wtorek, 20 października 2015

Dymy nad Birkenau, Seweryna Szmaglewska

To przykre gdy jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza książka należąca do nurtu literatury obozowej przez ponad 70 lat nie znalazła czytelnika, a już na pewno czytelnika, który przeczytałby ją do końca. Tak... przyszło mi rozcinać kartki (zabieg dzisiaj, w odniesieniu do książki, czytelnikom nieznany) "Dymów nad Birkenau", trzeciego wydania, z 1946 roku, i pomyśleć, że książka miała trzy wydania w ciągu dwóch lat.


Szmaglewska mimo trzech lat spędzonych w obozie, nie opowiada o własnych przeżyciach, jako narrator jest kompletnie niewidoczna, choć to co opisuje dotyczy także jej - nie tylko dlatego, że zastrzega, że zamierza "podać wyłącznie fakty bezpośrednio zaobserwowane i przeżyte" ale przede wszystkim dlatego, że siła jej opisów nie pozostawia wątpliwości, że pisze o czymś, z czym się osobiście stykała. Ta jej pozycja narratorki budzi skojarzenia z "Z otchłani" Zofii Kossak, której za taki zabieg dostało się od Tadeusza Borowskiego i którą zresztą Szmaglewska dosyć enigmatycznie wspomina w swojej książce. Tyle, że Szmaglewska przedstawia może nie całkowicie inny, ale w każdym razie odmienny obraz obozu - to w czym obie pisarki jeszcze się zgadzają to niewyobrażalny prymitywizm warunków życia i jego brutalizacja, ale pozostałe akcenty są już jednak inaczej rozłożone.

Przede wszystkim, "Dymy nad Birkenau" mówią o załamaniu wolnościowego systemu wartości. Nie ulega wątpliwości, że "Birkenau staje się dżunglą, w której łatwo zgubić drogę. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak zareaguje na tę samą rzecz dziś, a jak jutro. Nikt nie jest w stanie powiedzieć jak reagować będzie jego sąsiad z lewej, a jak z prawej - bez względu na narodowość i rasę. Opadają łuski zasad, foremki dobrych obyczajów, które czasem w unormowanym życiu pozwalają człowiekowi-zeru przejść przykładnie przez wiele sytuacji nie dostrzegłszy, że jest zerem." a "wszystko, co słabe, delikatne, niezaradne, chore zasługuje na prześladowanie, jest zepchnięte i zdeptane". Bóg tu nie ingeruje, owszem wiara jest jakoś obecna jak wówczas gdy "widzieć można stare kobiety, które co wieczór w grozie ruchliwych płomieni mówią litanię za konających. To modlą się ludzie pozostający jeszcze na chwilę przy życiu za ginących w gazie ludzi." ale takich momentów u Szmaglewskiej jest niewiele. Nie ma też tego poczucia narodowej i religijnej odrębności, tak wyraźnego u Kossak. Nic tu nie jest dla nikogo zarezerwowane, nikt nie jest lepszy i nikt nie jest gorszy. Polki i Żydówki jako capo w brutalności i bezwzględności nie ustępują Niemkom. Owszem zdarzają się porządne ale "smutna to prawda, (...) stwierdzić ją trzeba, że funkcyjni wyrządzili więźniom Oświęcimia co najmniej tyle złego, ile wszyscy SS-mani razem wzięci, gdyż oni właśnie byli owym ślepym mieczem zadającym każdy ledwo zamierzony przez SS-manów cios." i od tej uwagi w książce niewiele można wyłuskać wyjątków.

Pytanie, co było przyczyną takiego zachowania wobec współwięźniów, czy prawdziwa natura człowieka, która w warunkach obozowych straciła swój polor, czy też jest to zachowanie "incydentalne" powodowane chęcią przetrwania za wszelką ceną, które ma zapewnić ochronę przed spełnieniem fatalistycznego "so wie so Brzezinka, so wie so Krematorium"?

