć umiejętności czytania pomiędzy wierszami ale i to niezbyt wysublimowaną. Skoro pisze na przykład o żołnierzach, z których jeden nosił na ręce dziesięć a drugi trzynaście zegarków to nie trzeba być detektywem by domyślić się skąd je wzięli) ale za to oferująca ciekawą, wartką akcję, niebanalnie zarysowane postacie, wreszcie interesujący temat. Nie żebym książkę i film jakoś szczególnie polecał jako dzieła wybitne, ale jako ciekawostkę, nie najgorszego gatunku, już jak najbardziej. 

niedziela, 4 września 2016

Mefisto, Klaus Mann

Nie wszystko złoto co się świeci - nie sądziłem, że to powiedzenie będzie miało też zastosowanie do książki, i to książki nie byle jakiej. Historia jej wydania w Niemczech zasługuje na osobną opowieść, dość powiedzieć, że wydana w Holandii w 1936, ukazała się w Polsce szybciej (1957) niż RFN (1981), gdzie są zakazał jej druku na wniosek syna głównego bohatera powieści. Szczyt powodzenia powieść przeżyła na początku lat 80' na fali sukcesu filmu Istvána Sabó (wtedy też ukazało się drugie polskie wydanie w Klubie Interesującej Książki). 


Dzisiaj, kiedy kurz już opadł - "pospolitość skrzeczy". Powieść Manna jest książką przeciętną, pisaną przez rozgoryczonego emigranta, który załatwia w ten sposób swoje porachunki. Cóż z tego, że autor stał po właściwej stronie barykady, jeśli jego zemsta od strony literackiej prezentuje się w średnio interesujący sposób. W "Mefiście" sprawa przedstawia się prosto, ten jest dobry a ten zły, ta robi dobrze a ta źle. To wszystko jest wyłożone jak kawa na ławę, czytelnik nie musi nad niczym się trudzić bo Mann podaje gotowe formułki. Trudno uniknąć wrażenia, że nad książką zaciążył jego osobisty stosunek do Gustafa Gründensa (powieściowego Hendrika Höfgena) i to chyba on, a może też zwyczajnie brak literackich zdolności na miarę ojca i wuja, sprawił że historia człowieka, który dla sukcesu zaprzedał się władzy i to jeszcze jakiej władzy nie brzmi zbyt poruszająco. Polityczne deklaracje, nawet nie wiadomo jak bardzo słuszne dotyczące rzeczywistości sprzed blisko 80 lat mocno dzisiaj wyblakły i nie budzą emocji, a świadomość że faszyzm był dobrowolnym wyborem większości niemieckiego społeczeństwa, z którego elity kulturalne nie są przecież wyłączone, jakoś słabo przebija się w powieści.

To co wydaje się interesujące nawet dziś to, mimo że "Mefisto" jest powieścią z kluczem, uniwersalność postaci głównego bohatera. Mann odsądza go od czci i wiary, Hendrik to człowiek, "całkowicie pozbawiony sumienia", "zły do szpiku kości", który należy "do tych, co z największą gracją potrafią skakać przez trupy", który "Kłamie zawsze i nie kłamie nigdy. Fałsz jest prawdą, to brzmi zawile, ale jest bardzo proste. Wierzy we wszystko i w nic nie wierzy. To aktor." Ale to nie do końca prawda. Bohater "Mefista" owszem, jest opętany żądzą sukcesu i sławy, gotów zrobić dla wiele ale jednak nie wszystko. Zdobywa się na odruchy, których trudno byłoby się po nim spodziewać. Być może "dla spokoju własnego sumienia. Jest ambitny, chciałby być czymś więcej niż dobrze zarabiającym komediantem; człowiek nie chce pogrążyć się całkiem w życiu, którym rzekomo pogardza, wówczas gdy w istocie jest pod jego urokiem", ale nie zmienia to faktu, że zdobywa się na gesty, które stawiają go w lepszym świetle.

Jasne jest, że dla Höfgena kariera jest najważniejsza. Trzeba mu przyznać, nie jest w swojej dziedzinie miernotą ani nie idzie na skróty. Jego talent i zaangażowanie są niekwestionowane, tyle że jak się okazuje nie wystarczają by się wybić dostatecznie mocno a on ciągle chce więcej i więcej. Czy to źle, czy ambicja, pragnienie sukcesu jest czymś złym, samym w sobie? Mann nie daje na to odpowiedzi. A Höfgen wie, że bez, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, układów niewiele zdziała. Tyle że początkowo postawił na złego konia - komunistów ale jemu jest obojętne z kim trzyma ,byleby tylko móc stać w blasku jupiterów. Można powiedzieć archetyp celebryty.

