Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Redliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Redliński. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 września 2012

Konopielka, Edward Redliński

Przywykło się traktować "Konopielkę" (1973) jako komedię, ale to moim zdaniem zbytnie uproszczenie. Rzeczywiście, pierwsze wrażenie wywołuje uśmiech na twarzy a czasami nawet śmiech ale jeśli czyta się książkę na spokojnie widać, że wiele rzeczy jest w niej bardzo nieśmiesznych. Na pierwszy rzut oka jakże zabawne może się wydawać poszukiwania kurzego jaja przez całą rodzinę ale trochę mniej śmieszne staje się ono w swoim finale, gdy Kaziuk bije Hankę, która je rozdeptała. Do czytelnika zaczyna docierać, że może ten epizod jest bardziej na serio. 


A takich przykładów jest znacznie więcej. Może to i zabawne, gdy chore dziecko jest przeciągane pod chomątem by ozdrowiało ale czy ktoś się śmiał gdy Rozalkę z "Antka" B. Prusa zamknięto w piecu na  trzy  "zdrowaśki", jeszcze mnie robi się śmiesznie gdy dziecko umiera. Gdzie tu komedia? A może śmieszny jest  epizod, w którym ojciec ma zbić trumnę dla zmarłej córeczki i wysyła syna by kupił nie osiem a siedem gwoździ bo jeden się znalazł w kieszeni? Równie "śmieszne" wydają się niedwuznaczne aluzje dotyczące aberracji, dla których w normalnym świecie nie ma akceptacji.

To wszystko składa się raczej na zakwalifikowanie powieści Redlińskiego bardziej jako gorzkiej groteski niż komedii, co wcale nie znaczy, że nie ma w "Konopielce" momentów wywołujących autentyczny uśmiech na twarzy. Do klasyki przeszła przecież przepowiednia dziada, wg której "Chłop z chłopem spać będzie, baba z babo, wilki latać, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, zajdzie na wschodzie!", po części zresztą jak powszechnie wiadomo, spełniona.

Zresztą literacka kwalifikacja książki wydaje się zagadnieniem drugorzędnym, nie od tego przecież zależy jej czytelnicze powodzenie. W każdym razie uchodzi ona za mieszczącą się w nurcie literatury chłopskiej ale jaka to różnica pomiędzy nią a sztandarową pozycją tego nurtu - "Chłopami" W. Reymonta! choć nie dam głowy, czy chwilami "Konopielka" na swój sposób nie jest prawdziwsza. To wrażenie pogłębia fakt, że poza Taplarami większość nazw miejscowości, które w książce się pojawiają, to nazwy autentyczne i ciekawy czytelnik, może w miarę dokładnie określić miejsce akcji jeśli nie jest usatysfakcjonowany ogólnym określeniem - Białostocczyzna.

Powieść Redlińskiego, moim zdaniem, jest raczej krzywym zwierciadłem, w którym tradycja ściera się z  nieuchronnie nadchodzącymi zmianami. Stoi co prawda na przegranej pozycji ale w tej konfrontacji ma swoje racje. Jest przecież coś pociągającego w tym, gdy "Dzień się sam zaczyna, wszystko idzie jak trzeba, jak wczoraj, jak kiedyś, jak było na początku teraz i zawsze i na wieki wieków amen". Poczucie tradycji, trwałości i ciągłości ma swoją wartość, i nie zawsze musi być rozumiane tak jak pojmują ją mieszkańcy Taplar wzbraniający się przed koszeniem zboża, czy Kaziuk przedkładający drewnianą łyżkę i miskę nad sztućce i talerze. Zmiany są nieuchronne ale przecież znamienne jest też i to, że wykształcona nauczycielka nie potrafi nic mądrego odpowiedzieć prostemu chłopu, analfabecie, gdy ten ją pyta "Na co pani żyje? To tu, to tam, to z tym, to z tamtym? Dzie panine dzieci? Dzie panina ziemia? Panine krowy? Świni? Kury? Panina rzeka, panina chata, panine drzewo? Dzie?" To nie są komediowe pytania - równie dobrze mógłby je zadać przecież Maciej Boryna ale niezależnie od tego, kto je zadaje, może warto samemu na nie odpowiedzieć.