środa, 3 maja 2017

Homo Faber, Max Frisch

Nie będę udawał, Max Frisch mnie nie przekonał. A wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze - status jakim cieszy się autor i jego "Homo Faber", wróżyły jak najlepiej. I nawet nie to, bym mógł powiedzieć, że książka jest słaba, bo nie jest. Po prostu jest nieprzekonująca i nie pomogło jej nawet to, że akcja rozgrywa się miejscach, które za młodu sam poznałem i mój sentyment do nich. W niczym nie zmienia to faktu, że "iluminacja" jakiej doznał główny bohater i jego przemiana są tak nieprzekonujące psychologicznie, że niebezpiecznie ocierają się o temat w sam raz do jakiejś opery mydlanej.  


Frisch sprzedaje "ciemnemu ludowi" (jakby to powiedział "klasyk") łzawą historyjkę w serwowanym łopatologicznie sztafarzu nawiązującym do antycznego dramatu. Czytelnicy mają uwierzyć, że do zapatrzonego w siebie faceta, przez całe życie traktującego ludzi, z którymi przyszło mu się zetknąć, niczym kierowca przydrożne drzewa, nagle dociera, że wartość życia mierzy się poprzez pryzmat tego jakim jest się dla innych.

I cóż takiego się stało, że nagle doznał takiego olśnienia - spotkał w samolocie brata przyjaciela z młodości, z którym nie widział się przez dwadzieścia lat? Czy ktoś w to uwierzy - że rzuca wszystko by spotkać się z człowiekiem, z którym nic go nie łączy? Cóż z niego za homo faber, skoro dla impulsywnej zachcianki ryzykuje powodzenia wielkiego projektu. A może to nie jest żaden człowiek pracy bo przecież w jego działaniach nie chodzi o samą istotę pracy lecz chodzi mu o niego samego? Nie interesuje go wszakże głębszy sens pracy, to co ona za sobą niesie dla innych lecz to jak ona sytuuje go wobec nich, to co z niej "wyciśnie" dla siebie.

Czytelnik ma uwierzyć, że tytułowy bohater z jednej strony ignoruje uczucia kobiety, z którą jest związany a jednocześnie jest wrażliwy jak mimoza w relacji z przypadkowo spotkaną dziewczyną, którą widzi pierwszy raz w życiu. Jak na człowieka, wydawałoby się uporządkowanego (w tym sensie, że wszystko podporządkowującego zawodowym zadaniom stawianym przez jego pryncypałów), trochę to dziwne. Jeszcze przed chwilą opędzał się od kochanki i wizji ustabilizowanej przyszłości a tu nagle chce mu się jakichś rozrachunków z przeszłością i myśli o małżeństwie z dwudziestolatką. Dlaczego? Co takiego się stało? Czyżby to wszystko zaczęło się od tego, że rozbolał go brzuch na lotnisku?!  

Jakoś tego nie kupuję. Mam uwierzyć, że ten idący po trupach do celu, oszukujący innych i siebie egoista nagle doznaje skrupułów? Bo jakże to, planuje małżeństwo z własną córką a jednocześnie nie konsumuje tego związku wcześniej. Czyżby Frisch bał się pójść na całość i nie odważył się postawić kropki nad i bo Walter Faber upadłby już na samo dno i nie byłoby już dla niego żadnego ratunku? A to dopiero byłoby coś! A tak wyszła jakaś dziwaczna gradacja, pomiędzy kazirodczym narzeczeństwem a kazirodczym małżeństwem. Czyżby to pierwsze miało być mniej obrzydliwe od drugiego?

No i jeszcze to upozowanie postaci na kształt bohaterów antycznego dramatu, w którym przebaczenie win i chęć odkupienia wcale nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia bo i tak dosięga ich śmierć. Miało to chyba dodać powieści Frischa głębi, ale jest tak przejrzyste, że odbiera "Homo Faberowi" walor literackiej gry z czytelnikiem sprawiając jedynie wrażenie taniej pozłoty. A jak wiadomo, nie wszystko złoto co się świeci. 

17 komentarzy:

  1. "Bo jakże to, planuje małżeństwo z własną córką a jednocześnie nie konsumuje tego związku wcześniej".
    A czy on wiedział, że to jego córka? Chyba nie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak tak :-), co prawda dokonywał ekwilibrystyki w kalendarzowych obliczeniach, które miały go upewnić, że wszystko jest w porządku ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy jest to samooszukiwanie się.

      Usuń
    2. Nie podyskutuję, bo książkę czytałam chyba z piętnaście lat temu i nie pamiętam szczegółów. Chyba wybiorę się po nią do piwnicy (mam tam wielkie pudło ze starymi książkami) i odświeżę sobie. :)
      Swoją drogą, wątek kazirodczego związku ojca z córką powtarza się w wielu książkach. Nawet u Aleksandra Sowy (tego autora, który się mści za negatywne recenzje) w "Umrzeć w deszczu" jest tak, że ojciec romansuje z własną córką, a potem, ogarnięty wyrzutami sumienia, popełnia samobójstwo.

