poniedziałek, 25 lutego 2013

Karawana literatury, Waldemar Łysiak

Dałem się namówić Mili, choć po "przedbiegach" w postaci lektury rozdziału "Literatura kobieca" zdawałem sobie sprawę z tego, że dobrze nie będzie. Ale nie sądziłem, że aż tak! Książka Waldemara Łysiaka powinna być zatytułowana tak jak ostatni jej rozdział - "Trociny, wydzieliny, bździny", co w pełni oddawałoby jej zawartość. Jak ulał pasuje do niej wierszyk Tuwima:

"Po pierwsze 
złe wiersze

Po drugie 
za długie

Po trzecie
hańba takiemu poecie

Po czwarte
nic nie warte (...)".


Mimo, że podobnie jak Łysiak nie jestem najlepszego zdania o poziomie polskiej literatury współczesnej, to nie ma co nad tym lać łez, ponieważ funkcjonuje ona na zasadzie popytu i podaży, jacy czytelnicy taka i literatura, i jest ona takim samym produktem jak nie przymierzając buty. Wydawane są książki, które mają szansę znaleźć swoich czytelników, których gusta są przecież zróżnicowane. Waldemar Łysiak sprawia wrażenie jakby tego nie rozumiał, choć ta prawidłowość stosuje się przecież i do niego bo pisze to co czytelnicy chcą przeczytać. Ale nie to jest podstawową wadą książki.

Otóż jeśli ktoś, podobnie jak ja, sugerując się tytułem, sądził że "Karawana literatury" jest książką o literaturze to jest w głębokim błędzie. To książka nie o literaturze a przede wszystkim o literatach i rzeczach, które z literaturą nie mają nic wspólnego. Można się z niej na przykład dowiedzieć, że "W Polsce chory jest cały system uliczny (dziurawe jezdnie, brak miejsc do parkowania, bezkarność właścicieli psów masowo obsrywających chodniki, itp.)", że Krzysztof Różycki czytał "wniosek lustracyjny złożony w 1999 r. przez posłów KPN-u w sprawie Jerzego Buzka." Są i przaśne złote myśli w rodzaju "Kablowanie" to praca nudna i brudna jak seks oralny. Znaczy: monotonna i paskudna, a dużą przyjemność daje tylko osobie obsługiwanej, czyli "oficerowi prowadzącemu"" - aż chce się zapytać; skąd Autor wie takie rzeczy? Odnosi się przy tym wrażenie, że zainteresowanie seksem przybiera w książce niezdrowe rozmiary, Łysiak zajmuje się bowiem na przykład omawianiem ekscentrycznych praktyk seksualnych w ... filmach, czy mało wyszukanym dialogiem między ... Dorotą Rabczewską i Przemysławem Saletą, a przykłady takie można by jeszcze mnożyć. Konia z rzędem temu, kto znajdzie ich związek z literaturą.

Zresztą jej znajomość nie jest najsilniejszą stroną Autora, na próżno szukać w "Karawanie literatury" szerszego odniesienia do jakiejkolwiek książki (chyba poza "Nocnikiem" A. Żuławskiego, podpierając się nim co jakiś czas, co zaskakuje tym bardziej, że książka ta aż roi się od błędów), której tytuł wymienia, ograniczając się do przytoczenia opinii innych na jej temat. Po kilkukrotnych tego typu zabiegach odnosi się wrażenie, że Łysiak w ogóle ich nie czytał i powtarza tylko to, co ktoś wcześniej miał do powiedzenia. To ciągłe opieranie się na spostrzeżeniach innych sprawia, że książka staje się tylko kompilacją zgrabnie połączonych cytatów z intelektualnym wkładem Autora ograniczonym do minimum. Przyznaję, tego rodzaju zabiegi robiły na mnie wrażenie erudycji (nawiasem mówiąc powinien wiedzieć,  że w sądzie wyroki wydaje sędzia, także gdy jest to kobieta, bo sędzina to żona sędziego), wówczas, kiedy zetknąłem się z pisarstwem Waldemara Łysiaka po raz pierwszy Tyle tylko, że czasy licealne mam, niestety, dawno już za sobą i dzisiaj oczekuję od książki jakiejś wartości dodanej. A tej na próżno szukać, nawet w tym co Autora interesuje chyba najbardziej - personaliach, bo czytelnikom serwowane są tylko dobrze znane "stare, odgrzewane kotlety" w rodzaju kto donosił, kto był homoseksualistą, kto z kim spał i kto komu dał "w mordę". Nic nowego.