Ta rejterada z obozu przegranych do obozu zwyciężonych, zresztą jak cała postawa głównego bohatera jest interesująca dlatego, że wydaje się problemem uniwersalnym wcale nie związanym jedynie ze stosunkiem artystów do władzy Trzeciej Rzeszy. Aż ciśnie się na usta pytanie, jak cenzor w PRL mógł nie zauważyć drażliwości tematu podejmowanego przez Klausa Manna - na ile to, o czym pisze stosuje się do serwilizmu elit kulturalnych wobec władzy powojennej Polski. Gałczyński, Iwaszkiewicz, Broniewski, Tuwim, Andrzejewski itd., itd. by trzymać się tylko literatury. Drażliwe pytanie, na które ich adresaci chyba nigdy nie udzielili satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale jak to pisał Mann "sukces, najwyższe, nieodwołalne usprawiedliwienie każdej podłości, sprawił, że (...) zatracili wszelki wstyd".

niedziela, 28 sierpnia 2016

Szkarłatna litera, Nathaniel Hawthorne

Nie ukrywam, nie miałem Hawthorne'a we wdzięcznej pamięci, lektura jego "Domu o siedmiu szczytach" kojarzy mi się tylko z męczarniami, choć pewnie wiele można by złożyć ma karb mojego ówczesnego wieku, "Szkarłatna litera" więc przez lata zbierała kurz na domowej półce a do lektury zmobilizowało mnie odkrycie w jakimś antykwariacie, że została wydana w serii "Najsłynniejsze powieści dla kobiet". Eh, czego to nie zrobią specjaliści od marketingu by sprzedać produkt! To mocno ryzykowne zagranie z ich strony, bo książka mocno rozmija się z tym, co kojarzy się z "literaturą kobiecą" par excellance, bazującej na wariacjach bajek o Kopciuszku, królewnie Śnieżce, Szklanej Górze itp., itd. 


Już rozdział wstępny pisany w conradowskim stylu (choć poprawniejsze byłoby mówienie o tym, że styl Conrada może kojarzyć się z Hawthorne'm) zwiastuje kłopoty dla amatorów gładkiej i miłej lektury. Co prawda, dalszy ciąg nie stawia już zbyt wysokich wymagań, no może poza odrobiną cierpliwości ale nie zmienia to faktu, że nie ma w powieści wilkołaków, zombie ani czarodziejów, którzy mogliby przykuć uwagę. Pojawiają się co prawda wzmianki o czarownicach ale te nie odgrywają w powieści, niestety, większej roli.

Jakby nie było "Szkarłatna litera" to, jak wiadomo, problem grzechu, winy i kary. Młoda żona zdradza starego męża z młodym pastorem. Zachodzi w ciążę i jej niewierność wychodzi na jaw. Poddana publicznemu napiętnowaniu osłania kochanka, który chce uniknąć kary i równocześnie dręczony jest wyrzutami sumienia. Do tego wszystkiego jest jeszcze mąż chcący zemścić się na winowajcy. Tak w telegraficznym skrócie wygląda sprawa. Mnie w tym wszystkim zainteresowała nie postać głównej bohaterki, bo z czasem jest ona przyćmiona przez postać kochanka, lecz postacie męskie, wydaje mi się, że znacznie ciekawsze. Ona jest niezłomna, oni bardziej ludzcy. 

Mąż Hester, Roger - dziwna sprawa ale to przecież w gruncie rzeczy to on został skrzywdzony przez nią i Artura, tymczasem u Hawthorne'a wyrasta na szwarccharakter. Dlaczego? chyba tylko dlatego, że chce odnaleźć i zemścić się na kochanku żony, który uniknął odpowiedzialność za swój czyn. A przecież Artur to postać zdecydowanie bardziej śliska niż on. Nic nie wiadomo na temat złych uczynków Rogera, wręcz przeciwnie, jest lekarzem więc pomaga ludziom, tyle tylko że jest opętany idee fixe znalezienia człowieka, który przyprawił mu rogi. To całe jego "zło" ale mnie, przyznaję, to jakoś nie wzdraga na myśl o nim, choć Hawthorne robi wszystko by zniechęcić czytelnika do tej postaci.

