środa, 30 marca 2016

Następny do raju, Marek Hłasko

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Hłaski miało miejsce w zamierzchłych latach 80-tych XX wieku i nie było zbyt udane. "Pierwszy krok w chmurach" nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Może w latach 50-tych było to coś odświeżającego ale do licealisty, trzydzieści lat potem niespecjalnie już przemawiało, a Hłasce, w moich oczach, nie pomógł nawet mit pisarza-buntownika. Także czytana potem w odcinkach, bodajże w "Radarze" (nieistniejącym już miesięczniku), "Sonata marymoncka", ani nawet wydane w "drugim obiegu" "Piękni, dwudziestoletni", "Sowa, córka piekarza" i "Nawrócony w Jaffie", mimo uroku literatury zakazanej, jakoś mnie nie poruszyły.


Mam za to, trochę za sprawą ekranizacji (od której zresztą Hłasko się odciął), sentyment do "Następnego do raju", powieści, rzekłbym synkretycznej, bo nawiązującej jednocześnie do socrealizmu, realizmu w hemingway'wskim stylu ("człowiek zawsze, zawsze, zawsze jest sam") i popularnej literatury sensacyjnej (jak twierdził Sandauer, Hłasko jest dłużnikiem "Ceny strachu", to zresztą nie jedyny przypadek literackiej inspiracji w twórczości Hłaski). Nie jest jakaś wielka literatura, nic z tych rzeczy, a i na zapewnienia autora, że książka wyrosła z jego doświadczeń patrzyłbym z lekkim przymrużeniem oka biorąc pod uwagę, że trwały one u niego sześć tygodni (choć to oczywiście nie musi o niczym świadczyć, w końcu Remarque napisał "Na zachodzie bez zmian" mając za sobą równie długie doświadczenia frontowe).

W każdym razie nie zmienia to faktu, że książkę, mimo upływu lat (prawie 60 od jej pierwszego, emigracyjnego, nawiasem mówiąc, wydania), czyta się bez problemu i trudno się dziwić poirytowaniu ówczesnych notabli od kultury, że po jej lekturze odsądzali Hłaskę od "czci i wiary" (jeśli już, to zaskakiwać może fakt, że książka była wydawana jako powieść w odcinkach w tygodniku "Panorama").

Przecież główny bohater, wbrew temu co gdzieś wyczytałem nie jest nim Tadeusz "Warszawiak" a Stefan Zabawa, wysłany przez partię na trudny odcinek okazuje się w gruncie rzeczy nie lepszy niż zbiorowisko wyrzutków, które znalazło chwilową przystań jako kierowcy w bazie położonej na odludziu w Karkonoszach. Tak jak oni, sądzi, że koniecznie, bez względu na konsekwencje, ma do udowodnia coś zarówno sobie, jak i tym którzy go tu przysłali. I udowadnia. Ale ta jego determinacja w osiągnięciu dosyć abstrakcyjnego celu kosztuje trzy ludzkie życia i rozbite małżeństwo, by pozostać tylko przy stratach największego kalibru.

O drugim członku partii, postaci epizodycznej, w ogóle nie ma co mówić. Tchórz, biurokrata kompletnie nie potrafiący zrozumieć drugiego człowieka. Na domiar złego, w ustach partyjnego towarzysza pojawia się modlitwa, na szczęście nieco zneutralizowana laickim, humanistycznym zakończeniem a i bez trudu można znaleźć nawiązanie do 1 Listu do Koryntian św. Pawła. O scenach erotycznych już nie wspomnę. Nic więc dziwnego, że na książkę została rzucona partyjna anatema jako na utwór antykomunistyczny. Melania Kierczyńska i Adam Ważyk dopiero by mieli używanie gdyby coś takiego do nich trafiło.

Świat "Następnego do raju" to jest brutalny, cyniczny, męski świat, to nie miejsce dla kobiet. Wiedzą to wszyscy, którym przyszło się zetknąć z bazą. Tu śmierć nie robi na nikim wrażenia, był człowiek, nie ma człowieka. Śmierć spowszedniała, jest realną możliwością a codzienna praca to udowadnianie ciągłe udowadnianie własnej męskości. Okazuje się jednak, mężczyźni mają tu właściwości dębu z bajki de La Fontaine'a a pod skorupą macho tkwią wrażliwcy, a jakże, którzy za wszelką cenę chcą ukryć swoje prawdziwe uczucia i pozwalają sobie na ich okazanie tylko w chwilach wyjątkowej słabości by zaraz je ukryć, tak jak we wzruszającej scenie śmierci Apostoła, zakończonej cynicznym finałem. Ci twardziele, okazują się też zaskakująco niekonsekwentni.

Otóż akcja powieści rozpoczyna się w okolicach Bożego Narodzenia 1950 roku a jej bohaterowie już od początku planują porzucenie pracy, nie mogąc się doczekać nowych samochodów. W górach trzyma ich tylko honorowy dług wobec Zabawy i konieczność jego odpracowania, ale nawet najbardziej zadłużony, Orsaczek musi odpracować tylko trochę ponad trzy tygodnie, zaś akcja powieści kończy się na początku maja. Jakim więc cudem ludzie, którzy o niczym innym nie myśleli (nie licząc seksu), jak tylko o wyrwaniu się z lasu, siedzą tam ponad cztery miesiące dłużej? Ale to zdaje się pozostanie już na zawsze zagadką, na którą odpowiedź znał chyba tylko sam Marek Hłasko.  