Może rzeczywiście Conrad miał rację, twierdząc w "Jądrze ciemności", że człowiekowi brakuje tylko impulsu, okoliczności, które by odsłoniły jego prawdziwą naturę? Tyle, że o ile u niego oznaczało to cofnięcie się cywilizacji o prawie dwa tysiące lat, to rzeczywistość obozowa ma znacznie bliższe paralele. Gdy czyta się, że "nie wszyscy (...) mają siły podnieść się, podejść i przepchnąć się przed innymi do nielicznych kromek. Niektórzy nie zmieniając pozycji wyciągają tylko rękę i nie patrzą w stronę dzielących. Tyle razy dla nich zabrakło, tyle razy o nich, najsłabszych, zapomnieli silni, mający jeszcze moc walczyć o życie. Gdy zdarzy się, że w taką bezradną dłoń głodnego cienia-człowieka wsunie ktoś wreszcie kruszynę chleba on rękę porywa ku oczom, które rozwiera szeroko, i patrzy, dysząc w zdumieniu. Na twarzy jego widać zaskoczenie - i ból - i radość, oczy jak dwie żagwie przywarły do trzymanego w ręce chleba, cała twarz, jak zasugerowana, wymową wszystkich rysów skupiła się na tej kruszynie.", przypomina się scena z gaju śmierci, i uświadamiamy sobie, że to wcale nie musi być li tylko literacka fikcja, jak ją przywykliśmy traktować, oddalona w czasie i przestrzeni ale świadectwo tego co człowiek może uczynić z innym człowiekiem.

Cóż może być większym impulsem niż walka o życie? Nic dziwnego, że "czasem w kimś tworzy się sztuczna, zapożyczona od przestępców odporność, nie przebierająca w środkach umiejętność wychodzenia cało ze wspólnej niedoli, z pokrzywdzeniem innych, z zabezpieczeniem potrzeb własnych." To jest tylko upodobnienie się do tych, którzy ze swoim brakiem skrupułów i brutalnością lepiej sobie radzą w rzeczywistości obozowej, bo przecież znaleźli się w nim nie tylko niewinni ludzie, co jakoś podświadomie zwykliśmy przyjmować, ale także "długoletni kryminaliści, starzy przestępcy, karani czasem ponad trzydzieści razy za kradzież, fałszerze banknotów, eleganccy złodzieje hotelowi, bandyci, zboczeńcy, nierządnice, właściciele domów publicznych - ci przyjeżdżają z politycznymi, razem z nimi żyją traktowani jednakowo, razem idą do pracy i razem kładą się spać."

Szmaglewska porusza jeszcze jedną niewygodną kwestię, pisząc że "o wiele łatwiej "zadekować się" zdrowej i młodej niż chorej albo starej. Toteż wypędzane przez blokowe, idą w pole staruszki ciągnąc na chudych nogach ciężkie drewniaki, idą uśmiechając się pomarszczonymi twarzami do młodych, jakby przepraszały, że są mniej zwinne, że potykają się utrudniając marsz innym." nie stawia jednak "kropki nad i". Nie wyjaśnia, co to tak naprawdę oznaczało. Że "dekując się" jednostki silniejsze skazywały pośrednio jednostki słabsze i mniej zaradne, które musiały je zastąpić, na eskalację cierpień i śmierć. Tylko czy można w nieludzkich warunkach oczekiwać stosowania ludzkich kryteriów z normalnego życia? Czy można oczekiwać by każdy człowiek poświęcał się dla innego stawiając na szali swoje własne życie? Szmaglewska nie podejmuje tego wątku wskazuje jednak na postawy altruistyczne, które w tamtych warunkach urastają do rangi bohaterstwa, i to jest mimo wszystko, pocieszające. 

47 komentarzy:

  1. Nie jest tak źle, ta książka miała swoich czytelników. Przeczytałam ją kilka razy, nawet opowiadałam o niej na egzaminie na studia. Ale to było dawno, 25 lat temu. Teraz na pewno nikt po taką literaturę nie sięga. Dobrze Marlow, że ją przypomniałeś. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pisałem o egzemplarzu, na który trafiłem - rozciętym chyba do 90 strony. Wiem, że generalnie z pamięcią o książce nie jest tak źle - to chyba ciągle jeszcze jest lektura a i o ostatnie wydanie ukazało się jakieś trzy lata temu, co też o czymś świadczy. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Pamiętam już tylko wstrząsające wrażenie, bez detali, tak dawno czytałem Szmaglewską. Dużo bardziej osobista jest chyba powieść "Zapowiada się piękny dzień", z kolei rzecz o odzyskiwaniu człowieczeństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy raz czytałem "Dymy..." chyba pod koniec podstawówki, też pamiętałem w sumie tylko to ogólne wrażenie i potem przez to, przez tyle lat nie miałem odwagi/chęci ją sobie przypomnieć. Wrażenie robi do dzisiaj, tyle że nie miała takiego marketingu jak książki Kertesza i Levi'ego, nie mówiąc już o takiej bajce jak "Chłopiec w pasiastej piżamie".

      Usuń
    2. No jakiż marketing mogła mieć? Niestety obawiam się, że powoli prawdziwą literaturę obozową będą wypychać gnioty w rodzaju Boyda, przykrojone zgrabnie i niezbyt traumatyzujące.

      Usuń
    3. W dzisiejszych czasach, przy wznowieniu to pewnie i jakiś by mieć mogła - zobacz jaki szum robił Znak pod pretekstem nowych tłumaczeń takich wykopalisk jak "Wielki Gatsby", "Losy dobrego żołnierza Szwejka" czy "Jądro ciemności". Zrobiliby okładkę z jakiejś łapiącej za serce fotografii, dodali wprowadzenie i posłowie i może jeszcze trochę archiwalnych fotografii i byłby już nowy produkt.

      Usuń
    4. Ale o ile pamiętam, wznowiło ją jakieś niszowe wydawnictwo bez środków zapewne na jakikolwiek marketing. A szkoda.

      Usuń
    5. Ostatnie, to chyba było wydanie Książki i Wiedzy z 2012 r., dzisiaj fakt KiW najlepsze lata ma już za sobą, kto by kiedyś pomyślał, że będzie to wydawnictwo niszowe :-)

      Usuń
    6. Może nie niszowe, ale dogorywające.

      Usuń
    7. Jak wydaje książki w rodzaju "Dymów..." to wiadomo, że nie wróży to dobrze, ale nie wątpię, że luka jaka po nim pozostanie wypełniona zostanie za sprawą niewidzialnej ręki rynku.
      PS.
      Wypatrzyłem Kolegę na fotografii zamieszczonej przez Zwierza Popkulturalnego w relacji z Festiwalu Literatury Kobiet w Siedlcach. Co tam robił taki zakamieniały seksista jak Ty? Czyżbyś przyjechał by znaleźć pożywkę dla swoich szyderstw ? :-)

      Usuń
    8. Zostałem zaproszony z racji moich talentów panelisty, szerokich horyzontów literackich oraz zapewne dla choćby lekkiego skorygowania parytetu :D

      Usuń
    9. Powiedzmy to sobie szczerze i otwarcie - Kolega pełnił rolę kwiatka do kożucha, który miał przykryć jawnie seksistowski charakter, w żeńskiej odmianie, Festiwalu! Czy to za Twoją sprawą Katarzyna Michalak znowu nie dostała nagrody? :-)

      Usuń
    10. Nie chciałem używać takich dosadnych określeń jak to o kwiatku. Z pewnością jednak nie ode mnie zależały decyzje w kwestii nagród. Ja tam byłem głównie towarzysko :)

      Usuń
    11. Bez przesady, nikt mnie nie pogryzł. Na szczęście nie znam twórczości większości obecnych tam pisarek, więc nikt nie wymaga ode mnie wypowiedzi na ich temat.

      Usuń
    12. To może dlatego Ci się udało :-)

      Usuń
  3. Też dorzucę coś a propos początku. Bo to, co piszesz na wstępie, mnie zafrapowało, bo dla mnie "Dymy..." to była książka legenda, mamy w domu rodzinnym zaczytany egzemplarz, który wiecznie ktoś pożyczał i generalnie zamiast rozcinać strony mamy zwykle problem, żeby je utrzymać w jednym miejscu (a sklejanie taśmą książce nie posłużyło, niestety). Także zależy gdzie -- ale jednak "Dymy..." są w czytaniu!

