sobota, 15 grudnia 2012

Lampart, Giuseppe Tomasi di Lampedusa

"Lampart" di Lampedusy jest jedyną jego powieścią, ale za to jaką ... . Wstyd się przyznać, że czekała na mnie na półce ponad dwadzieścia lat i zachodzę w głowę, jak mogłem się na niej nie poznać. Na usprawiedliwienie przychodzi mi na myśl tylko mój wiek licealisty wówczas gdy ją kupiłem i nieumiejętność poznania się na tym co na prawdę jest dobre, a jak wiadomo umiejętność ta przychodzi dopiero z czasem.
 
 
Jakoś zawsze podświadomie kojarzyłem "Lamparta" z "Czerwonym i czarnym". W powieści di Lapedusy jest zresztą coś z atmosfery Stendhala, aczkolwiek jeszcze bardziej widoczne jest powinowactwo z Balzakiem. Książka zresztą zawiera niezawoalowaną aluzję do niego bo "kilka tomów Balzaka (...) zdołało dotrzeć pokątną drogą do rąk księcia, który podjął się roli domowego cenzora; przeczytał je i potem pożyczył znajomemu, którego bardzo nie lubił, twierdząc, że są to utwory pisarza kipiącego żywotnością, ale narwanego i "opętanego" (dzisiaj powiedziałby: "opętanego monomanią"); sąd, jak widzimy, pochopny, lecz nie pozbawiony bystrości".

"Lampart" mógłby uchodzić za jedną z najlepszych części "Komedii ludzkiej", gdyby jego akcja nie rozgrywała się na Sycylii lecz we Francji. No, może trochę przesadziłem, bo balzakowskim tematom: miłości, pieniądzom i karierze nie towarzyszą dłużyzny i ślepe wątki poboczne, które zaraz bezproduktywnie obumierają, a wszystko dzieje się w czasie gdy Balzac już od dziesięciu lat nie żył, chociaż główny bohater jest rówieśnikiem co młodszych postaci "Komedii". Zresztą narrator dba o to, byśmy nie poczuli się jak u Balzaka bo od czasu do czasu sprowadza nas na ziemię i przypomina, że choć to co opowiada działo się półtora wieku temu to on jednak jest wśród nas (prawie wśród nas).

Jest jeszcze jedno skojarzenie, które mi się nasunęło w trakcie czytania książki - "Buddenbrookowie" - to przecież także historia schyłku rodziny, o ile jednak w wersji Manna jest on spowodowany nienadążaniem i niezrozumieniem przemian ekonomicznych i społecznych, to w przypadku "Lamparta" mamy coś w rodzaju splendid isolation wobec przemian politycznych.

Książę ma świadomość, że "ludziom dawnego pokolenia, nie pozostaje nic innego, jak tylko zaszyć się w kącie i obserwować młodych fikających koziołki i tarzających się wokół (...) pompatycznie przystrojonego katafalku. (...) potrzeba teraz ludzi młodych, sprytnych, nastawionych raczej na "jak" niż na "dlaczego", takich, którzy potrafią się maskować, to jest chciałem powiedzieć: dostosować swoje konkretne osobiste interesy do nieokreślonych ideałów publicznych". Z jednej strony dostrzega w ludziach nowej władzy "zlepek chytrości, żle skrojonego ubrania, złota i głupoty" ale z drugiej, zaskakująco szybko pogodził się z tym i przywykł "do źle ogolonych policzków, do prostackiego akcentu, do dziwacznych ubiorów, do przenikliwego zapachu zatęchłego potu i dostrzegał coraz wyraźniej wyjątkową inteligencję", cech jakie nieśli ze sobą homines novi. Nie buntuje się i nie kontestuje rzeczywistości, w sumie z rezygnacją przyjmuje do wiadomości, że "spotkał go osobisty zawód, zawód człowieka, który łudzi się, że ma wszystkich pod swoją kontrolą i który dowiaduje się, że wiele rzeczy dzieje się bez jego wiedzy", wie że jego epoka i jego świat schodzi ze sceny, choć od czasu do czasu zdobywa się jeszcze na "pokaz siły".