      Usuń
    3. Ja też nie nalegam :-) jest tyle dobrych książek. Kazirodztwo w różnych konfiguracjach można znaleźć w "Malowanym ptaku" Kosińskiego, "Wybrańcu" Manna, "Mądrych dzieciach" Carter, to tak co mi przychodzi od razu na myśl a lista pewnie jest o wiele dłuższa nawet bez powieści Aleksandra Sowy :-)

      Usuń
    4. A jednak nie wiedział. Kiedy zakochał się i oświadczył, nie miał pojęcia, że z dziewczyną łączą go więzy krwi. Podejrzewać zaczął dopiero wtedy, gdy byli już narzeczonymi. A pewność co do swojego ojcostwa zyskał dopiero wtedy, gdy Sabeth umierała.

      I cóż takiego się stało, że nagle doznał takiego olśnienia - spotkał w samolocie brata przyjaciela z młodości, z którym nie widział się przez dwadzieścia lat? Czy ktoś w to uwierzy - że rzuca wszystko by spotkać się z człowiekiem, z którym nic go nie łączy?

      Frisch wcale nie każe czytelnikowi wierzyć, że bohater pojechał tam tylko po to, by spotkać się z dawno niewidzianym przyjacielem. Faber akurat dowiedział się, że ten przyjaciel ożenił się z Hanną. A Hanna była pierwszą i jedyną miłością Fabera. Pojechał tam dla Hanny, to chyba oczywiste. :)

      Czytelnik ma uwierzyć, że tytułowy bohater z jednej strony ignoruje uczucia kobiety, z którą jest związany a jednocześnie jest wrażliwy jak mimoza w relacji z przypadkowo spotkaną dziewczyną

      A cóż z tym dziwnego? Dziewczyna podobała mu się, a kobieta nie. I nie był z tą kobietą związany, bo po wypadku samolotu napisał do niej list z zawiadomieniem, że koniec z nimi. Co kobieta zignorowała. Nawiasem mówiąc, ona była mężatką.

      Mam uwierzyć, że ten idący po trupach do celu, oszukujący innych i siebie egoista nagle doznaje skrupułów?

      O matko, ale dlaczego uważasz go za egoistę idącego po trupach do celu? Kogo on oszukiwał? Co zrobił, by zasłużyć na takie epitety? Przedstawiasz go jako perwersyjnego, bardzo złego człowieka, a to po prostu samotnik, który był chłodny w uczuciach i nie lubił gadania oraz bliskości innych osób – i tyle.

      Piękna książka. :)

      Usuń
    5. - Gdy Walter zdecydował się odwiedzić Joachima wiedział, że ten jest już rozwiedziony i samotnie (jako jedyny biały) żyje na plantacji - z pewnością więc nie lecąc do Joachima nie leciał tam dla Hanny.
      - Wychodzi na to, że wg Ciebie Ivy podoba się Walterowi ale on się z nią nie żeni, a Hannę kocha i też się z nią nie żeni - czy to nie daje do myślenia? Dla mnie to typowa postawa faceta, który nie liczy się z uczuciami innych. Owszem, Ivy zignorowała list ale Walter przyjmuje to do wiadomości i status quo zostaje utrzymane. No i nie zapominajmy, że nie skończywszy jeszcze romansu z Ivy zaczyna romans z Elisabeth. Ale w sumie, czego się tu czepiać? :-)
      - Co do oszukiwania siebie i egoizmy - bardzo wymowna jest jego racjonalizacja rozejścia się z Hanną, on chciał przecież dobrze tylko ona jakoś nigdy nie rozumiała tego co on miał na myśli. Wiedział doskonale, choć nie od początku, że Elisabeth jest córką Hanny a jej wiek uprawdopodabniał jego ojcostwo - cóż Walter robi - oblicza datę urodzin Elisabeth "póki rachunek nie wypadł tak jak chciałem: mogła być tylko córką Joachima! Jak to obliczyłem, nie wiem; ustawiałem daty tak, żeby się rachunek zgodził." To już nie jest antyczny dramat, w którym człowiek jest igraszką bogów ale facet, który świadomie oszukuje siebie i własne dziecko byleby tylko "skonsumować" z nią znajomość. Ale oczywiście możemy przyjąć, że to tylko taka odmiana "szczerości" w stosunkach międzyludzkich.

      Usuń
    6. Pojechał tam dla Hanny w tym sensie, że chciał się o niej czegoś dowiedzieć, pobyć z człowiekiem, który ją znał.

