wtorek, 27 grudnia 2016

Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell

Wow! To jest dopiero powieść, to jest dopiero romans! Do "Przeminęło z wiatrem" mam specjalny stosunek za sprawą rodzinnej opowiastki mojej Mamy, co prawda dotyczącej nie książki lecz filmu (wersji z Vivien Leigh i Clarkiem Gable) ale nawet gdyby nie to, powieść Margaret Mitchell i tak stanowiłaby pierwszorzędny dowód na to, że romans wcale nie musi obrażać dobrego smaku i inteligencji czytelnika. Co prawda lista książek tego rodzaju jest długa: "Anna Karenina", "Cierpienia młodego Wertera", "Cichy Don", "Czerwone i czarne", "Duma i uprzedzenie", "Lalka", "Niebezpieczne związki", "Portert damy", "Wichrowe wzgórza", "Wiek niewinności" itd., itd., itd. Ale jakby tej listy nie wydłużać, nie ulega wątpliwości, że zawsze i to w czołówce byłoby na niej "Przeminęło z wiatrem".


Oczywiście, że można chwilami przecierać oczy ze zdumienia, zwłaszcza gdy czytelnik dowiaduje się (i jest w tej wiedzy wielokrotnie upewniany) jakim to nieszczęściem dla Murzynów było zniesienie niewolnictwa i jak dobrze byli traktowani w Georgii przez swych właścicieli, a sama Georgia przed wojną secesyjną była krainą mlekiem i miodem płynącą, którą zniszczyli źli Jankesi (przedstawiani tak, jakby jadali małe dzieci na śniadanie). Nie da się ukryć, chwilami apologia Południa budzi konsternację ale przecież, to co w książce najważniejsze to romans wszechczasów Scarlett domo O'Hara i Retta Butlera, przebijający wszystko co wcześniej w tej dziedzinie w literaturze wymyślono i wymykający się próbom standaryzacji. Niby jest jasne od początku, że coś między tymi dwojga będzie się działo ale okazuje się, że im dłużej czytelnik ich poznaje, to tym bardziej ich relacje odbiegają od tego, czego można byłoby się spodziewać i do czego przyzwyczaiły nas klasyczne, że tak powiem, romanse. Margaret Mitchell udało się stworzyć pełnoplastyczne, żywe postacie, które swoim postępowaniem wymykają się jednoznacznym ocenom.

Taka Scarlett, początkowo trochę śmieszy, trochę irytuje ze swoim zachowaniem "słodkiej idiotki" dopisującej do swojej listy wielbicieli kolejne "ofiary", nieświadomie idąc śladem matki "na złość babci odmraża sobie uszy" i z zawiedzionej miłości wychodzi za mąż za pierwszego lepszego, który się napatoczył, a potem żyje ułudą miłości i ze zranionym sercem. Tyle, że o ile matka mogła się sprawdzić i znaleźć ucieczkę od codzienności w filantropii, to przed córką stanęło zadanie nieporównanie trudniejsze. To już nie jest "zachciewajka" zamożnej, nudzącej się plantatorki, usiłującej nadać sens swemu życiu ale walka o przetrwanie, której wynik wcale nie jest oczywisty. W tej walce poznajemy zupełnie inną kobietę, godną szacunku za determinację i pracowitość ale też tracącą sympatyczne rysy w dążeniu do celu.

O ile można ją z bezwzględności wobec domowników w Tarze usprawiedliwić, to nie da się jednak bronić jej postępowania w dziedzinie, która okazuje się dla niej drugo- a może i trzeciorzędna. Chodzi o macierzyństwo - w którym nie sprawdza się na całej linii, a co trudno jest w gruncie rzeczy zrozumieć, biorąc pod uwagę jej przywiązanie do rodzinnej posiadłości. Nawet ona tak twardo stąpająca po ziemi i żyjąca dniem dzisiejszym powinna zdawać sobie sprawę z własnej śmiertelności - jakie znaczenie może mieć ochrona stanu posiadania, jeśli nie widzi się przyszłości. Traktując Tarę jako coś trwałego, stanowiącego wartość samą w sobie i jednocześnie traktując obowiązki macierzyńskie jako zło konieczne, godzi się mimowolnie na przejście Tary w obce ręce, ale tego jej rozumek nie ogarniający "metafizycznych" i "abstrakcyjnych" problemów nie pojmuje.

A Rett? - ten uroczy cynik, łamacz damskich serc, który pod skorupą cynizmu i bezwzględności ukrywa odwagę, bohaterstwo, szlachetność i miłość. Nie da się ukryć, że choć to on w tym związku zawsze miał pozycję dominującą, to w porównaniu ze Scarlett wypada trochę cukierkowato. Wiadomo, nigdy nie przekroczy tej ostatecznej granicy i nie okaże się świnią par excellence. Zaskakuje dopiero w finale "wyzwalając się na niepodległość" tyle, że to decyzja poniewczasie i tym razem błędna (bodajże czy nie jest to jego jedyna pomyłka w relacjach ze Scarlett) bo podjęta wówczas, gdy do Scarlett wreszcie dotarła prawda o jej "obiekcie cichych westchnień". Ale tu znowu okazuje się, jaka to z niej twarda sztuka, widać że niezależnie od tego jak ułożą się jej relacje z mężem da sobie radę w życiu - z nim lub bez niego. Ale co się dziwić, w końcu jakby nie było "Przeminęło z wiatrem" to powieść feministyczna, co tym razem wcale, jak się okazuje, książce nie szkodzi.

Co tu dużo mówić - rewelacja!

czwartek, 22 grudnia 2016

Wesołych Świąt

Wszystkim, którzy tu zaglądają,
obojętnie, często czy rzadko, specjalnie czy przypadkowo,
z okazji Świąt Bożego Narodzenia, 
życzę zdrowia, szczęścia 
i książek pod choinką 
                                                                                   Marlow


wtorek, 20 grudnia 2016

Córka Tuśki, Gabriela Zapolska

Jaka szkoda, że Gabrieli Zapolskiej zabrakło talentu powieściopisarskiego. To mogła być świetna książka obyczajowa bijąca na głowę choćby Sienkiewiczowskie próby zmierzenia się z ówczesnymi problemami społecznymi, a wyszła ramotka, chwilami sentymentalna do bólu, z dydaktycznym zacięciem, wymagająca dzisiaj od czytelnika sporego samozaparcia.


Szkoda, naprawdę szkoda, bo Zapolska przedstawia obraz rodziny początków XX wieku z jej problemami, które wcale nie są tak odległe od tego na co dzisiaj zwraca uwagę literatura feministyczna. To jakby rozwinięcie "Moralności pani Dulskiej" przynajmniej jeśli chodzi o niektóre wątki. Dramat małżonków, którzy duszą się w swoim małżeństwie. Zachowując pozory mieszczańskiej stateczności prowadzą podwójne życie, znajdując w nim bezpiecznik od codziennych męczarni przebywania we własnym towarzystwie. Ona to niewydarzona Emma Bovary, on - "zbuntowany" Felicjan Dulski, każde z nich podejmuje grę wobec drugiej osoby ale te ich gierki mają swoją granicę. Żadne z nich nie odważy się na jasne postawienie sprawy. Wiedzą, że jest źle, ale zdają sobie sprawę, że byłoby jeszcze gorzej; widmo skandalu, katastrofy majątkowej, to jest to co ich trzyma razem. To nawet nie są źli ludzie, tylko że przerosła ich proza życia.

Miłość, jeśli wo ogóle między nimi kiedykolwiek była szybko wygasła, okazuje się, że wspólne życie to nieporozumienie, prowadzą je bo tak wypada ale nie tego po sobie oczekiwali, nie tak miało być. Może gdyby jeszcze potrafili ze sobą rozmawiać i chcieli się wzajemnie zrozumieć - ale oni trwają na z góry upatrzonych pozycjach, wraz ze swoimi urazami i niemożliwością zrozumienia drugiej strony. Pewnie gdyby wiedzieli o sobie od początku to, co wiedzą po kilkunastu latach po ślubie, nigdy by się nań nie zdecydowali. Ale stało się i jakoś trzeba dalej w to brnąć.

Ale to nie rodzice grają w powieści pierwsze skrzypce lecz ich jedyna córka, chowana pod korcem, zaskakująco niewinna i naiwna jak na atmosferą, w której żyje, odpowiednik Meli z "Moralności pani Dulskiej".  Zaskakujące, że jej bracia, też przecież wychowywani w tym samym domu i tak różni od siebie widzą i rozumieją znacznie więcej. Wkraczają w okres młodzieńczego buntu i bezkompromisowego, czarno-białego widzenia świata, gdzie nie ma nic połowicznego, żadnych szarych odcieniu ale naiwne przekonanie, że na każde pytanie można odpowiedzieć tak albo nie, albo - albo. A ona - nie, to błędna owca, zupełnie nie rozumiejąca tego co dzieje się na jej oczach, uciemiężona niewinność, tyle że nie przez złego władcę ale przez własną matkę, która miota się pomiędzy pragnieniem miłości a zachowaniem pozorów mieszczańskiej moralności.

Dziwna sprawa, że Zapolska opisując zakłamaną atmosferę przeciętnej (?) mieszczańskiej rodziny, sympatyzując z niektórymi jej członkami, choć ich postępki nie zawsze zasługują na pochwałę, to jednocześnie zaprogramowana jest na niechęć do stanu niższego, tak jakby był on dla niej, z definicji gorszy. Widać to zwłaszcza w przypadku romansu głowy rodziny. Ma się wrażenie, że Zapolska jakoś rozumie jego chęć ucieczki w "stosunki" z domową krawcową a jednocześnie wyraźnie jej antypatię w odniesieniu do jego kochanki. Jej uczucie sprowadza się do wyrachowanej chęci wyciągnięcia korzyści z omotania "pana". O ile Hanka w "Moralności pani Dulskiej" walczy o swoje dopiero, gdy zostaje skrzywdzona, to Władka od początku wie, że musi per fas et nefas wyszarpać innym to co jej się należy. Ale to potępienie kobiety, która stara się wydobyć na powierzchnię wychodzi w "Córce Tuśki" słabo, bo czytelnikowi trudno pogodzić się z dychotomią: nic nierobiąca pani domu i szwaczka chwytająca się każdego sposobu byleby tylko poprawić swój ubogi byt.

Nie wiem na ile powieść Zapolskiej oddaje realia epoki, nawet jeśli niektóre wątki wydają się niewiarygodne i postawa bohaterów infantylna, to sama w sobie mogłaby się mieć i dzisiaj całkiem nieźle gdyby tylko Zapolska poskromiła swoją emfazę i moralizatorskie zapędy. 

piątek, 16 grudnia 2016

Głód, Knut Hamsun

Mogła być to kiedyś szokująca lektura, ale dzisiaj, po doświadczeniach masowych śmierci głodowych Wielkiego głodu na Ukrainie i II wojny światowej Knut Hamsun nie jest w stanie zaskoczyć współczesnego czytelnika. Co tu zresztą pisać o braku zaskoczenia, gdy tak naprawdę "Głód" irytuje, a przecież nie powinien, bo jakże to, żeby dramat staczającego się w nędzę człowieka mógł irytować?! A jednak! 


Bo jakoś nie do końca przekonuje opis głodu, w którym walczy on o lepsze z dumą głównego bohatera powieści. Poczucie dumy, próba zachowania godności, także za cenę kłamstwa (to w końcu niezbyt wygórowana cena) nie jest niczym nagannym. Próba zachowania pozycji społecznej i obrony przed deklasacją raczej pozytywnie świadczy o człowieku. Ale kładąc na szali uczucie głodu oraz ludzką godność i mając w pamięci doświadczenia, o których już wspomniałem wcześniej, a o których Hamsun nie mógł nic wiedzieć, jest dla nas od początku oczywiste, na którą stronę przeważy się szala. Z naszego punktu widzenia przeżycia bohatera są więc tylko bezsensownym miotaniem się, z góry skazanym na klęskę. A ta klęska w postaci ostatecznej decyzji bohatera nie wydaje się jakimś boskim dopustem. Raczej zwycięstwem rozsądku, choć w opłakanych okolicznościach w dużej części zawinionych przez głównego bohatera "Głodu".

