Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka "Kultury". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka "Kultury". Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2019

Moc i chwała, Graham Greene

Dzisiaj to nic takiego, a przecież był czas, że "Moc i chwała" miała swoje "pięć minut" dzięki Jerzemu Giedroyciowi, gdy ukazała się w Bibliotece "Kultury" w 1956 roku. W kraju została wydana sześć lat później, gdy poluzowano nieco politykę kulturalną, co prawda w książce nie pada ani razu słowo komunizm czy kapitalizm, a jednak wcześniej ideologicznie była nie do przełknięcia, co po jej lekturze jest dla czytelnika oczywiste.

Powieść Grahama Greene'a jest z gatunku tych, o których chce się tyle rzeczy powiedzieć na raz, że w gruncie rzeczy, gdy przychodzi co do czego, zapada milczenie. Przez kilka pierwszych stron sądziłem, że mam do czynienia z jakimś wariantem "Pod wulkanem" ale okazało się, że jeszcze jeden Anglik osadził akcję swojej powieści w Meksyku a jedyne co ich łączy to mistrzostwo pióra. Do kompletu dodałbym bym im jeszcze Conrada z "Nostromo" gdyby nie to, że Costaguana leżała zdaje się trochę bardziej na południe.


Greene wraz z Mauriaciem i Bernanosem swego czasu został zaliczony przez Wita Tarnawskiego do pisarzy chrześcijańskiej rozpaczy. Dzisiaj nie jest to najlepsza rekomendacja i zaistnieć mógłby w książkowym mainstreamie co najwyżej przez chwilę, na podobnej zasadzie jak Endo z "Milczeniem". Naiwnością byłoby oczekiwać by autorki i czytelniczki blogasków kojarzyły "Legendę o Wielkim inkwizytorze" i zasmakowały w jej wariancie osadzonym w meksykańskim anturażu i to jeszcze rozdmuchanym do objętości książki.

W dodatku u Greene'a nie jest tak prosto jak u Dostojewskiego, to nie jest spór bezkompromisowych złego i dobrego bo nikt tu nie jest jednoznaczny. Ani porucznik policji w swej żarliwości uczynienia dla nowego pokolenia świata lepszym bez Boga, w którym "usunie biedę, przesądy i korupcję. Zasługiwali na prawdę: na wiedzę o pustym wszechświecie i stygnącej ziemi. Zasługiwali na szczęście jakie sobie wybiorą. Dla nich był gotów na dokonanie masakry. (...) Chciał zacząć świat na nowo z nimi, w pustkowiu", który jednocześnie morduje tych, dla których chce naprawić świat, a którzy nie podzielają jego przekonania o szczęśliwości, jaką zapewni im świat bez wiary w Boga.

Ani też ksiądz, który usiłuje umknąć prześladowcom. Jeśli nawet Greene'a zalicza się do pisarzy nurtu katolickiego, to katolicyzm jego głównego bohatera daleki jest od prawowierności. Wszystko w niego jest jakieś takie moralnie wątpliwe, począwszy od tego, że "wierzył, że gdy zostanie księdzem, będzie bogaty u ważny. To się nazywało posiadaniem powołania." Także decyzja o pozostaniu w kraju, mając do wyboru; emigrację, odcięcie się od kapłaństwa poprzez ożenek i wreszcie śmierć nie wynika z przekonania o konieczności wytrwania a w zasadzie z przypadku. Jego postawa, choć ma wszelki pozór bohaterstwa sprowadza się do "śmiertelnego grzechu, braku skruchy i dezercji"  a pełnienie obowiązków kapłana okazuje się być tylko incydentalne.

Z drugiej strony liczy się to, że nie rejteruje ani nie poddaje się regułom, jakie narzuca władza. W ostatecznym rozrachunku, w walce z instynktem przetrwania wygrywa poczucie obowiązku będące przejawem wiary, tyle że wypada się zapytać, jakim kosztem. Przecież swoją postawą na szali stawia ludzkie życie, co prawda nie bezpośrednio ale przecież jest świadom tego, że kontakt z nim stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla innych. Widzi więzionych za swoją sprawą ludzi i nic nie robi, zrzucając podjęcie wyboru; życie jego albo ich, na barki tych ludzi.

Kiedy wreszcie wydaje się, że tę postawę daleką od bohaterstwa, pełną upadków moralnych ma już za sobą, okazuje się, że znowu przemawia do niego ciemniejsza strona jego duszy, ta która rządziła nim w spokojnych czasach, kiedy kapłaństwo było dla niego przede wszystkim synekurą. Cóż za pociecha z tego, że ma tego świadomość, że "to straszne jak łatwo zapominało się i wracało do dawnych błędów. (...) Bóg mógł przebaczyć tchórzostwo i namiętność, ale czy możliwe żeby przebaczył zamianę pobożności w rutynę?"