A "bogobojny" pastor? Jasne jest, że jego związek z Hester to nie była sprawa jednorazowego "incydentu", to nie było "potknięcie" lecz coś co musiało trwać jakiś czas, ona poniosła konsekwencje swego czynu, on skończył na miotaniu się pomiędzy wyrzutami sumienia i strachem przed skandalem. Prawiąc nauki moralne swoim wiernym, sam sprowadził jedną ze swych owieczek na drogę grzechu, a w latach jej pokuty w niczym nie wsparł swej ofiary ani dziecka (nie licząc dwóch przemówień). Trochę mało by mu współczuć i zrozumieć. Nawet jego przyznanie się do winy jest jakieś pokrętne. Wszak dokonuje go dopiero w chwili śmierci, przed zamierzoną ucieczką wraz z ex-kochanką. To dopiero! szybko powiedzieć co leży na wątrobie i zaraz czmychnąć. Wygodna strategia. Zerwać z otoczeniem, w którym wszyscy już wiedzą co zrobił i bezpiecznie zacząć na nowo tam gdzie nikt go nie zna. Ale tu znowu zgrzyt. Hester planuje ucieczkę wraz z nim i z dzieckiem ale przecież ciągle jest kobietą zamężną. Jakże to tak? Znowu to samo? Co prawda, mówi się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki ale w to samo bagno, jak najbardziej. 

W tym wszystkim Hester jakoś schodzi na drugi plan. Owszem cierpi, ale jej cierpienie jest karą za grzech, zresztą nie najsurowszą z tych, jakie mogła ponieść. Cierpliwość i pokora z jaką ją znosi jest świadectwem poczucia winy, które z czasem pomniejsza, usiłując obciążyć odpowiedzialnością za swą decyzję o zamążpójściu męża. A przecież do zawarcia małżeństwa trzeba zgody obojga małżonków, oboje obiecują sobie miłość, wierność i że się nie opuszczą aż do śmierci. Jakoś w przypadku Hester tego nie widać a przecież nie dręczą jej wyrzuty sumienia, to co jej dolega to poczucie wstydu z powodu społecznego ostracyzmu i nic więcej. 

Świetna rzecz (biorąc oczywiście pod uwagę jej wiek) choć zdecydowanie nie dla gimbazy.   

czwartek, 18 sierpnia 2016

Matka Joanna od Aniołów, Jarosław Iwaszkiewicz

O czym jest "Matka Joanna od Aniołów"? W wydawniczej notce może przeczytać, że to opowiadanie o wyborze, jakiego musi dokonać czytelnik "i opowiedzieć się po jednej ze stron: prawa do przeżycia duchowego albo szaleństwa". Ale Iwaszkiewicz wcale takiej alternatywy przed czytelnikiem nie stawia. To raczej rzecz o dramacie człowieka, który padł ofiarą własnego złudzenia o możliwości walki ze złem, nie chcąc pogodzić się z tym, że jest ono jako element świata, niezniszczalne.


Ale mówiąc szczerze wcale nie jestem pewien tego, co napisałem wyżej bo jak tu można być czegokolwiek pewnym, skoro w sumie chyba nic nie jest w "Matce Joannie od Aniołów" definitywnie przesądzone. Nawet odpowiedź na podstawowe pytanie czy ksiądz Suryn (dziwna sprawa: tytułowa bohaterka wcale nie jest główną postacią opowiadania) padł ofiarą oszustki czy też demona drzemiącego w nim samym nie jest oczywista. Przecież widział, co się dzieje, zdawał sobie sprawę z tego, że matka Joanna "przesadza, koloryzuje i komponuje", a jej "rzeczywistą namiętnością (...) była chęć interesowania wszystkich sobą, chęć wywyższenia się jakim bądź kosztem". Dostrzega to, a jednocześnie nie potrafi, a może nie chce wyciągnąć płynącego stąd najbardziej oczywistego wniosku. Wierzy w jej opętanie. Dlaczego? Bo dla niego świat jest królestwem diabła - sam przecież mówi do ukazującej mu się jego wizji "Tu jest królestwo twoje, ale ja jestem posłany przez innych ludzi w imię boże. Jestem z innego królestwa, jestem ze światła, jak ty jesteś z ciemności, jestem z dobra, jak ty jesteś ze zła..." a w zakamarkach duszy każdego człowieka drzemie zło. Także jego duszy. To nie demony matki Joanny go prześladują lecz zło czające się w jego własnym sercu. Jeśli więc ksiądz Suryn jest czyjąś ofiarą, to już raczej własnej wiary niż matki Joanny.