Pozostanie zagadką Hamsuna i jego postaci, dlaczego praca inna niż pisarska miała stanowić ujmę dla jego bohatera. Dlaczego nie mógł robić jednego i drugiego (skoro Martin Eden umiał to jakoś pogodzić, to dlaczego on by nie mógł?), skąd wreszcie przekonanie, że warunkiem koniecznym i jedynym pisarstwa jest wena a nie także mozolny trud. Jakim prawem ma żal do współobywateli, skoro i tak doświadczył ich litości?

A mówić szczerze, bohater Hamsuna szybciej niż litość wywołuje zdziwienie, jakim cudem tak niewiele w gruncie rzeczy robiąc we własnej sprawie staczał się w nędzę tak wolno. Widzimy przecież marudnego, roszczeniowego człowieka, o przesadnie wielkim mniemaniu na swój temat, który nie potrafi się zmobilizować do systematycznej pracy. Trudno do kogoś takiego nabrać sympatii i litować się nad nim. Chciałoby się raczej powiedzieć - "chłopie, weź się w garść i zacznij coś robić". I tak miał szczęście do ludzi, którzy dawali mu pokój i wyżywienie za darmo. Nie ma się co unosić nieuzasadnioną dumą i przekonaniem o swoich nadzwyczajnych walorach, jeśli okazuje się, że te walory nie mają specjalnej wartości w oczach innych. Może więc one rzeczywiście nie są jakieś nadzwyczajne. To więc, że w końcu do niego dociera, że czas się wziąć do roboty nie wydaje się czymś specjalnie tragicznym. Wreszcie!

"Głód" należy do najbardziej znanych książek Knuta Hamsuna i chyba w ogóle powieści skandynawskich pisarzy (z wyłączeniem, oczywiście, autorów skandynawskich kryminałów - ale tych nie liczę) ale daleko mu do miana najlepszej. Dzisiaj potraktowałbym ją raczej jako literacki dowód tamtych czasów, który może być ciekawy dla mieszkańców Oslo nie ze względu na przeżycia głównego bohatera powieści lecz topograficznych podróży po mieście, które on odbywa, ale żeby to docenić trzeba by się przeprowadzić do Oslo... 

środa, 14 grudnia 2016

Pierwsza polka, Horst Bienek

Są blogi, których autorki mają szczęście, każda książka, która wpada w ich ręce podoba się im. Ja do takich szczęściarzy nie należę, ale i tak nie mam powodów do narzekania, bo i mi czasami, tak jak ślepej kurze, trafia się ziarno. Tym razem miałem szczęście do pierwszej części słynnej "Tetralogii gliwickiej" Horsta Bienka. Nawet dzisiaj, gdy dawno minęły już czasy kiedy straszono nas rewizjonistami z "kręgów Hupki i Czaji" i gdy wydawałoby się, nie takie rzeczy widziało się w literaturze, jest to powieść, która robi wrażenie.


Może i po części dlatego, że Śląsk ma u nas "takie sobie" szczęście do literatury. Bo co mamy?prehistorycznego Morcinka, odpokutowującego (niesłusznie) obecnie swoją popularność w czasach "komuny" i może jeszcze "Godki śląskie", bo już traktowanie na serio "Dracha" Szczepana Twardocha to nieporozumienie. Cóż takiego oferuje Bienek? Ano, opis świata, który znał z autopsji, co w połączeniu z talentem prozatorskim już sprawia, że Gliwice i Śląsk Bienka można porównać z tym, czym Gdańsk dla Grassa (kto wie czy prowokacja gliwicka w "Pierwszej polce" nie miała być odpowiednikiem epizodu z Pocztą Polską w "Blaszanym bębenku) i Ełk oraz Prusy Wschodnie dla Lenza. Na dodatek Bienek w niczym im nie ustępuje, co sprawia, że dzielą go lata świetlne od tych pisarzy, którzy choć homines novi, to jednak usiłują "podpiąć się" pod nostalgię i ciekawość poznania przeszłości małych ojczyzn, w których przyszło im żyć, a których opis kończy się zwykle na wymienieniu niemieckich nazw ulic. 

U Bienka jest zupełnie inaczej, on opisując świat swojego dzieciństwa i młodości nie musi uciekać się do takich chwytów. Tak jak nie musi uciekać się, do epatowania seksem i brutalnością, bo ma do zaproponowania to co dla innych niedostępne - własną pamięć o czasie i miejscu, o którym pisze. I to jak pisze..., w sposób u nas dotychczas nieznany. Bo u nas, wiadomo, dobry Polak, zły Niemiec, powstania śląskie itp., itd. I przyzwyczajeni do tego typu narracji możemy przeżyć szok. Bo nie dość, że Niemiec wykorzystuje mający w naszej literaturze specjalne znaczenie motyw wesela, to jeszcze dla czasu akcji wybiera datę 31 sierpnia/1 września 1939 roku, a jakby tego nie było dosyć, ośmiela się kłuć w oczy postacią Wojciecha Korfantego.

Ale o dziwo, to wszystko jednak nie zmienia faktu, że na Śląsku Bienka (ściśle mówiąc w Gliwicach) można całkiem zwyczajnie żyć. Że sąsiedztwo i relacje polsko-niemieckie nie spędzają ludziom snu z powiek. Znacznie ważniejsze są problemy dnia codziennego, dla każdego z bohaterów na jego miarę. Nie jest to świat impregnowany na zewnętrzne okoliczności, na fakt, że Niemcami rządzi Hitler, z wszystkimi tego konsekwencjami, ale w "Pierwszej polce" ludzie są raczej biernymi odbiorcami, niż aktywnymi współtwórcami nazizmu. Jakoś próbują z tym żyć i wcale (choć są tu wyjątki) się z nim nie utożsamiają. Nie znaczy to, że Bienek relacje polsko-niemieckie przemilcza, powiedziałbym raczej, że zastępuje je poczuciem śląskiej tożsamości i odrębności (w niemieckim wydaniu) ponieważ  to ono jest najważniejsze. I tą śląskość w powieści się czuje, a przecież nie jest czymś nienachalnym, przyjmuje się ją u bohaterów jako coś naturalnego, jako stały, często chyba nie uświadamiany element ich życia. Bo przecież postacie Bienka będąc Ślązakami żyją tym, czym żyje każdy, niezależnie od tego gdzie jest jego miejsce na ziemi. Troska o zapewnienie bytu rodzinie, śmiertelna choroba, międzypokoleniowy konflikt, pierwsza miłość to nie jest zastrzeżone (albo wyłączone) dla jakiejś enklawy. A jednak trudno uzmysłowić sobie, że to tymi problemami a nie stałą troską o umacnianie "żywiołu narodowego", jakiejkolwiek by on nie był proweniencji, mogli żyć Ślązacy. A jednak...

Bez ukłonów w stronę literackich mód, w starym, dobrym stylu Horst Bienek pokazuje Śląsk zupełnie nam nieznany a przecież ma się przy tym nieodparte wrażenie, że jest to Śląsk prawdziwy. Jedna z lepszych książek, które ostatnio przeczytałem. Co tu dużo mówić, polecam i już szukam ciągu dalszego! 

niedziela, 4 grudnia 2016

Zbyt krótkie szczęście, Paweł Pollak

Pisanie opinii na temat książek Pawła Pollaka to ryzykowne zajęcie, ale niech tam, zaryzykuję jeszcze raz. Znowu wybrałem się do Wrocławia, a skoro tak, to co mogłem zabrać do pociągu jak nie powieść, której akcja we Wrocławiu właśnie się rozgrywa. Niedawno śledziłem perypetie Mocka, tym razem padło na komisarza Przygodnego. Trzeba przyznać, że w stosunku do pierwszej książki o nim, "Zbyt krótkie szczęście" prezentuje wyraźny postęp, czytelnik i główny bohater rozpoznają zabójcę przy końcu, a nie w połowie powieści. Warstwa kryminalna jest całkiem zręcznie i ciekawie przedstawiona, a czego więcej chcieć od dobrego kryminału.


Niestety, Autor uległ chyba jakiejś dziwnej, panującej u nas manierze i osadził akcję w "pogłębionym" tle psychologicznym i społecznym, co pewnie miało dodać książce realizmu ale wyszło, jak to zwykle bywa, "tak sobie". O ile można machnąć ręką na niewczesne wyrzuty sumienia głównego bohatera świeżo po rozwodzie, to trochę dziwacznie wypada postać kloszarda, który niczym średniowieczny święty z żalu po niespełnionej miłości wyzbywa się majątku i pielęgnuje pamięć o ukochanej na progu jej dawnej szkoły, nie mówiąc już o jego zażyłości z komisarzem policji.

Podobnie nieprzekonująco wypada postać przyjaciela komisarza Przygodnego, szefa działu kryminalnego lokalnej gazety. Obaj panowie z racji swych zajęć wzajemnie sobie pomagają (podobno) ale na pewno nie w "Zbyt krótkim szczęściu", a ściślej mówiąc dziennikarz nie pomaga komisarzowi, żadne bowiem z jego "odkryć" nie ma wpływu na znalezienie zabójcy. Co gorsza, czytelnicy śledzą przez ponad 100 stron koleje jednego z prywatnych śledztw dziennikarza, wiedząc od początku, jaki będzie jego rezultat, a nie da się ukryć, że nie jest to coś, co przykuwa do fotela. Niestety, postać redaktora Kuriaty powieści nie służy. I nie chodzi o to, że to antypatyczny, zadufany w sobie, dosyć prymitywny facet, którego zachowanie dalekie jest od poprawności politycznej, oględnie rzecz ujmując. Takim stworzył go Autor i już. Jakim jednak cudem dziennikarz z lokalnej gazety może pozwolić sobie na zakup samochodu za 350 tysięcy złotych? I jak to możliwe, że dziennikarz działu kryminalnego z dwudziestoletnim stażem, bywalec agencji towarzyskich (w celach służbowych oczywiście) znający grypserę nie wie co to alf (choć może się tego domyślić nawet z kontekstu prowadzonej rozmowy)? Ale co tu się dziwić dziennikarzowi, skoro komisarz policji z równie długim stażem, nic nie wie na temat homoseksualnej prostytucji. Itp. itd. Takie drobiazgi nie przydają, niestety, książce wiarygodności.

To co początkowo wydaje się zaletą książki - drobne złośliwości z humorystycznym zacięciem, z czasem przestaje bawić a niebezpiecznie zaczyna przypomina zwyczajne marudzenie i wygłaszanie jedynie słusznych poglądów na wszystko, począwszy od stanu wrocławskiej komunikacji miejskiej, poprzez ocenę kwalifikacji kobiet jako sędziów, przydatności policyjnych profilerów (czyżby kamyczek do ogródka konkurencji) a skończywszy na decyzji generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wydaje mi się to specjalnie ani odkrywcze, ani interesujące, nawet wówczas jeśli te enuncjacje wynikają z osobistych doświadczeń Autora (jak na przykład obowiązki tłumacza przysięgłego wobec policji), podobnie zresztą jak epizod, w którym daje upust swoim uczuciom (?) wobec nierzetelnego wydawcy. Wierni czytelnicy bloga Pawła Pollaka, jeśli tylko sięgną po książkę będę mieli okazję do własnego "śledztwa".