Nie da się też nie zauważyć, że Łysiak używa książki do nachalnej autopromocji, która czasami przybiera niespodziewany dla samego Autora wydźwięk, kiedy sam z dumą ustawia się w rankingu popularności w jednym rzędzie wśród "zasłużonych PZPR-owców, WRON-owców, PRON-owców i SB-ków", czy też autorek, jak to z finezyjnym dowcipem określa, "literatury menstruacyjnej". Personalne rozgrywki z kolegami po fachu, które osiągają apogeum w rozdziale poświęconym Rafałowi Ziemkiewiczowi, nawet już nie dziwią.

To wszystko sprawia, że wywody na temat poziomu literatury, kontrowersyjności nagród, mechanizmów dotyczących krytyki literackiej giną w potoku żółci i jadu - w sumie powstała książka, ani odkrywcza, ani mądra, ani dowcipna - dla mnie "szkoda czasu i atłasu". 

48 komentarzy:

  1. Marlow, dzięki Ci! Już chciałam sprawdzać o co chodzi z tą książką (nie żeby kupować, ale pojawiła się w mojej bibliotece) skoro tak tyle ochów i achów w jej temacie się pojawiło, a tu jak się okazuje głównie żółć i jad (wierzę w Twój obiektywizm) i tak na dobrą sprawę niewiele o literaturze. Świetnie, mogę ją sobie darować! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och i achy?! To chyba o jakiejś innej książce :-) To głównie personalna "dowalanka", trzeba przyznać, że bardzo sprawnie napisana - przechodzi się przez książkę błyskawicznie ale z drugiej strony to też dowód na to, że nie pobudza ona do jakiejś głębszej refleksji. Wcześniej czytałem, w którymś z gazetowych dodatków rozdział o literaturze kobiecej. I to w sumie wystarcza by wyrobić sobie opinię o całości. Omówienie literatury polega tam generalnie na wymienianiu nazwisk w stylu znanym z "Ptasiego radia" Tuwima. Jeśli interesujesz się przejawami frustracji i kompleksów w, pożal się Boże, literaturze to przeczytać możesz :-).

      Usuń
    2. A tak, ochy i achy, że niby Łysiak tak obnażył wady polskiej literatury, że niby tak dosadnie napisał krytykę, z tego co zrozumiałam, że niby konstruktywną i że generalnie polscy pisarze powinni sobie to wszystko dobrze przemyśleć. Na paru blogach pojawiły się tego typu opisy. Czytam, śledzę uważnie, bo sądziłam, że może faktycznie Łysiak to taki współczesny Wernyhora, który przepowiada upadek polskiej literatury (karawana!) i może chce temu zapobiec swoim tekstem, jakimiś wskazówkami (skoro konstruktywnie miało być). Cóż, jak widać, wielka pomyłka co do intencji autora. Przyznam Ci, że jeśli trafi mi się gorszy moment to może wypożyczę, co by samodzielnie ocenić, ale jakoś tak nie palę się..

      Usuń
    3. To jakieś nieporozumienie - Łysiak nawet nie tyle przepowiada, co informuje o upadku polskiej literatury. Oprócz zlepków opinii innych na jej temat nie znalazłem żadnej merytorycznej krytyki poszczególnych książek poza, w najlepszym przypadku, stwierdzeniami, że ktoś tam pisze o dewiacjach seksualnych itp. Zainteresowanie "sprawami płci" to jeden z głównych motywów książki - mnie rozbawiło, kiedy przy którymś ze swoich wywodów powołał się na ... "Hustlera" :-).

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, "strąca z piedestału", tyle że w specyficzny sposób. Sprowadza się to mniej więcej do tego, że wymienia szereg nazwisk a potem stwierdza - ta głupia, ta głupia, ta głupia ... Zresztą jak czytałaś fragmenty to próbkę masz. Mnie to nie przekonuje mimo, że co do generalnej oceny zjawiska mam podobne do Łysiaka zdanie. O swojej ex-żonie też pisze w "Karawanie" - tylko co to ma wspólnego z literaturą?! :-)
      PS.
      Oczywiście mogę Ci pożyczyć "Karawanę", nie ma problemu, tylko musiałbym wiedzieć na jaki adres ją wysłać.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewiele tracisz, to co było w "Uważam Rze" jest bardzo reprezentatywne. W każdym razie nie ma problemu :-) jeśli ewentualnie zmienisz zdanie to daj znać :-) A tak nawiasem mówiąc, czy sądzisz, że jak wysyłam "rozdawajki" to nie chodzę na pocztę? :-) W marcu pewnie będę ją "rozdawał".