Jakże naiwnie ksiądz Suryn sądzi, że jest w stanie to zło pokonać. On chce wojny totalnej ze złem, nie rozumie że zło, tak jak dobro jest elementem świata i choć obecne w życiu człowieka wcale nie musi nad nim panować. Ale nic w tym dziwnego, wszakże nie dostrzegał rzeczy oczywistych, nawet mimo ostrzeżeń anioła (Kaziuk), daje się wodzić na pokuszenie diabłu (Wołodkowicz). Gorzej, że zawiera pakt z szatanem. Co z tego, że w szlachetnej intencji - "Chciał być obciążony tym samym nieszczęściem, jakie spotkało matkę Joannę, chciał doznać tych wszystkich uczuć, jakich ona doznaje, chciał być tak opętany, jak ona jest opętana, podzielić to wszystko, co ją obciąża - i prosił Boga, by jej pozwolił odnaleźć prawdziwą drogę cnoty i miłości prowadzącą ja do zbawienia, a na niego zrzucił jej wszystkie nieszczęścia i grzechy" - uwierzył demonowi zła. Jak mógł to zrobić? Przecież wiedział "cóż może powiedzieć ojciec kłamstwa, ojciec ciemności? Wszystko, co szatan wyrzecze, jest kłamstwem, kłamstwem" on zaś to kłamstwo traktuje jak prawdę. A jeśli bardziej się zastanowić, to może i intencja księdza Suryna nie jest tak szlachetna jak by się to na pierwszy rzut oka wydawało, czy czasami nie popychały go do zawarcia paktu demony, o których mówił cadyk (który czy aby na pewno jest tylko cadykiem)?

A może reb Isze z Zabłudowa ma rację gdy mówi, że "To nie są może demony, to może tylko brak aniołów? (...) Anioł odleciał od matki Joanny i oto została sama ze sobą. Może to tylko własna natura człowieka?" Być może i ksiądz Suryn został sam ze sobą i przemówiła do niego ta cząstka jego natury, której się tak obawiał. Nie bez kozery jest zrozpaczony gdy słyszy od cadyka/szatana "Ja jestem ty - ty jesteś ja!" Demony? Nie, on nie mocuje się z demonami, on walczy sam ze sobą. Wszak gdyby istniały, nie zrezygnowałyby dobrowolnie z matki Joanny, o której dowiadujemy się, że "wyzdrowiała na dobre". Ale już chyba lepiej by demony istniały. Jakiż to byłby okrutny żart z księdza Suryna, gdyby okazało się, że w gruncie rzeczy jest ofiarą własnej imaginacji. Za jej sprawą padł ofiarą oszustki, stracił pokój własnej duszy i przede wszystkim, zamordował dwóch niewinnych ludzi, a jego cierpienie i ofiara życia ludzkiego były bezsensowne i daremne.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Niemcy w Krakowie, Dziennik 1 IX 1939 - 18 I 1945, Edward Kubalski

Długość mojego krążenia wokół "Dziennika" Edwarda Kubalskiego przewyższa tylko rozczarowanie nim. Odredakcyjna notka na okładce książki zapowiadała m. in. "pasjonujący zapis" niemieckiego panowania w Krakowie i twierdziła, że autor "w sposób rzeczowy i wnikliwy przedstawia życie codzienne (...), wzmagający się terror okupanta oraz zmieniające się nastroje polskiego społeczeństwa" a "Dzienniki, pisane na bieżąco żywą bogatą prozą, są jednym z najciekawszych i najbardziej wartościowych przekazów tego typu." Cóż po lekturze "Niemców w Krakowie" miałem wrażenie, że przeczytałem inną książkę niż ta, o której pisała redakcja (?) wydawnictwa. 


Być może oczekiwałem zbyt wiele, rozochocony dziennikiem Klukowskiego sądziłem, że to będzie coś co ciężarem gatunkowym będzie mu dorównywało. Niestety, bez szans. I w sumie trudno o to mieć pretensje do Edwarda Kubalskiego, jeśli już to raczej do wydawniczego marketingu. Kubalski pisał dziennik z myślą o potomnych, a kiedy zaczynał go pisać miał 68 lat. Kiedy wspomina o "plantatorach" (starszych panach politykujących na krakowskich Plantach), to trudno się oprzeć wrażeniu, że to określenie pasuje jak ulał także do niego i że sam pasuje do portretu "kawiarnianego polityka" z rysunku Franciszka Kostrzewskiego. Trudno spodziewać się po starszym panu, wieloletnim urzędniku, będącym jak można się domyśleć, zawsze super correct, ekscytującej lektury. To zapiski jakby odpersonalizowane, w tym znaczeniu, że wyzbyte emocji i pomijające postać i uczucia ich autora. Nawet wzmianki o synu, który został aresztowany i zginął w Oświęcimiu przemykają jakoś bez większego wrażenia.