Tak..., zdecydowanie ksiądz nie wygląda na bohatera, ale jak mogłoby być inaczej skoro "nosił piekło z sobą". Można właśnie dlatego jest bardzo ludzki, także w aspekcie skłonności do upadku, z którego podnosi się ze świadomości własnych win i własnej niedoskonałości i co ma znaczenie także dla rozumienia przez niego obowiązków. Jego kapłaństwo wypływa na poły z poczucia własnej wiary, na poły jako odpowiedź na ludzką potrzebę realizacji wiary a jego poświęcenie okazuje się przejawem miłości bo jak mówi "serce to bestia, której nie można ufać. Rozum też, ale on przynajmniej nie mówi o miłości". Cóż z tego, że w sensie dosłownym przegrywa z porucznikiem, skoro w wymiarze duchowym zwycięża, choć nie będzie miał szansy by się o tym przekonać. Do niego będą należały moc i chwała.

Jak wspomniałem, u Greene'a nie ma prostej linii podziału, ani ten zły nie jest zły ze swojej istoty ani dobry nie jest chodzącą dobrocią. Ten podział dodatkowo komplikuje jeszcze kapłan - renegat, który mimo wyrzeczenia się kapłaństwa nadal się nim czuje a zewnętrzne znamiona postępowania, które mają zapewnić mu bezpieczeństwo wcale nie odpowiadają stanowi jego duszy, tak że okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby. Bo do ciągłego strachu dołącza się poczucie winy i litość albo wzgarda innych ludzi. 

środa, 15 czerwca 2016

W polu, Stanisław Rembek

Cenzura odeszła w przeszłość ale jedna z najlepszych powieści dwudziestolecia międzywojennego ciągle jakoś nie może się przebić pod czytelnicze strzechy, a przecież po 1989 r. doczekała się co najmniej czterech wydań (przynajmniej tyle naliczyłem), całkiem nieźle jak na książkę zapoznanego autora, jakim jest Stanisław Rembek. Z drugiej strony, wydaje się, że wytłumaczenie tego faktu jest dosyć proste; nie ma w powieści "momentów", akcja nie rozgrywa się w żadnej krainie lodu a bohaterami są zwykli ludzie a nie zombie albo chociaż wilkołaki, na domiar złego czas akcji - wojna 1920 roku zapowiada narodowe nudy.  


Więc cóż tu może być ciekawego? Nie bez kozery jednak Maria Dąbrowska uznawała "W polu" za jedną z wybitniejszych powieści dwudziestolecia i stawiała ją wyżej niż "Na zachodzie bez zmian". I miała rację, bo powieść Remarque'a w porównaniu z książką Rembeka jest rzewną opowieść, o tym jaka wojna jest zła a ludzie dobrzy. Rembek pokazuje, że wcale to nie jest takie proste i oczywiste.

Już choćby więc z tego powodu warto poświęcić czas na lekturę jego książki. Ale nie tylko dlatego, powieść Rembeka jest bowiem ewenementem w naszej literaturze, traktuje bowiem temat wojny odmiennie od batalistycznej sztampy, być może za sprawą własnych doświadczeń autora, choć "W polu" nie jest powieścią autobiograficzną. Nie zmienia tego nawet fakt, że można w niej odnaleźć to czym pisze w "Dzienniku 1920 r.". Rembek pisze o wojnie w sposób daleki od bogoojczyźnianego patosu i tromtadracji, nie ma tu scen z ułanem i dziewczyną u studni a zamiast tego serwuje czytelnikowi brutalny obraz wojny i postaw człowieka w jej obliczu.

Ale to też nie jest jednak wszystko. To czym mnie zafrapowała powieść Rembeka to jej enigmatyczność. Z jednej strony fabuła jest oczywista - obraz klęski i zagłady oddziału zapoczątkowany śmiercią żołnierza - kaprala Górnego. Z drugiej jednak strony, ma się przekonanie graniczące z pewnością, że za tym ukrywa się coś więcej, że potraktowanie "W polu" tylko w kategoriach nawet świetnej powieści wojennej to jednak byłoby uproszczenie. Nie sposób bowiem uwierzyć by wola jednostki - sierżanta Derenia, mogła sprawić, że ginie ponad sześćdziesięciu żołnierzy, to absurdalne, żeby przypadkowa śmierć pociągnęła za sobą takie pasmo klęski, i to zupełnie niezasłużonej, wszak giną ci, którzy do tej śmierci się nie przyczynili bo przecież żołnierza, który pociągnął za spust nigdy nie poznajemy. Kim jest sierżant Dereń, że jego wola ma taką moc sprawczą i kim był kapral Górny, że jego śmierć wywołała taki efekt? Rembek niby daje na to odpowiedzi ale trudno jest w nie uwierzyć. Właśnie - uwierzyć.

