poniedziałek, 1 grudnia 2014

Kazachstan, Maria Januszkiewicz (Grażyna Jonkaytys-Luba)

Przyznaję, że do takich książek jak "Kazachstan" Marii Januszkiewicz czy "Po wyzwoleniu 1944-1956" Barbary Skargi podchodziłem z pewną nieufnością, mimo że to jedne z ważniejszych książek nurtu literatury łagrowej. Na ich niekorzyść przemawiał upływ czasu pomiędzy przeżyciami a powstaniem zapisków, które je opisują, co wiąże się z "obudowaniem" pamięci o refleksje powstałe już z perspektywy upływu czasu, a przez to ich autentyzm nie wydaje się już tak silny jak w przypadku świadectwa spisywanego na gorąco albo tuż po. Z drugiej jednak strony tego rodzaju książki pokazują jak silne i traumatyczne musiały być to przeżycia skoro ciągle, mimo upływu lat pozostawały żywe w pamięci, a ludzie którzy ich doświadczyli czują potrzebę ich utrwalenia i podzielenia się nimi z innymi.


Podchodziłem więc do "Kazachstanu" z pewną rezerwą, w której upewniały mnie w dodatku pierwsze strony książki, bo cóż, rodzinę Autorki spotykają bolesne ciosy ale nie doświadcza ona przecież tragedii, która jest udziałem innych. Czym w końcu jest konieczność opuszczenia domu w porównaniu ze śmiercią nowo narodzonego dziecka i porzuceniem go jak niepotrzebnej rzeczy. Ale szybko okazuje się, że deportacja zbiera obfite żniwo śmierci już nie wśród anonimowych ludzi, o których tylko od kogoś się tylko słyszało ale wśród tych, których Maria Januszkiewicz zna, a rezerwa czytelnika szybko znika.

"Kazachstan" z obfitego wyboru literatury łagrowej wyróżnia zbiorowy bohater, jakim jest rodzina Autorki, a której spiritus movens stanowi matka oraz zakotwiczenie w wierze, kulturze i tradycji, które zapewniają zachowanie tożsamości narodowej ("na progu naszego domu kończy się Sowiecki Sojuz") i poczucie godności. Przy tym, mimo wyraźnego zaznaczenie znaczenia tych wartości nie ma u Januszkiewicz egzaltowanych, bogoojczyźnianych tonów bo wspomina także, o także o mało chwalebnych zachowaniach wśród członków polskiej społeczności polskiej. I może tym wyraźniej widać, że to w rodzinnej solidarności scementowanej tymi wartościami można doszukiwać się recepty na przetrwanie (a przynajmniej jednego z jej istotnych składników) ludzi, którzy zostali zakwalifikowani jako "wragi naroda" a ich przyszłość na nowym miejscu została jasno, z góry określona "was na to zdies priwieźli sztob' wy podochli" (taki też tytuł nosi krajowe wydanie książki).

Jednak, paradoksalnie, to nie terror stanowił największe zagrożenie dla zesłanych, a surowość przyrody i "zwyczajna" ludzka niechęć, czasami podsycona prymitywną propagandą. Z czasem okazuje się, że rezerwa i niechęć wobec obcych, której doświadcza rodzina Januszkiewicz ustępują bo "ta niewielka społeczność, żyjąca w nieludzko trudnych warunkach, pozbawiona sentymentów i uczuć miłosiernych, umiała docenić naszą nieustępliwość w poszukiwaniu wyjścia z trudnych sytuacji, nie opuszczającą nas - pomimo wszystko - pogodę ducha i niezwykłą życzliwość naszej Mamy w stosunku do ludzi."

Na próżno w "Kazachstanie" szukać czaru rosyjskiej wsi, tak lansowanego w kulturze rosyjskiej/radzieckiej, od Tołstoja po Szukszyna. To wieś znacznie bliższa tej jaką opisywał Bunin, brutalna i prymitywna, a która w swym prymitywizmie, z perspektywy czasu, może niekiedy wydawać się nawet śmieszna, jak wówczas gdy Autorka wspomina, że "przy sadzeniu kartofli - ponieważ nosiłyśmy dość krótkie sukienki - wyszło na jaw, że nosimy majtki. Był to powód do ogólnej radości kobiet w kołchozie. Początkowo mówiły, że majtki noszą tylko ladacznice, w końcu przekonały się do nas, poznawszy nasz tryb życia, wciąż jednak oglądały szczegółowo naszą bieliznę, a cudowaniom się i dziwieniom nie było końca." Uśmiech jednak szybko znika z twarzy czytelnika i te wiejskie kobiety nie są już śmieszne, gdy czyta się, że "gospodynie zaprzęgały się same po dwie do pługa, a trzecia pługiem kierowała ... Tak w noce księżycowe orały kobiety sobie swoje ogrody!"