Druga książka o komisarzu przygodnym niestety obrosła w takie meandrujące dywagacje, podobnie jak i "złote myśli" w rodzaju "(...) ludzie to nie liczby, dwie cyfry są zawsze takie same, dwie kobiety nigdy." które nie sprzyjają "popychaniu" akcji do przodu. Nie ma co ukrywać, "Zbyt krótkiemu szczęściu" daleko do "Morderstwa w Orient Expresie", pewnie jak i innym współczesnym, polskim kryminałom, ale nie jest źle, na długą podróż pociągiem do Wrocławia i z powrotem może być. 

niedziela, 27 listopada 2016

Wierna rzeka, Stefan Żeromski

Trafiło mi się ocenzurowane wydanie "Wiernej rzeki". Sam Żeromski, mimo że wydał na nie zgodę, nie miał o nim najlepszego zdania, na szczęście ukazało się równocześnie z nią wersja pełna, tyle że przeznaczona dla czytelników z zaboru pruskiego i austriackiego. Przy okazji trafiłem też na informację o odnalezieniu czystopisu opowiadania i przekazania go Bibliotece Narodowej. A piszę o tym z dwóch powodów - pierwszy to asumpt do lektury "Wiernej rzeki", drugi to zjadliwa uwaga (chyba jak każdy anonimowy komentarz w internecie, ale nie pozbawiony, przynajmniej w części słuszności) do artykułu, który traktuje o odnalezieniu rękopisu "Wiernej rzeki", jako sensacji bibliofilskiej (zresztą słusznie) - "Z pewnością jest to sensacja w kręgach bibliofilskich, niestety tylko bibliofilskich. Proza Żeromskiego w dzisiejszej Polsce (...), nie jest dobrze odbierana. "Nie istnieje dziś ta inteligencja, o której autor "Ludzi bezdomnych" pisał i do której swoje teksty adresował. Nie ma dziś miejsca na mit inteligencki, na powinności, poczucie misji czy obowiązku społecznego i narodowego. A Żeromski jest bezkompromisowy: oczekuje poświęcenia, niezgody na zło i niesprawiedliwość, niesienia pomocy". Dziś mamy masowego odbiorcę (...) oraz roszczeniową klasę średnią, często źle wykształconą, a już na pewno źle wychowaną. O niskiej kulturze, choć starającą się być elitą społeczną. Iście pozytywistyczne przesłanie twórczości Żeromskiego, jego trzeźwe spojrzenia na otaczającą go rzeczywistość (...) sprawiają, że jest dziś na "indeksie" autorów "niepoprawnych politycznie". (...)".


Smutno się robi na myśl, że jedno z najlepszych opowiadań w historii literatury polskiej dogorywa czytelniczo. Swoje zrobiło piętno szkolnej lektury i "narodowej nudy". A przecież Żeromski w podstawowej warstwie opowiadania podejmuje temat, który gimbazie, zwłaszcza jej żeńskiej części powinien być bliski. Wszakże "Wierna rzeka" to romans i to jaki - nieszczęśliwy, a w dodatku mający swój zaczyn w faktach. Cóż za historia - on przychodzi i odchodzi, ona zostaje z rozdartym sercem. Na otarcie łez zostaje jej niewielka fortuna, która w gruncie rzeczy stanowi nie nagrodę za kilkumiesięczną opieką nad rannym lecz policzek w twarz, mający jednocześnie zagłuszyć wyrzuty sumienia ofiarodawczyni.

Tyle tylko, że po co mieszał w to niedzisiejsze wartości, honor ważniejszy od pieniędzy, dziewictwo w wieku dwudziestu dwóch lat, lojalność wobec ojca kontra pożądanie - słyszał to kto o czymś takim w dobie "Ekipy z Warszawy" i "Ex- na plaży"? Albo narażać się dla obcego - słyszane to rzeczy? I nie chodzi przecież o chwilowy impuls, który minie gdy tylko trochę ochłonie się z porywu serca, lecz codzienne kilkumiesięczne poświęcenie. A już wyrzucać pieniądze w błoto (przepraszam w rzekę)?! Wyłudzić, ukraść - owszem, ale wyrzucić? Nie mówiąc już o zupełnie niezrozumiałym dylemacie walki skazanej na przegraną - "wolicie (...) dzicz niż rany i śmierć? Będziecie mieli dzicz za wiecznego pana!" Nie da się ukryć, Żeromski wraził swoje pióro w narodowe rany i prowokacyjnie w nich gmera, ta krew powstańca wychluśnięta na gnojowisko, albo "wszy zostały żywe, gdy dwaj ludzie znikli jak cienie...". Nie dość, że wybrał sobie taki "nierokujący" temat, to jeszcze takie rzeczy.

Po co to wszystko, w imię czego? - żeby jeszcze odruchu litości, z miłości to byłoby może i zrozumiałe ale z poczucia patriotycznego obowiązku?! "bo dla ojczyzny jest najpierwszy obowiązek Polaka" i "kobiety polskiej godność", jakże to dziwnie brzmi anno domini 2016. To prawie tak samo dziwne jak patriotyzm właścicieli dworu w Niezdołach. Dulce et decorum est pro patria mori. Ale dlaczego patriotyzmu nie rozumieć także jako troski o współobywateli. Tylko właściwie o jakich współobywatelach w "Wiernej rzece" mówimy? To nie żadni współobywatele lecz prymitywne umysłowości, które nie potrafiły się wzbić ponad przyziemne urazy i wielkodusznie wybaczyć krzywdy swoim niedawnym jeszcze panom. Cóż może ich obchodzić panowanie rosyjskie, pruskie czy austriackie, kiedy mając polskiego, patriotycznie nastrojonego dziedzica u boku, przymierali głodem. Musieli się nieźle zasłużyć swoim gorzej urodzonym sąsiadom dziedzice Niezdołów skoro, bądź co bądź sąsiedzi, "gromada wiejska nie stawiła się" na pogrzeb "tylko paru starych włościan zajrzało do dworu popatrzeć na dziedzica, jakby z ciekawości, czy na prawdę umarł."

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem! Nic więc dziwnego, że niezdolscy chłopi tak ochoczo pomagają Rosjanom, bo samym strachem przed nimi nie da się tego wytłumaczyć. Oni boją się także jeden drugiego. Dlaczego widać strach u sołtysa, który chce związać Odrowąża i zawieźć do Rosjanom, przecież w wiejskiej gromadzie nie ma Rosjanina, który by doniósł do swoich lecz sami swoi, Polacy. Któż by więc miałby go zdradzić jak nie swoi, sąsiedzi? Pewnie nie bez kozery sołtys tak się bał, znał swoich sąsiadów. Ta "tradycja" współpracy z zaborcą musiała być silnie zakorzeniona w chłopskiej mentalności, ani nie była niczym nowym a i przetrwała lata.

I tak można by dalej ciągnąć "poważne" tematy bo jest przecież do omówienia choćby postawa Rosjan wobec powstańców, a i zasygnalizowana "kwestia" żydowska. Ale nie zapominajmy, że opowiadanie jest w swym pierwszym, podstawowym odczytaniu opowieścią o miłości. Jak mogła ta biedna Salomea nie poznać się na tym francie Odrowążu. Ale co się dziwić, dziewczyna z "zadupia" a tu przystojniak, który gdy tylko jako tako doszedł do siebie nie omieszkał poinformować jej o swoim statusie społecznym. Uratować życie prawdziwemu księciu, to nie byle co, każda dziewczyna mogłaby stracić głowę. A on, cóż za świnia. Przyszedł, odszedł. Było, minęło. Była ta, będzie inna. Pewnie mu matka wytłumaczy, że nie wypada, że nie może się narażać, że nie ma sensu. Biedna Mija, za wysokie progi - nie ona pierwsza się o tym przekonała, by wspomnieć nieco wcześniejszą inną sławną nieszczęśliwą parę Stefcię i Waldy'ego. Zostanie tylko na niej odium "puszczalskiej" - "Na tym skończyła! Zwyczajne, pospolite rzeczy, ordynarne dzieje. Puściła się z powstańcem, który do domu zaszedł. Nikt jej nie pilnował, więc skorzystała." Tyle jest z tego przyjdzie, za poświęcenie, za miłość i za odwagę. A jeśli komuś byłoby jeszcze mało nieszczęśliwych miłości to zawsze zostaje Wiesnicyn i Dionizy pielęgnującego w sobie zranione uczucie niczym panna Havisham.

Co tu dużo mówić, polecam. 

niedziela, 20 listopada 2016

Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek, Hanna Ożogowska

Mimo, że książka Hanny Ożogowskiej wymaga dzisiaj opatrzenia glosami przeznaczonymi dla młodych czytelników bo realia życia codziennego lat sześćdziesiątych znacząco odbiegają od tego, z czym stykają się dzisiaj, poczynając już od tytułowych fajerek, to jednak trud się opłaca. To chyba pierwsza książką, którą tak bardzo emocjonalnie przeżywał mój syn, z niecierpliwością śledząc perypetie bohaterów. 


U mnie "Dziewczyna i chłopak", nie ukrywam też wzbudziła emocje, choć innego rodzaju. Byłem w lekkim szoku, jak powieść, w której, jak mi się wydaje, Hanna Ożogowska chciała zmierzyć się ze stereotypami ról jakie w społeczeństwie zajmują najpierw dziewczynki i chłopcy, a potem kobiety i mężczyźni, w gruncie rzeczy te role utrwala. I muszę przyznać, że jest to co najmniej irytujące i bardzo widoczne, zwłaszcza w postaciach dorosłych. 

Tu kobiety nie mają wiele (jeśli w ogóle coś) do powiedzenia, zdecydowanie nie są to szyje, które kręcą męskimi głowami. Dotyczy to zarówno rodziców głównych bohaterów, ich stryjostwa i ciotki (wiadomo, czym jest dom bez męża o ojca). Mężczyzna u Ożogowskiej to "car i bóg", który utrzymuje dom i któremu reszta rodziny usługuje, który sprawia wrażenie, że nawet nie bardzo wie gdzie jest kuchnia, bo przecież jedzenie i picie jest mu podsuwane pod nos. Tak było, tak jest i tak będzie, bo przecież rodzice Tosi i Tomka ten model utrwalają u swoich dzieci. Tosia pomaga mamie w domowych zajęciach, gdy tymczasem Tomek pełni rolę młodego trutnia. To wszystko jest dla dzieci oczywiste, nieletni Jastrzębscy wiedzą co do nich należy i gdzie jest ich miejsce. 

Taki układ sprawia, że dla Tosi przemiana w chłopca to szczyt możliwości zarówno fizycznych jak i psychicznych a dla Tomka to owszem trudność ale wymagająca tylko trochę więcej starań niż to z czym ma do czynienia na co dzień. Cóż zresztą w tym dziwnego, jego "przeciwnikami" są wiejskie dziewczynki i chłopcy, już na starcie "gorsi" od niego, bo jaka dziewczyna może równać się chłopakiem, a jakie wiejskie dziecko może rywalizować z wielkomiejskim "cwaniaczkiem". A Tosia? - cóż Tosia! - ona jeśli dorówna swoim stryjecznym braciom, to już osiąga sukces, a jeśli może komuś zaimponować, to co najwyżej wiejskim dziewczynkom opowieściami o wzorach i krojach sukienek, o czymś co jest poniżej ambicji normalnego chłopaka. Dla niej zmiana roli oznacza stały stan lękowy, wszystko jest dla niej wyzwaniem i na każdym kroku musi udowadniać, że nie jest gorsza, Tomek zaś na każdym kroku udowadnia, że jest lepszy. 

Na szczęście, mam przynajmniej taką nadzieję, nieletni czytelnicy tego nie dostrzegają. Dla nich wątki społeczne przykryte są przez przygodowy anturaż i "Dziewczyna i chłopak" pozostaną zabawną i emocjonującą historią perypetii, w które dzieci same się wpakowały, na własne życzenie komplikując sobie życie. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Sól ziemi, Powieść o cierpliwym piechórze, Józef Wittlin

Jeszcze jedna powieść z zaczerpniętym z Nowego Testamentu mottem. Jakie to nienowoczesne. "Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól straci swój smak, czy da się ona czymkolwiek posolić? Już do niczego się nie nadaje, chyba do wyrzucenia na dwór i podeptania przez ludzi." Sól ziemi... - i pomyśleć, że ma nią być jakiś prymityw, analfabeta, z kiłą wrodzoną, który od czasu do czasu nie pogardzi cudzą własnością, jeszcze z kochanką na boku, którą w dodatku traktuje jak piąte koło u wozu. Żeby to jeszcze był jakiś frant, chłopek-roztropek, polski wojak Szwejk, Sancho Pansa, Dyl Sowizdrzał, ale nie..., musiał Józef Wittlin wziąć za głównego bohatera swojej powieści, jakiegoś nierozgarniętego Hucuła, który do trzech nie zliczy, nie mówiąc już o tym, że nie bardzo dzisiaj wiadomo, co to jest ta jakaś Huculszczyzna.


