Zbierałem się i zbierałem się do "Cichego Donu" bo objętość powieści Szołochowa (?) budzi respekt, aż wreszcie nadszedł ten dzień ... Nawet nie było tak źle, a chwilami powiedziałbym, że było wręcz świetnie, chwilami jednak do tej świetności było bardzo daleko ale w sumie można było się przecież spodziewać, bo przecież książka która ukazała się w Związku Radzieckim w okresie stalinowskim, więc niezależnie od tego, że Szołochow otrzymał za nią nagrodę Nobla, musi mieć jakiś feler.
"Cichy Don" to jak wiadomo panorama życia kozaczyzny w latach 1912-22 i za jej sprawą powieść uznawana jest za powieść wybitną. To rzeczywiście mogłoby być arcydzieło ale nie jest. Przyczyną, dla której mam taką wątpliwość, chwilami jest bardzo nierówny poziom książki.
O ile trzy pierwsze części i ostatnia (jest ich osiem) nie budzą wątpliwości, że werdykt komitetu noblowskiego był uzasadniony, to nie da się tego powiedzieć o pozostałych. Zwłaszcza czwarta, która rozgrywa się w okresie rewolucji październikowej to przejaw prostackiej, nachalnej propagandy, w której nie obyło się bez odwołania do przemyśleń "Słońca ludzkości" - "narastanie rewolucji doprowadzało do wściekłości nie tylko rosyjskich obszarników i burżuazję, lecz wywołało strach i nienawiść wśród imperialistycznych kół Anglii, Ameryki i Francji. (...). Demaskując spisek międzynarodowej reakcji Stalin pisał wtedy: "Amerykańska burżuazja imperialistyczna, finansująca koalicję rosyjskiej burżuazji imperialistycznej (Milukow!), kliki wojskowych (Kiereński!) i górnych warstw drobnej burżuazji, które po lokajsku wysługują się "żywym siłom" Rosji (Certeli!) - oto obraz obecnej sytuacji."
Niestety nie jest to jedyny przykład "ukłonów" Szołochowa w stronę Stalina i nowego ustroju. Nie brak także licznych odwołań do Lenina, czy ideowych tromtadracji (oberwało się nawet Trockiemu). Ta "propagitka" robi tym bardziej przykre wrażenie, że pojawia się nagle i osiąga od razu apogeum. Ideologiczna gorliwość pisarza nie wychodzi powieści na dobre, widać bowiem nieudolność w przedstawieniu tych, którzy niezłomnie "stoją i stać będą" po "dobrej" stronie i przedstawiani są jako pomnikowe postacie a jednocześnie przybiera ona niezamierzoną wymowę. Widać to chociażby w przypadku miłości pary komunistów, Anny i Bunczuka. To uczucie miało być w założeniu tragiczne a okazało się ... śmieszne. O takich związkach mówiono w Związku Radzieckim, że robione są dla nich specjalne trzyosobowe łóżka małżeńskie, bo "Lenin zawsze z nami"; główną ich troską, jest to jak idzie "robota", wzburzona impotencją niedoszłego kochanka Anna wybacza mu ją gdy dowiaduje się, że jest następstwem udziału w "walce", a szczytem kuriozum jest scena, w której Bunczuk rozpoznaje w Annie Żydówkę po kształcie uszu i oczach, co przywodzi na myśl rasistowskie pomiary antropologiczne.
Ale takie i podobne "kwiatki", mimo że mają wpływ na odbiór powieści to jednak nie przesłaniają jej piękna. Tęsknota za utraconą przeszłością "małej ojczyzny" - "Stepie ojczysty pod niskim dońskim niebem! Zakręty wądołów, parowów, gliniastych jarów, przestrzeni ostnicy z zarosłymi trawą śladami końskich kopyt, kurhany, w mądrym milczeniu strzegące pogrzebanej sławy kozaczej! ... Chyląc się nisko, jak syn całuję twoją ziemię, nierdzewną krwią kozacką polany stepie doński!", scena śmierci Iljinicznej czy wreszcie będąca leitmotivem książki miłość Aksinii i Gieorgija to klasa sama w sobie ale nie gorsze są opisy losu głównego bohatera w czasie pierwszej wojny światowej i wojny domowej pełne brutalności i ohydy jak choćby scena zbiorowego gwałtu na Polce (w powieści znaleźć można sporo polskich "akcentów") czy twarzy zmarłego ojca głównego bohatera - "Grigorij ukląkł, żeby po raz ostatni przypatrzyć się uważnie drogiej twarzy, zapamiętać ją - i mimo woli wzdrygnął się z przestrachu i obrzydzenia: po szarym obliczu Panteleja Prokofiewicza, zapełniając rozpadliny oczu, zmarszczki na policzkach - pełzły wszy. Pokrywały twarz żywym, poruszającym się całunem, roiły się w brodzie, gromadziły w brwiach, leżały szarą warstwą na sztywnym kołnierzu granatowego czekmana ..."
