środa, 12 września 2012

Tworzywo, Melchior Wańkowicz

"Gąsiorowa położyła wolno ręce na fartuchu. Znowuż inteligenci wyśmiewają te ręce chłopskie na fotografiach, uroczyście i symetrycznie spoczywające na kolanach. A przecież ma to oznaczać, że oto jest czas niezwykły, kiedy te ręce spoczywają, kiedy te ręce-niewolnice są czczone wypoczynkiem i ciszą. Rozłożyła Gąsiorowa brązowe spracowane ręce na fartuchu - niech świadczą, że oto pracowały i że czas nadszedł, kiedy ich praca będzie uczczona." 


Moje pierwsze spotkanie z Melchiorem Wańkowiczem było wybitnie nie udane. "Na tropach Smętka" okazało się przebrzmiałą propagandą a na dodatek jeszcze i na domiar złego napisaną bez "iskry Bożej". Owszem, pewnie jak każdy słyszałem coś tam o "Monte Cassino", "Zielu na kraterze" czy "Karafce La Fontaine'a" no i znałem częstochowski rym, z racji zainteresowań fotografią; "Nasierowska - fotografka boska"."Cukier krzepi" i "Lotem bliżej" nie liczę bo nie są to najlepsze rekomendacje, jeśli chodzi o literaturę, mówiąc szczerze.

Za namową Beznadziejnie zacofanego w lekturze ale też pomny niechęci Książkowca do Wańkowicza zaryzykowałem - w przeciwieństwie do poprzedniego właściciela książki, który nie zdążył rozciąć książki (wyd. 1975) - lekturę "Tworzywa". I nie żałuję, choć do zachwytów mi daleko. Już pierwsze strony zapowiadały się nieźle ale passus o dłoniach Gąsiorowej, który skojarzył mi się ze słynną fotografią Krystyny Łyczywek "Chochołów - 1972" (powyżej), przekonał mnie ostatecznie.


"Tworzywo" to zbiór opowieści o prostych ludziach, którzy wyjechali "za chlebem" do Kanady. U podstaw ich decyzji, niezależnie od bezpośrednich przyczyn emigracji leżała bieda i brak perspektyw. Bezpośrednie przyczyny były bardziej skomplikowane, bo jest i dezerter z ck żandarmerii, chłopak mający za sobą uczestnictwo w strajku dzieci we Wrześni, terrorysta z Organizacji Bojowej PPS i dawny legionista, który dosłużył się Virtuti Militari i któremu odebrano funkcję wójta. Nie ulega wątpliwości, że są oni przez Wańkowicza wyidealizowani (na przykład sylwetka Bombika, który przez kilka pierwszych lat pobytu pozostawiając żonę i dziecko w kraju w Kanadzie zdążył "dorobić" się tylko ziemianki), a książka pisana jest "ku pokrzepieniu serc" jako polska wersja "american dream" w Kanadzie. Na szczęście obyło się "bogoojczyźnianych" tonów, "antemurale christianitas" etc. etc. mimo, że w dużej mierze książka opisuje też przedemigracyjne losy jej bohaterów (interesujące jest zwłaszcza skrzyżowanie losów Antoniego Bombika i Michała Drzymały, zresztą niezbyt pochlebne dla tego ostatniego bo jego wizerunek, mówiąc oględnie, odbiega nieco ot tego co można było za moich czasów wyczytać w szkolnych czytankach historycznych). Ale ten rodzaj PR-u sprzed pół wieku nie stanowi jakiejś istotnej wady. Powiedziałbym nawet, że to budujące, gdy czyta się książkę o Polakach, którzy wzięli los we własne ręce i którym na dodatek powiodło się. Zapewne jeszcze lepiej czytało się to 30 czy 40 lat temu, gdy takie opowieści o karierze zwykłych ludzi były w naszym kraju traktowano na równi z bajką o żelaznym wilku. Najsłabszymi partiami książki są rozważania na tematy społeczno-ekonomiczne. O ile zasadniczą część książki czyta się naprawdę dobrze, to te części dzisiaj brzmią archaicznie, tonem pasują bardziej do jakiejś agitacyjnej broszury niż do porządnej książki szanującego się autora. Na szczęście jest tego niewiele. Bohaterowie książki Wańkowicza stanowiący "tworzywo" społeczeństwa Kanady przywodzą na myśl, trzymając się wańkowiczowskiej tonacji, słowa Psalmu 118 - "Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym", tyle że stali się oni kamieniem węgielnym nie w swoim kraju a na obczyźnie. I to odwołanie do Psalmu mimo, że brzmi może patetycznie to jednak nie jest absurdalna - zwornikiem, punktem łączącym emigrację jest wiara - każdy zresztą kto był poza krajem w jakiś sposób to odczuł. I jest to ten rodzaj naszej polskiej wiary kierowanej do prostego człowieka, tradycyjnej - taki jaki później był głoszony przez kardynała Stefana Wyszyńskiego. Okazuje się, że ludzie, którzy z ojczyzną nie mają już kontaktu, których praktyki religijne są, jeśli można tak powiedzieć, w zaniku - zresztą z konieczności bo księdza widują raz na rok albo i rzadziej. Ludzie skoncentrowani na walce o przetrwanie i tym co można określić mianem prosperity nagle sami z siebie odczuwają potrzebę wspólnoty a tę może dać im wiara i jej widoczny dla każdego przejaw jakim jest budowa kościoła.