O ile "Zamojszczyznę" Zygmunta Klukowskiego, rzecz jak najbardziej lokalną, czyta się jak dziennik uniwersalny, to "Niemcy w Krakowie" które sądziłem, że mogą być odzwierciedleniem spojrzenia wielkomiejskiej inteligencji na okupację są rzeczą nie tylko lokalną ale wręcz prowincjonalną. To zestawienie plotek, czasami kompletnie bzdurnych, z wiadomościami z oficjalnych gazet i własnymi, raczej mało wnikliwymi obserwacjami. Prawdziwą katastrofą dla czytelnika jest wybuch wojny z Rosją - zapiski zdominowane bowiem zostają referowaniem walk na linii frontu, co dzisiaj mogłoby może zainteresować historyka wojskowości badającego różnice pomiędzy stanem rzeczywistym frontu, tym co przedstawia oficjalna propaganda a tym tym jak odbierają to czytelnicy ale nie kogoś kto chciałby dowiedzieć się jak wyglądało życie codzienne w okupowanym Krakowie.

Drugą dominantą "Dziennika" Kubalskiego jest teatr. Widać, że jest on czymś ważnym w życiu autora, choć przecież z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca dwustutysięcznego miasta już niekoniecznie. W każdym razie informacje co, gdzie, kiedy i przez kogo będzie grane są równie ważne, z punktu widzenia autora, jak na przykład informacja o wywózkach robotników przymusowych do Niemiec.

Z tego wszystkiego wyłania się obraz dosyć zaskakujący. Tu nie ma wielkiej grozy, owszem, czytamy, podawaną suchą informację, że ten czy ów nie żyje, że są łapanki, pod koniec dziennika pojawiają się wzmianki o masowych egzekucjach ale nie ma w tym poczucia zagrożenia życia. To wszystko jest jakby trochę obok, tak jak informacje o losach Żydów (pisanych, co znamienne, przez autora z małej litery), czy nawet Katyniu i popowstaniowych przesiedleńcach z Warszawy. Bardziej dokuczliwe są dolegliwości życia powszedniego, drożyzna i deficyt różnorakich dóbr czy godzina policyjna, kolejne zakazy i nakazy.

Możliwe, że "Niemcy w Krakowie" okażą się ciekawą lekturą dla kogoś związanego z Krakowem ale mnie rozczarowały. 

sobota, 16 lipca 2016

Rodzina Połanieckich, Henryk Sienkiewicz

Masakra! Jest tajemnicą poliszynela, że Sienkiewiczowi "nie szło" z powieściami obyczajowymi, ale żeby aż do tego stopnia?! Zapewne gdyby to nie on był autorem "Rodziny Połanieckich" ale jakiś bliżej nieznany XIX-wieczny autor, dzisiaj pewnie nikt by już o niej nie pamiętał. A tak mamy "pomnik" anachronicznego myślenia o małżeństwie, który w dodatku doczekał się ekranizacji.

I jeszcze ta pisarska nieporadność Sienkiewicza. Jak wiadomo, "Rodzina Połanieckich" powstała pomiędzy dwiema najlepszymi polskimi powieściami obyczajowymi "Lalką" i "Ziemią obiecaną" (uważni czytelnicy mogą się dopatrzeć pewnych analogii) ale Sienkiewicz nie dorównuje Prusowi i Reymontowi w żadnym aspekcie. Bo cóż mamy u niego; banał do potęgi - on zakochał się w niej, ona zakochała się w nim pobrali się a potem żyli długo i szczęśliwie, a żeby nie było to takie proste, para komplikuje sobie życie i o tym jest blisko 700 stron. Gdyby to była Deotyma albo Hajota albo Mniszkówna to byłoby to zrozumiałe, zarówno co do stylu jak i treści, ale żeby Sienkiewicz?!