Tym co dominuje w "Kazachstanie" jest fizyczna walka o przetrwanie, z jak najbardziej realną perspektywą śmierci głodowej - "głód był we wsi coraz dotkliwszy. Kiedy zboża dojrzały - ratowaliśmy się po trochu, urządzając prywatne "żniwa" za pomocą nożyczek. Ścinaliśmy kłosy po nocy, suszyliśmy wyłuskane ziarno i mełliśmy na żarnach" a "asystowanie i pomoc przy karmieniu świń stwarzała okazję do podebrania świniom kilku garści pośladów z prosa. Był to ostatni gatunek pośladu - plewy z domieszką zepsutych i drobnych ziaren oraz nawozu ptasiego, gdyż w magazynach pełno było wróbli, ale i to było dla nas wtedy dobre!" Januszkiewicz wyraźnie zaznacza, że zagrożenie to było udziałem całej społeczności wiejskiej, z wyjątkiem kołchozowych notabli okradających pracowników - "Dla zabicia uczucia głodu mieszkańcy (....) wyrabiali ... "gumę do żucia", tzw. żwagę. Gotowało się pocięte na drobne paseczki kalosze z dodatkiem soli i żywicy z drzew wiśniowych lub śliw, którą przywiózł ktoś zza Uralu. Po wielu godzinach gotowania powstawała z tego czarna, elastyczna masa, którą po stygnięciu dzieliło się na kawałki i producenci żuli ją pracowicie, aż uzyskiwała pożądaną konsystencję. Wtedy ugniatano ją w kulki wielkości piłeczek do ping-ponga i sprzedawano amatorom po 1 rublu za sztukę. Były okresy, że cała wieś żewała żwaku. I pytali jedni drugich: "Choczesz pożewatsa?" albo: "Daj-ka pożewatsa!"

To co zwraca uwagę w książce Januszkiewicz to, jakby mimowolne potwierdzenie świadectw widocznych także u innych autorów z kręgu literatury łagrowej. Bo czyż list, w którym jeden ze znajomych rodziny wyjaśnia przyczyny, dla których nie chce jej ściągnąć do armii Andersa nie przywodzi na myśl "Na nieludzkiej ziemi" Czapskiego? - a "pisał, że najbliższe okolice obozów Polskiej Armii zmieniły się najpierw w obozowisko umierających z głodu polskich zesłańców, którzy przyjechali tan na własną rękę z nadzieją ocalenia i odnalezienia bliskich, a znaleźli głód, nędzę i tyfus, który zdziesiątkował to nieszczęsne zbiorowisko i zamienił ich obozy w olbrzymie cmentarze bezimiennych grobów (...)."? Z kolei opis epidemii tyfusu, kojarzyć się może z powieścią Czuchnowskiego. Wreszcie opisywane w "Kazachstanie" przypadki wydawałoby się, inteligentnych ludzi ale którzy przeszli komunistyczne pranie mózgu i którzy nie mogli zrozumieć, że zostali sprowadzanie do roli nic nie znaczącego przedmiotu w rękach ludzi, dla których ich życie nie ma żadnej wartości przywodzi na myśl początkową postawę Ginzburg ze "Stromej ściany" tyle, że w przeciwieństwie do niej nie doznali "iluminacji" i nie zrozumieli czym w istocie była ideologia, w którą ślepo uwierzyli.

Jedna z lektur obowiązkowych. Polecam.