"Tworzywo" jest książką, która mile łechce nasze polskie kompleksy, co prawda trochę przebąkuje o ciemnych stronach życia ale koncentruje się na pokazaniu, że potrafimy nie tylko walczyć z bronią w ręku i załamywać ręce po klęsce ale także budować coś od podstaw, być wytrwali i solidarni. Cóż, było, minęło ... .

25 komentarzy:

  1. Skutecznie wyparłem te Wańkowiczowskie rozważania społ.-ekon., zresztą wolałem skupić się na fabule i języku. Mam nadzieję, że nie czujesz się zniechęcony do Wańkowicza i jeszcze po coś sięgniesz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinienem przeczytać Monte Cassino ze względu na tradycje rodzinne ale objętość trochę mnie przeraża :-). Coś co będzie "języczkiem u wagi" pewnie wezmę - słyszałem pochlebne opinie o "Zielu na kraterze" i "Karafce La Fontaine'a". Co do odczuć - "Tworzywo" na pewno nie zniechęca, przynajmniej nie mnie :-) ale nie da się ukryć, że dzisiaj choćby ze względu na styl i język to jednak dosyć szybko starzejąca się książka. Momentami pobrzmiewa prawie jak "Pamiątki Soplicy" :-). Powiedziałbym, że to świadectwo erudycji z epoki, która jest już tylko wspomnieniem :-).

      Usuń
    2. Mnie właśnie język u Wańkowicza fascynuje najbardziej, poza chwilami ewidentnych słowotoków:) Monte czytałem we fragmencie, Ziele mi się bardzo podobało, chociaż to taki poniekąd wyciskacz łez, a MW idealizuje siebie wręcz nieprzyzwoicie momentami.

      Usuń
    3. Co prawda "lepiej mówić dobrze o sobie niż źle o innych" ale bez przesady :-)

      Usuń
    4. Było mu to potrzebne do uzyskania odpowiedniego efektu literackiego, ale tylko w części go tłumaczy:) Ale Ziele na kraterze dobra rzecz, Karafka ma zagorzałych wyznawców, ale ja tylko parę fragmentów dotąd czytałem.