Tak, zdecydowanie "Sól ziemi" to nie materiał na bestseller. Może to sobie być jedna z najwybitniejszych polskich powieści XX wieku, dzięki której jej autor miał dostać literacką nagrodę Nobla ale bez szans u gimbazy.

Ale co się dziwić, kiepsko tu z dialogami, których jak na lekarstwo, a jak mówiła Alicja "co za pożytek z książki (...) bez obrazków i rozmów"? Ilustracji też zresztą w "Soli ziemi" nie ma. Żeby chociaż erotyzm, w końcu to rzecz o wojnie, mężczyznach, a oni bez tego ani rusz. Ale i z tym słabiutko. To już Żeromskiemu w porównaniu z Wittlinem można zarzucić, że jest wyuzdany. Eh, gdzie tam Wittlinowi do Pauliny Simmons, która tak ciekawie i potrafi pisać o wojnie i miłości. O co więc chodzi?

W gruncie rzeczy, trudno to sprecyzować. Moim zdaniem, to przede wszystkim kwestia języka budującego bardzo specyficzną atmosferę odchodzącego świata i sytuując w nim prostaczka. Świata patriarchalnego i prostego, w którym znajdują jeszcze zastosowanie ewangeliczne prawdy. "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". A przecież Piotr Niewiadomski, ten brat najmniejszy, główny bohater książki nie budzi specjalnej sympatii.

To nie jest ktoś kogo można by polubić, bardziej ktoś kto sam zniechęca czytelnika do siebie. Uczucie, które się z nim kojarzy to litość, ale od kogoś, kogo obdarzamy tym uczuciem, oczekujemy też, że i on również będzie je ofiarował, tym którzy staną na jego drodze i będą jej potrzebowali. A on co? Bezczelnie zawodzi czytelnika. Jakże jest w tym ludzki, i jakże irytujący. Żeby chociaż jakoś przyzwoicie traktował swoją konkubinę albo cieszył się z osiągnięcia upragnionego awansu. Ale nie, on musi kręcić nosem. I ta jego pokora wobec władzy, jakie to dla nas irytujące, i żeby to był tylko strach przed władzą, to jeszcze można byłoby to jakoś zrozumieć, ale ta władza ma u Niewiadomskiego autorytet. Nie dlatego, że jest bardziej wykształcona, inteligentniejsza, mądrzejsza, że ma słuszność - nie, ale tylko dlatego, że jest władzą. Szkoda gadać.

Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze, że postawa Piotra Niewiadomskiego wobec wojny to policzek w twarz dla sienkiewiczowskiej tradycji patriotycznej. Nie dość, że wcale nie marzy o dokonaniu bohaterskich czynów, to jeszcze idzie na wojnę by się bić za cesarza! Nie za Polskę, nie w obronie ojczyzny przed najeźdźcami, nie w obronie antemurale christianitatis ale tylko dlatego, że tak chce cesarz. Zgroza! Trochę go tłumaczy fakt, że matka była Hucułką ale czy Wittlin koniecznie musiał wziąć na głównego bohatera swojej powieści takiego bezideowca, czy nie mógł wybrać kogoś innego i napisać czegoś "ku pokrzepieniu serc"? Zwłaszcza, że jakby nie patrzeć to przecież kresowiak - mieszkaniec, tej przed wojną, jak powszechnie wiadomo, mlekiem i miodem płynącej krainy, krainy białych dworków, malw pod okami, dziewczyn i ułanów przy studni. A tu coś takiego.

Żeby choć Piotr Niewiadomski to był taki Paul Bäumer, ale nie jest, choć pewnie skończy podobnie jak on. Co prawda Wittlin nie doprowadził cyklu do końca ale i już na podstawie jego pierwszej części można przypuszczać, że nie będzie tu happy endu. Może nawet zginie gdzieś niezbyt daleko od swych stron rodzinnych, w Karpatach i zostanie pochowany na jednym z tych uroczych cmentarzy zaprojektowanych przez Kriegsgräber-Abteilung K.u.K w Krakowie, ale tego nigdy się nie dowiemy. Niestety. 

czwartek, 3 listopada 2016

Bracia Karamazow, Fiodor Dostojewski

Dostojewski budzi u mnie tak zwane mieszane uczucia, z rodzaju tych, które ogarniają zięcia, gdy widzi jak teściowa spada w przepaść w jego nowym samochodzie. Z jednej strony, irytuje mnie swoim mitotwórstwem, które wzięło za przedmiot "duszę rosyjską" i "lud Bogonośćca", z drugiej zaś wywołuje podziw dla znajomości ludzkiej psychiki i pisarskiego mistrzostwa. To drugie uczucie przeważa i to przeważa do tego stopnia, że po skończonej lekturze jego powieści (podobnie jak w przypadku Conrada), mam świadomość tego, że będę musiał do niej powrócić. I "Bracia Karamazow" nie byli tu wyjątkiem, pozostała tylko kwestia wyboru przekładu;  Adam Pomorski czy Cezary Wodziński?


Odredakcyjne zachwyty nad kongenialnością przekładu Adama Pomorskiego jakoś nie wzbudziły mojego zaufania (zresztą, jak się okazało, niesłusznie) i zdecydowałem się na Cezarego Wodzińskiego, o którego kompetencji jako tłumacza miała świadczyć książka na temat jurodstwa, co wziąłem za dobrą monetę. Szczerze mówiąc, nie spostrzegłem jakoś nowej jakości, obiecywanego filozoficznego odczytania - powiedziałbym natomiast, że w porównaniu z wersją Wata, tekst Wodzińskiego czytało się mi ciężej, tekst wymagał jakby więcej namysłu, choć przy "Braciach Karamazow", to może wyjść tylko na dobre, zwłaszcza, że od początku lekturze towarzyszy świadomość obcowania z książką wyjątkową.

Jej ciężar gatunkowy jest oczywisty i żeby to dostrzec nie trzeba być wytrawnym znawcą literatury. Nie ulega wątpliwości, że Dostojewski jest "szpiegiem ludzkiego serca", które jest u niego polem zmagań pomiędzy diabłem i Bogiem. I te zmagania w "Braciach Karamazow" są pokazane w sposób jakiego nie powstydziłoby się żadne współczesne reality show żerujące na ludzkich uczuciach. A jest co pokazywać - "co się tam (...) między nimi dzieje - to straszne, (...), udręka, koszmarna fantazja, w którą niepodobna uwierzyć: (...) pchają się do własnej zguby, nie wiadomo dlaczego, sami to wiedzą i sami się tym rozkoszują".

Nie dziwię się zachwytom "gimbazy" nad wersją Barbary Beaupre (bo trudno to nazwać przekładem). Nawet po okrojeniu tego wszystkiego co najważniejsze i tak zostaje przecież z powieści jeszcze pasjonujący, trochę perwersyjny romans, w którym ojciec i syn rywalizują o względy kobiety niepewnego prowadzenia się, podlany sosem, na który składa się m. in. morderstwo i pomniejsze "romansiki". Ale przecież w "Braciach Karamazow" nie chodzi o to by bohaterowie żyli długo i szczęśliwie. Powiedziałbym, że to "z definicji" wykluczone. Bo czy neurastenicy mogą zaznać szczęścia?! Tu każdego wystarczy lekko trącić palcem a już podskakuje do sufitu. Nawet, wydawałoby się, twardziele stają się wrażliwi niczym mimozy.

Eh, co za ludzie, irytujący i fascynujący zarazem. Czy to rosyjskie "typy" nie wiem, ale wiem, że tylko Dostojewski tak potrafił ich przedstawić. Ludzi z piekłem w piersi i z piekłem w głowie. Niepoukładanych, podążających za swymi impulsami albo wiarą w potęgę własnego rozumu i w końcu skonfrontowanych z własnym sumieniem, które okazuje odporne na "nowinki" i "niereformowalne". Jeśli więc Wielki Inkwizytor wygrywa bitwy ze starcem Zosimą, to wcale nie znaczy, że wygra całą batalię. Jest Bóg, czy nie ma Boga? Wszystko wolno, czy nie wolno wszystkiego? Dla bohaterów Dostojewskiego, okazuje się, są to pytania pierwsze i odpowiedzi na nie kształtują ich życie. Ale są to wszakże pytania retoryczne, z których niektórzy w swej pysze i zaślepieniu nie zdają sobie sprawy a udzielenie błędnej odpowiedzi i jej praktyczna realizacja drogo ich kosztuje.

Co takiego jest w tych Karamazowach? - otóż bogactwo ich osobowości, "które zdolne są pomieścić w sobie wszystkie możliwe skrajności i jednocześnie kontemplować obie otchłanie, otchłań nad nami, otchłań wzniosłych ideałów, i otchłań pod nami, otchłań najnikczemniejszego i najbardziej cuchnącego upadku". O tak, a o upadek nietrudno. Miłość, bogactwo, sława, każdego w końcu coś skusi i każdy znajdzie jakieś usprawiedliwienie dla wyrządzonych przy okazji krzywd. Jeden tylko Alosza okazuje się odporny na pokusy, pozostali zaś bracia wdepnęli po szyję. Ulegli podszeptom złego ale czy można się dziwić - przecież to takie ludzkie wszak "jeśli diabeł nie istnieje i jeśli wobec tego wymyślił go człowiek, to stworzył go na swój obraz i podobieństwo". I prawdę mówiąc, wydają się znacznie ciekawsi od Aloszy (przewidywalnego i nieskomplikowanego do bólu), zwłaszcza Smierdiakow - ciekawe, że jego uczucia, gotowego litować się nad każdym skrzywdzonym Aloszy, nie obejmują. Dymitra, będące mówiąc wprost, alkoholikiem i dziwkarzem, i owszem, ale Pawła jakoś nie. Czyż to nie ciekawe? Według mnie znacznie bardziej niż powikłane losy miłości głównych bohaterów, które chwilami zaczynają przypominać operę mydlaną i na tle których, zapowiedź powtórnego małżeńskiego szczęścia pani Chochłakow przyjmuje się z prawdziwą ulgą jako powrót do normalności i przewidywalności. A przecież, te ludzkie dziwolągi Dostojewskiego pozostają jakoś bliskie i ich postępowanie mimo swej ekscentryczności wcale nie jest takie zaskakujące i to jest właśnie fascynujące i przerażające zarazem. 

wtorek, 18 października 2016

Biesy, Fiodor Dostojewski

"Biesy" czytałem trzy lata temu i kiedy tylko je skończyłem wiedziałem, że do nich wrócę (podobnie zresztą jak i do "Braci Karamazow", którzy już czekają w kolejce) bo parafrazując brata Jorge z "Imienia róży" - cóż innego jest w literaturze, jak nie ciągła, wzniosła rekapitulacja. Trudno nie uśmiechnąć się, trochę smutno, gdy czyta się opinię Dostojewskiego na temat tego co wydawało by się jest współczesnym wynalazkiem i bolączką obecnej literatury - "talenty średniej klasy, (...) zwykle uznawani nieledwie za geniuszy - nie dość, że (...) jakoś nagle znikają bez śladu z ludzkiej pamięci, (...) ledwo nowe pokolenie zajmie miejsce ich własnego - w zawrotnym tempie popadają w niepamięć i budzą powszechne lekceważenie. Jakoś szybko się to u nas dokonuje, jak zmiana dekoracji w teatrze." To zresztą nie jedyna, profetyczna obserwacja w "Biesach". Dla czytelnika z mojego pokolenia okazują się one zaskakująco trafną wizją przyszłości w totalitarnym świecie komunizmu, dzięki czemu powieść zdobyła sobie opinię "politycznej" ale o tym trochę później. 


