piątek, 6 czerwca 2014

Oblężone. Piekło 900 dni blokady Leningradu w trzech przejmujących świadectwach przetrwania, Jelena Koczyna, Olga Bergholc, Lidia Ginzburg

Zaskakujące, że tyle lat po wojnie prawda o niej przebija się z tak powoli i z takim trudem. O ile, jeśli chodzi o nasze "podwórko" obok bohatersko-martyrologicznego głównego nurtu, prawa obywatelskie zdobyła sobie, aczkolwiek z trudem, świadomość zagmatwanych relacji polsko-żydowskich w czasie wojny i kwestia niemieckich wypędzonych, to dopiero od niedawna pojawiła się szansa na spojrzenie na wojnę bez propagandowego zacięcia z rosyjskiego punktu widzenia. Na dodatek jest to spojrzenie oczami kobiet, które przecież niejako z definicji w powszechnym odczuciu są zepchnięte na drugi plan wojny, pozostający w cieniu walki z bronią w ręku będącej męską sprawą. Ale czy odwaga, strach i cierpienie kobiety w oblężonym mieście jest mniej ważne od odwagi, strachu i cierpienia mężczyzny na polu bitwy?


Mocny podtytuł kolejnego tomiku "Kart historii" nie do końca odpowiada zawartości. W rzeczywistości przejmujące są tylko zapiski Jeleny Konczyny. Stanowią wstrząsający dokument walki o fizyczne przetrwanie, mogący kojarzyć się z tym, co dotychczas znaliśmy tylko z opisów warszawskiego getta i obozów koncentracyjnych, pokazujący grozę głodu, który prowadzi do załamania wszelkich zasad funkcjonujących w normalnym życiu. Nie ma tu miejsca na głębokie rozważania o kondycji ludzkiej, jest za to pokazane ludzkie zezwierzęcenie i prawda o człowieku w sytuacjach ekstremalnych. Uzupełnieniem "Dziennika czasu blokady" Konczyny są "Zapiski człowieka oblężonego" Lidii Ginzburg, które stanowią psychologiczny opis cierpień towarzyszących fizycznym katuszom. Zaskakujące, że mimo że Konczyna i Ginzburg nie znały się, można mówić w ich przypadku o wspólnocie odczuwania, ich relacje są bowiem zaskakująco bliskie i można je porównać do dwóch stron tego samego medalu.

Natomiast tzw. mieszane uczucia budził we mnie "Zakazany dziennik" Olgi Bergholc (zwłaszcza w zestawieniu z dziennikiem Konczyny, który go poprzedza) i w związku z tym wypada poświęcić mu nieco uwagi bo konstatacja ta w zestawieniu z tematem może wyglądać na trochę obrazoburczą.

Relację Bergholc można podzielić na trzy części poświęcone kolejno: pierwszemu pobytowi w Leningradzie, pobytowi w Moskwie i ponownemu pobytowi w oblężonym mieście. Pierwsza to w zasadzie zapiski egocentryczki, która jakby w ogóle nie zauważała co się dzieje (choć z części drugiej niedwuznacznie wynika, że cierpiała głód), centralnym punktem są rozważania na temat ... romansu z kolegą męża, a co ciekawe gdy mąż umiera a flirt przeradza się w stały związek bezustannie pojawia się motyw miłości do zmarłego męża. Dopiero opuszczenie miasta i powrót do niego sprawiają, że cierpienia oblężonych zdobywają nieomalże równoważne stanowisko i Bergholc poświęca im znacznie więcej miejsca, choć nadal motywem przewodnim są relacje z - teraz już - konkubentem i tym co pojawiło się w "międzyczasie" - znaczeniem własnej twórczości dla mieszkańców Leningradu (trudno powiedzieć na ile przesadzonej bo w pozostałych dwóch relacjach głucho na ten temat).

Takie rozłożenie akcentów przez Bergholc zapewne w dużym stopniu wypływało z jej uprzywilejowanej pozycji. Aczkolwiek tak jak i inni oblężeni cierpiała głód nie osiągnął on jednak stadium, w którym zagrożone byłoby biologiczne przetrwanie, a po powrocie do miasta można odnieść wrażenie, że miała się całkiem nieźle.

To nie nastraja czytelnika jakoś specjalnie wyrozumiale, owszem pojawiają się w dzienniku wstrząsające obrazy ulic Leningradu ale ma się wrażenie, że są przedstawione przez kogoś kto nie do końca uczestniczy w cierpieniu, a sceptycyzm wobec autorki powiększa się, gdy uświadamia się sobie, że w gruncie rzeczy jest ona człowiekiem radzieckim (co jest zdumiewające biorąc pod uwagę, że była jedną z ofiar "Wielkiego terroru") i nie chce albo nie potrafi dostrzec, że cierpienia jej narodu w dużej mierze są wynikiem nie tylko niemieckiej agresji ale też i radzieckiego/rosyjskiego braku poszanowania dla życia ludzkiego. Oczywiście to nie dezawuuje wartości notatek Bergholc, które są tak samo cennym jak zapiski Konczyny świadectwem ludzkich doznań. 