Dowiadujemy się, że "wiara to zawsze co innego niż wiedza, a myśl - niż doświadczenie", ale co z tego? Przecież to nie tłumaczy, fenomenu zagłady kompanii. Jak śmierć jednego żołnierza może pociągnąć za sobą śmierć pozostałych? Jak to wyjaśnić? Przecież nie oni go zabili, choć byli świadkami tego jak wysyłano go, jak się okazało, na śmierć. Przekonanie sierżanta Derenia, że winni śmierci są nie tylko bezpośredni sprawcy ale także, ci którzy jej nie zapobiegli, sprawia, że urasta on do rangi Nemezis albo jednego z jeźdźców (a w tym przypadku piechura) Apokalipsy - "jego małe, szeroko osadzone oczka czerniały gdzieś w szerokich lejach oczodołów, gruby przetrącony nos wyciągnął się na kształt dzioba papugi, kości policzkowe i guzy zaznaczających się pod wyschłą skórą zębów trzonowych sterczały niby chorobliwe narośle, a dołek w podbródku zamienił się w głęboką dziurę." A może jest to Talos z "Upadku Ikara" Breughla, który jako jedyny widzi śmierć, jednocześnie przyjmując ją jako spokojny obserwator bo jest ona dla niego aktem sprawiedliwości? Nie wiem i sam mam poczucie krążenia po omacku. Bo oczekujemy racjonalnych wyjaśnień tego co nas dotyka, odkrycia jakiegoś związku przyczynowo-skutkowego, który moglibyśmy zrozumieć. A Rembek takich wyjaśnień jednak nie daje.

Że śmierci oddziału sierżanta Derenia nie da się wytłumaczyć, w kategoriach winy za śmierć kaprala Górnego? Cóż z tego! Rozsądek nie ma tu nic do rzeczy, wystarczy przekonanie, że tam "gdzie istnieje krzywda, tam musi być i wina" i rozkłada się ona po trosze na każdego, otarł się o ofiarę. Okazuje się, że "nie ma ludzi niepotrzebnych". Tak jak w słynnej Medytacji XVII Johna Donne'a, także u Stanisława Rembeka "żaden człowiek nie jest samoistną wyspą" "śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością", chociaż u niego brzmi to inaczej - "zdaje się istnieć pomiędzy pewnymi wypadkami niedostępny dla ludzkiej logiki związek, jak gdyby świat stanowił jednolity mechanizm, gdzie poruszenie najdrobniejszej nawet cząstki może spowodować nieoczekiwaną reakcję całości." 

I na koniec ostrzeżenie, książka zdecydowanie nie dla tych, którym podobał się film "1920 Bitwa warszawska". 

piątek, 13 lutego 2015

Zasypie wszystko, zawieje..., Włodzimierz Odojewski

Wow! Tak, nie ma wątpliwości - powieść Włodzimierza Odojewskiego wywołuje efekt Wow! Gdy kończy się ostatnie zdanie, sporo czasu upłynie zanim uzna się ją za "odfajkowaną" i sięgnie po następną książkę. Według Marii Janion to „najbardziej romantyczna polska powieść napisana w XX wieku” i pewnie to prawda ale wcale nie zmienia to faktu, że jest to także swego rodzaju literacki humbug i zdumiewające, że nikt do tej pory nie podniósł licznych zapożyczeń, dostrzegalnych gołym okiem.


Trudno przecież nie zauważyć, że Odojewski jest dłużnikiem Żeromskiego wykorzystując motyw miłości i pożądania w cieniu śmierci z  "Wiatru od morza" a mówiąc ściśle z rozdziału "Otto von Arffeberg" Ci, którzy trochę interesują się dwudziestowieczną historią Kresów z pewnością zauważą, że pisarz zaciągnął dług także u Henryka Cybulskiego i jego "Czerwonych nocy", z których czerpał pełnymi garściami. Powieściowa masakra w Tuczapsku to bez wątpienia opis mordu w Kisielinie, do którego doszło 11 lipca 1943 roku, znany z relacji Włodzimierza Sławosza Dębskiego (ojca Krzesimira Dębskiego) zamieszczonej w książce Cybulskiego, epizod z wykopaniem broni na cmentarzyku Czartoriusów w rzeczywistości miał miejsce na cmentarzu w Kiwercach (powieściowym Krzyżtopolu) a pomyłka, w której rosyjskich partyzantów wzięto za oddział bulbowców przydarzyła się Stanisławowi Bochniewiczowi dowódcy jednego z oddziałów samoobrony Przebraża niedaleko wsi Komarówka.

Uważny czytelnik może też bez trudu dopatrzyć się nawiązania do "Wertepów" Leopolda Buczkowskiego w warstwie obyczajowej (los wdowy w społeczności wiejskiej) czy w epizodzie, w którym wieśniak nie jest pewny swojej narodowości a z kolei zagłada dworu w Glebach przypomina sceny z "Pożogi" Zofii Kossak. Wreszcie nawet tytuł nie wydaje się specjalnie odległy od przewijających się przez "Więźniów nocy" Romańskiego słów upośledzonego pastucha, stanowiących jakby kwintesencje losu zesłańców "Śnieg was zasypie... Śnieg was zasypie".  Jeśli do tego dodać diatryby mające obudzić sumienia ale bardziej pasujące do przemów polityków, wykładów czy kazań, można zapytać, to o co tak właściwie chodzi? Dlaczego to taka świetna, a nawet więcej, bo piękna książka?