A miał zamiar by pokazać życie jako "śmieszną komedię ludzką, w której jedni oszukują drugich, drudzy oszukują samych siebie; nic, tylko oszukani i oszukujący; nic, tylko pomyłki, zaślepienie, błędy, życiowe kłamstwa, ofiary pomyłek, ofiary oszustwa, ofiary złudzeń, plątanina bez wyjścia; pocieszna i zarazem rozpaczliwa ironia pokrywająca ludzkie uczucia, namiętności, nadzieje, tak jak śnieg pokrywa zima pola" mówiąc słowami pana Stacha. Tyle, że wyszedł nie obraz społeczeństwa lecz chwilami żenująca farsa i wykład zasad jakie powinny rządzić stosunkami damsko-męskimi.

Swoją drogą, może to i trochę szkoda, że dzisiaj już panie nie pamiętają, że "nie po to powinno się wychodzić za mąż by być, szczęśliwą, ale po to, by spełniać te obowiązki, które Bóg wówczas wkłada". W każdym razie Sienkiewicz o tym pamiętał, u niego pan Stach "będzie pozwalał kochać uważając ze swojej strony kochanie jako cnotę, dobroć i łaskę", a Marynia "będzie kochała uważając swoją miłość za szczęście i obowiązek".

Rola mężczyzny jest jasno określona, to "car i Bóg", którego zadaniem jest założenie rodziny (ciekawe, że u Sienkiewicza to panowie, a nie panie wykazują pęd do małżeństwa, tak dla odmiany), bo przecież w przypadku głównego bohatera "filozofia popierająca rozumowo męskie instynkta Połanieckiego, wskazywała mu małżeństwo jako jeden z głównych celów życia" a on sam rozumiał, "że Bóg stworzył go do życia rodzinnego, nie tylko na męża, ale i na ojca, jako też, że właściwy cel i znaczenie życia tkwi w tym właśnie". Więc się żeni.

Dlaczego nie? przecież Marynia to takie "sympatyczne i pociągające stworzenie", "rozsądne dziecko", "poczciwa kobiecina" albo jeszcze lepiej "poczciwa kobiecinka z kościami". Trzeba docenić Połanieckiego, przecież w jego anegdocie o kocie panien Wauters, kot to też "poczciwe stworzenie", mógłby się więc ożenić z kotem, a on nie - ożenił się (nie mylić z zakochał się) z panną Pławicką. W małżeństwie nie ma miejsca na takie fanaberie. Pan Stach, mimo swej nieufności do Maszki, wie że ten ma rację gdy mówi, "gdy będziesz brał żonę, przede wszystkim myśl o przyszłym spokoju. W kochance szukaj sobie czego chcesz: dowcipu, temperamentu, poetycznego nastroju, wrażliwości, ale z żoną trzeba żyć lata". Czyż nie ma racji?! Nie żeby mu się nie podobała własna żona, przynajmniej do czasu. Wszak "Marynia nie przestała być typem kobiecym, czyniącym wyjątkowo silne wrażenie na jego męskie nerwy, i teraz, gdy skroń jej dotykała niemal jego skroni, gdy jednym rzutem oczu objął jej matową twarz, zarumienione nieco policzki i pochyloną nad malowidłem postać, odczuł ów pociąg z dawną siłą, i żartka krew poczęła mu napędzać równie żartkie myśli do głowy." 

Swoją drogą, z Połanieckiego musiał być naprawdę "żartki" facet, skoro przy własnej żonie w ciąży, kilka miesięcy po ślubie pozwala sobie na wyskoki w jej obecności, bo przecież ona widzi jak "jego ręka silnie obejmuje stan pani Maszkowej, jak jego oddech oblewa jej szyję, jak rozdymają mu się nozdrza a spojrzenia ślizgają się po obnażonym gorsie." Nie, to nie mogło skończyć się dobrze. Na szczęście Stach zachowuje jednak resztkę obyczajności myśląc o kochance (?) per "pani Maszkowa". Nie ma to jak dobre obyczaje.