41 komentarzy:

  1. Po tej książce straciłam wszystkie złudzenia, choć wiem że znajdziesz w pamięci mnóstwo pozycji pokazujących odmienne reakcje na sytuacje skrajne. Jednak jak widać w pewnych sytuacjach kwestia biologicznego przetrwania jest najważniejsza. Tu mam między innymi na myśli pierwszą relację i zjadanie jedzenia ( ostatniego jedzenia) dziecku, czy przykładowo uprowadzanie dzieci w wiadomym okrutnym celu. Niby wiem że tak bywało ot choćby w okresie wielkiego głodu na Ukrainie i niby to nie nowość a jednak. Oczywiście w żadnym wypadku nie oceniam ale to już chyba dość dawno ustaliliśmy.
    Z kolei jeśli chodzi o to którą historię czytało mi się najlepiej a raczej która zrobiła na mnie największe wrażenie to wbrew pozorom pierwsza , choć to jedyna relacja osoby nie będącej w jakikolwiek sposób związanej z pisaniem czy kulturą ( o ile dobrze pamiętam) powiedzmy "zawodowo" . Czy dobrze domyślam się że nieco gorszy Cię zachowanie Olgi Bergholc i to nie w kwestii samego romansu a raczej tego kiedy miał miejsce, choć może zle to wyczuwam . Autorka sama miała podobne obawy ( tzn. że mogą mieć jej za złe) o ile kojarzę.
    W każdym razie książka warta każdej minuty , którą nad nią spędziłam,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziennik Bergholc jest nie tyle gorszący co zdumiewająco-irytujący ale też na swój sposób interesujący bo szczery i obnażający mało budującą prawdę o autorce.

      Usuń
  2. W radzieckim albumie poświęconym Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej zawsze ze zgrozą oglądałem strony poświęcone oblężeniu Leningradu. Zdjęcia były tak wymowne, że stopień zakłamania komentarza dotarł do mnie po wielu latach.
    Rozmaitych zapisków z tamtych czasów jest dużo więcej, inną perspektywę niż kobieca można znaleźć "W oblężonym Leningradzie" - wygłodniały nastolatek i pełen godności profesor Akademii Nauk. Mam jeszcze "Księgę blokady", ale trochę się boję zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie czeka "Leningrad. Tragedia oblężonego miasta 1941-1944", dużo sobie po niej obiecuję bo pisana już była w normalnych czasach. Nie żeby perspektywa kobieca jakoś specjalnie mnie nęciła, bardziej pociąga mnie perspektywa ludzka bez akcentowania płciowości, ale w "Oblężonych" widać kilka interesujących motywów: to kobieta okazuje się silniejsza i bardziej odpowiedzialna w chwili próby i ... zazdrość mężczyzny, który jest niechętny kokietowaniu innych w jego obecności uznana została za chęć uczynienia z kobiety kury domowej.

      Usuń
    2. Tego samego tematu dotyczy też książka "Dziennik czasu blokady: zapiski nastolatki z oblężonego Leningradu" Leny Muchiny. Ale nie wiem, czy to dobra książka. Nastolatki czasami skupiają się na nieistotnych szczegółach zamiast opisywać wydarzenia historyczne.

      Usuń
    3. Nie słyszałem o Muchinie. Nie przekreślałbym nastolatek - to właśnie osobista perspektywa, choć czasami irytująca tak jak u Bergholc), sprawia że opis wydarzeń historycznych, niejako od wewnątrz, jest znacznie ciekawszy niż odpersonalizowane historyczne wykłady.

      Usuń
    4. Niedawno czytałam pamiętnik "Non omnis moriar” pisany przez nastolatkę Irenę Birnbaum. I prawie połowa książki to były wynurzenia na temat chłopca, konfliktów z rodzicami, urodzin. A akcja działa się w getcie. Dopiero po kilkudziesięciu kartkach autorka zaczęła opisywać getto i śmierć Żydów.
      Oczywiście, historyczne wykłady nie są ciekawe, najlepsze jest połączenie opisów historycznych i osobistych wrażeń :)

      Usuń
    5. Mam podobne skojarzenia z "Dziennikiem" Anny Frank, który mnie setnie wynudził ale że czytałem go bardzo dawno więc składam to na karb swojej młodzieńczej niedojrzałości :-)