    Prawda, że Szmaglewska pisze inaczej niż Kossak, ale też wychodzi z zupełnie innych pozycji: co zresztą widać, jak się porówna całą ich twórczość. Szmaglewska -- znana dzisiaj chyba bardziej z "Czarnych stóp" -- idzie po swoim debiucie właśnie w stronę albo obyczaju, albo przygód dla młodzieży i inaczej rozkłada akcenty, także te dotyczące etyki. Kossak-Szczucka z kolei wychodzi od mocno religijnych przesłanek i potem chyba (bo tu nie wiem -- nie czytałam Kossak powojennej chyba w ogóle) przy nich zostaje? W tym sensie tu też widać inną reakcję na traumę, w tym sposobie pisania, na który zwracasz uwagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieprawda, że po debiucie poszła w stronę obyczaju i młodzieżówek. Tematyka obozowa wciąż była w jej książkach. O Zapowiada się piękny dzień wspominałem, był ten zbiór Krzyk wiatru. No i Niewinni w Norymberdze, ale to trochę z boku.

      Usuń
    2. Pyzo, przepraszam, że tu: czy u Ciebie działają komentarze? Chciałem w sprawie Małych kobietek i nie mam możliwości :(

      Usuń
    3. Pyzo, z Kossak jest ten problem, że jej religijno-patriotyczne nastawienie skrzywiło obraz rzeczywistości (mówię oczywiście o wcześniejszych wydaniach "Z otchłani", późniejsze są już pozbawione najbardziej kontrowersyjnych fragmentów) tymczasem oczekuje się w tego rodzaju literaturze możliwie jak najbardziej wiernego ukazania rzeczywistości a nie obudowania jej otoczką, niezależnie od tego jaki temu przyświeca cel.
      BZwL czytałem potem też i "Niewinnych..." ale oczywiście już nie robili takiego wrażenia, choć ogólne pozytywne wrażenie pozostało.

      Usuń
    4. W Niewinnych pokonała mnie nerwowa narracja, utknąłem w połowie, ze szczerym zamiarem, że kiedyś skończę.
      Pyzo: kwestia komentarzy nieaktualna, doczytałem się :)

      Usuń
    5. @zacofany.w.lekturze, zapisałam sobie "Zapowiada się piękny dzień". A mimo to wydaje mi się, że Szmaglewską kojarzy się z innym pisaniem później niż Kossak. Komentarze ogólnie działają, ale przyjęłyśmy z Tarniną zasadę, że dyskutujemy na przemian u niej i u mnie, dzisiaj u niej i tam są komentarze (podaję link na samym końcu, strasznie jestem ciekawa, co tam w sprawie "Małych kobietek" ;)).

      @Marlow, cóż mogę powiedzieć: zgadzam się (fanfary, konfetti, chyba musimy to opić ;)).

      Usuń
    6. Pyzo - koniecznie trzeba to zapisać kredą w kominie :-)
      BZwL - aż tak traumatycznych doznań, nie miałem, książkę skończyłem ale bez takich emocji, nie licząc bezkarności zbrodniarzy, bo, jak przez mgłę, przypominam sobie, że coś tam było na ten temat.

      Usuń
    7. Mnie się późniejsza Kossak z niczym nie kojarzy, Szmaglewską za to kojarzę jak najlepiej :) Jej, Szmaglewskiej, poniekąd krzywdę zrobiło zaszufladkowanie jako pisarki od lektury szkolnej, chociaż pamiętam, że nasza polonistka w piątej klasie powiedziała nam i o jej książkach obozowych. W kwestii Małych kobietek sobie odpuszczę skakanie po blogach, w sumie nie wniósłbym wiele :)

      Usuń
    8. Ja powojennej Kossak też nie znam, nie licząc "Z otchłani", a i to co czytałem z jej twórczości przedwojennej za wyjątkiem "Krzyżowców", na kolana mnie nie rzucało.
      Jeśli chodzi o Szmaglewską to czytałem "Czarne stopy" chyba jak duża część z mojego pokolenia ale jedyne co pamiętam to okładkę :-)

      Usuń
    9. Nie będę Cię namawiał na powtórkę, chociaż osobiście pasjami lubię :)