Mimo całej sympatii do tytułowego bohatera "Lamparta" trudno oprzeć się wrażeniu, że świat i życie nie znoszą próżni, porażka jednych jest sukcesem drugich. Gdy miejsce bezwolnej, indolentnej arystokracji zajmują pozbawieni skrupułów parweniusze, to o ile jest to wstrząs dla jednostek ("Próba uwiedzenia to był akt podboju, małżeństwo to kapitulacja na całej linii."), to w ogólnym rozrachunku nie ma to wielkiego znaczenia, bo choć "wielcy panowie byli powściągliwi i zagadkowi, chłopi wylewni i prości, to i jednych i drugich szatan owijał sobie dokoła małego palca".

Świetna książka, którą czyta się jednym tchem i która ani przez chwilę nie nudzi, ubarwiona od czasu do czasu szczyptą dowcipnej, lekko tylko złośliwej ironii ale też momentami poruszająca. Jest też miła niespodzianka - niewielki nasz, rodzimy akcent - "w Paryżu żyją teraz polscy hrabiowie, których zmusiły do ucieczki z kraju powstania i despotyzm; obecnie są dorożkarzami, ale spoglądają na swoich klientów mieszczuchów z takim marsem, że ci biedacy wsiadają do dorożki sami już nie wiedząc po co i z miną zbitych psów." Bez cienia wątpliwości - polecam.

28 komentarzy:

  1. Brawo, udana refleksja czytelnicza, taka, jak lubię - z odniesieniem do doświadczenia osobistego :)
    Naprawdę zachęciła mnie do pozbycia się obaw wobec tej klasycznej pozycji.
    No i ten akcent polski! Można tylko dodać: nasi tam byli... i ślad w pamięci obcych zostawili... Poczucie wyższości (mam nadzieję że i humoru) nas nie opuszcza od wieków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczucie wyższości jako dorożkarzy ... tak, tak, znając nasze narodowe cechy to wcale nie brzmi to nieprawdopodobnie :-)

      Usuń
  2. Mam w zbiorze i już, już miałam ja w tym roku czytać ale jeszcze odłożyłam. Na podstawie książki powstał film ze znakomitą obsadą.
    Mogliby go kiedyś powtórzyć choćby na tv p Kultura.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filmu Viscontiego nie oglądałem ale rzeczywiście to był idealny materiał dla niego - myślę o atmosferze schyłku, na której wyrasta "nowe" tak jak w "Zmierzchu bogów" ale nie wiem, na ile jest to w filmie oddane.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Narobiłaś mi apetytu :-) zajrzałem na allegro ale cena mało zachęcająca.

      Usuń
    4. O tak, w tym wypadku zarówno książka jak i film są rewelacyjne. Wieki temu czytałam (w studenckich latach), ale narobiłeś mi oskomy na przypomnienie :)

      Usuń
    5. Skończyłem ją wczoraj ale już wiem, że do niej wrócę - na tę okoliczność zamówiłem już lepsze wydanie bo to z "Kolibra" po jednokrotnym przeczytaniu nadaje się tylko do kosza.

      Usuń
    6. Ja mam takie z serii POWIEŚCI XX WIEKU PIW-u, z 1963 roku. Uważam je za wystarczająco porządne :)

      Usuń
    7. I takie też kupiłem, mam do niego sentyment, podobnie jak do "Biblioteki arcydzieł. Najsławniejsze powieści świata" też zresztą piwowskiej.

      Usuń
  3. Ach,już wiem, która - ta brązowa, też w płótnie. Narzeczeni Manzoniego czekają jak wyrzut sumienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to ta sama, u mnie też czakają, zresztą w wyborowym towarzystwie :-)

      Usuń
  4. Pozwolę sobie przytoczyć wrażenia Iwaszkiewicza (z 5.XII.1959 r.):