      Usuń
  3. Bodaj druga z relacji pokazuje stopień zakłamania i cenzurę panującą mimo wojny , tego by prawda nie wyszła na jaw pilnowali zamiast zajmować się najsłabszymi.
    Zobacz jak bardzo liczyli na naiwność ludzką skoro dali prawdziwe zdjęcia bez ustawienia a komentarze odpowiednio "ustawili" .Co chcieli osiągnąć jestem ciekawa ? Domyślam się że mogło to wyglądać niczym zdjęcie dziecka z Afryki ze wzdętym z głodu brzuchem i podpis "maleństwo po sutym posiłku". Trochę przejaskrawiam ale wiadomo o co chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Propaganda była perfidna, ale jednak w tym wypadku nie zaprzeczała oczywistości. Głodowali, marzli, umierali na ulicach, cierpieli, ale mimo to zachowywali hart ducha i prawdziwie radziecką wiarę w zwycięstwo. Oczywiście ani słowa o tym, dlaczego w ogóle Leningrad został oblężony ani o dyrektywach, że za żadną cenę nie może wpaść w ręce Niemców.

      Usuń
    2. Ale nie da się ukryć, że Bergholc uczestnicząc w tej propagandzie, godziła się na nią, co jest tym bardziej zaskakujące, że zarówno sama została dotknięta represjami i na ich skutek zginął przecież jej mąż.

      Usuń
    3. Nie ona pierwsza, i nie ostatnia.

      Usuń
    4. Niestety, co prawda ona też składa się na obraz mieszkańców Leningradu ale byłem trochę zaskoczony, że wybór nie zawiera wyłącznie zapisków w rodzaju tych, jakie prowadziła Koczyna, normalnych ludzi, którzy chcą przetrwać jeszcze jeden dzień.

      Usuń
    5. Może chodziło o przełamanie tekstów czymś trochę odmiennym.

      Usuń
    6. Być może i jeśli rzeczywiście taki był zamiar, to się udało.

      Usuń
    7. Chyba faktycznie chodziło o pokazanie tych wszystkich wspomnień trochę na zasadzie kontrastu. Robi to wrażenie , poza tym przynajmniej dla mnie po wspomnieniach Koczyny dwie pozostałe były rodzajem dziwnej i pokazującej niby to samo ale jednak odskocznią.

      Usuń
    8. odskoczni oczywiście choć powiedzmy że określam to umownie w końcu pokazywały one dokładnie tę samą tragedię

      Usuń
    9. Też uważam, że Konczyna jest najbardziej przejmująca. Ginzburg wydaje się najsłabsza bo widać, że pisana jest już z perspektywy czasu, z pewnym dystansem i ma się wrażenie, że głód w skrajnej postaci chyba też jej nie dotknął.
      PS.
      pewnie zauważyłaś, że zniknął Twój pierwszy post ale to na skutek usunięcia wpisu trollującej "starej znajomej", która jak widać ciągle ma się dobrze :-).

      Usuń
    10. Zauważyłam i nie mam nic przeciw :-)

      Tez odniosłam takie wrażenie że do poziomu głodu Koczyny to ona jednak nie osiągnęła. Broń Boże by był to zarzut , chodzi raczej o to że mimo podobnych warunków jedni odczuli to bardziej inni mniej . Jak zawsze w życiu.

      Usuń
    11. Ale to chyba było konsekwencją pozycji społecznej zajmowanej przez Bergholc i Ginzburg. W porównaniu z nimi rodzina Konczyny była zwykłą inteligencką rodziną i zdana była wyłącznie sama na siebie tak jak inni zwykli ludzie. Czego brakuje w "Oblężonych" to właśnie świadectwa prostych, zwykłych ludzi nie ocierających się o establishment jakiegokolwiek rodzaju.

      Usuń
  4. Dzięki, że podajecie w komentarzach jeszcze inne tytuły dotyczące tej tematyki, może coś się uda znaleźć. Bo jak na razie, mogę się opierać wyłącznie na Jeźdźcu miedzianym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O mój Boże! :-) To Ty czytasz coś takiego?! Kogo, jak kogo ale Ciebie o to nie podejrzewałem :-)

      Usuń
    2. Ejjjj "Jeździec miedziany" nie był najgorszy ;).

      Usuń
    3. Pewnie nie, jeśli masz na myśli "Jeźdźca miedzianego" Puszkina :-) bo jeśli tego Pauliny Simons to z tego co czytałem u Moniki w whttp://godsavethebook.blogspot.com/2014/02/jezdziec-miedziany-paullina-simons.html wynika, że autorka postawiła poprzeczkę w kategorii "knot".

