poniedziałek, 23 listopada 2015

Rękopis znaleziony w Saragossie, Jan Potocki

Największe literackie wydarzenie roku! Efekt "Wow" gwarantowany! Nie, nie, to nie jeszcze jeden spęd blogerów, na którym radzi się jak by tu zwiększyć ilość wejść na bloga albo jak załapać się na "współpracę" z wydawnictwem i nie, to nie kolejne targi, na których można kupić taniej książki i zdobyć autograf książkowych celebrytów, nie, to także nie kolejna edycja konkursu, który wygrywają autorzy i książki, o których za kilka lat nikt już nie pamięta, nie - to pierwsze, kompletne wydanie "Rękopisu znalezionego w Saragossie".

Jakoś dziwnie cicho o nim na blogaskach, choć przecież jeśli chodzi o objętość, powieść Potockiego nie ustępuje "Księgom Jakubowym" ani książkom "królowej polskiego kryminału" więc już choćby pod tym względem powinna robić karierę w książkowej blogosferze. No, ale być może Wydawnictwo Literackie tym razem odmówiło "współpracy", a jeśli tak, to słusznie bo książka broni się sama, także dzięki przekładowi Anny Wasilewskiej  (jej "Słowo od tłumacza" jest nie mniej ciekawe niż sama historia powieści), dzięki której na tekście nie znać piętna czasu. W ogóle z pewnym niepokojem odnotowuję nową jakość - bo ani wydawnictwo nie zachwala, ani tłumaczka nie deprecjonuje wcześniejszego przekładu i jego opracowań, co na tle napompowanych do granic wytrzymałości balonów próżności i miłości własnej niektórych tłumaczy, których przekłady są - a jakżeby inaczej - kongenialne, stanowi miłą odmianę, znamionująca klasę. Dziś o takiej postawie mawia się chyba "old school" a to przecież takie nienowoczesne.


Wyrzekałem niedawno na biografię Potockiego ale czego by o niej nie mówić, to muszę jej jednak oddać sprawiedliwość - dzięki niej czytałem "Rękopis znaleziony w Saragossie" ze znacznie większym zrozumieniem niż w przypadku gdybym książki Rosseta i Triaire'a nie znał. Może nie byłaby to "Sefer Zohar czyli Księga blasku, nazwana tak, gdyż nic nie można z niej zrozumieć, tak bardzo bijąca z niej jasność oślepia rozum" ani "Sifra Dizeniuta, czyli Księga tajemna, w której nawet najbardziej zrozumiały fragment może uchodzić za zagadkę" ale z pewnością umknęłoby mi znacznie więcej rzeczy, bo co do tego, że umknęło mi wiele, nie mam wątpliwości. Świadomość tego sprawiła, że po lekturze powieści Potockiego stanąłem w rozkroku - z jednej strony pisanie o niej po jednokrotnym przeczytaniu wydaje się rzeczą co najmniej ryzykowną, z drugiej jednak, i na tym chyba polega zasadniczy urok "Rękopisu znalezionego w Saragossie" - na zagubieniu czytelnika w gmatwaninie wątków i postaci oraz próbach odnalezienia łączących je tropów. Gdzie tam Julio Cortazarowi do Jana Potockiego!

Czytając "Rękopis... ", nie raz i nie dwa cofałem się, trochę rozbawiony swoją bezradnością wobec opowieści w opowieści, w opowieści, w opowieści, w opowieści, dając zresztą kilkukrotnie za wygraną, za to z mocnym postanowieniem powrotu do niej. Zwłaszcza, że nawet po jednorazowej lekturze ma się już przeświadczenie, że to coś więcej niż tylko literacki figiel nudzącego się arystokraty, opowieść "o wampirach i widmach, o zmorach i duchach, o zjawach i wisielcach" i przygodach miłosnych utrzymanych w libertyńskim tonie, gdzie się "nieustannie obiera klasztory na teatrum (...) swawolnych przygód" ale mimo wszystko dalekich od bezpośredniości (miłośnicy mocnych scen a la Szczepan Twardoch z pewnością będą zawiedzeni). Nie ulega wątpliwości, że wędrówka kapitana gwardii walońskiej Alfonsa von Wordena przez góry Sierra Morena to tylko pretekst, ale pretekst do czego? Literackiej zabawy? Przedstawienia własnych poglądów na świat? Zwerbalizowania własnych doświadczeń życiowych?