W ogóle z małżeństwem Maryni i Stacha to jakaś dziwna sprawa, wisi bowiem nad nim pamięć nieboszczki Litki, obcego przecież dla obojga dziecka. Sienkiewicz uczynił ze śmierci tego dziecka farsę, odzierając ją z sacrum i każąc umierającej dziewczynce swatać pannę Marynię i pana Stacha. Pewnie miało być dramatycznie i romantycznie, wyszło, co najmniej, niesmacznie. Zresztą, tak jak cała relacja pomiędzy Litką i Połanieckim, która wygląda na zdumiewająco "niezdrową". Dwunastoletnia dziewczynka i trzydziestokilkuletni mężczyzna. Owszem, może to i było ładne dziecko "ze swoją słodką i poetyczną twarzyczką o rysach prawie nadto delikatnych", które wyglądało "jak istota z innej planety" ale przecież to niczego nie tłumaczy. Zaskakujące, że matka tę chorą sytuację jak najbardziej akceptuje. Dzisiaj tego rodzaju relacja dorosłego z dzieckiem zapewne skończyłby się skandalem i sprawą sądową. Zresztą to i dla współczesnych musiało być już trochę podejrzane bo nie bez kozery także "komitywę" Litki i pana Stacha wziął na ząb Boy-Żeleński w "Dziwnej przygodzie rodziny Połanieckich".

W ogóle w powieści panuje jakiś niezdrowy klimat, trup się ściele co i rusz, cały czas mowa o nieboszczykach (nawet w podróży poślubnej Maryni i Stacha i przy okazji zaręczyn Zawiłowskiego nie obyło się bez tego), troje bohaterów umiera a troje jest "trzy ćwierci od śmierci". Cóż za ponura historia! A jednak, mimo wszystko, dobrze się kończy. Polecam miłośnikom "Trędowatej"!

wtorek, 12 lipca 2016

Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Po czym poznać, że powieść jest arcydziełem literatury? Nie, nie po tym że znajduje się na kolejnej liście bestsellerów ale na przykład po tym, że prawie półtora wieku od swego pierwszego wydania nadal nie pozostawia czytelnika obojętnym. Nie ma co do tego dwóch zdań - "Lew Tołstoj wielki pisarzem był". Rosjanie co prawda twierdzą, że był genialny ale bez przesady - konia z rzędem temu, kto odgadnie, co tak naprawdę otrzymał książę Andrzej Bołkoński od swojej siostry Marii wyruszając na wojnę chociaż dociekania na ten temat wcale nie dyskredytują powieści, powiedziałbym, że dodają jej tylko szczyptę swoistej pikanterii. Chociaż z naszego punktu widzenia, jeszcze ciekawsze są "polskie ślady" w powieści, sprawiające wrażenie jakby Tołstoj, podobnie jak Dostojewski, cierpiał na jakiś polski kompleks. (Swoją drogą, ciekawie byłoby zestawić dwie polskie najwybitniejsze powieści dotyczące tego samego okresu, co "Wojna i pokój", mianowicie "Popioły" i "Huragan" ale to temat nie na krótki wpis a na porządny, nudny literaturoznawczy przyczynek.


W każdym razie, jeśli ktoś dziwił się bałwochwalczemu wręcz uwielbieniu Tołstoja przez Rosjan to "Wojna i pokój" wiele wyjaśnia ale jednocześnie dzisiejszemu czytelnikowi przychodzi do głowy pytanie, o co cały ten krzyk? Cóż takiego jest w historiozoficznych wywodach Tołstoja, kwestionujących rolę jednostki w historii, albo w wywodach na temat wojny 1812 r. (nie mylić ze scenami batalistycznymi). Ich naiwność jest zrozumiała jeśli się weźmie pod uwagę punkt widzenia autora, czyli punkt widzenia rosyjskiego patrioty i trudno to wziąć Tołstojowi za złe ale z genialnością nie ma to nic wspólnego. Dzisiaj jeśli czytelnik nie zajmuje się historią wojskowości albo nie interesuje się specjalnie okresem wojen napoleońskich te diatryby, najlepszym przypadku, zwyczajnie nudzą. Zdecydowanie nie za to cenimy Tołstoja (a przynajmniej ja cenię) - to postacie i losy bohaterów okazały się największą i najtrwalszą wartością powieści.

I chyba wbrew intencjom Tołstoja, bo widać u niego oznaki mizoginii, choć daleko im jeszcze do apogeum, które osiągnął w "Sonacie kreutzerowskiej", znacznie ciekawsze są postacie kobiet niż mężczyzn, mimo że to oni grają w powieści pierwsze skrzypce. Bo, jeśli chodzi o mężczyzn, to kim się tu zachwycać; Pierre'em Bezuchowem, tą wersją Obłomowa, sybarytą z zadatkami na alkoholika, głupcem niezdolnym do działania, Andrzejem Bołkońskim - cierpiącym na weltschmertz megalomanem, który ze strachu przed własnym ojcem dla swego komfortu pozostawia nie tylko kobietę, którą podobno kocha ale i własne dziecko,  postulującym by w wojnie nie brać jeńców, choć jemu samemu życie na polu bitwy uratowali właśnie wrogowie? A może Michałem Rostowem utracjuszem z dobrymi instynktami?