Nie od dzisiaj wiadomo, że mamy swoje mity, nie my jedni, zresztą. By nie sięgać daleko Niemcy mają Prusy Wschodnie, a my mamy Kresy. Patrząc od tego strony, powieść Odojewskiego jest szramą na wyobrażeniu tego mitu. Jak określić scenę, w której polski oficer w odruchu zemsty pali żywcem ukraińską rodzinę i przystaje do partyzantki tylko po to by odnaleźć żonę zmarłego brata, którą kocha miłością wcale nie platoniczną, teściowa - pani z dworu, patrzy na owdowiałą synową w kategoriach klaczy rozpłodowej, dzięki której przetrwa ród Woynowiczów, a dobrze urodzona panna porzuca urodzone w pozamałżeńskim związku dziecko? Dla pisarza solą ziemi są nie, koniecznie zawsze, piękne panie z dworka ale "wyrobnicy, komornicy, pracownicy sezonowi, spłachetkowi dzierżawcy, deputatowi robotnicy folwarczni, fornale, parobki dworskie i popie, wędrowni rękodzielnicy, drobni domokrążcy (...) lud, którego nie dostrzegano, z którym mało kto dotychczas się liczył, od którego odwracano się plecami, aż w końcu on sam plecy pokazał własnej macierzy, ten biedny, ciemny, zbałamucony, ogłupiały w swym poniżeniu lud, rozbity obecnie, podzielony, rozczłonkowany na kilka zaślepionych we wzajemnej wrogości do siebie ludów". O ile dzisiaj takie potraktowanie tematu może się nie podobać tym, którzy gustują wyłącznie w sentymentalno-bogoojczyźnianej tonacji opowieści o Kresach, to wcześniej, do '89 "Zasypie wszystko, zawieje..." nie podobało się urzędowym zawiadowcom literatury i nie miało żadnych szans by ukazać się w Polsce, choć z nieco innego powodu.

Nic dziwnego, skoro osnową książki jest rzeź wołyńska (to w ogólniejszym wymiarze) oraz śmierć brata głównego bohatera i jednocześnie męża głównej bohaterki, zamordowanego w Katyniu, kładąca się cieniem zarówno na ich relacje, jak i na dalsze stosunki rodzinne - w Katarzynie, z wzajemnością kocha się też kuzyn głównego bohatera, który jednak w przeciwieństwie do niego przedkłada obowiązek walki z wrogiem nad walkę o uczucie kobiety. Mord w Katyniu w ujęciu Odojewskiego, to nie jest żadne tam mruganie okiem do czytelnika a la Roman Bratny w "Kolumbach, rocznik 20" ale prawdziwy Rubikon, punkt odniesienia, który wielokrotnie przewija się w powieści stanowiąc memento dla tych, którzy mają być "wyzwoleniu" "parometrowe złoża zwłok w polskich mundurach oficerskich z zachowanymi nieźle jeszcze guzikami i odznaczeniami, w ciężkich zimowych płaszczach, złoża zwłok zniszczonych w skomplikowanym procesie gnicia a zarazem mumifikacji, zapewne dzięki zawartości piasku w glebie, potem z tej masy, z tej plątaniny wyróżniał poszczególne twarze tych, co leżeli zwróceni przodem ku górze, twarze bez skóry, jamy ustne i oczne przeświecające przez błonę muskułów i membran, czaszki zawsze z jednakowym otworem wylotowym od kuli na czole, pokryte włosami które utraciły już barwę i zachowane doskonale ręce o nietkniętej skórze i paznokciach, o widocznych liniach papilarnych". A granice zasadniczej akcji powieści wyznaczają orientacyjnie daty upublicznienia odkrycia grobów w Katyniu właśnie z jednej i przekroczenie granic przedwojennej Polski przez Armię Czerwoną, z drugiej strony.

Wcale nie mniej interesująco (ba, wręcz pasjonująco!) niż tło historyczne Odojewskiemu udało się przedstawić ludzkie losy i charaktery dalekie od doskonałości i miotane emocjami. Różne punkty widzenia na to samo - mężczyzny i kobiety, z których chyba żaden nie jest do końca prawdziwy, w tym sensie, że nie potrafi odczytać rzeczywistej myśli drugiej strony pozostają w gruncie rzeczy nieodgadnione tak samo dla głównych bohaterów jak i dla czytelników. No i jeszcze ten język, który zmusza do powolnego przebijania się przez tekst a tym samym i do uwagi, wydaje się, że męczący a jednocześnie posiadający magnetyczną siłę przyciągania aż do ostatniego zdania.