Pewnie wszystkiego po trochu, choć mi najciekawsza wydaje się ta trzecia opcja bo trudno nie zauważyć odniesień do biografii Potockiego i nie chodzi mi nawet o motywy wyzyskane przygodowo, że tak powiem, ale raczej o te, które mówią coś o samym autorze.

Czy gdy jeden z bohaterów mówi: "mogę powiedzieć, że wcale nie znałem Leonory, ale była moją żoną i myśl o niej łączyła się ze wspomnieniem rozkoszy naszego krótkiego związku. Czułem ból, smutek i przygnębienie", nie można w tym dopatrzeć się okazywanego poniewczasie żalu po śmierci pierwszej żony? A wzmianki o szaleństwie - "moje roztargnienie sprawiło, że w (...) uważano mnie za pomylonego, i było coś na rzeczy, albo raczej sprawiałem wrażenie szaleńca, albowiem moje szaleństwo różniło się od obłędu pozostałych współobywateli" albo "dowiedziałem się, że uchodzę za szaleńca, i z wielkiej egzaltacji spadłem w otchłań przygnębienia. Wyznam, że stan zniechęcenia był długi i bolesny" nie są reakcją na opinie na jego temat?

Czy nie odnajdujemy poczucia bezużyteczności i stanu depresji, które leżały u podłoża samobójstwa w opisie, w którym do duszy jednej z postaci "zakradł się smutek, ponieważ nawyk pracy, podtrzymywanej nadzieją, był dla niego najprzyjemniejszym towarzystwem i wypełniał mu całe dnie. Teraz utracił to towarzystwo i nuda, której nigdy wcześniej nie zaznał, zaczęła mu doskwierać"? Albo czy rada, której udziela - "gdy poczujesz się czymś przygnębiony, usuń się, zamknij w sobie, pokrzepiaj duszę własnymi zasobami, a wtedy doświadczysz szczęścia" nie jest wyrazem nadziei, które towarzyszyły decyzji o powrocie do rodzinny włości, a która okazała się pomyłką. Czy nie można jej traktować jako próby odnalezienia także dobrych stron w decyzji, do której czuł się zmuszony okolicznościami? A jednocześnie, patrząc na jego podróżnicze doświadczenia można powiedzieć, że jako do człowieka przeciwieństw (podobno) jak ulał pasowała do niego skarga - "dręczy mnie niepokój, którego nie potrafię wyrazić, nazwać ani opisać, że pragnę odetchnąć innym powietrzem, zobaczyć horyzont, lasy, góry, morze, ludzi i z pewnością umrę, jeśli nie uzyskam takiej sposobności", choć świadom jest też drugiej strony medalu, gdy pisze, że "wielu ludzi zna świat z wyjątkiem własnego kraju". W ustach człowieka, który większość swego życia spędził poza granicami kraju i którego nieumiejętność w posługiwaniu się językiem ojczystym była tajemnicą poliszynela brzmi to bardzo wiarygodnie. Etc., etc., etc.

Ale można odnaleźć także bardziej "materialne" nawiązania do biografii, jak choćby przewijających się wielokrotnie kawalerów maltańskich, chociaż ciekawsze wydają się takie drobiazgi jak nawiązanie do zainteresowań chronologią albo wzmiance o skamieniałościach, która była śladem po jego nieudanym posłowaniu do Chin, w trakcie którego natrafiał na skamieniałości mamutów.

Jest też "Rękopis znaleziony w Saragossie" w jakimś stopniu pewnie też i wizją świata, którą można dzisiaj interpretować w sposób, o jakim Jan Potocki zapewne nawet nie śnił. Zwolenniczki feminizmu ze zgrozą mogą odkryć, że Potocki wyprzedził Luce Irigaray pisząc o "pewnych własnościach krzywych oskulacyjnych" na powierzchni męskiego ciała w punktach styku z dwiema kobietami, bo co trzeba ze zgrozą zauważyć - jego bohaterowie często miewają "okoliczność" z dwiema paniami na raz, a bywa że i z trzema.