Zwłaszcza jednak w przypadku części poświęconych wojnie domowej nie obyło się bez łyżek dziegciu w postaci ideologicznych wtrętów i bardzo technicznych opisów związków taktycznych, które równie dobrze nadawałyby się do podręczników wojskowości.
Pomimo tego, zwłaszcza tych propagandowych wstawek, "Cichy Don" broni się sposobem przedstawienia świata. Nic tu nie jest do końca czarno-białe. Nawet bolszewicy są chwilami przedstawiani jako bezlitośni mordercy, którzy mordują bezbronnych jeńców, gwałcą i kradną. Panorama życia Kozaków również nie jest laurką, owszem z jednej strony jest to malowniczy świat, z drugiej jednak prymitywna społeczność, w której podstawowym napojem jest samogon, gdzie ojciec gwałci córkę, teściowie mają "zastępować" synowym własnych synów albo namawiają synowe do zdradzania mężów, a wielka miłość Aksinii i Gieorgija nie przeszkadza im sypiać z innymi. Kozacy to nie naród-Bogonosiec, co zresztą staje się w trakcie lektury jasne bo wyraźnie artykułowana jest odrębność Kozaków wobec Rosjan (także i Ukraińców) w warstwie, nazwijmy to, etnicznej, oraz wobec chłopów, jeśli chodzi o różnice społeczne. To naród ludzi wolnych, wyraźnie czujący swoją odrębność i przywiązanie do niezależności, prymitywny i co tu dużo mówić, skazany na wymarcie, dla którego nie będzie już miejsca w nowej, radzieckiej rzeczywistości.
Jak na wielką "kolubrynę" czyta się "Cichy Don" zaskakująco dobrze, poza słabszymi momentami, o których wspominałem i które sprawiają wrażenie dosztukowanych (co widać nawet w tłumaczeniu - i nie dziwię się, że Sołżenicyn podważył wiarygodność autorstwa Szołochowa). I byłbym zapomniał ... - Don, który jest niemym świadkiem ludzkich losów wcale nie jest cichy ... Polecam.
O ile trzy pierwsze części i ostatnia (jest ich osiem) nie budzą wątpliwości, że werdykt komitetu noblowskiego był uzasadniony, to nie da się tego powiedzieć o pozostałych. Zwłaszcza czwarta, która rozgrywa się w okresie rewolucji październikowej to przejaw prostackiej, nachalnej propagandy, w której nie obyło się bez odwołania do przemyśleń "Słońca ludzkości" - "narastanie rewolucji doprowadzało do wściekłości nie tylko rosyjskich obszarników i burżuazję, lecz wywołało strach i nienawiść wśród imperialistycznych kół Anglii, Ameryki i Francji. (...). Demaskując spisek międzynarodowej reakcji Stalin pisał wtedy: "Amerykańska burżuazja imperialistyczna, finansująca koalicję rosyjskiej burżuazji imperialistycznej (Milukow!), kliki wojskowych (Kiereński!) i górnych warstw drobnej burżuazji, które po lokajsku wysługują się "żywym siłom" Rosji (Certeli!) - oto obraz obecnej sytuacji."