    Przeczytałem jednym tchem 'Il Gattopardo' Tomasiego. Bardzo mnie wzięła ta książka. Leży na linii wielkiej prozy XIX wieku. Nie jest wcale "współczesna". I tak ostatecznie, jak każda wielka proza, jest rzeczą o przemijaniu. Wszystko tu można odnaleźć: epilog "Wojny i pokoju", drugi tom 'Le temps retrouve' i tym podobne rzeczy. Trochę rozpada się kompozycyjnie, to znaczy nie realizuje wielkich zamierzeń (i możliwości), jakie tkwią w pierwszych rozdziałach. Sprawy rodzinne, jazdy końmi, stare domy, kochający kuzyni - przypomina wszystko kroniki Asakowa, podróż Rostowych - a w końcu nawet "Popioły". Jednym słowem, bliska nam książka. Chciałbym ją zawsze mieć pod ręką. Finał wspaniały, jak w wielkiej symfonii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stanowczo zaprzeczam jakobym wcześniej znał opinię Iwaszkiewicza :-), co do podobieństwa "Lamparta" do Wojny i pokoju i Czasu odnalezionego nie wypowiadam się ale co do pozostałej części mogę tylko przytaknąć. Wrażeniom Iwaszkiewicza nie dziwię się, to w końcu jest książka o schyłku jego świata, którego sam był świadkiem.

      Usuń
    2. Mało tego, Iwaszkiewicz już w tym okresie mocno przeżywał swój własny schyłek.;(

      Usuń
    3. Fakt, to było już dawno po "Pannach z Wilka" i "Czerwonych tarczach". Jest coś w tym co mówił Herbert o "wartości" literatury 40-stolecia powojennego.

      Usuń
  5. Ja mam za sobą powierzchowną lekturę (przed wielu laty), podobnie jak Alicja, po obejrzeniu filmu. I niestety - w tym przypadku nie byłam w stanie bardziej skupić się na treści książki. W porównaniu z filmem wydawała mi się nudna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film mam jeszcze przed sobą, a jeśli chodzi o książkę to określenie "nudna" jest chyba ostatnim, które przychodzi mi na myśl w odniesieniu do "Lamparta".

      Usuń
    2. Ale to było moje wrażenie z bardzo dawnych czasów. Tak jak napisałam wyżej "przed wielu laty". Widocznie byłam wtedy za młoda do tej lektury, a pod ogromnym wrażeniem filmu.

      Usuń
    3. Być może film jest lepszy niż książka, nie wiem bo nie oglądałem (jakoś nie mogę nigdzie go znaleźć), ale to wcale nie znaczy by książka miała być słaba.

      Usuń
    4. Nie chcę przedłużać tej wymiany zdań, więc tylko dodam na zakończenie - nie napisałam, że książka jest słaba. Tak jak nie napisałam, że film jest wspaniały.
      Muszę zacytować samą siebie "W porównaniu z filmem wydawała mi się nudna".
      To było tak wiele lat temu, że dzisiejsza moja ocena może być inna. Filmu raczej teraz nie zobaczę, ale do książki spróbuję dotrzeć.

      Usuń
    5. Moim zdaniem warto :-).

      Usuń
  6. To jedna z moich świątecznych lektur. Przeczytałam tę powieść dzięki Tobie i nawet nie wiesz, jaka Ci jestem wdzięczna. Brakuje słów, żeby powiedzieć, jak bardzo mi się podobała.
    Zdziwiłam się, że nie znalazła się wśród Twoich tegorocznych najlepszych lektur, ale widzę, że nie załapała się na rok 2013. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się spodobał, a u mnie przeleżał się tyle lat ... . Jest za to szansa, że wróci w 2014 r. tylko muszę jeszcze przypomnieć sobie "Pustelnię parmeńską" bo mam niejasne przeczucia co do związków Lampedusy ze Stendhalem :-).

      Usuń
    2. Przeczucia stuprocentowo słuszne, on bardzo cenił Stendhala. U nas wydano jego książkę (chyba lepsze określenie to broszurka) pod tytułem "Stendhal", szkice literackie. Bardzo chciałabym przeczytać. Jest też jego książka o Szekspirze.
      Mnie straszliwie nęci to nowe tłumaczenie, tzn. "Gepard".

      Usuń
    3. Ooo?! Dzięki za przypomnienie, coś mi się nawet kołacze chyba pomarańczowa okładka, choć głowy nie dam - tym bardziej jest pretekst do wzięcia książki "na tapetę" w 2014 :-)

      Usuń
  7. ja również parę lat temu (no może troszkę więcej niż parę) widziałam film Viscontiego. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie, ale do książki nie sięgnęłam. Chyba nadrobię teraz te zaległości... dzięki za wspaniałą recenzję...

    OdpowiedzUsuń