Nie wszystko złoto co się świeci - nie sądziłem, że to powiedzenie będzie miało też zastosowanie do książki, i to książki nie byle jakiej. Historia jej wydania w Niemczech zasługuje na osobną opowieść, dość powiedzieć, że wydana w Holandii w 1936, ukazała się w Polsce szybciej (1957) niż RFN (1981), gdzie są zakazał jej druku na wniosek syna głównego bohatera powieści. Szczyt powodzenia powieść przeżyła na początku lat 80' na fali sukcesu filmu Istvána Sabó (wtedy też ukazało się drugie polskie wydanie w Klubie Interesującej Książki).
Dzisiaj, kiedy kurz już opadł - "pospolitość skrzeczy". Powieść Manna jest książką przeciętną, pisaną przez rozgoryczonego emigranta, który załatwia w ten sposób swoje porachunki. Cóż z tego, że autor stał po właściwej stronie barykady, jeśli jego zemsta od strony literackiej prezentuje się w średnio interesujący sposób. W "Mefiście" sprawa przedstawia się prosto, ten jest dobry a ten zły, ta robi dobrze a ta źle. To wszystko jest wyłożone jak kawa na ławę, czytelnik nie musi nad niczym się trudzić bo Mann podaje gotowe formułki. Trudno uniknąć wrażenia, że nad książką zaciążył jego osobisty stosunek do Gustafa Gründensa (powieściowego Hendrika Höfgena) i to chyba on, a może też zwyczajnie brak literackich zdolności na miarę ojca i wuja, sprawił że historia człowieka, który dla sukcesu zaprzedał się władzy i to jeszcze jakiej władzy nie brzmi zbyt poruszająco. Polityczne deklaracje, nawet nie wiadomo jak bardzo słuszne dotyczące rzeczywistości sprzed blisko 80 lat mocno dzisiaj wyblakły i nie budzą emocji, a świadomość że faszyzm był dobrowolnym wyborem większości niemieckiego społeczeństwa, z którego elity kulturalne nie są przecież wyłączone, jakoś słabo przebija się w powieści.
To co wydaje się interesujące nawet dziś to, mimo że "Mefisto" jest powieścią z kluczem, uniwersalność postaci głównego bohatera. Mann odsądza go od czci i wiary, Hendrik to człowiek, "całkowicie pozbawiony sumienia", "zły do szpiku kości", który należy "do tych, co z największą gracją potrafią skakać przez trupy", który "Kłamie zawsze i nie kłamie nigdy. Fałsz jest prawdą, to brzmi zawile, ale jest bardzo proste. Wierzy we wszystko i w nic nie wierzy. To aktor." Ale to nie do końca prawda. Bohater "Mefista" owszem, jest opętany żądzą sukcesu i sławy, gotów zrobić dla wiele ale jednak nie wszystko. Zdobywa się na odruchy, których trudno byłoby się po nim spodziewać. Być może "dla spokoju własnego sumienia. Jest ambitny, chciałby być czymś więcej niż dobrze zarabiającym komediantem; człowiek nie chce pogrążyć się całkiem w życiu, którym rzekomo pogardza, wówczas gdy w istocie jest pod jego urokiem", ale nie zmienia to faktu, że zdobywa się na gesty, które stawiają go w lepszym świetle.
Jasne jest, że dla Höfgena kariera jest najważniejsza. Trzeba mu przyznać, nie jest w swojej dziedzinie miernotą ani nie idzie na skróty. Jego talent i zaangażowanie są niekwestionowane, tyle że jak się okazuje nie wystarczają by się wybić dostatecznie mocno a on ciągle chce więcej i więcej. Czy to źle, czy ambicja, pragnienie sukcesu jest czymś złym, samym w sobie? Mann nie daje na to odpowiedzi. A Höfgen wie, że bez, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, układów niewiele zdziała. Tyle że początkowo postawił na złego konia - komunistów ale jemu jest obojętne z kim trzyma ,byleby tylko móc stać w blasku jupiterów. Można powiedzieć archetyp celebryty.