Niestety nie jest to jedyny przykład "ukłonów" Szołochowa w stronę Stalina i nowego ustroju. Nie brak także licznych odwołań do Lenina, czy ideowych tromtadracji (oberwało się nawet Trockiemu). Ta "propagitka" robi tym bardziej przykre wrażenie, że pojawia się nagle i osiąga od razu apogeum. Ideologiczna gorliwość pisarza nie wychodzi powieści na dobre, widać bowiem nieudolność w przedstawieniu tych, którzy niezłomnie "stoją i stać będą" po "dobrej" stronie i przedstawiani są jako pomnikowe postacie a jednocześnie przybiera ona niezamierzoną wymowę. Widać to chociażby w przypadku miłości pary komunistów, Anny i Bunczuka. To uczucie miało być w założeniu tragiczne a okazało się ... śmieszne. O takich związkach mówiono w Związku Radzieckim, że robione są dla nich specjalne trzyosobowe łóżka małżeńskie, bo "Lenin zawsze z nami"; główną ich troską, jest to jak idzie "robota", wzburzona impotencją niedoszłego kochanka Anna wybacza mu ją gdy dowiaduje się, że jest następstwem udziału w "walce", a szczytem kuriozum jest scena, w której Bunczuk rozpoznaje w Annie Żydówkę po kształcie uszu i oczach, co przywodzi na myśl rasistowskie pomiary antropologiczne.
Ale takie i podobne "kwiatki", mimo że mają wpływ na odbiór powieści to jednak nie przesłaniają jej piękna. Tęsknota za utraconą przeszłością "małej ojczyzny" - "Stepie ojczysty pod niskim dońskim niebem! Zakręty wądołów, parowów, gliniastych jarów, przestrzeni ostnicy z zarosłymi trawą śladami końskich kopyt, kurhany, w mądrym milczeniu strzegące pogrzebanej sławy kozaczej! ... Chyląc się nisko, jak syn całuję twoją ziemię, nierdzewną krwią kozacką polany stepie doński!", scena śmierci Iljinicznej czy wreszcie będąca leitmotivem książki miłość Aksinii i Gieorgija to klasa sama w sobie ale nie gorsze są opisy losu głównego bohatera w czasie pierwszej wojny światowej i wojny domowej pełne brutalności i ohydy jak choćby scena zbiorowego gwałtu na Polce (w powieści znaleźć można sporo polskich "akcentów") czy twarzy zmarłego ojca głównego bohatera - "Grigorij ukląkł, żeby po raz ostatni przypatrzyć się uważnie drogiej twarzy, zapamiętać ją - i mimo woli wzdrygnął się z przestrachu i obrzydzenia: po szarym obliczu Panteleja Prokofiewicza, zapełniając rozpadliny oczu, zmarszczki na policzkach - pełzły wszy. Pokrywały twarz żywym, poruszającym się całunem, roiły się w brodzie, gromadziły w brwiach, leżały szarą warstwą na sztywnym kołnierzu granatowego czekmana ..."
Zwłaszcza jednak w przypadku części poświęconych wojnie domowej nie obyło się bez łyżek dziegciu w postaci ideologicznych wtrętów i bardzo technicznych opisów związków taktycznych, które równie dobrze nadawałyby się do podręczników wojskowości.
Pomimo tego, zwłaszcza tych propagandowych wstawek, "Cichy Don" broni się sposobem przedstawienia świata. Nic tu nie jest do końca czarno-białe. Nawet bolszewicy są chwilami przedstawiani jako bezlitośni mordercy, którzy mordują bezbronnych jeńców, gwałcą i kradną. Panorama życia Kozaków również nie jest laurką, owszem z jednej strony jest to malowniczy świat, z drugiej jednak prymitywna społeczność, w której podstawowym napojem jest samogon, gdzie ojciec gwałci córkę, teściowie mają "zastępować" synowym własnych synów albo namawiają synowe do zdradzania mężów, a wielka miłość Aksinii i Gieorgija nie przeszkadza im sypiać z innymi. Kozacy to nie naród-Bogonosiec, co zresztą staje się w trakcie lektury jasne bo wyraźnie artykułowana jest odrębność Kozaków wobec Rosjan (także i Ukraińców) w warstwie, nazwijmy to, etnicznej, oraz wobec chłopów, jeśli chodzi o różnice społeczne. To naród ludzi wolnych, wyraźnie czujący swoją odrębność i przywiązanie do niezależności, prymitywny i co tu dużo mówić, skazany na wymarcie, dla którego nie będzie już miejsca w nowej, radzieckiej rzeczywistości.
Jak na wielką "kolubrynę" czyta się "Cichy Don" zaskakująco dobrze, poza słabszymi momentami, o których wspominałem i które sprawiają wrażenie dosztukowanych (co widać nawet w tłumaczeniu - i nie dziwię się, że Sołżenicyn podważył wiarygodność autorstwa Szołochowa). I byłbym zapomniał ... - Don, który jest niemym świadkiem ludzkich losów wcale nie jest cichy ... Polecam.