Do powtórki, po przekładzie Zbigniewa Podgórca i Tadeusza Zagórskiego zdecydowałem się na tłumaczenie Adama Pomorskiego. Nie potrafię stwierdzić, czy wprowadza ono istotną zmianę jakościową. Obie lektury dzieli zbyt duży okres czasu, ale nawet to nie zmienia faktu, że nie da się zauważyć rzeczy bijących po oczach nawet laika, jak choćby różnicy w motcie, ewangelii św. Łukasza (8, 32-36), czy braku rozdziału "U Tichona". Pomorski zaserwował natomiast czytelnikom sążniste, w wielu przypadkach, przypisy dosyć luźno, łagodnie mówiąc, trzymające się tekstu powieści, jak wówczas na przykład gdy mowa o "aluminiowych kolumnach". Obszernie cytuje fragmenty "Co robić?" Czernyszewskiego, w których o aluminiowych kolumnach nie ma ani słowa, są za to wspomniane aluminiowe meble. Niekiedy przypisy nabierają kuriozalnego wydźwięku, jak wówczas gdy czytamy o motywie... "falliczono-kastracyjnym" w komentarzu do sceny, w której Stawrogin łapie za nos gubernatora, podczas gdy nawet dla gimbusa jasne jest, że wybryk Stawrogina, to "sprawdzam" z jego strony w odpowiedzi na zadufane "nikt nie będzie wodził mnie za nos" jego ofiary. Ale nie przekład Adama Pomorskiego jest tu ważny. Trzeba zresztą uczciwie przyznać, że "Biesy" w jego tłumaczeniu czyta się znakomicie (podobnie zresztą jak i w przekładzie Podgórca i Zagórskiego).

Istotna jest sama powieść. Nie będę ukrywał, mam ambiwalentne odczucia co do pisarstwa Dostojewskiego z jednej strony zdumiewa mnie i irytuje ta niczym nieuzasadniona idea narodu "Bogonośćca" (bez której także w tym przypadku się nie obeszło), rozhisteryzowani bohaterowie (i nie zawsze są to kobiety - swoją drogą, dziwne że panie nie ogłosiły bojkotu pisarstwa Dostojewskiego, biorąc pod uwagę, to jak są u niego przedstawiane). Z drugiej jednak strony fascynuje mnie wiwisekcja ludzkiej duszy, nawet jeśli dokonuje się na osobnikach nadwrażliwych i nie reprezentatywnych.

Redakcyjna notka na okładce twierdzi, że to "brutalnie szczera opowieść o politykach i myśli społecznej", po części tak jest, ale twierdzić, że to jest istota "Biesów", to tak jak twierdzić, że "Zbrodnia i kara" jest powieścią kryminalną. Owszem, w każdej z tych powieści znajduje się odpowiedni element ale nie on przesądza o jej wymowie.  

Biesy, diabły, które zagościły w człowieku, tak jak ten wspomniany przez św. Łukasza. Tyle że człowiek, który napotkał Jezusa na swojej drodze miał szczęście. A bohaterowie Dostojewskiego? Ich biesy nie opuszczają i stają się przyczyną ich zguby. Przecież giną oni nie z powodu swoich poglądów politycznych. Zróbmy szybki przegląd ofiar: Stawrogin, Stiepan Wierchowieński, Iwan Szatow, jego żona i jej dziecko, Liza, Lebiadkin, jego siostra i ich służąca oraz Fied'ka. Trup ściele się więc gęsto (ale dopiero w finale). W gruncie rzeczy żadna z tych osób, nie ginie z powodów politycznych. Nawet Szatow, którego śmierć jest zinstrumentalizowana bo ma się stać środkiem do uzależnienia współuczestników morderstwa, ginie dlatego, że Wierchowieński junior pała do niego zadawnioną antypatią. Większość tych ludzi nawet nie otarła się o politykę, łącznie ze Stawroginem, który nieustannie wystawia na próbę własną siłę, nie dla jakichś politycznych celów, lecz by poznać samego siebie.

Postacie w "Biesach" to ludzie miotający się (przynajmniej niektórzy z nich), ale nic dziwnego bo przecież u Dostojewskiego  "życie to ból, życie to strach (...)", .ludzie poszukujący. Dla niektórych rzeczywiście istotne są kwestie społeczne, czy polityczne ale dla wielu innych niekoniecznie. Wszak kobietom nie w głowie jest polityka, je zajmuje Stawrogin - kolekcjoner złamanych serc, Stiepan Wierchowieński to zajmuje się przede wszystkim sobą, podobnie jak Karmazinow i Stawrogin. Zresztą i polityka w wykonaniu członków "kółka" w gruncie rzeczy zaczyna się i kończy na morderstwie Szatowa. Polityka jest dla nich tylko próbą nadaniu życiu głębszego sensu, gdyby ktoś taki jak Piotr Wierchowieński, przekonał ich, że odnajdą go, nie przymierzając, w filatelistyce, zajęli by się filatelistyką. Jest instrumentem, który służy do pokazania ludzkiego zagubienia i meandrów, na które wkracza człowiek nie umiejący znaleźć dystansu pomiędzy ideologią a praktyką. Skutki tego okazują się opłakane nie tylko dla tych bezpośrednio zainteresowanych, a także dla zupełnie niewinnych ludzi.

Co tu dużo mówić, świetna książka.

czwartek, 6 października 2016

Solaris, Stanisław Lem

Na moim stosunku do twórczości Lema zaważyły traumatyczne doznania na "Teście pilota Pirxa" w reżyserii Marka Piestraka, na obejrzenie, którego byłem skazany na jakimś szkolnym wyjściu do kina. Nawet fakt, że "Solaris" wziął na warsztat Andriej Tarkowski jakoś mnie nie przekonywał. Lemowski obraz oceanu traktowałem jako emanację typowo męskich upodobań do lamp z lawą, a i wizja przyszłości, którą stworzył ponad pół wieku temu, z dzisiejszego punktu widzenia, zgrzytała mi siermiężnością w wielu detalach. Cóż, Lem nie okazał się profetycznym wizjonerem jeśli chodzi o rozwój technologiczny (przynajmniej w "Solaris") ale to wszystko w gruncie rzeczy jest nieważne i po lekturze powieści jasne już jest, dlaczego należy ona do najbardziej znanych polskich książek na świecie. 


Co tu dużo mówić - jestem pod wrażeniem..., pod dużym wrażeniem..., pod bardzo dużym wrażeniem! A wydawało mi się, że już dawno wyrosłem z literatury science fiction... Nie żeby jakoś szczególnie zainteresował mnie kontakt człowieka z obcą cywilizacją (choć i on jest ciekawy) bo "jak możemy się z nią porozumieć, jeżeli nie potrafimy już tego uczynić między sobą", można by powiedzieć, trawestując powieściowego solarystę Veubeke. Znacznie ważniejsze wydaje mi się zmierzenie człowieka z samym sobą, skonfrontowanie z tym, co skrywa się w zakamarkach jego umysłu, bo przecież w każdym z nas "muszą też istnieć rzeczy... sytuacje... takie, że nikt nie odważył się ich urzeczywistnić, poza swoją myślą, w jakiejś jednej chwili oszołomienia, upadku, szaleństwa".

A jakże często wyruszamy na spotkanie "innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi", choćby tym innym światem miała być nowa praca a Innym miał się okazać sąsiad za ściany. I o tym właściwie jest "Solaris".

Według Lema, szukając odpowiedzi na pytania dotyczące drugiej osoby, znajdujemy odpowiedzi dotyczące nas samych. Tyle, że są to odpowiedzi, z którymi nie chcemy się zgodzić. Bilans naszych "wypraw badawczych" jest opłakany bo odkrywając, w sposób zupełnie nie zamierzony, częstokroć niezbyt pochlebną prawdę o sobie, nadal nie potrafimy zrozumieć drugiego człowieka. A czego nie możemy zrozumieć, to odrzucamy od siebie, chcemy od tego uciec albo to zniszczyć. Okazuje się, ku naszemu przerażeniu, że jakże wielu rzeczy nie rozumiemy, zaczynamy sobie zdawać sprawę w swojej pysze, w swoim przekonaniu o własnej wielkości, że "człowiek może ogarnąć tak niewiele rzeczy naraz; widzimy tylko to, co dzieje się przed nami, tu i teraz". A poszukiwanie odpowiedzi prawdy o Innym "to jest oszukiwanie się, chodzenie po bibliotece, spisanej w niezrozumiałym języku, że się niby będzie tylko oglądać kolory grzbietów...".

Nie tak miało być, a tego wszystkiego doświadczają w "Solaris" ludzie. Stają przed emanacją własnych, skrywanych dotychczas w najgłębszych zakamarkach umysłu wyobrażeń. "One są w gruncie rzeczy lustrem, w którym odbija się część ich mózgu. Jeżeli jest wspaniała, to dlatego, że wspaniałe było ich wspomnienie. Oni dali recepturę" - to wyjaśnienie nie odnosi się, tak jak w powieści, tylko do Kelvina. On i tak miał szczęście. Inni mieli znacznie gorzej. To co ujrzeli, obnażyło ich nie tylko w sposób, w jakim obawiali się być odbierani przez innych ale także w takim, którego sami nie mogli znieść. Ale chyba nawet nie to było najgorsze. Najgorsza wydaje się w tym wszystkim bezradność i brak odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".

Bezradność wobec czegoś na co w ogóle nie ma się wpływu, na coś czego nie potrafią zrozumieć. Cóż za policzek w twarz! Jak to możliwe, przecież to oni są badaczami, wszystko wiedzącymi objaśniaczami a okazuje się, że sami są obiektami badawczymi. Zresztą nawet i co do tego nie można mieć pewności. Może zjawienie "fantomów" "miało być torturą, może przysługą, a może tylko mikroskopowym badaniem. Wyrazem przyjaźni, podstępnym ciosem, może szyderstwem? Może wszystkim naraz albo - co wydaje (...) się najprawdopodobniejsze - czymś całkiem innym." Stoją w obliczu czegoś całkowicie niezrozumiałego, mają swoje domniemania, swoje teorie na ten temat ale to wszystko to tylko przypuszczenia. Zero pewności. A niepewność budzi lęk, choć zdarza się, tak jak w przypadku Kelvina, że także nadzieję, tyle że i jedno i drugie wydaje się tak samo nieuzasadnione.

A teraz udaję się na poszukiwania kolejnej książki Lema...

czwartek, 22 września 2016

Księga dżungli, Rudyard Kipling

Znajomość "Księgi dżungli" zawdzięczam swojemu młodszemu dziecku. Gdyby nie wieczorne czytanie do snu pewnie nigdy bym się nie dowiedział, że film Disneya pod tym samym tytułem, jest co najwyżej luźną adaptacją książki, chociaż od niepamiętnych czasów jej dwa tomy stoją na półce w domowej bibliotece. I mówiąc szczerze, nie miałbym czego żałować. 


Niestety, i piszę to ze zdumieniem, "Księga dżungli" źle zniosła upływ czasu. Nie wątpię, że jeszcze nawet kilkadziesiąt lat temu to było coś, ale dzisiaj, z perspektywy XXI wieku jest już tylko, jak mi się wydaje, zbiorem historyjek o egzotycznych zwierzętach. "Księga dżungli" to bowiem zbiór siedmiu opowiadań, z których tylko trzy poświęcone są Mowgli'emu i dżungli. Na dodatek ich styl do łatwych nie należy. Nie jestem zwolennikiem książek zbudowanych ze zdań prostych i bezokoliczników zdań, co jest domeną dzisiejszych bestsellerów ale "piętrusy" Kiplinga, to już doprawdy przesada.

To wyzwanie nawet dla wytrawnego lektora a nie dla dziecka, które przebijając się przez nie, gubi się w nich, nudzi jeśli nie zasypia. Być może jest to kwestia przekładu Józefa Czekalskiego, ale nie wydaje mi się - tłumaczenie Józefa Birkenmajera do którego również zaglądałem też nie sprawia, że lektura staje nagle pasjonująca, choć w tym przypadku wyjaśnieniem może być wiek przekładu (prawie 90 lat) będąca jego konsekwencją zauważalna archaiczność.