Wszystko to podlane dowcipem, jak wówczas gdy jeden z bohaterów żałuje: "Ach! Czemuż - prawił - nie posłuchałem fra Heronima de la Trinidad, mnicha, kaznodziei, spowiednika i wyroczni naszej rodziny; jest on szwagrem pasierba szwagierki ojczyma mojej macochy, a będąc naszym najbliższym krewnym, nie pozwala, by cokolwiek w rodzinie wydarzyło się bez jego rady" - może nie pobudzającym do rubasznego śmiechu ale do uśmiechu z pewnością.

Bezapelacyjne największe literackie wydarzenie roku! 

50 komentarzy:

  1. Czytałam dawno temu stare tłumaczenie w niemal równie starym wydaniu, a to najnowsze na razie stoi tylko na półce. Trochę mnie zmartwiłeś informacją, że znajomość biografii Potockiego może mieć spore znaczenie w odbiorze tej powieści:(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też dawno temu czytałem "Rękopis..." w tłumaczeniu Chojeckiego (bo o tym mówimy), doczytałem do końca ale pamiętam, że ciągnął się i ciągnął - w tym przypadku nie ma o tym mowy, bez większych problemów daje się przeczytać nawet wywody o systemie Velasqueza, które stanowią zdecydowanie najnudniejszą partię książki, przynajmniej moim zdaniem.
      Moim zdaniem ma, na przykład jeśli czyta się o ojcu, który oddalił od siebie syna i nie chciał mieć z nim kontaktu, to nabiera to trochę innej wymowy, jeśli weźmie się pod uwagę, że Potocki w ogóle nie interesował się swoimi synami z pierwszego małżeństwa. Jasne, że i bez tego da się "Rękopis..." spokojnie czytać ale wywczas książka byłaby zdecydowanie bardziej "abstrakcyjna" :-).

      Usuń
    2. Biografia, którą Ty czytałeś, jest średnio dostępna, ale znalazłam w sieci informację o książce niejakiej Aleksandry Kroh, która podobno pisała o Potockim w sposób nieco bardziej strawny - coś może o tej pozycji słyszałeś?

      Usuń
    3. Oprócz tego, że książka Kroh jest przywołana w bibliografii do "Rękopisu..." nic na jej temat nie wiem. U mnie biografia Rosseta i Triaire'a przeleżała się parę ładnych parę lat, zabierałem się do niej dwukrotnie ale zawsze panowie mnie pokonywali, aż do tej pory :-)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Też tak sobie pomyślałam;).

      Usuń
    2. Naprawdę jesteście zaskoczone?! :-) Nigdy przecież specjalnie nie kryłem się ze swoją oceną "średniej, krajowej" blogosfery książkowej i zanim ten wstęp napisałem, polatałem trochę bo blogach - nigdzie nie znalazłem nawet wzmianki na temat "Rękopisu..." (nie wykluczam oczywiście, że coś przeoczyłem) a przecież rok 2015 to Rok Jana Potockiego. I co? - i nic!

      Usuń
    3. Hmm. Raczej nie umieszczam u siebie zapowiedzi wydawniczych czy innych newsów, ale do mojego poprzedniego wpisu dodałam postscriptum z informacją o tym, gdzie można m.in. "Rękopis" kupić naprawdę taniej;). Wspomniałam też niedawno o wznowieniu "Geparda" w nowym tłumaczeniu, ale na tę informację (która mnie wydała się istotna) również nikt nie zareagował. Wydaje mi się jednak, że to w dużej mierze moja wina (tzn. mojego niezbyt ciekawego i nieumiejętnego sposobu pisania o literaturze, bez tego efektu "wow"). A poza tym powieści Potockiego i Lampedusy to nie są książki dla masowego konsumenta, więc trudno oczekiwać, żeby wszyscy nagle zaczęli je czytać.

