Nie ma to jak tytuł na czasie ... Po "Lochy Watykanu" sięgnąłem trochę "niechcący", zupełnie nie myśląc o kontekście, w jakim przyszło mi je czytać ale to dodało lekturze tylko kolejnej szczypty pikanterii, zważywszy że książka swego czasu (w 1952 r.) trafiła na Indeks Ksiąg Zakazanych (Gide był zresztą w doborowym towarzystwie m. in. Goldsmith'a i Balzaka, żeby poprzestać tylko na tych, których nazwiska można znaleźć na blogu).
Nie zresztą dziwnego - powieść Gide'a mogła bulwersować Kościół. Sam pomysł spisku mającego na celu uwięzienie papieża brzmiał świętokradczo - "czy przedstawiciel Boga na ziemi mógłby być porwany ze świętego stolca i przez intrygę Kwirynału skradziony niejako całemu chrześcijaństwu, to problem wielce drażliwy" - nawet jeśli to był tylko rzekomy spisek. Do tego dochodzi instrumentalizm w traktowaniu wiernych, obojętność wobec niedostatku będącego konsekwencją posłuszeństwa Kościołowi a jakby tego było mało to zakwestionowanie utrwalonych norm społecznych, aluzje do homoseksualizmu i pederastii musiały też zrobić swoje, nie wspominając już o ocierającym się o kazirodztwo romansie.
Zdając sobie sprawę z kontrowersyjności książki Gide złapał się z tą kwestią "za bary" jasno wykładając swoje pisarskie credo - "Wytrawni krytycy określają powieść jako historię, która mogła się była dziać, a historię jako powieść, która się działa. Trzeba w istocie uznać, że sztuka powieściopisarza często zdobywa wiarę, tak jak fakt często jej urąga. Są sceptycy, którzy przeczą faktowi, z chwilą gdy odskakuje od przeciętności. Nie dla nich piszę." A pisze Gide w starym, dobrym stendhal'owskim stylu choć widać też nawiązania do Balzaca. Są więc tajemnice, rzekomy spisek, miłość i zbrodnia a do tego sceny z życia prowincji ale i też sceny z życia arystokracji. Gide wywarł wpływ podobno na najbardziej znanego "pożytecznego idiotę" - Sartre'a. Piszę - podobno - bo głowy nie dam, jako że Sartre ciągle czeka u mnie na lepsze czasy, za to mogę ręczyć za widoczny wpływ Gide'a na "Wdowę Couderc" Simenon'a, obaj panowie zresztą się znali.
Same "Lochy Watykanu" też nie są zawieszone w literackiej próżni - mówi się o nawiązaniu do Dostojewskiego, ale ja dostrzegłem także "Wilde'a" (to jeszcze jeden znajomy pisarza) chociażby w pojawiających się od czasu do czasu paradoksach w rodzaju "najgorsze postanowienia są zwykle najtrwalsze", zapatrywaniach na sztukę i cyniczno-sarkastycznym podejściu do bohaterów, bo chyba tak można określić, na przykład, opis Juliusa, który "szanował w życiu każdego kostium, jaki człowiek pragnie przybrać: wysoko cenił pozory." Są też i elementy groteski, jak choćby ten, który pojawia się w świetnej scenie walki Amadeusza z pluskwami, który "Nie mając serca zgnieść ich na paznokciu, wrzucił pluskwy do nocnika i osikał je. Przez kilka chwil patrzył jak się miotają, zadowolony, okrutny, i na chwilę uczuł nieco ulgi." (czy nie przypomina to trochę późniejszych perypetii innego Amadeusza z "Jesieni w Pekinie"?).
Na proste pytanie: o czym są tytułowe "Lochy Watykanu" trudno w prosty sposób odpowiedzieć. Są one symbolem czegoś mitycznego, wymyślonego, czego nikt nie widział a naiwna wiara w jego istnienie dramatycznie zmienia koleje ludzkiego życia. Na to nakłada się egotyzm, przeświadczenie o własnej indywidualności i niezależności, bycia "ponad" i wreszcie czyn "bezinteresowny". Jak mówi jeden z bohaterów - "weszliśmy na fałszywą drogę: że własna korzyść nie zawsze powoduje człowiekiem: że bywają postępki bezinteresowne ... (...) Przez bezinteresowne rozumiem: bezcelowe. I że zło, to, co się nazywa zło, może być równie bezcelowe jak dobro." Kwestia wartości, dobra i zła to tylko subiektywne odczucie, sprawa umowna. Życie i śmierć to tylko kwestia przypadku i impulsu - "czułem, że mam objęcie dość szerokie, aby uścisnąć całą ludzkość; lub zdławić ją może ... Jakże to niewiele, życie ludzkie!" Inna sprawa, to to, czy bezcelowa zbrodnia pozostanie bez następstw, czy rzeczywiście jeśli nie można odnaleźć motywu, to oznacza to, że czyn nie pozostawia żadnych następstw w życiu jego sprawcy? Na to pytanie jednak już każdy musi sobie sam odpowiedzieć ... Ja mogę tylko książkę z czystym sumieniem polecić.