Od początku wiadomo, że ta historia nie może się dobrze skończyć, że nie będzie tu żadnego happy endu, że to tragiczna opowieść o ludziach, którzy stanęli przed wyborem pozostania na ziemi, którą pokochali za cenę śmierci i albo jej opuszczenia za cenę życia. Ale przecież ciemność, "która nastała, nie jest wieczna, bo przecież wieczne jest tylko światło płynące od Boga, ono zawsze w końcu rozprasza ciemności, gdyż ciemności są królestwem szatana, a szatan nie może zatryumfować, i tak jest w pragnieniach ludzi, i tak jest z góry postanowione u Boga", tyle tylko, że żadnemu z bohaterów Odojewskiego nie będzie dane o tym się przekonać. Piękna książka, bez dwóch zdań.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Po wyzwoleniu ... (1944-1956), Wiktoria Kraśniewska (Barbara Skarga)

Przedświąteczne dni to nienajlepsza pora na taką książkę, ale też żadna chyba nie jest wystarczająco dobra jednak wspomnienia Barbary Skargi nie bez kozery znajdują się w kanonie literatury obozowej i naprawdę warto poświęcić im czas. Przy okazji "Kazachstanu" Grażyny Jonkaytys-Luby wysuwałem swoje obiekcje co do wspomnień pisanych po latach, okazuje się, że nie byłem w nich odosobniony. Te same wątpliwości miała autorka "Po wyzwoleniu ...". Jej decyzja o spisaniu relacji z dwunastu lat zsyłki, mimo zastrzeżeń, które dochodziły w niej do głosu, wynikła z poczucia konieczności dania świadectwa, po części w reakcji na "Archipelag Gułag" Sołżenicyna i pokazania rzeczywistości obozowej z punktu widzenia osoby należącej do zupełnie innego niż rosyjski, kręgu kulturowego.  


Wspomnienia Barbary Skargi (nazwisko Kraśniewska było pseudonimem przybranym przez nią dla potrzeb publikacji emigracyjnego wydania przez nieoceniony Instytut Kulturalny w Paryżu) są książką, rzec można, totalną. A to dlatego, że obejmują "kompletną" historię począwszy od pobytu w więzieniu, poprzez obozy a skończywszy na kołchozie, do którego Barbara Skarga została zesłana po "uwolnieniu". Totalną, także dlatego, że nie unika podejmowania kwestii najbardziej drażliwych i intymnych z punktu widzenia kobiet, nie stosując przy tym taryfy ulgowej. 

"Po wyzwoleniu ..." swoją drastycznością i naturalizmem da się chyba porównać tylko z "Innym światem" a świadomość, że autorką wspomnień jest kobieta sprawia, że relacja nabiera jeszcze większej ostrości. Barbara Skarga wyraźnie zresztą przyznaje, że książka Herling-Grudzińskiego jest jej znana, podobnie zresztą jak i twórczość Dostojewskiego i co ciekawe, nie trzeba wielkiej przenikliwości by dostrzec refleks tego, na co tak uskarżał się on we "Wspomnieniach z domu umarłych", a mianowicie dystans utrzymywany przez Polaków w stosunkach z Rosjanami. 

Tak jak jest on drażniący dla Rosjan tak dla nas jest zupełnie zrozumiały, wynikający z oceny Rosjan en masse - jako narodu niewolników, pozbawionego zdolności samodzielnego myślenia, otępiałej, zapijaczonej, zastraszonej tłuszczy nawet nie odczuwającej wartości poczucia wolności. Świat Tołstoja czy Dostojewskiego to tylko coś w rodzaju wsi potiomkinowskiej na obliczu Rosji a i to jest już w gruncie rzeczy zamierzchłą przeszłością, do której nie ma powrotu. 

W książce Kraśniewskiej niewątpliwie widoczna jest perspektywa czasu, ale nie ma się wrażenia zniekształcenia obrazu rzeczywistości, jeśli już, to można mówić raczej o dystansie do przeżyć, próbie ich opisania i wyjaśnienia w kategoriach ogólnych, bez zapiekłej złości, poczucia krzywdy i martyrologicznych tonów. I ten dystans świadka do opisywanego świata, w którym daje się wychwycić lekką nutę triumfu z odniesionego zwycięstwa,  robi większe wrażenie niż lament i emfaza.