18 komentarzy:

  1. A mnie to nie dziwi, że pisali swoje wspomnienia po wielu latach. Zapewne bali się, że trafią do łagru. Woleli nie zadzierać z władzami radzieckimi...
    A te przeżycia, tak jak piszesz, musiały być traumatyczne i mimo upływu lat wciąż żywe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy to tylko tak działało, przecież wspomnienia Januszkiewicz zostały wydane w 1981 r. przez "Kulturę" paryską więc Autorka mogła się wówczas obawiać, może nie trafienia do łagru ale na pewno utrudnianie życia a jednak książkę zdecydowała się wydać. To że do '89 takie książki nie miały szans by się u nas ukazać pewnie też jakąś rolę odgrywało.

      Usuń
    2. A właściwie dlaczego zaliczasz tę książkę do literatury obozowej? Czy autorka jej nie została po prostu deportowana 13 kwietnia 1940 i nie trafiła do kołchozu?

      Usuń
    3. Miałem tego rodzaju wątpliwość, podobnie zresztą jak i przy Czuchnowskim i tak jak wspominałem w poście skala dramatu wydawała mi się na początku nie ta. Ale w trakcie lektury widać, że ta "po prostu" deportacja i praca w kołchozie to jeszcze jedna forma niewoli, tyle że nie za drutami ale w której zagrożenie śmiercią również było jak najbardziej realne. Niewola pozostaje niewolą.

      Usuń
    4. Owszem, to forma niewoli, a jednak nie łagier, dlatego zaliczanie tych książek do literatury obozowej to przesada. Ja określam je jako pamiętniki deportowanych.

      Usuń
    5. I oczywiście masz rację.

      Usuń
    6. Nie chodzi mi o to, by moje było na wierzchu, ale pierwszy raz spotykam się z zaliczaniem do literatury obozowej książek, których bohaterowie nie przebywali w obozie. Ale może jakiś historyk się wypowie w tej kwestii.

      Usuń
    7. Nie wiem czy tu jakikolwiek zagląda, zresztą i tak zapewne byłby Twojego zdania, którego słuszność, jak już napisałem, uznaję.

      Usuń
    8. Zaglądają, zaglądają. Zacofany w lekturze jest bardzo dobry w historii.

      Usuń
    9. No proszę, nie wiedziałem że ZwL jest historykiem, jak to człowiek zawsze dowiaduje się czegoś nowego o innych.

      Usuń
  2. A ja pierwszy raz słyszę o tej książce, a to przecież tak ważna tematyka (niezależnie czy to literatura łagrowa, czy pamiętniki deportowanych).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale może za to obiło Ci się o uszy krajowe wydanie "was na to zdies priwieźli sztob' wy podochli", które było już pod prawdziwym nazwiskiem Autorki - Grażyna Jonkajtys-Luba. Inna rzecz, że w powszechnym odbiorze istnieje tak naprawdę tylko "Inny świat" i "Na nieludzkiej ziemi" ale z literaturą dotyczącą niemieckich obozów też nie jest lepiej. Tam z kolei istnieje tylko Borowski i Szmaglewska.

      Usuń
    2. Nie jest chyba tak źle jak to przedstawiasz. To że w szkole niewiele więcej wbijają o głowy , choć akurat nie Szmaglewską a Nałkowską, nie znaczy że nikt nie drąży nie poszukuje na własną rękę. Jesteś tego najlepszym przykładem.

      Usuń
    3. Wcale nie uważam, że jest źle Herling-Grudziński i Czapski czy Borowski, Szmaglewska albo Nałkowska w swoich kategoriach należą przecież do najlepszych. Temu, że literaturze obozowej, w jakiejkolwiek odmianie nie towarzyszy zbyt wielkie zainteresowanie niespecjalnie się dziwię, nie można przecież tylko tym żyć. Ważne jest, żeby ludzie wiedzieli że w ogóle jest coś takiego i mieli świadomość, że nie są to bajki ale świadectwo ludzkich doświadczeń.

      Usuń
  3. Zapraszam po Libster Blog Award :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) trochę tylko ochłonę po wcześniejszych odpowiedziach i już siadam do Twoich pytań :-)

      Usuń
  4. Książka warta czytania...to prawda....by pogłębić sobie świadomość tego co naszych rodaków spotkało na wschodzie i by o tym pamięć nie zaginęła....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zginąć na pewno nie zginie, bo jest przecież duży wybór literatury dotyczącej losów Polaków na Wschodzie, inna rzecz, że niekoniecznie budzą zainteresowanie wśród czytelników.

      Usuń