Nie znaczy to, że "Księgę dżungli" trzeba od razu skreślać. Według mnie jest to raczej książka do jednokrotnego przeczytania, którą ratują, paradoksalnie, nie historyjki o chłopcu w dżungli, z których ta o zabiciu złego tygrysa Shere Khana chwilami kojarzyć się może z opisem jakiejś bitewnej strategii prawie jak w "Wojnie i pokoju" ani nawet opowiadanie o ujeżdżaczu słoni, na którego kanwie powstał prehistoryczny już serial "Toomai druh słoni" ale opowiadanie o ichneumonie (manguście) Rikki-tikki-tavi chroniącym ludzi przed wężami. Jest w nim wszystko co może dziecko zainteresować, wartka i dramatyczna akcja, wyraziści bohaterowie, no i wszystko kończy się dobrze.

Być może da się ponowocześnie dekodować "Księgę dżungli" jako opowieść o symbiozie człowieka i przyrody, gdzie człowiek jest jej elementem a jednocześnie podporządkowuje ją sobie, bez której nie może się obejść a jednocześnie musi respektować jej prawa (to jeśli chodzi o opowiadania o Mowgli'm), wyeksponować aspekt ekologiczny i niebezpieczeństwa związane z dominacją człowieka (opowiadanie "Biała foka"). Tę ostatnią sferę dałoby się także eksploatować przy okazji opowiadania o Toomai'u i "W służbie jej królewskiej mości", niezależnie od elementów kolonialnych i imperialnych (choć szum związany z krytyką postkolonialną jakby trochę przycichł a ona sama wyszła z mody). W każdym razie, jak na tak okrzyczanego klasyka, którego książka adresowana jest do dzieci a nie dla dorosłych to jednak niesatysfakcjonujące ale na szczęście książkę ratują trochę ilustracje Roberta Ingpena, choć szkoda że akurat taką rolę muszą pełnić. 

poniedziałek, 19 września 2016

Mock, Marek Krajewski

Wybierałem się pociągiem do Wrocławia, więc wybór książki na podróż był oczywisty - "Mock" Marka Krajewskiego. Co prawda moje wcześniejsze spotkania z Eberhardem Mockiem nie należały do udanych ale mój sentyment do miasta przeważył a i doszedłem do wniosku, że przez te kilka lat które minęły od wydania pierwszego tomu cyklu "wrocławskich" kryminałów umiejętności pisarskie Autora też nie stały w miejscu. I muszę przyznać, że generalnie nie zawiodłem się. Nie żeby "Mock" wyznaczał nowe trendy powieści kryminalnej, jakoś specjalnie fascynował i czytało się go z zapartym tchem. Nie, ale spełnia podstawową funkcję tego typu literatury - jest dostarczycielem rozrywki, oczywiście jeśli ktoś taką rozrywkę lubi.


Wrocław przed I wojną światową, tajemniczy zbiorowy mord i młody policjant, który wbrew wszystkim rozwiązuje zagadkę kryminalną (w tle jest jeszcze polityka), policjant w sumie niewiele lepszy od tych, przed którymi powinien strzec społeczeństwo ale taki już jest Eberhard Mock. Twardy i brutalny zarazem a jednocześnie wrażliwiec.

Najnowszą powieść Marka Krajewskiego czyta się w zasadzie bezboleśnie. Piszę w zasadzie, ponieważ zdarzają się Autorowi zaskakujące, zważywszy na jego pisarskie doświadczenie, potknięcia. Nie mówię nawet o nadawaniu ulicom Wrocławia nazw w ich oryginalnym niemieckim brzmieniu, co chwilami brzmi kuriozalnie, jak wówczas gdy występują one obok polskiej nazwy dzielnicy albo wówczas gdy na "niemieckiej" ulicy tytułowy bohater zachodzi do lokalu o "polskiej" nazwie, w którym na ścianach z kolei widnieją niemieckie mądrości. To zrozumiały zabieg, który ma się odwoływać to ciekawości i swego rodzaju sentymentu wrocławskich czytelników. Ma dać im namiastkę czegoś, czego nigdy na własne oczy, podobnie zresztą jak i Autor nie widzieli. Jak oddać atmosferę miasta, której się nie znało? To mógł oddać Grass w "Blaszanym bębenku", Tyrmand w "Złym" albo Döblin w "Berlin Alexanderplatz" i trudno mieć o to pretensje do Marka Krajewskiego, który z oczywistych powodów z klimatem przedwojennego Wrocławia nie miał szans się zetknąć. Podobnie, jak trudno mieć do niego pretensję, o to że szafuje nazwami ulic bez umiaru, a jest ich chyba ok. 100, dając tym samym szansę większej liczbie wrocławian na znalezienie własnej ulicy w książce.

Można na te proste marketingowe chwyty machnąć ręką, tak jak podarować można pseudostylizacje językowe, które zdaje się, mają pokazać zróżnicowanie społeczne bohaterów. Można też przymrużyć oko na koncepcję wielogodzinnej "podróży w czasie" serwowanej "ojcom założycielom CIA" przez Mocka (nawiasem mówiąc, gdyby taka rozmowa doszła do skutku jej uczestnicy mówiliby raczej o Związku Sowieckim niż Radzieckim) tak jak i na to, że Niemcy klną w powieści raczej "po polsku" niż w typowo "niemiecki" sposób ale to też w sumie drobiazgi. O ukłonie w stronę gender, nawet nie ma co wspominać, chociaż nie wiem czy feministki byłyby nim usatysfakcjonowane.

Gorzej, że czytelnik raczej nie szans na samodzielne rozwiązanie zagadki morderstwa. Może tylko strzelać na chybił trafił a rozwiązanie ukazuje się niczym deus ex machina. Tajemnicą Autora pozostanie powód przybrania koni powozu, którym uprowadzano chłopców (co od biedy można tłumaczyć częścią rytuału) a przede wszystkim pozostaną nią sprawcy śmierci dozorcy Kempinskiego, bo przecież nawet Eberhard Mock (a za nim czytelnik) poznaje tylko nazwiska dwóch z nich, podczas gdy w morderstwie brało udział pięciu mężczyzn. 

Jest więc trochę w "Mocku" naciągania, ale nie ma o co kruszyć kopii, w końcu to kryminał i to kryminał retro, nie o realizm więc w nim chodzi a o żwawą akcję i zapoznanie się z topografią miasta, a skoro to jest, to czego chcieć więcej od lektury na długą podróż pociągiem.  

środa, 14 września 2016

Panny z Wilka, Jarosław Iwaszkiewicz

Kiedy Wiktor Ruben pod koniec czerwca 1929 roku szedł ze stacji kolejowej do Rożek i zboczył do Wilka pogoda była chyba taka jak teraz, z tą różnicą, że dzisiaj jest już po wakacjach i po żniwach. Upalne dni, ciepłe wieczory, jeszcze tylko spacer jakąś piaszczystą drogą, jakiś zagajnik, pola i widok zabudowań w oddali. Nie wiele więc w gruncie rzeczy trzeba by wprawić się w stan, który ogarnął  głównego bohatera "Panien z Wilka", jeszcze tylko jakieś magiczne miejsce, gdzie przyjeżdżaliśmy w młodości czy dzieciństwie i wydawałoby się że już, gotowe. Pozornie.


Bo to przecież nie jest takie proste. Czegoś tu jeszcze brakuje. Wszakże wakacyjne wywczasy w miejscach, które znamy sprzed lat wcale nie oznaczają przeprowadzenia remanentu w naszym życiu. Owszem jest miło, czujemy się swojsko ale nie zajmujemy się "ideą czasu" i rozmyślaniami nas jego przezwyciężeniem. A Wiktorowi Rubenowi "się wydało, że on (...) przezwyciężył czas i potrafił go zawrócić. Że stoi teraz tam, gdzie był przed piętnastu laty, i że teraz może wybierać!". Co sprawia, że uległ takiemu złudzeniu? Miejsce? Być może, ale przecież tylko on dokonuje tam rozrachunków, analizując coś co po latach nie ma już dla innych większego znaczenia. Coś co jest już wyłącznie wspomnieniem, co było - minęło. Nie da się zaprzeczyć było czymś miłym i ważnym kiedyś, ale już nie dzisiaj. Bo dzisiaj jest tu i teraz, jest mąż, są dzieci, są codzienne obowiązki i rachunki do zapłacenia. Owszem, możemy poddać się urokowi chwili ale tylko chwili, i nie da się zapomnieć, że na gdy się ona skończy, wróci proza życia.

Cóż, tak to jest gdy mężczyznę dopada kryzys wieku średniego, lada impuls sprawia, że ogarnia go spleen i jednocześnie potrzeba znalezienia jakiejś rekompensaty. Nie ma wątpliwości, że to stąd bierze się owo złudzenie "przezwyciężenia czasu" u głównego bohatera opowiadania Iwaszkiewicza. To wówczas przychodzi czas rozrachunków, miejsce i ludzie są tylko ich katalizatorem. Ale jakim, że swoje życie odbiera jako "gładką pustkę", które upływa "w mrówczych, nikomu niepotrzebnych zajęciach". On, z którym inni wiązali takie nadzieje. I dla niego "to dopiero jest straszne, że on żyje i wszyscy, wszyscy tak żyją jak on". On, taki zdolny. A przecież nie powinien mieć aż takiego poczucia klęski bo przecież to o czym chce zapomnieć, udział w wojnie i to co tak deprecjonuje, zarządzanie folwarkiem dla innych okazuje się interesujące i ważne.

Że mógł więcej osiągnąć w życiu? Być może. Ale Kazia uświadomiła mu, że jest z nim tak jak z robionymi przez nią konfiturami, robi się ich wiele tylko "aby się niektóre z tych słoików dostały wybranym". On nie dostał się nikomu, choć przecież mógł, a i on mógł być tym wybranym, nawet wówczas gdy wrócił do Wilka po piętnastu latach. Tylko że on jedynie odkręcił wieczka słoików i wpakował w każdy z nich swój brudny paluch próbując po kolej ich zawartości i na tym poprzestał. Dlaczego? Bo się bał, "nie kochał nigdy nikogo, ale nie dlatego, że nie było po temu sposobności, tylko dlatego, że tchórzył". Nie bez kozery pojawia się w jego wspomnieniach kilkukrotnie dezerter, którego rozstrzelał. On także dezerteruje przed innymi, a ściślej mówiąc przed kobietami. Jest z nim tak, jak z Jerrym Maguire'em "jest świetnym przyjacielem ale kiepsko u niego z bliskością".

Wilko uświadamia mu to, uświadamia mu przegrane życie. Zderzenie z ludźmi i czasem, kiedy jeszcze świat stał przed nim otworem, kiedy wszystko jeszcze było do zdobycia, okazuje się dla nie bezlitosne. To dlatego w miarę gdy się od niego oddalał, jego krok "stawał się mocniejszy i pewniejszy. Głowa wznosiła się do góry, a gdy wchodził na stację, machał już wesoło swoją teczką (...)." Nic dziwnego, to miejsce było dla niego jak wyrzut sumienia, przypominając mu o zmarnowanych szansach. Nie sądzę by szybko tam wrócił, a jeśli już to wróci obudowany "ideologią" broniącą jego wyborów tak by nie być już tak bezbronny wobec poczucia zmarnowanego życia.  

Świetna rzecz, ale zdecydowanie dla tych, którzy już mają po co oglądać się wstecz. A panie mają rzadką okazję poznać czym jest męski "weltschmerz". 

czwartek, 8 września 2016

Frontowe drogi, Waldemar Kotowicz

"Frontowe drogi" miały kiedyś swoje pięć minut. Posłużyły za podstawę scenariusza jednego z lepszych filmów wojennych PRL-u "Jarzębina czerwona" i doczekały się chyba sześciu czy siedmiu wydań. Dzisiaj o książce Waldemara Kotowicza mało kto pamięta. Mnie trafiło się pierwsze wydanie z 1958 roku, jeszcze nie rozcięte. Przez blisko 60 lat, nikt, nigdy nie zajrzał do książki. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to nie pierwszy taki przypadek ale egzemplarz, który kupiłem miał odautorską dedykację dla jednego z ówczesnych luminarzy wrocławskich z tytułem profesora. Nie zajrzeć do książki, którą otrzymało się od autora, zwłaszcza jeśli jest się wrocławianinem a akcja powieści ociera się o Wrocław? Miał rację Terentianus gdy pisał - Habent sua fata libelli. 