Pasjonująca książka.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Kazachstan, Maria Januszkiewicz (Grażyna Jonkaytys-Luba)

Przyznaję, że do takich książek jak "Kazachstan" Marii Januszkiewicz czy "Po wyzwoleniu 1944-1956" Barbary Skargi podchodziłem z pewną nieufnością, mimo że to jedne z ważniejszych książek nurtu literatury łagrowej. Na ich niekorzyść przemawiał upływ czasu pomiędzy przeżyciami a powstaniem zapisków, które je opisują, co wiąże się z "obudowaniem" pamięci o refleksje powstałe już z perspektywy upływu czasu, a przez to ich autentyzm nie wydaje się już tak silny jak w przypadku świadectwa spisywanego na gorąco albo tuż po. Z drugiej jednak strony tego rodzaju książki pokazują jak silne i traumatyczne musiały być to przeżycia skoro ciągle, mimo upływu lat pozostawały żywe w pamięci, a ludzie którzy ich doświadczyli czują potrzebę ich utrwalenia i podzielenia się nimi z innymi.


Podchodziłem więc do "Kazachstanu" z pewną rezerwą, w której upewniały mnie w dodatku pierwsze strony książki, bo cóż, rodzinę Autorki spotykają bolesne ciosy ale nie doświadcza ona przecież tragedii, która jest udziałem innych. Czym w końcu jest konieczność opuszczenia domu w porównaniu ze śmiercią nowo narodzonego dziecka i porzuceniem go jak niepotrzebnej rzeczy. Ale szybko okazuje się, że deportacja zbiera obfite żniwo śmierci już nie wśród anonimowych ludzi, o których tylko od kogoś się tylko słyszało ale wśród tych, których Maria Januszkiewicz zna, a rezerwa czytelnika szybko znika.

"Kazachstan" z obfitego wyboru literatury łagrowej wyróżnia zbiorowy bohater, jakim jest rodzina Autorki, a której spiritus movens stanowi matka oraz zakotwiczenie w wierze, kulturze i tradycji, które zapewniają zachowanie tożsamości narodowej ("na progu naszego domu kończy się Sowiecki Sojuz") i poczucie godności. Przy tym, mimo wyraźnego zaznaczenie znaczenia tych wartości nie ma u Januszkiewicz egzaltowanych, bogoojczyźnianych tonów bo wspomina także, o także o mało chwalebnych zachowaniach wśród członków polskiej społeczności polskiej. I może tym wyraźniej widać, że to w rodzinnej solidarności scementowanej tymi wartościami można doszukiwać się recepty na przetrwanie (a przynajmniej jednego z jej istotnych składników) ludzi, którzy zostali zakwalifikowani jako "wragi naroda" a ich przyszłość na nowym miejscu została jasno, z góry określona "was na to zdies priwieźli sztob' wy podochli" (taki też tytuł nosi krajowe wydanie książki).

Jednak, paradoksalnie, to nie terror stanowił największe zagrożenie dla zesłanych, a surowość przyrody i "zwyczajna" ludzka niechęć, czasami podsycona prymitywną propagandą. Z czasem okazuje się, że rezerwa i niechęć wobec obcych, której doświadcza rodzina Januszkiewicz ustępują bo "ta niewielka społeczność, żyjąca w nieludzko trudnych warunkach, pozbawiona sentymentów i uczuć miłosiernych, umiała docenić naszą nieustępliwość w poszukiwaniu wyjścia z trudnych sytuacji, nie opuszczającą nas - pomimo wszystko - pogodę ducha i niezwykłą życzliwość naszej Mamy w stosunku do ludzi."

Na próżno w "Kazachstanie" szukać czaru rosyjskiej wsi, tak lansowanego w kulturze rosyjskiej/radzieckiej, od Tołstoja po Szukszyna. To wieś znacznie bliższa tej jaką opisywał Bunin, brutalna i prymitywna, a która w swym prymitywizmie, z perspektywy czasu, może niekiedy wydawać się nawet śmieszna, jak wówczas gdy Autorka wspomina, że "przy sadzeniu kartofli - ponieważ nosiłyśmy dość krótkie sukienki - wyszło na jaw, że nosimy majtki. Był to powód do ogólnej radości kobiet w kołchozie. Początkowo mówiły, że majtki noszą tylko ladacznice, w końcu przekonały się do nas, poznawszy nasz tryb życia, wciąż jednak oglądały szczegółowo naszą bieliznę, a cudowaniom się i dziwieniom nie było końca." Uśmiech jednak szybko znika z twarzy czytelnika i te wiejskie kobiety nie są już śmieszne, gdy czyta się, że "gospodynie zaprzęgały się same po dwie do pługa, a trzecia pługiem kierowała ... Tak w noce księżycowe orały kobiety sobie swoje ogrody!"