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Dzięki, mam to wydanie - rozumiem, że chodzi o edycję Czytelnika całej "Komedii ludzkiej". Trochę mnie czasu kosztowało jej poskładanie a tu proszę jaka niespodzianka :-). Też wewnętrznie się wzdragam przed wyrzucaniem książek do śmieci ale nawet nie mam jak oddać niektórych na makulaturę.

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. Takie czasy, kiedyś to "Krystyna" to było coś, może nie jak Forsyte'owie ale jednak, a teraz pewnie gdyby zapytać z czym się kojarzy nazwisko Undset to byłby duży kłopot.

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    7. Większy sentyment miałem do Paliserów - książka była wydana przez KIK w wersji okrojonej, w której pozbyto się dłużyzn a i tak nie ma szans z Forsyte'ami. Co prawda całego cyklu nie przeczytałem - skończyłem chyba na piątej albo szóstej części ale to raczej z powodu przesytu niż dlatego bym (przynajmniej wówczas) coś do zarzucenia. Zbieram się do "Jaszczura" Balzaka i aż mi ciarki przechodzą po plecach :-)

      Usuń
    8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    9. Parę lat temu trafiłem na Paliserów w TV, cóż czas zrobił swoje :-)

      Usuń
  4. Przyglądam się tu a to dyskusjom na temat sensowności chodzenia na wybory a to emocjom towarzyszącym Łysiakowi... ale najbardziej mnie zainteresowały wspomnienia na temat Forsyte'ów i Paliserów :) od razu widać starą gwardię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że z akcentem na "gwardię" :-) Do kolekcji zabrakło chyba jeszcze tylko "Whiteoaków" ale nie przebrnąłem nawet przez pierwszy tom :-)

      Usuń
  5. Napisałam liścik na @

    miłego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już odpowiadam :-) Pozdrawiam :-)

      Usuń
  6. Tak sobie myślę, że mogłabym przeczytać coś o wampirach, których nawet nie tykam, i popełnić podobną recenzję, jak widzieliby to potencjalni czytelnicy? Zabiłeś główną myśl, bo "Karawana..." jest książką o stanie współczesnej literatury. Na każdej stronie nazwiska "wirtuozów" pióra, którym klaskać trzeba, wybaczać, nie pamiętać i w życiorysach nie grzebać... Mnogość cytatów utwierdza mnie w przekonaniu, że WŁ erudytą jest. Także jeśli np. czytamy, że na Jasienicę żona donosiła, to przyjmujemy do wiadomości. Jeśli jednak to samo pisze Ł. o swojej, to już nie na miejscu. I ja kiedyś podziwiałam nasz literacki parnas. Gdy zaczęłam jednak czytać bestsellery, dowiedziałam się z lektury "Polki" Gretkowskiej, jaka pozycja w ciąży jest najlepsza, by uprawiać seks, a w "Nagrobku z lastryko" Varga odmienia onanizm przez wszystkie przypadki... i przestałam. To nie parnas, to karawan. Takimi trocinami zapychają nas faworyci salonu. Nie dla mnie tęczowe sztandary rozwinięte w każdej książce, feminizm, pornografia... W końcu Łysiak ma odwagę nazwać rzecz po imieniu i chwała mu za to. Zakończę jeszcze cytatem Autora, że jedynym sensownym arbitrem będzie czas i to on pokaże, kogo będziemy czytać za sto lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książkowcu, widzę że mamy odmienne rozumienie pojęcia literatury i erudycji. Ta pierwsza dla mnie oznacza dzieła, utwory literackie a nie tylko wymienianie nazwisk a erudycji nie łączę z cytatami z własnych książek Łysiaka co jest u niego regułą, z gazet i czasopism, w tym także ... pornograficznych. Nie imponuje mi taka zbieranina bo nie ma w niej niczego nowego - Łysiak niczego nowego nie odkrył, nie ma tam żadnej nowej informacji, której już kiedyś ktoś wcześniej nie powiedział. Podobnymi szczegółami co Gretkowska i Varga raczy czytelników także i Łysiak tyle, że serwuje m.in. przykłady ... filmowe. Jaki ma to związek z literaturą? Mam wrażenie też, że nie do końca mnie zrozumiałaś ale to być może moja wina, że wyraziłem się nieprecyzyjnie - podzielam pogląd Łysiaka co do marnej kondycji literatury współczesnej, kontrowersyjności nagród etc., etc. (choć zdaję sobie sprawę, że naiwnością jest oczekiwać samych arcydzieł) nie przekonuje mnie jednak sposób w jaki usiłuje uargumentować swoje tezy. Oczywiście, że czas zweryfikuje to co będziemy czytać i moim zdaniem nie trzeba będzie czekać stu lat by przekonać się czy tego rodzaju publicystyka przetrzyma próbę.

