niedziela, 5 maja 2013

Boso, ale w ostrogach, Stanisław Grzesiuk

"Boso, ale w ostrogach" jest opowieścią o apaszach z przedwojennego Czerniakowa - tak zapewne dzisiejszy wydawca w największym skrócie streściłby książkę. Bliższe prawdy byłoby jednak stwierdzenie, że jej bohaterami są ludzie z marginesu społecznego, a Grzesiuk usiłuje utrwalić mit powiedzenia "nie ma cwaniaka nad warszawiaka", choć nie wiem na ile może się ono do niego stosować bo choć wychował się na Czerniakowie to urodził w Małkowie pod Chełmem Lubelskim (choć z książki tego się nie dowiemy).


Nie wiem ile w jego książce jest prawdy a ile fikcji i nie podejmuję się tego rozstrzygnąć (siostra Grzesiuka przedstawia zupełnie inny opis rodzinnego domu) ale podchodzę do jego wspomnień z dużą dozą nieufności. Książkowiec pisze właśnie o odczytywaniu książek w kontekście biografii autora - w przypadku Grzesiuka to wątek jak znalazł.
Czyta się z pewnym osłupieniem jego deklarację - "Nie znosiłem bezwzględnej dyscypliny, która pozbawia człowieka własnej inicjatywy. Dyscypliny, która każe prężyć się przed innym człowiekiem, mimo że uważa się go za głupszego od siebie. Natomiast chętnie podporządkowuję się poleceniom takiego człowieka, który potrafi zaimponować mi wiedzą i twardym charakterem. Toteż nigdy dobrowolnie nie należałem do żadnej organizacji, która mogłaby w czymkolwiek krępować moją swobodę" - jeśli się weźmie pod uwagę, że Grzesiuk był członkiem PPR a na okres stalinizmu przypada apogeum jego kariery zawodowej był bowiem w latach 1949-1953 wicedyrektorem ... do spraw polityczno-społecznych w Instytucie Hematologii i Krwiodawstwa. Ale nawet bez znajomości biografii autora widać w książce ukłony w stronę jedynie słusznego ustroju. Nie mówię już nawet o żenującym zakończeniu, będącym rodzajem socjalistycznego happy endu, w którym koledzy Grzesiuka "pracują w swoich zawodach, pozakładali rodziny i przykładnie wychowują dzieci", czy równie "prawdopodobnym" fakcie uświadamiania przez Grzesiuka kolegów, którym udostępniał pismo "Wolnomyśliciel" i z którymi, jak pisze, "wieczorem, stojąc grupą na rogu ulicy, dyskutowaliśmy na tematy poruszane w piśmie."

Przecież opis pracy w Państwowych Zakładach Teleradiotechnicznych (nie dowiemy się jakim cudem dostał tam pracę) to przecież nic innego jak przeciwstawienie zdrowej "robociarskiej wiary", godnym tylko wzgardy "inteligencikom". Jeśli ktoś oglądał "Pokolenie" A. Wajdy (nie mówię o czytaniu literackiego pierwowzoru, którym była powieść B. Czeszki pod tym samym tytułem) to z pewnością zwrócił uwagę na występujący i tu i tu motyw starego majstra "uświadamiającego" klasowo młodego robotnika. Równie nieodległe są od siebie lekcje religii w obu utworach. Ich zbieżność wydaje się nieprzypadkowa jeśli weźmie się pod uwagę daty powstania książki Czeszki (1951), filmu Wajdy (1954) i wspomnień Grzesiuka (1958).

Nawet w warstwie dotyczącej "soli ziemi" Czerniakowa, która stanowić ma o specyficznym ale jednak honorze grandy, w której się nie kapuje i słabszego nie krzywdzi widać "niedociągnięcia" w snuciu legend przez Grzesiuka. Nie kwestionuję tego, że głównym problemem, zajmującym tych którzy stali na rogu ulicy i jaki wyłania się z książki było; co by tu się napić i co ukraść, a dyskusja z ich udziałem ograniczała się do dwóch argumentów; uderzyć "z główki" i pociągnąć kosą ale nawet z "Boso, ale w ostrogach" wynika, że opowieści o honorze można między bajki włożyć. Nie chodzi tu nawet o to, że Grzesiuk, jak sam pisze, jeszcze jako dorosły "mścił" się na kobiecie, za dziecięce poczucie krzywdy, niszcząc jej kwiaty ale fakt, że sam okazał się "niecharakterny" dwukrotnie przyprowadzając na komisariat policji "powstańców" (do których sam się jeszcze niedawno zaliczał), których podejrzewał o okradzenie śpiącego, pijanego kolegi. Zamiast zgodnie z "kodeksem" samemu dojść "sprawiedliwości", jak przykładny obywatel, frajer denuncjuje mniejszych od siebie i słabszych dzieciaków. Gdzież się podziała ta "święta" zasada "kapować nie wolno"?

O walorach literackich wspomnień Stanisława Grzesiuka wspominać nie będę bo ich nie dostrzegłem, a jeśli kogoś interesuje wiedza, ile można wypić na imprezie, to może się okazać, że to książka dla niego. A swoją drogą, czy to nie dziwne, że Grzesiuk takie szczegóły pamięta po latach? 