      Usuń
    4. Ups, moje niedopatrzenie :-) Jeśli piszesz o Gepardzie w przekładzie Kasprzysiaka, to nie jest to takie nowe tłumaczenie, teraz to wznowienie, pierwsze wydanie było chyba w 2009 roku, jeśli mnie pamięć nie myli :-).

      Dlaczego "Gepard"/"Lampart" nie miałby być książką dla masowego odbiorcy tego nie wiem (co do "Rękopisu..." zgoda) - jakiś czas temu przez blogosferę przelewała się fala zachwytu nad "Zbrodnią i karą", która przecież nie jest książką do poduszki ale zdaje się, że wydawnictwo rozsyłało ją w ramach "współpracy" :-)

      Usuń
    5. Tak, z tymi wpisami to pewnie masz rację. Niestety ja w ogóle teraz ograniczam się do szczątkowego "bywania" i tylko na tych blogach, co lubię, bo jest konkretnie. Obecnie od jakichś dwóch tygodni "siedzę" w "Dekameronie" (z przerwami oczywiście na coś innego, bo chyba nie dałabym rady). Tu i ówdzie pokazały się już "recenzje", bo wyskakują na fb. Dziwi mnie, że można przeczytać tak grubaśną książkę ekspresem i to super, przy okazji omawiania innych książek jeszcze w tle. W ogóle pod względem blogów, vlogów (do niedawna nie wiedziałam, co to jest) jestem do tyłu. Starość nie radość :) Co do "Rękopisu..." , to niestety nie prosiłam od wydawnictwa, bo wychodzę z założenia - mierz siły na zamiary. Jak się zgodzą, to może w przyszłym roku. Kupno u mnie nadal nie wchodzi w grę.
      A o "Gepardzie" nie słyszałam, więc dzięki za wzmiankę Elenoir :)
      serdeczności

      Usuń
    6. Proszę, proszę, poważna osoba a czyta takie bezeceństwa :-) Czytałem go w liceum i miałem swoje ulubione opowiadania :-).
      Co do czytania recenzowanych książek przez niektóre panie mam poważne wątpliwości ale przecież w końcu nie na tym polega idea "współpracy" z wydawnictwem w tym najpopularniejszym rozumieniu :-)

      Usuń
    7. Marlow, chodziło mi o to, że stare tłumaczenia "Rękopisu" i "Lamparta" są dość łatwo dostępne w bibliotekach czy na Allegro, ale jakoś nie zauważyłam, żeby tłumy to czytały, więc widocznie masowy odbiorca nie jest zainteresowany. Na żadnym blogu nie widziałam wpisu o powieści Potockiego, kojarzę jeden czy dwa posty o "Lamparcie"/"Gepardzie". Może jest to, tak jak piszesz, kwestia kampanii reklamowej wydawnictwa - skoro swego czasu "wszyscy" czytali "Kronosa" Gombrowicza, to i "Rękopis" pewnie by przełknęli, gdyby im go podano na tacy;).

      W poprzednim komentarzu miałam właśnie na myśli wznowienie nowego tłumaczenia "Geparda". Ja załapałam się jeszcze na to poprzednie wydanie, ale właśnie na targach książki w Krakowie zauważyłam na stoisku wydawnictwa Czuły Barbarzyńca to wznowienie i odbyłam krótką, ale miłą rozmowę z panem, który tam pracował. Czasami nawet z bycia na targach można odnieść jakieś korzyści:). Np. przedstawiłam się osobiście zacofanemu w lekturze;).

      Współpraca z wydawnictwami to temat rzeka. Mnie ostatnio jakoś takie propozycje omijają. Ciekawe dlaczego;).