Ale mówiąc szczerze, sam byłem ciekaw książki pamiętając o filmie, który powstał ponad 10 lat po jej wydaniu a powieść czytałem konfrontując ją z filmem. Można powiedzieć, że obie formy poziomem nie odbiegają od siebie daleko i powiedziałbym, że "Frontowe lata" chwilami zaskakują jak na okres, w którym zostały wydane. 


Pierwsze zaskoczenie, to fakt, że akcja powieści rozgrywa się nie, tak jak w filmie, w Kołobrzegu (który był grany między innymi przez Szczecin) ale na Dolnym Śląsku i w Saksonii. Ale już za to w filmie odnaleźć można sporą część dialogów, większość postaci i scen, umieszczonych jednak w innej kolejności i naturalnie w innej scenerii. To co interesujące w powieści, to oddanie atmosfery działań frontowych, bez patosu i sentymentalizmu. Ma się wrażenie autentyzmu tego klimatu, co wynika z faktu, że "Frontowe drogi" są książką wspomnieniową (albo może zbeletryzowanym fragmentem autobiografii) opisującą przeżycia dziewiętnastoletniego wówczas autora, wcześniej partyzanta na Lubelszczyźnie a potem dowódcy oddziału, który dowodzi nie tylko rówieśnikami ale także ludźmi ponad dwukrotnie starszymi od siebie. Strach, chęć przeżycia, poczucie odpowiedzialności za życie innych, konieczność wykonywania rozkazów, chęć odwetu, marzenia o spokojnym życiu, to wszystko w książce się miesza. Nie ma skrojonych pod szablon bohaterów, ludzie opisywani przez Kotowicza dalecy są od posągowych postaci i sprawiają wrażenie autentycznych.  

Obraz wojska daleki jest od obrazu tych co to "żywią y bronią" i walczą "za wolność waszą i naszą". Plądrowanie domów, kradzieże, gwałty (przedstawione w bardzo zawoalowany sposób), pijaństwo, antysemityzm wśród żołnierzy (choć w stosunkowo łagodnej formie), "uczenie" chłopca szacunku dla szarży biciem, dezercja, oddziały zaporowe, tego nie ma w filmie ale jest w powieści. Co prawda dla równowagi okraszone jest to w kilku miejscach dyskusją na temat wyzwolenia, wolności i demokracji ale brzmi to zdecydowanie mniej przekonująco, żeby nie powiedzieć zabawnie, podobnie jak polskie nazwy "wyzwalanych" dolnośląskich miast, deklaracja niemieckiego żołnierza, że chce mieszkać w zdobytej przez Rosjan Legnicy albo spotkanie z polskim autochtonem, który oczywiście podobny jest do Niemca. 

Zaskoczony byłem przedstawieniem Niemców we "Frontowych drogach". Wobec zwycięzców są pokorni i służalczy, tchórzliwi i dwulicowi, wobec słabszych i pokonanych nie znają litości i są bestialscy ale w tym wszystkim widać też podziw dla niemieckiej kultury, widać że to co zobaczyli żołnierze idący ze wschodu nie mający pojęcia o cywilizacji Zachodu w niemieckich wsiach i miasteczkach robiło na nich wrażenie. A już zdumiewające może być poczucie wspólnoty żołnierskich polskich i niemieckich losów, której na przeszkodzie stoi tylko wojna, widoczna w scenie czerpania wody przez żołnierzy. Do takich scen przyzwyczaiły nas obrazy z frontu zachodniego Wielkiej Wojny. Nikt by nie przypuszczał, że mogły one mieć miejsce także nad Nysą w 1945 roku, a tu proszę...

Zaletą książki niewątpliwie jest jej styl. Waldemar Kotowicz, napisał książkę mieszczącą się w stylistyce literatury popularnej, owszem może nie stawiającej przed czytelnikiem wielkich wyzwań (jeśli nie liczyć umiejętności czytania pomiędzy wierszami ale i to niezbyt wysublimowaną. Skoro pisze na przykład o żołnierzach, z których jeden nosił na ręce dziesięć a drugi trzynaście zegarków to nie trzeba być detektywem by domyślić się skąd je wzięli) ale za to oferująca ciekawą, wartką akcję, niebanalnie zarysowane postacie, wreszcie interesujący temat. Nie żebym książkę i film jakoś szczególnie polecał jako dzieła wybitne, ale jako ciekawostkę, nie najgorszego gatunku, już jak najbardziej. 

niedziela, 4 września 2016

Mefisto, Klaus Mann

Nie wszystko złoto co się świeci - nie sądziłem, że to powiedzenie będzie miało też zastosowanie do książki, i to książki nie byle jakiej. Historia jej wydania w Niemczech zasługuje na osobną opowieść, dość powiedzieć, że wydana w Holandii w 1936, ukazała się w Polsce szybciej (1957) niż RFN (1981), gdzie są zakazał jej druku na wniosek syna głównego bohatera powieści. Szczyt powodzenia powieść przeżyła na początku lat 80' na fali sukcesu filmu Istvána Sabó (wtedy też ukazało się drugie polskie wydanie w Klubie Interesującej Książki). 


Dzisiaj, kiedy kurz już opadł - "pospolitość skrzeczy". Powieść Manna jest książką przeciętną, pisaną przez rozgoryczonego emigranta, który załatwia w ten sposób swoje porachunki. Cóż z tego, że autor stał po właściwej stronie barykady, jeśli jego zemsta od strony literackiej prezentuje się w średnio interesujący sposób. W "Mefiście" sprawa przedstawia się prosto, ten jest dobry a ten zły, ta robi dobrze a ta źle. To wszystko jest wyłożone jak kawa na ławę, czytelnik nie musi nad niczym się trudzić bo Mann podaje gotowe formułki. Trudno uniknąć wrażenia, że nad książką zaciążył jego osobisty stosunek do Gustafa Gründensa (powieściowego Hendrika Höfgena) i to chyba on, a może też zwyczajnie brak literackich zdolności na miarę ojca i wuja, sprawił że historia człowieka, który dla sukcesu zaprzedał się władzy i to jeszcze jakiej władzy nie brzmi zbyt poruszająco. Polityczne deklaracje, nawet nie wiadomo jak bardzo słuszne dotyczące rzeczywistości sprzed blisko 80 lat mocno dzisiaj wyblakły i nie budzą emocji, a świadomość że faszyzm był dobrowolnym wyborem większości niemieckiego społeczeństwa, z którego elity kulturalne nie są przecież wyłączone, jakoś słabo przebija się w powieści.

To co wydaje się interesujące nawet dziś to, mimo że "Mefisto" jest powieścią z kluczem, uniwersalność postaci głównego bohatera. Mann odsądza go od czci i wiary, Hendrik to człowiek, "całkowicie pozbawiony sumienia", "zły do szpiku kości", który należy "do tych, co z największą gracją potrafią skakać przez trupy", który "Kłamie zawsze i nie kłamie nigdy. Fałsz jest prawdą, to brzmi zawile, ale jest bardzo proste. Wierzy we wszystko i w nic nie wierzy. To aktor." Ale to nie do końca prawda. Bohater "Mefista" owszem, jest opętany żądzą sukcesu i sławy, gotów zrobić dla wiele ale jednak nie wszystko. Zdobywa się na odruchy, których trudno byłoby się po nim spodziewać. Być może "dla spokoju własnego sumienia. Jest ambitny, chciałby być czymś więcej niż dobrze zarabiającym komediantem; człowiek nie chce pogrążyć się całkiem w życiu, którym rzekomo pogardza, wówczas gdy w istocie jest pod jego urokiem", ale nie zmienia to faktu, że zdobywa się na gesty, które stawiają go w lepszym świetle.

Jasne jest, że dla Höfgena kariera jest najważniejsza. Trzeba mu przyznać, nie jest w swojej dziedzinie miernotą ani nie idzie na skróty. Jego talent i zaangażowanie są niekwestionowane, tyle że jak się okazuje nie wystarczają by się wybić dostatecznie mocno a on ciągle chce więcej i więcej. Czy to źle, czy ambicja, pragnienie sukcesu jest czymś złym, samym w sobie? Mann nie daje na to odpowiedzi. A Höfgen wie, że bez, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, układów niewiele zdziała. Tyle że początkowo postawił na złego konia - komunistów ale jemu jest obojętne z kim trzyma ,byleby tylko móc stać w blasku jupiterów. Można powiedzieć archetyp celebryty.

Ta rejterada z obozu przegranych do obozu zwyciężonych, zresztą jak cała postawa głównego bohatera jest interesująca dlatego, że wydaje się problemem uniwersalnym wcale nie związanym jedynie ze stosunkiem artystów do władzy Trzeciej Rzeszy. Aż ciśnie się na usta pytanie, jak cenzor w PRL mógł nie zauważyć drażliwości tematu podejmowanego przez Klausa Manna - na ile to, o czym pisze stosuje się do serwilizmu elit kulturalnych wobec władzy powojennej Polski. Gałczyński, Iwaszkiewicz, Broniewski, Tuwim, Andrzejewski itd., itd. by trzymać się tylko literatury. Drażliwe pytanie, na które ich adresaci chyba nigdy nie udzielili satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale jak to pisał Mann "sukces, najwyższe, nieodwołalne usprawiedliwienie każdej podłości, sprawił, że (...) zatracili wszelki wstyd".

niedziela, 28 sierpnia 2016

Szkarłatna litera, Nathaniel Hawthorne

Nie ukrywam, nie miałem Hawthorne'a we wdzięcznej pamięci, lektura jego "Domu o siedmiu szczytach" kojarzy mi się tylko z męczarniami, choć pewnie wiele można by złożyć ma karb mojego ówczesnego wieku, "Szkarłatna litera" więc przez lata zbierała kurz na domowej półce a do lektury zmobilizowało mnie odkrycie w jakimś antykwariacie, że została wydana w serii "Najsłynniejsze powieści dla kobiet". Eh, czego to nie zrobią specjaliści od marketingu by sprzedać produkt! To mocno ryzykowne zagranie z ich strony, bo książka mocno rozmija się z tym, co kojarzy się z "literaturą kobiecą" par excellance, bazującej na wariacjach bajek o Kopciuszku, królewnie Śnieżce, Szklanej Górze itp., itd. 


Już rozdział wstępny pisany w conradowskim stylu (choć poprawniejsze byłoby mówienie o tym, że styl Conrada może kojarzyć się z Hawthorne'm) zwiastuje kłopoty dla amatorów gładkiej i miłej lektury. Co prawda, dalszy ciąg nie stawia już zbyt wysokich wymagań, no może poza odrobiną cierpliwości ale nie zmienia to faktu, że nie ma w powieści wilkołaków, zombie ani czarodziejów, którzy mogliby przykuć uwagę. Pojawiają się co prawda wzmianki o czarownicach ale te nie odgrywają w powieści, niestety, większej roli.

Jakby nie było "Szkarłatna litera" to, jak wiadomo, problem grzechu, winy i kary. Młoda żona zdradza starego męża z młodym pastorem. Zachodzi w ciążę i jej niewierność wychodzi na jaw. Poddana publicznemu napiętnowaniu osłania kochanka, który chce uniknąć kary i równocześnie dręczony jest wyrzutami sumienia. Do tego wszystkiego jest jeszcze mąż chcący zemścić się na winowajcy. Tak w telegraficznym skrócie wygląda sprawa. Mnie w tym wszystkim zainteresowała nie postać głównej bohaterki, bo z czasem jest ona przyćmiona przez postać kochanka, lecz postacie męskie, wydaje mi się, że znacznie ciekawsze. Ona jest niezłomna, oni bardziej ludzcy. 