15 komentarzy:

  1. Jak to się gusta zmieniają! Dawno temu czytałam, podobało mi się, a szczególnie "Pięć lat kacetu" dawało ogromną dawkę zlagrowanej rzeczywistości. Oczywiście o biografiach mówiło się niewiele, bo googli nie było. Tyle co pani w szkole powiedziała, a mówiła niewiele. Pozostałe, czyli "Boso, ale w ostrogach" i "Na marginesie życia" zaliczyłam z rozpędu i bez powrotów. Tak, do rozliczeń z biografią trzeba dojrzeć:) Pozdrawiam wiernego czytelnika:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Pięciu latom kacetu" nie dałem już rady - miał Grzesiuk szczęście, że Borowski już tego nie czytał bo skończyłoby się gorzej niż z Zofią Kossak.

      Usuń
  2. Czytałam całą trylogię w młodości. Wówczas mało zwracałam uwagę na polityczne realia, bardziej chyba interesowało mnie "ile można wypić" itp. ;) Ciekawa jestem, jak czytałoby się teraz, z ok. 30 letnim balastem :) Raczej nie zdzierżyłabym tematyki obozowej, ale pijacką czy szpitalną... kto wie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tematyki pijackiej też się wyrasta i dostrzega się też inne aspekty :-). Gdy czyta się wspomnienia Grzesiuka to trudno nie zadać sobie pytania, jak taki chojrak i mądrala dał się Niemcom złapać, wywieźć na roboty a potem znowu złapać. Mam wrażenie, że "Pięć lat kacetu" jest jeszcze większą bajką niż "Boso, ale w ostrogach".

      Usuń
    2. Podobno (zastrzegam że nie wiem ile w tym prawdy) latał po pijanemu w tramwaju i zaczepiał siedzących tam Niemców.Tak przynajmniej wynika ze wspomnień którzy go znali

      Usuń
    3. Problemy z alkoholem, oględnie rzecz ujmując, jakie miał Grzesiuk były tajemnicą poliszynela.

      Usuń
  3. Próbowałam z "5 latami kacetu" i poległam. Świetnie napisane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście Twój tekst, nie książka, o której piszesz :D

      Usuń
    2. Uhaha ... :-) Dziękuję za dobre słowo :-) "Pięć lat kacetu" było pierwszą książką Grzesiuka, z którą się zmierzyłem. Ilość bufonady i jej jakość dla mnie była porażająca - i też niestrawna :-). Tym razem zawziąłem się bo doszedłem do wniosku, że być może coś przegapiłem ale w sumie tylko marnowałem czas bo to ani dowcipne, ani inteligentne ...

      Usuń
    3. Niestety, ze wspomnieniami obozowymi różnie bywa. Czasem autorzy są tak antypatyczni, że trudno skupić się na tym, o czym piszą. Taki problem miałam z "Buntem w Sobiborze" i ze wspomnieniami Wandy Półtawskiej.

      Usuń
    4. A to mnie zaskoczyłaś - "Bunt" rzeczywiście nie robi zbyt dobrego wrażenia ale po wspomnieniach Półtawskiej obiecywałem sobie wiele - a tu taki kubeł zimnej wody.

      Usuń
  4. Brawo, brawo!
    Wspaniale napisane! Nie cierpię Grzesiuka (tak, tak, "nie cierpię" to doskonałe wyrażenie), nie cierpię tej jego wspomnianej bufonady, tego koloryzowania, tej indoktrynacji, która się z jego książek wprost wylewa. Odnoszę przy tym wrażenie, że jestem w tym odosobniona, bo moim znajomym tak fajnie przecież czyta się opowieści o charakternych chłopakach z przedwojennej Warszawy, tymczasem okazuje się, że podobnych do mnie jest więcej. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Grzesiuka nic nie mam, choć to zdecydowanie nie jest postać z mojej bajki. O ile mogę zrozumieć, że konfabulował (choć pewnie nie od początku do końca) żeby podnieść atrakcyjność książek i heroizować własną przeszłość, to też byłem zdziwiony, tym że jego opowieści bierze się za dobrą monetę :-).

      Usuń
  5. Z tego wynika że Grzesiuk doskonale kierowa łswoim PR. A czy schorowany alkoholik był by w stanie tak wykreowac swój wizerunek żeby stac się legendą? Zastanawiam się dlaczego Stefan Krukowski nie wspomina o Grzesiukuw swojej książce, przecież byli przyjaciółmi w obozie. Lubie Grzesiuka, ale tak ciężko znaleźc prawdę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę by decydujący głos co do wizerunku Grzesiuka należał do niego samego, w tym sensie, że nie on decydował czy jego książki się ukażą i jaką ostatecznie będą miały treść to był przecież okres panowania cenzury. Ale oczywiście skoro ukazały się pod jego nazwiskiem, to musiał je akceptować.

      "Byłem kapo" Krukowskiego nie czytałem - dziękuję za jej przypomnienie, mogę się tylko domyślać, że Krukowski trochę inaczej zapamiętał relacje z Grzesiukiem niż Grzesiuk.

      Usuń