      Usuń
    4. Wszystko kwestią gustu jest. Ja nie uważam, że Simons stworzyłą gniota, może nie jest to arcydzieło, ale cieszy się sporą popularnością, sama jestem posiadaczką tej książki i ludzie mi się o nią biją ;)

      Usuń
    5. Oczywiście, że to kwestia gustu, ale to że książka cieszy się popularnością wcale nie świadczy o jej wartości, przecież "50 twarzy Greya" to bestseller a takie to głupie, że gdy się czyta to aż zęby bolą.

      Usuń
    6. "Jeździec" moim zdaniem stoi na nieco wyższym poziomie. A czytanie żadnej z tych książek nie jest powodem do tego by być przedmiotem kpin. To, że jedna osobę bolą zęby, nie znaczy, że druga nie może czerpać przyjemności z lektury.

      Usuń
    7. Tak jak napisałaś to kwestia gustu, tak jak jedni mają prawo się nią zachwycać tak inni mają prawo ją ganić i wykpiwać. Czym innymi jest ocenianie czytelników, to oczywiście co najmniej niegrzeczne, ale też nikt tego, przynajmniej na moim blogu nie robi.

      Usuń
    8. :) Możliwe, że przeinterpretowałam Twoją wypowiedź. Przepraszam.

      Usuń
    9. Bez przesady, nie masz za co :-) bronisz, książki która Ci spodobała i to wszystko - ja z tego powodu nie czuję się urażony :-)

      Usuń
    10. Ale szkoda, gdybyśmy się pokłócili akurat o "Jeźdźca" który owszem nie zbrzydził, ale znowu nie jest książką mojego życia, za którą oddałabym dobre imię ;)

      Usuń
    11. To nam akurat nie groziło bo "Jeźdźca" nie czytałem, a opieram się na zdaniu Moniki z "God save the book", o czym już wspominałem, i do której mam zaufanie, więc daleki jest od "sponiewierania" książki :-).

      Usuń
    12. Otóż - wiedziałam, że sporo osób (fakt, głównie pań) książkę tę KOCHA - naturalnie zawsze zastrzegając się, że w kategorii czytadeł, ale jednak - toteż, zważywszy również na moje rusofilskie zainteresowania, nabyłam ją niegdyś i przeczytałam. No i co. Nie spodobała mi się, nie planuję czytać następnych części - ale rozumiem, że ktoś ją może lubić. A nawet MA PRAWO :) Ja osobiście uwielbiam serię niedoskonałą Nepomuckiej, a pamiętam, że ktoś się zniechęcił po przeczytaniu w pierwszym tomie o wychodzeniu na wierzch tasiemca :) To jak z miłością, nie ma co usprawiedliwiać czy potępiać, albo się kocha albo nie. Poza tym - gdybym nie przeczytała Jeźdźca miedzianego, to ciągle bym myślała, że taka fajna rzecz mnie omija :)

      Usuń
    13. Toteż nikt nikomu nie broni zachwycać się tego typu literaturą, rzecz gustu, podobnie jak nikt nikomu nie broni bawić się przy muzyce disco polo, nieporozumieniem jest tylko dorabianie ideologii to takiej literatury i muzyki i zatracanie poczucia ich rzeczywistej wartości. Ja za to mam poczucie, że ominęły mnie katusze i strata czasu :-)

      Usuń
    14. "O mój Boże! :-) To Ty czytasz coś takiego?! Kogo, jak kogo ale Ciebie o to nie podejrzewałem :-)" - proszę jaki śliczny komplement :-)

      Usuń
    15. Właśnie :-) a zdaje się, że niektórzy potraktowali go jako despekt :-)

      Usuń
  5. Moim zdaniem temat oblężenia Leningradu jest traktowany po macoszemu. Ucząc się historii można wpaść w pułapkę nieprawdy i pomyśleć, że Wielka Wojna Ojczyźniana to głównie Stalingrad, a przecież oblężenie Leningradu to ogromna tragedia, chętnie bym przeczytała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla propagandy rosyjskiej na pewno nie był tak efektowny jak bitwa pod Stalingradem a i nie było się czym chwalić, że własnych obywateli skazało się na powolną śmierć.

      Usuń
    2. ale już od jakiegoś czasu propaganda nie powinna narzucać swojej historii, a tu nadal cisza.

      Usuń
    3. W tej dziedzinie niewiele się zmieniło. Lepiej podtrzymywać mit bohaterskiego miasta i jego mieszkańców, niż powiedzieć wprost, że cierpieli przez głupotę swoich przywódców i tego wszystkiego można było uniknąć.

      Usuń
    4. Tym bardziej, że głupota była w rzeczywistości zbrodnią.

      Usuń