      Usuń
    8. Miło było Cię poznać, aczkolwiek nazbyt przelotnie :D

      Usuń
    9. Odpowiadając BZwL przypomniałem niedawną "falę zainteresowania" "Braćmi Karamazow" - nagle okazało się, że masowy odbiorca był nimi "zainteresowany", chociaż przypuszczam, że w bibliotece można wypożyczyć ich bez kolejki i bez problemu kupić na allegro :-). Pozostawiając na boku "Rękopis..." to mówiąc zupełnie serio nie deprecjonowałbym tak do szczętu "masowego odbiorcy" - skoro ochy i achy wywołuje w nim Jane Austen, to nie wykluczone, że spodobał by się także Lampedusa czy np. Stendhal (w postaci "Czerwone i czarne") albo Flaubert ("Pani Bovary) tyle, że są to dla szerszej publiki autorzy albo nieznani albo napiętnowani mianem klasyki.
      PS.
      dostrzegam "plusy dodatnie" targów książki, mimo wszystko :-)

      Usuń
  3. Nie rób nagonki na blogerów :P Daj tym, którzy dostali książkę, spokojnie ją przetrawić :) To była jedna z niewielu jesiennych premier, na którą naprawdę czekałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz tam nagonka - przecież takie marudzenie to u mnie nic nowego, a ci których to dotyczy i tak tu raczej nie zaglądają :-)
      PS.
      Nie wiedziałem, że z Kolegi taka gwiazda srebrnego ekranu! Jestem pod wrażeniem! :-)

      Usuń
    2. Marudzenie też jakby niepotrzebne, to nie jest bestseller, raczej książka, do której trzeba dojrzeć.
      PS. Jeden występ gwiazdy z nikogo nie robi :P

      Usuń
    3. Jak pijany płotu czepiam przykładu Dostojewskiego. Pamiętasz niedawne wydanie "Braci Karamazow", którzy też raczej nie spełniają dzisiejszych wymagań bestsellerów i te obowiązkowe zachwyty na blogach? Czyżby czytelnicy dojrzeli do Dostojewskiego a do Potockiego nie? :-)
      PS.
      To nie jeden tylko pierwszy występ, od czegoś przecież trzeba zacząć :-)

      Usuń
    4. Pamiętam, a jakże. Najwyraźniej WL ograniczyło skalę uderzenia w blogi z tą książką :)

      Usuń
    5. Zeszli na ziemię :-) Szkoda tylko, że drugi a właściwie, chronologicznie patrząc, pierwszy wariant "Rękopisu..." chcą wydać tylko w wersji elektronicznej dostępnej na czytnikach.

      Usuń
    6. Czytnik nie gryzie, zapewniam :)

      Usuń
    7. Jasne :-) i wiem, że ma swoje przewagi ale nie ma tego co także cenię w książce - okładki, ilustracjami i typografii.
      Właśnie przyszło do mnie rzymskie wydanie "Z otchłani" z ciekawą dedykacją "9/8 46. Edinburgh Czcigodnej i b. kochanej Pani posyłam tę książkę o Jej Cierpieniu - którą przeżyłam jak umiałam Krystyna Hauke-Nowak" - żaden czytnik nie zapewni przyjemności wzięcia do ręki takiego egzemplarza.

      Usuń
    8. Nie neguję przyjemności papieru, czasem jednak pragmatyzm musi wziąć górę.

      Usuń
    9. Oczywiście, w przypadku kolejnego wydania "Pani Bovary", "Śmierci w Breslau", "Potopu" i "Śmierci na Nilu" - nie dyskutuję. Ale w przypadku gdy tekst w takiej odsłonie pierwszy raz ujrzy światło dzienne i to taki tekst można by chyba też wyjść na przeciw nie tylko nowoczesnym ale i staromodnym czytelnikom :-)

      Usuń
    10. Zdając sobie sprawę, jak deficytowe to przedsięwzięcie, rozumiem wydawcę. No chyba że książka okaże się niespodziewanie bestsellerem i będzie z czego dopłacić do drugiej wersji.

      Usuń
    11. A mnie najbardziej zdziwiło ekspresowe czytanie kilku tomów "W poszukiwaniu..." Prousta i oczywiście obowiązkowe zachwyty i analityczne recenzje. Cenię "W poszukiwaniu...", od czasu do czasu lubię sobie poczytać kilkunastokartkowy fragment, ale nie byłabym w stanie przeczytać całości hurtem i dokonać analizy.
      A o jakich to tłumaczach, napompowanych miłością własną, piszesz w drugim akapicie? Czyżby o Jacku Dehnelu?