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alicjo, "Karawana" jest i o tym, i nie o tym :-), tzn. Łysiak pakuje do jednego worka zarówno książki, z którymi nie zgadza się ideologicznie, jak i te, z którymi nie zgadza się estetycznie. W rozdziale dotyczącym, literatury kobiecej, który czytałaś, wymienia obok autorek "zaangażowanych" także autorki "czytadeł", choć te z "frontem ideologicznym" nie mają nic wspólnego i na pewno nie walczą ani z rodziną ani z człowiekiem. Co do prania mózgów - "Karawana" jest również jego przykładem tyle, że z "odmiennych pozycji" - tu nie ma żadnej próby dyskusji, tylko frontalny atak w "starym, dobrym stylu". Na pierwszy rzut oka rzeczywiście robi wrażenie ale jeśli trochę poskrobać politurę paznokciem to wychodzą z niej paździerze.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Alicjo, nie bądź taka skromna - przecież Fleszarowa-Muskat, o której pisałaś to klasyka "babskich czytadeł" tyle, że z czasów PRL-u :-). Czytam je wyjątkowo - jedyne jakie przeczytałem od początku do końca to książki Helen Fielding (na ich stylistyce wzorowała się, moim zdaniem, Katarzyna Grochola) - to nie moje klimaty, ale mam świadomość, że nie wszyscy przepadają za Faulkner'em oraz Joyce'm i są tacy którzy lubią poczytać "babskie czytadła", kryminały albo S-F. I bardzo dobrze. Słynnego Coryllusa nie znam ale coś w tym jest :-) co pisze, choć mam wrażenie, że podobnie jak Łysiak oczekuje od każdego pisarza arcydzieł :-).

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. Alicjo ależ ja przecież nie twierdzę, że czytałaś ją w "tamtych" latach, co zresztą nie jest żadną ujmą, tylko że powieści Fleszarowej były czytadłami za czasów PRL. Faceci czytali raczej co innego, ja przyznaję się do Paukszty :-).

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    7. Alicjo, najwyraźniej mnie nie doceniasz - "Pokój na poddaszu" czytałem przynajmniej dwa razy i to z własnej woli, tak mi się podobał :-), "O człowieku, który się kulom nie kłaniał" czytałem w ramach przygotowań do konkursu o Świerczewskim, który był patronem mojej szkoły a i "Opowieść o prawdziwym człowieku" kojarzę (zapomniałaś za to o "Młodej gwardii"), co to "Barw walki" nie bardzo. Ja podebrałem rodzicom z półki "Wszystkie barwy codzienności" a potem przez ładnych parę lat byłem jego wielbicielem, o zgrozo :-).

      Usuń
    8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    9. Dorzuciłbym jeszcze do tego zestawu "Kordzik" :-)