      „Wychodzi na to, że wg Ciebie Ivy podoba się Walterowi ale on się z nią nie żeni”

      Zarzutu, że Walter nie żeni się z Ivy, nie rozumiem. Jak mógłby ożenić się z mężatką? :D Przecież Ivy miała męża. Którego bez skrupułów zdradzała. Trochę mnie dziwi, że Ci to nie przeszkadza. Skąd to pobłażanie dla mężatki okłamującej męża? A do Waltera czepiasz się o każdy drobiazg.

      Będziesz czytał kolejne książki tego autora czy już go skreślasz?

      Usuń
    7. Facet nagle rzuca wszystko i jedzie na koniec świata do przyjaciela, z którym od lat nie utrzymywał żadnych kontaktów, żeby pogadać o jego rozwiedzionej żonie - bardzo przekonujące zachowanie i to jeszcze u takiego racjonalisty jakim jest Faber - dajmy lepiej już temu spokój :-)

      Nie rozmawiamy o postawie Ivy tylko Waltera, a to dlatego, że jest głównym bohaterem. To nie jest zarzut tylko stwierdzenie - dorosły mężczyzna romansuje z zamężną kobietą, wychodzi na to, że ot tak dla rozrywki, bo przecież nie ma wobec niej żadnych poważnych zamiarów - nie ma sprawy - tylko jak to o nim świadczy?

      Usuń
    8. Jaki znowu koniec świata??? Koniec świata to byłby wtedy, gdyby Walter wyruszał z Warszawy. A on znajdował się w Meksyku. Stamtąd do Gwatemali jest już o rzut kamieniem, bo te kraje sąsiadują ze sobą. Weź sobie atlas i zobacz.

      I nie jest tak, że facet nagle wszystko rzucił, by spotkać się z Joachimem. Przecież on w Meksyku znalazł się przypadkowo. Odbywał podróż służbową, doszło do awarii samolotu i w ten sposób trafił do Meksyku. Poza tym poznał brata Joachima i usłyszał od niego o Hannie, co spowodowało napływ wspomnień, wreszcie – przez pewien czas bał się wsiadać do samolotu. To wszystko rzutowało na decyzję, by odwiedzić mieszkającego w Gwatemali Joachima.

      U Frischa wszystko jest przemyślane i logiczne, trzeba tylko mieć chęć, by to dostrzec. A sprawę miłości do Sabeth moim zdaniem tak spłyciłeś, że straciłam chęć na dyskusję na ten temat.

      Usuń
    9. Zakończenie dyskusji to dobry pomysł.

      Usuń
    10. Bardzo dobry. Z tym się zgadzam.

      Usuń
    11. No to doszliśmy do porozumienia.

      Usuń
  2. Wydaje mi się że Pan mało zrozumiał z tej książki. Polecam obejrzeć film Volkera Schlöndorffa na podstawie książki - tam wyraźnie widać motywy działania bohatera i jakim człowiekiem był. Doskonała literatura - świetny film.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istnieje jakieś "jedynie słuszne" odczytanie Homo Fabera? to wyznaczone przez Schlondorffa?

      Usuń
    2. Agnieszko, zgadzam się z Tobą całkowicie - nasz recenzent czepia się faceta, którego nie polubił tak jak my. Jego prawo. Nie polubił też tej literatury, co już gorzej o nim świadczy. Tak jak piszesz, Frish jest bardzo skrupulatny - aż za bardzo o czym świadczą jego Dzienniki. A Homo Faber to świetna literatura. No i uparcie polecam doskonały film Schlondorffa - oglądając go zrozumie się naprawdę wiele, nawet jeśli przeoczyło się prawdę czytając książkę.

      Usuń
    3. Mógłbym w sumie wzruszyć ramionami, na Twój post ale chyba jednak nie wypada. Zacznę od tego, że prawienie impertynencji gospodarzowi bloga - to dopiero dobrze świadczy o jego gościu, no cóż ale takie mamy czasy.
      To czy lubię Waltera Fabera nie ma nic wspólnego z oceną "Homo Fabera" jako książki. To tak jakbyś twierdził, że skoro ktoś nie lubi np. Franciszka Kłosa jako bohatera powieści, to uważa że książka "Wyrok na Franciszka Kłosa" jest słaba. Ty lubisz postać, która ociera się o kazirodztwo (a kto wie czy się go nie dopuściła) i to jest oczywiście Twoje prawo. Mój stosunek do Waltera nie zasadza się na sympatii czy antypatii tylko psychologicznym nieprawdopodobieństwie jego postaci.

      Usuń
  3. @ Mojeksiazki
    Dzienniki jeszcze przede mną. Tak, Frisch jest bardzo skrupulatny, a książka świetna i świetnie przetłumaczona.

    OdpowiedzUsuń