Na ich tle, znacznie ciekawiej rysuje się postać Heleny, pierwszej żony Pierre'a. Co z tego, że jego zdaniem jest głupia? Parafrazując paradoks kłamcy można by zapytać, czy ten, o którym głupiec twierdzi, że jest głupi, rzeczywiście jest głupi? Przecież jego, tak niesprawiedliwa opinia o własnej żonie, wynika z tego, że Helena niespodziewanie okazała się silną osobowością, kobietą nastawioną na osiągnięcie własnych celów, która posłużyła się głupim i bezwolnym mężem, jako narzędziem do ich osiągnięcia. Cóż z tego, że jej cele są inne niż jego? Dlaczego to jej priorytety mają być mniej ważne niż jego priorytety, przynajmniej z jej punktu widzenia. Zresztą, mówiąc szczerze, trudno się było doszukać w postępowaniu Pierre'a jakiegokolwiek priorytetu oprócz napełnienia sobie brzucha. Fakt, nie najlepiej świadczy o Helenie instrumentalne potraktowanie męża ale przecież z głupotą nie ma to nic wspólnego. Głupi mąż stał się stopniem w jej życiu, a miało być odwrotnie, to ona miała być narzędziem, dzięki któremu mąż będzie szczęśliwy. A tu proszę, okazuje się, że nie, że żona ryzykuje inne zdanie niż "car i Bóg". Z jej strony to duża odwaga, ryzykuje przecież społeczny ostracyzm, życie na towarzyskim marginesie w niesławie, a jednak udało się jej okazuje się, że można. Szkoda tylko, że Tołstoj zdecydował się ją "usunąć", zapewne w trosce o przyszłość Pierre'a.

A czyż Natasza nie jest bardziej interesująca niż Bołkoński? Naiwna nastolatka, w gruncie rzeczy jeszcze dziecko rzucona na pożarcie dorosłym mężczyznom. Zupełnie nieprzygotowana do wejścia w świat,  gotowa oddać serce pierwszemu lepszemu, który by tylko z nią zatańczył albo uśmiechnął się w rozmowie i już wyobrażająca sobie, że to jest miłość. Ona nawet nie irytuje i śmieszy - raczej budzi konsternację i przeraża jej zupełna nieznajomość świata i ludzi. Jej niewinność i głód uczucia (wiadomo, że to kiedyś musi się skończyć się ślubem) mogą budzić tylko sympatię i współczucie w zestawieniu z prawie dwukrotnie od niej starszym epuzerem, który zdążył już zostać ojcem i wdowcem, a który ciągle, jak dziecko, sam żyje w strachu przed własnym ojcem. Bez dwóch zdań, Bołkoński skrzywdził to dziewczątko, wystawiając je na próbę. Ci którzy przeżyli kiedyś dłuższe rozstanie wiedzą, że zawsze gorzej mają ci, którzy zostają i czekają. Że Natasza nie podołała? Trudno mieć o to do niej pretensje, że nie podporządkowała się idee fixe Bołkońskiego - a w imię czego miała? - okazania się godną miana żony Bołkońskiego? A w czym jest ono lepsze niż miano męża Rostowej?

Albo księżniczka Maria, dzisiaj powiedzielibyśmy, że to ofiara przemocy domowej, przemocy psychicznej ze strony własnego ojca i cierpiąca na coś w rodzaju "syndromu sztokholmskiego" i kompleks niższości, która całe życie podporządkowała innym. Toksyczna relacja z ojcem, poczucie winy wobec niego, a właściwie wobec każdego z kim jakoś czuje się związana, tylko nieśmiało dopuszczająca myśl o własnym szczęściu i nie tyle myśl ile raczej marzenie, o którego realizację nie potrafi walczyć.

Tak, zdecydowanie postacie kobiet są ciekawsze od męskich bohaterów, choć to oni mają "bogatsze wnętrza", doznają swoistych "iluminacji" i wewnętrznych przemian, w różnym zresztą stopniu, a kobiety u Tołstoja, jak to kobiety, widzą sens swego życia w zamążpójściu i macierzyństwie. Eh...