      Usuń
  8. Marlow, nie chcę być grzeczna. Tylko zdechłe ryby płyną z prądem. Najpierw przeczytałam definicję erudycji. Jeśli WŁ nie jest według ciebie erudytą, to ja jestem nikim! Jeśli jednak zdecydujesz się rozmawiać z nikim, to chcę ci powiedzieć, jak bardzo się mylisz, pisząc np., że autorki czytadeł nie mają nic wspólnego z frontem ideologicznym albo nie walczą z rodziną. Czytałam, więc wiem. Sięgnęłam do mojego słynnego "raptularza" i oto co piszę ku pamięci po lekturze "Rozlewisk..." Kalicińskiej: Główna bohaterka sypia z kim popadnie. Były mąż przyjeżdża do pensjonatu z nową. On, po uwolnieniu z pęt małżeńskich, jest taki miły, odnalazł się. Ona też w międzyczasie przespała się z kilkoma i po iluś megaorgazmach już prawie wie, kogo kocha. Przyjeżdża córcia z przyjaciółką i przyjacielem. Mogą spać spokojnie razem, bo jego dziewczyny nie interesują. "Powroty..." są jeszcze lepsze. Mamuśka dalej poszukuje i tylko wrażliwy brat (gej) ją rozumie. To nic, że zostawia się męża i dziecko, bo przecież słucha się głosu miłości. To nic, że autorka szkaluje po drodze nauczycielstwo i harcerstwo. To nic, że tkwi równolegle w związkach. Przecież miłość jest najważniejsza w życiu. Nienormalne stało się normalne. "Róbta co chceta" zrobiło swoje. Dla okrasy garść przepisów dla kochających książki kucharskie.
    Dalej raptularz po lekturze Grocholi i jej "Kryształowego Anioła": Szukać szczęścia w życiu znaczy tyle samo, co zmienić sobie faceta. Jedna recepta. Jak w telenoweli. Nie pasuje ten, to może kolega z pracy, albo szef, a jeszcze lepiej - mąż przyjaciółki. Mąż cię zdradził? Odpłać mu tym samym. Nie ma szczęśliwego domu! Wszyscy tkwią w tymczasowych związkach, a jak się zacznie psuć, to można sobie zmienić. To normalne!
    To normalne, ale może dla lansowanego dziś modelu życia.
    Może jeszcze słynne "Cukiernie"? Gdy jedna z bohaterek trafia do klasztoru, na pocieszenie dostaje miłość od nieznanej siostry. Tak, jestem bezwzględna w prywatnych zapiskach. I niech mi nikt nie mówi, że dzisiejsze nagłaśniane i nagradzane bestsellery mają inny cel niż uderzenie w wartości. Wystarczy nazwisk? Resztę można doczytać w "Karawanie..." znakomitego Łysiaka.
    Tyle nauczyła mnie wspinaczka na literacki "parnas". Zdaję sobie sprawę, że z każdym komentarzem ubywa mi obserwatorów i komentujących, ale nie po to założyłam blog, żeby zdobywać popularność, tylko żeby dzielić się dobrymi książkami. Właśnie skończyłam dwa lata blogowania i nie żałuję ani jednego posta. Tylko prawda jest ciekawa. Życzę sobie stu lat (wszak wtedy plewy odrzuci arbiter - CZAS). I czytelnikom, jeśli tacy po mojej miażdżącej krytyce zostaną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książkowcu, spróbuję odnieść się po kolei do Twoich uwag. Co do grzeczności i zdechłych ryb płynących z prądem mogę odpowiedzieć tylko starą łacińską paremią "suaviter in modo fortiter in re". Wiele osób kulturę osobistą błędnie odbiera jako wyraz słabości ale wbrew temu co sądzą nie wyłącza ona posiadania własnego zdania. Co do erudycji, mogę tylko powtórzyć, że cytowanie przez Łysiaka własnych książek i pornograficznego czasopisma dla mnie nią nie jest i zapewniam Cię, to że ktoś nie jest erudytą nie deprecjonuje go w moich oczach i nie mam pojęcia skąd u Ciebie wzięło się przypuszczenie, że mógłbym Cię lekceważyć tylko z tego powodu, że za erudytkę się nie uważasz, tym bardziej, że i ja do miana erudyty nie pretenduje. Przyznaję, faktycznie nie jestem specjalistą od literatury kobiecej, ale to dzięki Twojemu komentarzowi a nie "Karawanie literatury" dowiaduję się o zawartości książek Kalicińskiej, Grocholi i autorki "Cukierni" a powinno być przecież na odwrót. I wreszcie nie widzę powodu, dla którego miałbym nie zaglądać na Twój blog, różnica poglądów na temat "Karawany literatury", moim zdaniem, na pewno nie jest tego warta.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Moja teoria jest trochę inna, jest taka kultura jakie społeczeństwo i to co na rynku jest odpowiedzią na zapotrzebowanie. A rynek książki jest podlega normalnym prawidłom rynkowym i daje czytelnikom to czego oczekują. Jeśli nikt nie kupowałby książek ociekających seksem to nikt by ich nie wydawał. Zakładam, że w ostatecznym rozrachunku każdy sam podejmuje decyzję, czytać - nie-czytać, oglądać - nie-oglądać, słuchać - nie-słuchać. Reklama owszem jest środkiem nacisku i prania mózgów ale to od każdego zależy czy jej się poddać. Jeśli ktoś nie chce czegoś czytać żadna reklama go to tego nie przekona.