      Usuń
    12. BZwL - wiem, business is business ale trochę szkoda. Myślę, że gdyby wydali dwie wersje od razu z reklamowym przytupem to sporo staromodnych czytelników by się wysupłało. Mój egzemplarz był ostatni w dużym empiku, co chyba znaczy, że trochę osób było "Rękopisem..." zainteresowanych.

      Usuń
    13. Koczowniczko - tak jak pisałem Montgomerry idea "współpracy" z wydawnictwem przecież nie polega na czytaniu otrzymanych książek i zamieszczaniu rzetelnych opinii :-)
      Autorów wybitnych przekładów jest więcej - z tych najgłośniejszych myślę, że Charchalis i Kroh spokojnie by się załapali :-)

      Usuń
    14. Raczej, że empik zamówił dwa egzemplarze, skoro nikt mu nie zapłacić za wystawienie Rękopisu na półkach z nowościami. Zastanawiam się, czy faktycznie te wersje aż tak się różnią, żeby wydawać obie drukiem.

      Usuń
    15. Zależy co rozumieć przez "aż tak" :-) - ja w każdym razie przygotowuję się do starej wersji, tej opracowanej przez Lorentowicza i z ilustracjami Uniechowskiego, raz żeby doczytać to co mi umknęło w pierwszych 40 dniach, dwa żeby zobaczyć o co chodziło Żydem Wiecznym Tułaczem i nastawiam się na "drogę przez mękę".

      Usuń
    16. Prawdziwy z Ciebie dogłębny czytelnik :D

      Usuń
    17. Zobaczymy co z tego wyjdzie :-) bo z lektury za młodu pamiętam tylko, że strasznie mi dłużył Potocki - cała nadzieja w ilustracjach Uniechowskiego :-)

      Usuń
    18. Tym bardziej podziwiam podwójny wysiłek :)

      Usuń
    19. Bądźmy precyzyjni - co najwyżej chęć podwójnego wysiłku :-)

      Usuń
  4. Te ciągłe zachwyty nad książkami na niektórych blogach są dla mnie mocno podejrzane. To dziwne, że wszystkie powieści się danej osobie podobają i nie wymienia się żadnych ich wad. Najczęściej też opinie o danej książce pojawiają się lawinowo u dużej grupy blogerów i po lekturze którejś z kolei "laurki" nachodzi mnie myśl - jaki ma sens czytanie tych wszystkich "recenzji" gdy później się okazuje, że wychwalana książka nie jest wcale taka dobra (oczywiście nie mówię tutaj o utworach Dostojewskiego). Chyba można to określić jako stratę czasu. Dlatego zaglądam tylko na niektóre blogi.
    Przyznam się, że trochę mnie zdziwiło gdy na w/w blogach zaczęły pojawiać się także lawinowo opinie o "Zbrodni i karze", "Braciach Karamazow" czy "W poszukiwaniu..." Prousta. Nie mówię, że to źle. Jednak nasuwa się inne pytanie - czy gdyby wydawnictwa nie rozsyłały w ramach współpracy tych książek to czy Ci blogerzy sięgnęli by po nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje ostatnie pytanie traktuję jako pytanie retoryczne :-) i zaryzykuję, roboczą hipotezę, że część blogerów nawet gdy dostaje książkę, to i tak jej nie czyta, ale jak już pisałem, nie o to przecież chodzi we "współpracy" z wydawnictwami :-) i wyjaśnia to też sprawę zachwytów. Zakładam, że po prostu niektórzy blogerzy mają takie wyjątkowe szczęście i trafiają się im zawsze książki, które im się podobają :-) A mówiąc serio, przecież nie napiszą rzetelnej recenzji, bo być może musieliby napisać krytyczną opinię a wówczas może wydawnictwo by się na nich obraziło i już nie przysyłało darmowych książek. Coś za coś. C'est la vie.