      Usuń
    10. A nie wiem, czy gdybyś mnie namawiał nie dałbym się skusić :-) "Przerabiam" właśnie z juniorem książki mojego dzieciństwa (dowiedziałem się, że "O psie, który jeździł koleją" ciągle jeszcze jest lekturą) i jesteśmy po "Siódmym wtajemniczeniu", które bardzo mu się podobało i w trakcie "Awantury w Niekłaju", w planach jeszcze "Niewiarygodne przygody..." i na tym pomysły mi się kończą. Więc jakby co, to jestem otwarty na propozycje :-)

      Usuń
    11. To w takim razie śmiało, powtarzaj :)

      Usuń
    12. Zapisuję - na Twoją odpowiedzialność :-)

      Usuń
    13. Rozumiesz, zawsze jak można wskazać winnego, to polepsza się samopoczucie a i rozwiązanie problemu staje się trochę mniej ważne. Klasyka :-)

      Usuń
    14. Cieszę się, że to rozumiesz ;-). Zresztą, jak mówiła Leonia Pawlak "Był czas przywyknąć przecie…" :-)

      Usuń
    15. I dlatego nie szukam nowych wrogów, skoro pod bokiem stary się znajduje :D niech Ci się dobrze czyta :)

      Usuń
    16. Trochę jeszcze wody w brudnej Wiśle upłynie zanim przyjdzie kolej na Szmaglewską ale nie omieszkam zdać sprawozdania :-)

      Usuń
    17. Aż sprawdziłam: powojenna Kossak to głównie "Dziedzictwo", kilka dramatów, o których nie mogłam za wiele znaleźć (nie wiem, czy ktoś je wystawiał, a to ciekawe), napisała również "Ognisty wóz i "Troję północy", "Przymierze" i "Purpurowy szlak", nie zrezygnowała więc z tematów okołoreligijnych, ale ciekawe, jak były realizowane po doświadczeniu "Z otchłani". Ale pojawia się znowu trochę wątków politycznych.

      Usuń
    18. Po kilku latach Kossak zorientowała się, że przesadziła w "Z otchłani" i wersja z 1958 r. nie jest już tak bulwersująca, więc pewnie w kolejnych książkach nie rezygnując z przekonań była znacznie bardziej oględna.
      Tak jak pisałem, czytałem tylko jej książki przedwojenne - zdecydowanie najlepsi są "Krzyżowcy" - nie wiem, czy nie najlepsza polska powieść historyczna XX wieku, tak że o powojennych (oprócz "Z otchłani") nic nie mogę powiedzieć.

      Usuń
  4. Zdziwiłby się, ile takich nierozciętych książek wpadło mi w ręce. Mann, Balzac, Maupassant.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, same wykopaliska, kto by tam brał dzisiaj do ręki coś takiego :-)
      Pamiętam jak to rozcinanie zawsze mnie irytowało, no i jeszcze to uważanie, żeby okruchy papieru nie leciały na podłogę by zaoszczędzić sobie późniejszego sprzątania ;-)

      Usuń
  5. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, czy czytałem. Może w młodości. I nie obiecuję, że przeczytam, choć kto wie... Interesująca rzecz i na pewno warta polecania, by nie zaginęła w zalewie „bestsellerów”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie żebym jakoś szczególnie namawiał. W każdym razie do dzisiaj robi wrażenie nawet na tle innych pozycji z literatury obozowej.

      Usuń
  6. O proszę, ja czytałam bodajże w zeszłym roku i o ile kojarzę, pierwszy raz. Na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Niestety innych książek Szmaglewskiej nie znam:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytając ją wiedziałem na co się przygotować, tak że zaskoczony nie byłem, może tylko mile tym, że literacko przetrwała ponad pół wieku ale w sumie nie ma się co dziwić, to w końcu jedna z najlepszych książek gatunku.

      Usuń
    2. Tak, masz rację, literacko na pewno przetrwała. Chociaż mnie ostatnio coraz bardziej ciągnie do starszej prozy.

      Usuń
    3. Jest jak wino, chociaż zdarza się, że można trafić na jakąś skwaśniałą butelkę :-)

      Usuń