Ta rejterada z obozu przegranych do obozu zwyciężonych, zresztą jak cała postawa głównego bohatera jest interesująca dlatego, że wydaje się problemem uniwersalnym wcale nie związanym jedynie ze stosunkiem artystów do władzy Trzeciej Rzeszy. Aż ciśnie się na usta pytanie, jak cenzor w PRL mógł nie zauważyć drażliwości tematu podejmowanego przez Klausa Manna - na ile to, o czym pisze stosuje się do serwilizmu elit kulturalnych wobec władzy powojennej Polski. Gałczyński, Iwaszkiewicz, Broniewski, Tuwim, Andrzejewski itd., itd. by trzymać się tylko literatury. Drażliwe pytanie, na które ich adresaci chyba nigdy nie udzielili satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale jak to pisał Mann "sukces, najwyższe, nieodwołalne usprawiedliwienie każdej podłości, sprawił, że (...) zatracili wszelki wstyd".
To co wydaje się interesujące nawet dziś to, mimo że "Mefisto" jest powieścią z kluczem, uniwersalność postaci głównego bohatera. Mann odsądza go od czci i wiary, Hendrik to człowiek, "całkowicie pozbawiony sumienia", "zły do szpiku kości", który należy "do tych, co z największą gracją potrafią skakać przez trupy", który "Kłamie zawsze i nie kłamie nigdy. Fałsz jest prawdą, to brzmi zawile, ale jest bardzo proste. Wierzy we wszystko i w nic nie wierzy. To aktor." Ale to nie do końca prawda. Bohater "Mefista" owszem, jest opętany żądzą sukcesu i sławy, gotów zrobić dla wiele ale jednak nie wszystko. Zdobywa się na odruchy, których trudno byłoby się po nim spodziewać. Być może "dla spokoju własnego sumienia. Jest ambitny, chciałby być czymś więcej niż dobrze zarabiającym komediantem; człowiek nie chce pogrążyć się całkiem w życiu, którym rzekomo pogardza, wówczas gdy w istocie jest pod jego urokiem", ale nie zmienia to faktu, że zdobywa się na gesty, które stawiają go w lepszym świetle.
Jasne jest, że dla Höfgena kariera jest najważniejsza. Trzeba mu przyznać, nie jest w swojej dziedzinie miernotą ani nie idzie na skróty. Jego talent i zaangażowanie są niekwestionowane, tyle że jak się okazuje nie wystarczają by się wybić dostatecznie mocno a on ciągle chce więcej i więcej. Czy to źle, czy ambicja, pragnienie sukcesu jest czymś złym, samym w sobie? Mann nie daje na to odpowiedzi. A Höfgen wie, że bez, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, układów niewiele zdziała. Tyle że początkowo postawił na złego konia - komunistów ale jemu jest obojętne z kim trzyma ,byleby tylko móc stać w blasku jupiterów. Można powiedzieć archetyp celebryty.
Ta rejterada z obozu przegranych do obozu zwyciężonych, zresztą jak cała postawa głównego bohatera jest interesująca dlatego, że wydaje się problemem uniwersalnym wcale nie związanym jedynie ze stosunkiem artystów do władzy Trzeciej Rzeszy. Aż ciśnie się na usta pytanie, jak cenzor w PRL mógł nie zauważyć drażliwości tematu podejmowanego przez Klausa Manna - na ile to, o czym pisze stosuje się do serwilizmu elit kulturalnych wobec władzy powojennej Polski. Gałczyński, Iwaszkiewicz, Broniewski, Tuwim, Andrzejewski itd., itd. by trzymać się tylko literatury. Drażliwe pytanie, na które ich adresaci chyba nigdy nie udzielili satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale jak to pisał Mann "sukces, najwyższe, nieodwołalne usprawiedliwienie każdej podłości, sprawił, że (...) zatracili wszelki wstyd".