Zdając sobie sprawę z kontrowersyjności książki Gide złapał się z tą kwestią "za bary" jasno wykładając swoje pisarskie credo - "Wytrawni krytycy określają powieść jako historię, która mogła się była dziać, a historię jako powieść, która się działa. Trzeba w istocie uznać, że sztuka powieściopisarza często zdobywa wiarę, tak jak fakt często jej urąga. Są sceptycy, którzy przeczą faktowi, z chwilą gdy odskakuje od przeciętności. Nie dla nich piszę." A pisze Gide w starym, dobrym stendhal'owskim stylu choć widać też nawiązania do Balzaca. Są więc tajemnice, rzekomy spisek, miłość i zbrodnia a do tego sceny z życia prowincji ale i też sceny z życia arystokracji. Gide wywarł wpływ podobno na najbardziej znanego "pożytecznego idiotę" - Sartre'a. Piszę - podobno - bo głowy nie dam, jako że Sartre ciągle czeka u mnie na lepsze czasy, za to mogę ręczyć za widoczny wpływ Gide'a na "Wdowę Couderc" Simenon'a, obaj panowie zresztą się znali.
Same "Lochy Watykanu" też nie są zawieszone w literackiej próżni - mówi się o nawiązaniu do Dostojewskiego, ale ja dostrzegłem także "Wilde'a" (to jeszcze jeden znajomy pisarza) chociażby w pojawiających się od czasu do czasu paradoksach w rodzaju "najgorsze postanowienia są zwykle najtrwalsze", zapatrywaniach na sztukę i cyniczno-sarkastycznym podejściu do bohaterów, bo chyba tak można określić, na przykład, opis Juliusa, który "szanował w życiu każdego kostium, jaki człowiek pragnie przybrać: wysoko cenił pozory." Są też i elementy groteski, jak choćby ten, który pojawia się w świetnej scenie walki Amadeusza z pluskwami, który "Nie mając serca zgnieść ich na paznokciu, wrzucił pluskwy do nocnika i osikał je. Przez kilka chwil patrzył jak się miotają, zadowolony, okrutny, i na chwilę uczuł nieco ulgi." (czy nie przypomina to trochę późniejszych perypetii innego Amadeusza z "Jesieni w Pekinie"?).
Na proste pytanie: o czym są tytułowe "Lochy Watykanu" trudno w prosty sposób odpowiedzieć. Są one symbolem czegoś mitycznego, wymyślonego, czego nikt nie widział a naiwna wiara w jego istnienie dramatycznie zmienia koleje ludzkiego życia. Na to nakłada się egotyzm, przeświadczenie o własnej indywidualności i niezależności, bycia "ponad" i wreszcie czyn "bezinteresowny". Jak mówi jeden z bohaterów - "weszliśmy na fałszywą drogę: że własna korzyść nie zawsze powoduje człowiekiem: że bywają postępki bezinteresowne ... (...) Przez bezinteresowne rozumiem: bezcelowe. I że zło, to, co się nazywa zło, może być równie bezcelowe jak dobro." Kwestia wartości, dobra i zła to tylko subiektywne odczucie, sprawa umowna. Życie i śmierć to tylko kwestia przypadku i impulsu - "czułem, że mam objęcie dość szerokie, aby uścisnąć całą ludzkość; lub zdławić ją może ... Jakże to niewiele, życie ludzkie!" Inna sprawa, to to, czy bezcelowa zbrodnia pozostanie bez następstw, czy rzeczywiście jeśli nie można odnaleźć motywu, to oznacza to, że czyn nie pozostawia żadnych następstw w życiu jego sprawcy? Na to pytanie jednak już każdy musi sobie sam odpowiedzieć ... Ja mogę tylko książkę z czystym sumieniem polecić.