Tym co dominuje w "Kazachstanie" jest fizyczna walka o przetrwanie, z jak najbardziej realną perspektywą śmierci głodowej - "głód był we wsi coraz dotkliwszy. Kiedy zboża dojrzały - ratowaliśmy się po trochu, urządzając prywatne "żniwa" za pomocą nożyczek. Ścinaliśmy kłosy po nocy, suszyliśmy wyłuskane ziarno i mełliśmy na żarnach" a "asystowanie i pomoc przy karmieniu świń stwarzała okazję do podebrania świniom kilku garści pośladów z prosa. Był to ostatni gatunek pośladu - plewy z domieszką zepsutych i drobnych ziaren oraz nawozu ptasiego, gdyż w magazynach pełno było wróbli, ale i to było dla nas wtedy dobre!" Januszkiewicz wyraźnie zaznacza, że zagrożenie to było udziałem całej społeczności wiejskiej, z wyjątkiem kołchozowych notabli okradających pracowników - "Dla zabicia uczucia głodu mieszkańcy (....) wyrabiali ... "gumę do żucia", tzw. żwagę. Gotowało się pocięte na drobne paseczki kalosze z dodatkiem soli i żywicy z drzew wiśniowych lub śliw, którą przywiózł ktoś zza Uralu. Po wielu godzinach gotowania powstawała z tego czarna, elastyczna masa, którą po stygnięciu dzieliło się na kawałki i producenci żuli ją pracowicie, aż uzyskiwała pożądaną konsystencję. Wtedy ugniatano ją w kulki wielkości piłeczek do ping-ponga i sprzedawano amatorom po 1 rublu za sztukę. Były okresy, że cała wieś żewała żwaku. I pytali jedni drugich: "Choczesz pożewatsa?" albo: "Daj-ka pożewatsa!"

To co zwraca uwagę w książce Januszkiewicz to, jakby mimowolne potwierdzenie świadectw widocznych także u innych autorów z kręgu literatury łagrowej. Bo czyż list, w którym jeden ze znajomych rodziny wyjaśnia przyczyny, dla których nie chce jej ściągnąć do armii Andersa nie przywodzi na myśl "Na nieludzkiej ziemi" Czapskiego? - a "pisał, że najbliższe okolice obozów Polskiej Armii zmieniły się najpierw w obozowisko umierających z głodu polskich zesłańców, którzy przyjechali tan na własną rękę z nadzieją ocalenia i odnalezienia bliskich, a znaleźli głód, nędzę i tyfus, który zdziesiątkował to nieszczęsne zbiorowisko i zamienił ich obozy w olbrzymie cmentarze bezimiennych grobów (...)."? Z kolei opis epidemii tyfusu, kojarzyć się może z powieścią Czuchnowskiego. Wreszcie opisywane w "Kazachstanie" przypadki wydawałoby się, inteligentnych ludzi ale którzy przeszli komunistyczne pranie mózgu i którzy nie mogli zrozumieć, że zostali sprowadzanie do roli nic nie znaczącego przedmiotu w rękach ludzi, dla których ich życie nie ma żadnej wartości przywodzi na myśl początkową postawę Ginzburg ze "Stromej ściany" tyle, że w przeciwieństwie do niej nie doznali "iluminacji" i nie zrozumieli czym w istocie była ideologia, w którą ślepo uwierzyli.

Jedna z lektur obowiązkowych. Polecam.

niedziela, 24 listopada 2013

Ferdydurke, Witold Gombrowicz

Nie dawno, przy okazji postu o wierszu Kazimierza Wierzyńskiego, Beata wspomniała o tomie poezji "Czarny polonez" Wierzyńskiego wydanym przez Instytut Literacki w Paryżu. Dzisiaj książki tego nieistniejącego już legendarnego wydawnictwa, które w czasach "komuny" nobilitowały jako "owoc zakazany" każdą szanującą się domową bibliotekę nie budzą już takich emocji. Wiadomo - można wydać co się i co się chce czytać. Ja jednak do "Biblioteki Kultury" wydawanej przez Instytut z charakterystyczną okładką z deseniem płóciennego worka mam duży sentyment, za sprawą osobistych przeżyć. 


Jedną z pierwszych książek z tej serii, która do mnie trafiła było "Ferdydurke" Gombrowicza, nie miałem już wówczas 16 lat ale i do trzydziestki sporo mi brakowało ale książka zrobiła na mnie wrażenie bo opisywała to, co sam pamiętałem z nie tak dawnej jeszcze przeszłości. Dzisiaj gdy znacznie bliżej mam do wieku profesora Pimki ciągle wydaje mi się, że "Ferdydurke" niewiele straciła ze swojej aktualności a z całą pewnością była aktualna w moich latach szkolnych.

To były czasy gdy do chwalebnych wyjątków należeli ci nauczyciele, których nie obejmowało Gombrowiczowskie "ciało pedagogiczne" te "najtęższe głowy w stolicy", z których żadna "nie ma jednej własnej myśli (...). To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna."