      Usuń
    2. Faktycznie - krytyki nikt nie lubi, a już szczególnie gdy wysyła się blogerowi książkę w ramach "współpracy". Przecież wiadomo po co wydawnictwa to robią - w ramach promocji. Ich oczekiwania to - wzrost sprzedaży. Nie zaprzeczę, że nie dostaję książek od wydawnictw, ale obecnie kontynuuję "współpracę" tylko z kilkoma.
      Szczerze mówiąc to jeszcze niedawno myślałam, że gdy opublikuję negatywną opinię o danej książce to najwyżej wydawnictwo nie przyśle mi więcej książek. O jakże byłam naiwna. Gdy otrzymałam bardzo obraźliwego e-maila od specjalisty ds. promocji z bardzo dużego wydawnictwa to aż zbaraniałam (moja mina - bezcenna). Nie spodziewałam się takiej reakcji po osobie, która zajmuje się promowaniem także dobrego imienia tejże oficyny...

      Usuń
    3. No i jesteśmy w domu. Wszyscy wiedzą o co w tym chodzi i jakie są zasady. Jestem zaskoczony, że Ty byłaś zaskoczona reakcją pana od marketingu. Przecież wiadomo, że nie po to wysyłał Ci książkę by poznać Twoją uczciwą opinię o niej, tylko po to byś ją zachwalała. Naprawdę nie wiedziałaś o tym?! O, sancta simplicitas! :-)

      Usuń
    4. O jakże byłam naiwna :-)
      Mówiąc jednak już całkiem serio są wydawnictwa, które przysyłają nowe książki mimo krytyki. Gdy i one przestaną kiedyś przysyłać to nie ma strachu - mam w pobliżu bibliotekę :-)
      Nie będę kłamała, żeby otrzymywać "darmowe" książki.

      Usuń
    5. Chwalebna postawa i Twoja i wydawnictw :-)

      Usuń
    6. W sumie dla tej niezależności porezygnowałam z prawie wszystkich współpracy - jeden niewielki, rozkręcający się portal sam się do mnie zwrócił i tyle. Sama wybieram co czytać; a większość "nowości" zupełnie do mnie nie trafia.
      Teraz zajmuję się (czytam i opowiadam) Dekameronem z MG, bo wyszło jednotomowe wydanie, a nie udało mi się skompletować z 57-go.

      Usuń
    7. Mam wrażenie, że sporo osób zdecydowało się nie "współpracować" właśnie dla zachowania poczucia niezależności, nie chcąc czuć się zobowiązanym do wystawiania laurek, których w normalnych okolicznościach by nie wystawiło. Mnie się zdarzyło raz, że podjąłem się napisania opinii "w ciemno" - do dzisiaj żałuję, bo prawdy napisać nie wypadało a kłamać nie chciałem.
      Widziałem okładkę "Dekameronu" z MG. Bardzo ładna. Widać, że coś drgnęło. Zresztą także inne ich klasyki bardzo pozytywnie się pod tym względem wyróżniają.
      Po nowym tłumaczeniu też zaciekawiłem się starą wersją i mam mocne postanowienie porównania tylko, że od tego jeszcze daleko do przeczytania :-)

      Usuń
  5. Zaczęłam pisać komentarz, ale w trakcie padł mi komputer i nie chce mi się już tego wszystkiego powtarzać ;) Masz rację, "Rękopis..." trzeba koniecznie i obowiązkowo. Ale jak wiadomo, nie zawsze ma się ochotę spełniać obowiązki natychmiast ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tłumaczeniu Anny Wasilewskiej konieczność i obowiązek zdecydowanie ustępują przyjemności :-)

      Usuń
  6. Nie bój nic - mój blogasek czeka na Mikołaja; poza tym mam stare wydanie i chce to z nim skonfrontować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie Mikołaj był wcześniej i antycypował, że tak powiem, moje nadzieje na prezent :-)

      Usuń
    2. Poza Pamiętnikiem czekam także na eseje Woolf :D

      Usuń
    3. Brzmi bardzo poważnie! Chapeau bas! :-)

      Usuń
  7. Chyba widziałam ...i to nie wiem czy cały....film z Cybulskim, ale jeżeli tak było to i tak bardzo dawno temu więc niestety nic nie pamiętam.
    Chyba wrócę do filmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do filmu podchodziłem kilka razy ale wstyd się przyznać chyba nigdy nie dotrwałem do końca - w moim przypadku okazał się doskonałym usypiaczem :-).

      Usuń