14 komentarzy:

  1. Ceny strachu nie czytałam, ale porównanie z Hemingwayem wydaje się jak najbardziej właściwe; męski, brutalny, twardy świat. Muszę w końcu obejrzeć film.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, do tego poczucie samotności i wierność przyjętym zasadom. "Ceny strachu" też nie czytałem za to ją oglądałem ale tylko wersję z 1977 r. i no, oczywiście "Bazę ludzi umarłych". Film niezły ale jednak pierwowzór lepszy.

      Usuń
    2. W filmie z powodów politycznych zmieniono zakończenie filmu na szczęśliwsze, co osłabia bardzo jego ogólną wymowę (i pasuje do reszty jak pięść do nosa).

      Usuń
    3. Nie tyle szczęśliwsze, co bardziej optymistyczne :-) - w filmie Warszawiak ostatecznie zostaje z Zabawą, w książce go opuszcza. Zmian jest zresztą znacznie więcej - akcja filmu rozgrywa się w Bieszczadach, pojawia się scena z "oddalegowaniem" Zabawy, nie ma sceny aresztowania Orsaczka itd., itd.

      Usuń
  2. Znam Hłaskę tylko trochę z biografii. Nic nie czytałam. "Baza ludzi umarłych" gdzieś mi w głowie majaczy, ale nie wiem czy faktycznie oglądałam.
    A "Cena strachu" kojarzy mi się tylko z amerykańskim filmem z Montandem, który to film faktycznie trzymał w napięciu.
    Widziałam jednak, że biblioteka ma nowe wydania Hłaski więc jak będę następnym razem wypożyczę, by wreszcie zlikwidować tę białą plamę w moim czytelnictwie. A poza tym lubię taką męska literaturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oglądałem tylko późniejszą wersję "Ceny..." - dobry sensacyjny film, na wcześniejszą wersję jakoś nigdy nie mogłem trafić. "Baza..." jest trochę siermiężna, w końcu to lata 50-te ale dobre aktorstwo ciągnie ją w górę. Męska literatura, męską literaturą ale nie wiem czy Ci przypadnie do gustu mało romantyczny sposób w jaki bohaterowie "Następnego do raju" odnoszą się do kobiet.

      Usuń
    2. Myślę, że to dla mnie już nie problem.....romantyzm mi dawno wywietrzał z głowy a poza tym sposób w jaki do dzisiaj faceci traktują swoje i nieswoje kobiety nie jest mi znów tak obcy. Chciałoby się powiedzieć..."samo życie". Ciekawa jestem prozy Hłaski, bo jakoś mnie ten etap naszej literatury ominął. Wstyd się nawet przyznać, że nazwiska pisarzy z czasu Hłaski poznawać zaczęłam tak późno.

      Usuń
    3. Jak tak, to tak :-) W "Następnym..." widać chwilami pozowanie na twardziela ale generalnie jednak ma się wrażenie autentyzmu, bez tej politury schlebiania bieżącym modom, którą widać we współczesnych, pożal się Boże, bestsellerach i przez to książka sprawia wrażenie, momentami, bardzo brutalnej.

      Usuń
  3. O widzisz, a do licealisty pięćdziesiąt lat później "Pierwszy krok w chmurach" przemówił bardzo mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę tylko pozazdrościć wrażliwości :-)

      Usuń
  4. Niektóre opowiadania Hłaski bardzo lubię. Taka "Pętla" - przecież to genialne opowiadanie. Nigdy nie zetknęłam się z lepszym utworem o alkoholiku. Przed przeczytaniem tego opowiadania nienawidziłam pijaków, a po przeczytaniu zrobiło mi się ich trochę żal, zrozumiałam, że to słabi psychicznie ludzie i że nie potrafią ot tak przestać pić. Gdyby Hłasko napisał "Pętlę" po angielsku, mógłby stać się sławny na całym świecie. Ale literatury polskiej nikt nie cenił. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już kiedyś pisaliśmy na ten temat - polecam "Pod wulkanem" Lowry'ego, główny bohater jest alkoholikiem, akcja rozgrywa się w ciągu jednego dnia, ukochana kobieta próbuje go ratować, w finale umiera. Cóż za przypadkowe podobieństwo motywów ale nie zmienia to faktu, że rzeczywiście wariant Hłaski jest udany. Tyle że bycie drugim rzadko zapewnia sławę, chociaż literatura zna takie przypadki :-)

      Usuń
    2. Tak, pamiętam, i mam "Pod wulkanem" w domu, ale jeszcze nie zaczęłam czytać. Objętość mnie przeraża, ostatnio gustuję w króciutkich powieściach i w opowiadaniach.
      W finale umiera? Znaczy się, nie popełnia samobójstwa, tylko umiera z innych przyczyn?

      Usuń
    3. Został zabity. Ktoś jeszcze zwracał uwagę na podobieństwo "Pętli" do "Straconego weekendu" Jacksona ale książki nie czytałem więc nie wiem, na ile jest to uprawnione zestawienie.

      Usuń