Mąż Hester, Roger - dziwna sprawa ale to przecież w gruncie rzeczy to on został skrzywdzony przez nią i Artura, tymczasem u Hawthorne'a wyrasta na szwarccharakter. Dlaczego? chyba tylko dlatego, że chce odnaleźć i zemścić się na kochanku żony, który uniknął odpowiedzialność za swój czyn. A przecież Artur to postać zdecydowanie bardziej śliska niż on. Nic nie wiadomo na temat złych uczynków Rogera, wręcz przeciwnie, jest lekarzem więc pomaga ludziom, tyle tylko że jest opętany idee fixe znalezienia człowieka, który przyprawił mu rogi. To całe jego "zło" ale mnie, przyznaję, to jakoś nie wzdraga na myśl o nim, choć Hawthorne robi wszystko by zniechęcić czytelnika do tej postaci.

A "bogobojny" pastor? Jasne jest, że jego związek z Hester to nie była sprawa jednorazowego "incydentu", to nie było "potknięcie" lecz coś co musiało trwać jakiś czas, ona poniosła konsekwencje swego czynu, on skończył na miotaniu się pomiędzy wyrzutami sumienia i strachem przed skandalem. Prawiąc nauki moralne swoim wiernym, sam sprowadził jedną ze swych owieczek na drogę grzechu, a w latach jej pokuty w niczym nie wsparł swej ofiary ani dziecka (nie licząc dwóch przemówień). Trochę mało by mu współczuć i zrozumieć. Nawet jego przyznanie się do winy jest jakieś pokrętne. Wszak dokonuje go dopiero w chwili śmierci, przed zamierzoną ucieczką wraz z ex-kochanką. To dopiero! szybko powiedzieć co leży na wątrobie i zaraz czmychnąć. Wygodna strategia. Zerwać z otoczeniem, w którym wszyscy już wiedzą co zrobił i bezpiecznie zacząć na nowo tam gdzie nikt go nie zna. Ale tu znowu zgrzyt. Hester planuje ucieczkę wraz z nim i z dzieckiem ale przecież ciągle jest kobietą zamężną. Jakże to tak? Znowu to samo? Co prawda, mówi się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki ale w to samo bagno, jak najbardziej. 

W tym wszystkim Hester jakoś schodzi na drugi plan. Owszem cierpi, ale jej cierpienie jest karą za grzech, zresztą nie najsurowszą z tych, jakie mogła ponieść. Cierpliwość i pokora z jaką ją znosi jest świadectwem poczucia winy, które z czasem pomniejsza, usiłując obciążyć odpowiedzialnością za swą decyzję o zamążpójściu męża. A przecież do zawarcia małżeństwa trzeba zgody obojga małżonków, oboje obiecują sobie miłość, wierność i że się nie opuszczą aż do śmierci. Jakoś w przypadku Hester tego nie widać a przecież nie dręczą jej wyrzuty sumienia, to co jej dolega to poczucie wstydu z powodu społecznego ostracyzmu i nic więcej. 

Świetna rzecz (biorąc oczywiście pod uwagę jej wiek) choć zdecydowanie nie dla gimbazy.   

czwartek, 18 sierpnia 2016

Matka Joanna od Aniołów, Jarosław Iwaszkiewicz

O czym jest "Matka Joanna od Aniołów"? W wydawniczej notce może przeczytać, że to opowiadanie o wyborze, jakiego musi dokonać czytelnik "i opowiedzieć się po jednej ze stron: prawa do przeżycia duchowego albo szaleństwa". Ale Iwaszkiewicz wcale takiej alternatywy przed czytelnikiem nie stawia. To raczej rzecz o dramacie człowieka, który padł ofiarą własnego złudzenia o możliwości walki ze złem, nie chcąc pogodzić się z tym, że jest ono jako element świata, niezniszczalne.


Ale mówiąc szczerze wcale nie jestem pewien tego, co napisałem wyżej bo jak tu można być czegokolwiek pewnym, skoro w sumie chyba nic nie jest w "Matce Joannie od Aniołów" definitywnie przesądzone. Nawet odpowiedź na podstawowe pytanie czy ksiądz Suryn (dziwna sprawa: tytułowa bohaterka wcale nie jest główną postacią opowiadania) padł ofiarą oszustki czy też demona drzemiącego w nim samym nie jest oczywista. Przecież widział, co się dzieje, zdawał sobie sprawę z tego, że matka Joanna "przesadza, koloryzuje i komponuje", a jej "rzeczywistą namiętnością (...) była chęć interesowania wszystkich sobą, chęć wywyższenia się jakim bądź kosztem". Dostrzega to, a jednocześnie nie potrafi, a może nie chce wyciągnąć płynącego stąd najbardziej oczywistego wniosku. Wierzy w jej opętanie. Dlaczego? Bo dla niego świat jest królestwem diabła - sam przecież mówi do ukazującej mu się jego wizji "Tu jest królestwo twoje, ale ja jestem posłany przez innych ludzi w imię boże. Jestem z innego królestwa, jestem ze światła, jak ty jesteś z ciemności, jestem z dobra, jak ty jesteś ze zła..." a w zakamarkach duszy każdego człowieka drzemie zło. Także jego duszy. To nie demony matki Joanny go prześladują lecz zło czające się w jego własnym sercu. Jeśli więc ksiądz Suryn jest czyjąś ofiarą, to już raczej własnej wiary niż matki Joanny.

Jakże naiwnie ksiądz Suryn sądzi, że jest w stanie to zło pokonać. On chce wojny totalnej ze złem, nie rozumie że zło, tak jak dobro jest elementem świata i choć obecne w życiu człowieka wcale nie musi nad nim panować. Ale nic w tym dziwnego, wszakże nie dostrzegał rzeczy oczywistych, nawet mimo ostrzeżeń anioła (Kaziuk), daje się wodzić na pokuszenie diabłu (Wołodkowicz). Gorzej, że zawiera pakt z szatanem. Co z tego, że w szlachetnej intencji - "Chciał być obciążony tym samym nieszczęściem, jakie spotkało matkę Joannę, chciał doznać tych wszystkich uczuć, jakich ona doznaje, chciał być tak opętany, jak ona jest opętana, podzielić to wszystko, co ją obciąża - i prosił Boga, by jej pozwolił odnaleźć prawdziwą drogę cnoty i miłości prowadzącą ja do zbawienia, a na niego zrzucił jej wszystkie nieszczęścia i grzechy" - uwierzył demonowi zła. Jak mógł to zrobić? Przecież wiedział "cóż może powiedzieć ojciec kłamstwa, ojciec ciemności? Wszystko, co szatan wyrzecze, jest kłamstwem, kłamstwem" on zaś to kłamstwo traktuje jak prawdę. A jeśli bardziej się zastanowić, to może i intencja księdza Suryna nie jest tak szlachetna jak by się to na pierwszy rzut oka wydawało, czy czasami nie popychały go do zawarcia paktu demony, o których mówił cadyk (który czy aby na pewno jest tylko cadykiem)?

A może reb Isze z Zabłudowa ma rację gdy mówi, że "To nie są może demony, to może tylko brak aniołów? (...) Anioł odleciał od matki Joanny i oto została sama ze sobą. Może to tylko własna natura człowieka?" Być może i ksiądz Suryn został sam ze sobą i przemówiła do niego ta cząstka jego natury, której się tak obawiał. Nie bez kozery jest zrozpaczony gdy słyszy od cadyka/szatana "Ja jestem ty - ty jesteś ja!" Demony? Nie, on nie mocuje się z demonami, on walczy sam ze sobą. Wszak gdyby istniały, nie zrezygnowałyby dobrowolnie z matki Joanny, o której dowiadujemy się, że "wyzdrowiała na dobre". Ale już chyba lepiej by demony istniały. Jakiż to byłby okrutny żart z księdza Suryna, gdyby okazało się, że w gruncie rzeczy jest ofiarą własnej imaginacji. Za jej sprawą padł ofiarą oszustki, stracił pokój własnej duszy i przede wszystkim, zamordował dwóch niewinnych ludzi, a jego cierpienie i ofiara życia ludzkiego były bezsensowne i daremne.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Niemcy w Krakowie, Dziennik 1 IX 1939 - 18 I 1945, Edward Kubalski

Długość mojego krążenia wokół "Dziennika" Edwarda Kubalskiego przewyższa tylko rozczarowanie nim. Odredakcyjna notka na okładce książki zapowiadała m. in. "pasjonujący zapis" niemieckiego panowania w Krakowie i twierdziła, że autor "w sposób rzeczowy i wnikliwy przedstawia życie codzienne (...), wzmagający się terror okupanta oraz zmieniające się nastroje polskiego społeczeństwa" a "Dzienniki, pisane na bieżąco żywą bogatą prozą, są jednym z najciekawszych i najbardziej wartościowych przekazów tego typu." Cóż po lekturze "Niemców w Krakowie" miałem wrażenie, że przeczytałem inną książkę niż ta, o której pisała redakcja (?) wydawnictwa. 


Być może oczekiwałem zbyt wiele, rozochocony dziennikiem Klukowskiego sądziłem, że to będzie coś co ciężarem gatunkowym będzie mu dorównywało. Niestety, bez szans. I w sumie trudno o to mieć pretensje do Edwarda Kubalskiego, jeśli już to raczej do wydawniczego marketingu. Kubalski pisał dziennik z myślą o potomnych, a kiedy zaczynał go pisać miał 68 lat. Kiedy wspomina o "plantatorach" (starszych panach politykujących na krakowskich Plantach), to trudno się oprzeć wrażeniu, że to określenie pasuje jak ulał także do niego i że sam pasuje do portretu "kawiarnianego polityka" z rysunku Franciszka Kostrzewskiego. Trudno spodziewać się po starszym panu, wieloletnim urzędniku, będącym jak można się domyśleć, zawsze super correct, ekscytującej lektury. To zapiski jakby odpersonalizowane, w tym znaczeniu, że wyzbyte emocji i pomijające postać i uczucia ich autora. Nawet wzmianki o synu, który został aresztowany i zginął w Oświęcimiu przemykają jakoś bez większego wrażenia.

O ile "Zamojszczyznę" Zygmunta Klukowskiego, rzecz jak najbardziej lokalną, czyta się jak dziennik uniwersalny, to "Niemcy w Krakowie" które sądziłem, że mogą być odzwierciedleniem spojrzenia wielkomiejskiej inteligencji na okupację są rzeczą nie tylko lokalną ale wręcz prowincjonalną. To zestawienie plotek, czasami kompletnie bzdurnych, z wiadomościami z oficjalnych gazet i własnymi, raczej mało wnikliwymi obserwacjami. Prawdziwą katastrofą dla czytelnika jest wybuch wojny z Rosją - zapiski zdominowane bowiem zostają referowaniem walk na linii frontu, co dzisiaj mogłoby może zainteresować historyka wojskowości badającego różnice pomiędzy stanem rzeczywistym frontu, tym co przedstawia oficjalna propaganda a tym tym jak odbierają to czytelnicy ale nie kogoś kto chciałby dowiedzieć się jak wyglądało życie codzienne w okupowanym Krakowie.

Drugą dominantą "Dziennika" Kubalskiego jest teatr. Widać, że jest on czymś ważnym w życiu autora, choć przecież z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca dwustutysięcznego miasta już niekoniecznie. W każdym razie informacje co, gdzie, kiedy i przez kogo będzie grane są równie ważne, z punktu widzenia autora, jak na przykład informacja o wywózkach robotników przymusowych do Niemiec.

Z tego wszystkiego wyłania się obraz dosyć zaskakujący. Tu nie ma wielkiej grozy, owszem, czytamy, podawaną suchą informację, że ten czy ów nie żyje, że są łapanki, pod koniec dziennika pojawiają się wzmianki o masowych egzekucjach ale nie ma w tym poczucia zagrożenia życia. To wszystko jest jakby trochę obok, tak jak informacje o losach Żydów (pisanych, co znamienne, przez autora z małej litery), czy nawet Katyniu i popowstaniowych przesiedleńcach z Warszawy. Bardziej dokuczliwe są dolegliwości życia powszedniego, drożyzna i deficyt różnorakich dóbr czy godzina policyjna, kolejne zakazy i nakazy.

Możliwe, że "Niemcy w Krakowie" okażą się ciekawą lekturą dla kogoś związanego z Krakowem ale mnie rozczarowały.