      Usuń
    5. Zerknąłem w "międzyczasie" :-) "Karafka" ma dwa tomy, a że "Ziela" nie odradzasz, jak rozumiem :-) - zaryzykuję "Ziele" - omne trinum perfectum :-)

      Usuń
    6. Oczywiście, że nie odradzam. Jeszcze dorzucę do polecanych "trylogię amerykańską" - reportaże z podróży przez Stany w stylu "Marceli Szpak dziwi się światu"; wynika z niej, że MW nie znał chyba słowa "pralka":)

      Usuń
    7. Bo pewnie mu żona rzeczy prała :-) albo miał "wąską" specjalizację :-)

      Usuń
    8. W domu zapewne żona, albo jakaś gosposia, ciekawe kto mu prał podczas wojny, gdy był poza domem:) W każdym razie bodajże przy opisie pralni samoobsługowej pojawia się jakiś opisowy wygibas na nazwanie pralek:)

      Usuń
    9. Czyżby coś w rodzaju tłumaczenia "wygódki" przez M. Haydel?! :-)

      Usuń
    10. Z grubsza:) Normalnie powypisuję takie leksykalne smaczki, kiedy już siądę po porządnej powtórki:)

      Usuń
    11. Właśnie czytam książkę składającą się z samych takich smaczków - tyle, że w pełni zamierzonych :-)

      Usuń
    12. Jesień w Pekinie Borisa Vian

      Usuń
    13. Czytałem Pianę złudzeń, ale bez szału, tylko finał mnie powalił:)

      Usuń
    14. Też byłem rozczarowany "Pianą", czytałem jeszcze "I wykończymy wszystkich ..." ale to rzeczywiście nie to - "Jesień w Pekinie" jest bezkonkurencyjna!

      Usuń
    15. Wiadomo, pierwsze wrażenie najważniejsze :-) ja też nie nabrałem jeszcze zaufania do Wańkowicza :-)

      Usuń
    16. Też do Viana podchodziłam (Czerwona trawa), ale nie dla mnie takie abstrakcje. A język Wańkowicza w swoim czasie (20 lat temu) właśnie mnie odstraszył.
      Zwl- mówisz, że na początek "Ziele"?

      Usuń
    17. "Czerwona trawa" nie ma szans z "Jesienią w Pekinie", to książka która mogłaby byc traktowana jako inspiracja dla Monty Pythona.

      Usuń
    18. Iza: Na początek to Szczenięce lata, a potem to już do wyboru Ziele albo Tworzywo:)

      Usuń
  2. No, czuję się wywołana. Myślę, że do Wańkowicza wrócimy. Obraz bohatera "Tworzywa" potwierdza, jak bliski autorowi jest chłopsko-robotniczy trzon społeczeństwa. I dalej zacytuję za Maciejewskim, "że młodzieniec z płową czupryną pochodzący ze wsi stokroć jest piękniejszym i szlachetniejszym niż jego rówieśnik ze dworu". A słowa, które od autora mnie odpychają najbardziej i którymi zakończyłam rozmowę, to: " Walka z kościołem jest walką o postęp. Kresy nam się nie należą. Sojusz z Rosją jest konieczny. Znacjonalizowanie ziemi jest konieczne." No i dlatego nadal nie kocham Wańkowicza, choć dobrze piórem władał. Tyle dzisiaj, bo maluję pazury i wyruszam w podróż. Hajda na stolicę! Pozdrawiam szanownego interlokutora:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "Tworzywie" nie znalazłem motywów walki z Kościołem ani niechęci do ziemiaństwa czy wątków "antyKresowych". Na pewno natomiast jest książką patriotyczną. W książce wiara jest traktowana jako element spajający emigrację i pozwalająca zachowac tożsamośc narodową. Jest też kilka postaci księży jedni są przedstawieni bardziej inni mniej sympatycznie - przegięc w którąkolwiek ze stron nie zauważyłem i odnoszę wrażenie, że ci pierwsi znacznie przeważają. Co do tego kto piękniejszy :-) chłopiec z czworaków czy ze dworu na podstawie "Tworzywa" trudno coś powiedziec bo za chlebem do Kanady wyjeżdżali ci pierwsi i to oni są bohaterami książki. Życzę udanego pobytu w "stolycy" :-) i serdecznie pozdrawiam :-)

      Usuń
  3. Czytać już pewno nie będę Wańkowicza, ale patrząc na to zdjęcie widzę spracowane ręce mojej babci i mojego ojca, a jej syna. )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fotografia i książka to tylko luźne skojarzenie :-) ja wolę zdjęcie :-)

      Usuń