Nie wiem z czego wynika to ponadczasowe belferskie dążenie do przykrojenia młodego pokolenia do jednego, z góry narzuconego, słusznego szablonu, ta niechęć do potraktowania młodzieży na serio, jako partnerów w dyskusji, mających prawo do własnego, samodzielnego zdania. Mam wrażenie, że "temat wypracowania domowego. "Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza w nas zachwyt i miłość?"" jest "wiecznie żywy" a następcy profesora Bladaczki ciągle oczekują w odpowiedzi na zadany temat jedynie wyuczonych sloganów. W szkole Gombrowicza samodzielne myślenie ucznia i nawet nie tyle niechęć co niemożność/nieumiejętność zrozumienia klasyki - "Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?" - nie ma szans sensowną ripostę i pracę u podstaw. Co najwyżej oznacza tylko problem dla oportunisty, który ma przecież "żonę i dziecko". Ale to w końcu nic dziwnego skoro szkoła nie kształtuje człowieka myślącego a infantylne intelektualnie klony i jest miejscem, w którym "pupa" zwycięża "dupę".

Z tym "niezrozumieniem" klasyki współbrzmi krytyka kanonu literackiego - "wspominałem owe piękne, romantyczne lub klasyczne zbrodnie, gwałty, wyłupianie oczu w poezji i w prozie - masło z konfiturą, to wiem, że jest straszne, a nie wspaniałe i piękne zbrodnie u Szekspira.", która upomina się o "zwykłość tematyki", która korespondowałaby z tym co czytelnik widzi dookoła siebie, a jednocześnie kwestionowanie szczególnej roli twórców i ich pretensje do sprawowania "rządu dusz". Wreszcie obrywa się tym, którzy tylko wtórnie, odtwórczo żyją z literatury, osławionym ciotkom, ciotkom kulturalnym, tych ćwierć-autorkom i doczepionym pół-krytyczkom, wypowiadającym "sądy swe po czasopismach. Gdyż kulturę świata obsiadło stado babin przyczepionych, przyłatanych do literatury, niezmiernie wprowadzonych w wartości duchowe i zorientowanych estetycznie, najczęściej z jakimiś swoimi poglądami i przemyśleniami (...)."

Nie ma co ukrywać, "Ferdydurke" stanowi zamach na przyjęte ogólnie wartości "niedługo zdamy sobie sprawę, że już nie to jest najważniejsze: umierać za idee, style, tezy, hasła, wiary; i nie to także: utwierdzać się w nich i zamykać; ale co innego, ale to: wycofać się o krok i zdobyć dystans do wszystkiego, co nieustannie wydarza się z nami." Taki dystans mógł być przydatny w polskim piekiełku lat międzywojennym, tym "odzyskanym śmietniku" jak pisał Kaden-Bandrowski, w którym  "dziesiątki koncepistów, doktrynerów, demagogów i agitatorów przerabiają i urabiają, zasiewając swoje koncepcje, poglądy, doktryny, idee, a wszystkie specjalnie uproszczone i przyrządzone dla maluczkich" a spory ideologiczne okazywały się całkowicie jałowe - "Analiza właściwie zwyciężyła ale cóż z tego? Zupełnie nic. Mogła równie dobrze zwyciężyć synteza i też by z tego nic nie było." Ale wkrótce po ukazaniu się "Ferdydurke" wybuchła II wojna światowa i rozpoczęła się w Polsce okupacja niemiecka a później nastała "komuna" a w odniesieniu już do tych lat "wycofanie się o krok" i "zdobycie dystansu" brzmią mocno dwuznacznie, choć z drugiej strony trudno mieć do Gombrowicza pretensje o to, że nie przewidział tego, czego także i nikt inny nie przewidywał.

Drugą po szkole instytucją, która poddana została krytyce, jest dom w jego "ekstremalnych" przejawach. Na jednej szali mamy dom "nowoczesny" w sferze deklaracji głoszących, że "Kult dziewictwa ustał! My, inżynierowie konstruktorzy nowej rzeczywistości społecznej, nie uznajemy kultu dziewictwa dawnych hreczkosiejów",  które okazują się tylko pozą, wychodzącą na jaw kiedy zostaną naruszone stare, dobre konwenanse. Zajmującym się "feministyczną dekonstrukcją" pozostawiam analizę opresyjnych reguł społecznych, zgodnie z którymi "dziewczyna (...) idzie do starego, ponieważ jest pensjonarką ... Dziewczyna, (...) która oddaje się młodemu, ponieważ jest nowoczesna ...". Na drugiej zaś dla przeciwwagi postawiony został tradycyjny dom szlachecki, anachroniczny i zakłamany, w którym "odwieczna hierarchia opierała się na dominacji części pańskich i był to system natężonej i feudalnej hierarchii, gdzie ręka pana równała się gębie sługi, a noga wypadała w pół chłopa. Hierarchia ta była pradawna. Układ, kanon i prawo odwieczne. Była to klamra mistyczna spajająca części w powyższym układzie mogli państwa państwo dotykać się i stykać z chamstwem."

Wyobrażam sobie, co to musiało się dziać gdy książka się ukazała, dzisiaj paradoksalnie, choć mu się przeciwstawiała, sama jest częścią kanonu, a co gorsza nawet szkolną lekturą, co pamiętając przypadek Gałkiewicza, nie wróży jej dobrze wśród uczniów a szkoda.