      Usuń
    4. ~ Alu, mimo opisu fragmentu, który wywarł na mnie kiepskie wrażenie, "Cukiernie..." polecam. Z resztą twoich uwag całkowicie się zgadzam. Martwienie się we dwójkę jest raźniejsze:)
      ~ Marlow, moje ustawienie się w pozycji "nikogo" wynika z docenienia poziomu WŁ. Za całokształt. Facet, który tyle wartościowych książek ma na koncie, może sobie po latach pozwolić na krytyczną publicystykę. Zgadzam się, że ton i sposób wypowiedzi czasem - hmm... - nie są chwalebne, ale może o arcyważnych sprawach tak mówić trzeba. Sama jestem kulturalną, spokojną osobą, a potrafię zakląć w obliczu porażającej głupoty. A dowodów lektura dostarcza co krok. Krytyczny ton Łysiaka współgra z moją oceną i obserwacjami, dlatego tu jestem i odzywam się, mimo wszystko.
      Sentencję zapisuję w kajeciku:)

      Usuń
    5. Książkowcu, odnośnie do poziomu Łysiaka i wartości jego książek - kiedyś, jeszcze w dobie przedinternetowej, głośna była sprawa stawianego mu zarzutu plagiatu, którego jakoby dokonał w "Cesarskim pokerze" czerpiąc z "Napoleona i jego marszałków" A.G. Macdonella, ale by nie siać bezpodstawnych plotek sprawdzę i odezwę się w tej sprawie.

      Usuń
    6. Ja go cenię chociażby za "Empireum", serię o malarstwie, za "Cenę", "Stulecie kłamców"...itd. Napoleońskie czytałam dawno temu, ale jeśli coś znajdziesz, to lubię dokształt. Tylko żeby to nie był plagiat, jak np. "Harry Potter" a nasza "Akademia pana Kleksa". Bo podobno...;)

      Usuń
    7. Dopóki nie przeczytam obu książek to nie chcę snuć dywagacji. Nowina utkwiła mi w pamięci bo byłem pod wrażeniem (pozytywnym) artykułu w "Mówią wieki" na temat Vidocq'a (tekst jest też w "Empirowym pasjansie") a tu taka "buła". W każdym razie, jak będę po lekturze to się odezwę bo sam jestem ciekaw jak było naprawdę :-).

      Usuń
  9. pozdrawiam panią alicję,chyba czytałyśmy w szkole te same lektury,ciekawa jestem,nawiązując do tego ,co przeczytałam powyżej,co pani czyta obecnie i ciekawa jestem,naprawdę,co ma wspólnego trocki z larssonem,nesserem czy edwardsonem,z wyrazami szacunku-anna m.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  10. pauksztę i fleszerową-muskat też przeczytałam-anna m.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To witam w klubie, choć ja nie mam pełnego członkostwa bo Fleszarowej nie czytałem :-)

      Usuń
    2. Ja za to "Karawany" - nie, ale stoi na półce kupiona w roku 2012. Nieprzeterminowana, bo rok wydania wpisano 2013, żeby szybko się nie zestarzała. Nie czytam, bo tak się starano, by zdążyć przed Gwiazdką(zawszeć to pewna kasa), że nie rozcięto stron. A mnie się nie chce, muszę to któremuś/którejś orędowniczce myśli jedynej i słusznej ( pachnie mi tu Mao )podesłać, by karty rozcięła i bym mogła zakosztować literatury dla elity a nie byle człeczyny, co w salon(owca) grywa. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Niewiele straciłaś albo i nic :-) mój egzemplarz miał rozcięte strony, tak że trudu mi zaoszczędzono.

      Usuń
  11. witam szerokim uśmiechem kto doniósł w ksiażce 'CENA' mysle że ten niby komunista chyba to był sedlak i stanczykale moze sie mysle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ceny" nie czytałem i po tym co przeczytałem w "Karawanie" w planach nie mam.

      Usuń