Są dwie przyczyny, dla których sięgnąłem po "Pokolenie Marka Świdy". Pierwsza to wyrzuty sumienia na myśl o przysypanym kurzem czytelniczym wyzwaniu "Polski listopad", o którym już kiedyś zresztą pisałem, druga, to fakt, że niedawno odkryłem, że niedaleko mojego biura znajduje się muzeum Andrzeja Struga, do którego, póki co, i tak się jeszcze nie wybrałem.
Ale do rzeczy, powieść Struga, to książka generalnie dla tych, którzy lubią ... Żeromskiego. Mimo, że tytułowy bohater ma wiele cech samego autora (m.in. studia w Krakowie, udział w wojnie) to trudno oprzeć się wrażeniu, że jest w nim coś z Marcina Borowicz, Cezarego Baryki i Rafała Olbromskiego. Rodzinne Jordanowice Świdy jakoś dziwnie przypominają Tarniny z "Popiołów", siostra Świdy - Janka kojarzy się z Zofką, brat zaś z Piotrem Olbromskim, że o wątkach romansowych nie wspomnę. Z kolei grób pana Tuchołki nasuwa skojarzenie z grobem powstańca z opowieści Szymona Nogi a śmierć Ignacka przywodzi na myśl, tym razem, nie Żeromskiego lecz Prusa i jego "Grzechy dzieciństwa", w których umiera garbaty Józio przyjaciel Kazia Leśniewskiego. "Pokolenie Marka Świdy" obejmuje zbliżony okres jak "Przedwiośnie" (mniej więcej od wojny rosyjsko-japońskiej do początku lat 20-tych), tyle, że główny bohater powieści Struga w porównaniu z Baryką sprawia jednak wrażenie bardziej zagubionego i niepotrafiącego nadać sens własnemu życiu. Dużo w jego życiu jest działań pod wpływem impulsu, który potem okazuje się mieć zaskakująco trwałe konsekwencje.
To obraz Polski, w której ci, którzy stawiali na szali własne życie walcząc o niepodległość ojczyzny, po jej odzyskaniu grzęzną w prozie życia, której ton nadają inni i okazuje się znacznie bardziej skomplikowana niż walka twarzą w twarz z wrogiem albo też w ogóle nie potrafią sobie znaleźć w niej miejsca. Nie powiedziałbym, że to obraz pokolenia bo szkolni koledzy Świdy pojawiają się epizodycznie i nawet przy dużej dobrej woli trudno ich uznać za reprezentatywnych dla społeczeństwa jak neurastenicznego Anglika polskiego pochodzenia - Botwida czy Nusyma Skurnika, Żyda który utożsamia się z Polską, a z którego jednak wychodzi żydowskość poprzez zamiłowanie i talent do "geszeftu".
Styl, początkowo irytujący, po jakimś czasie zaczyna wciągać ale wymaga od czytelnika ciągłej uwagi, i nazwałbym go stylem "za dużo słów" - "Stolica okryła się niezliczoną mnogością odezw, plakatów, podniecających i zachęcających afiszów. Hasła, nakazy, okrzyki, pytania, nawoływania, groźby, maksymy, sentencje, wzniosłe bohomazy, karykatury, dowcipy i szyderstwa nastręczały się wszędzie. Napisy upstrzyły mury, drzewa, tramwaje, słupy, dachy, płoty, szyby, urzędy i lokale, teatry i kościoły. Deptało się po nich na chodnikach, ćmiło się od nich w oczach i w głowie. (...) Nieprawdopodobna mnogość samorzutnych komitetów, kół, wydziałów, sekcji, korporacji, zbiórek, związków, straży, opiek, pomocy rozpleniła się w tych dniach niewielu.". To jak widać "gęsta" proza dająca wrażenie tętnienia życiem ale również napięcia i pośpiechu. W każdym razie efekt jest interesujący a zresztą i cała książka jest niezła.
Wybitnie jest jednak nie dostosowana do potrzeb dzisiejszego czytelnika, bo potraktowanie niektórych wątków może jeśli nie śmieszyć to przynajmniej budzić uśmiech - jest więc wątek erotyczny, który może na ówczesnych pensjonarkach robił wrażenie ale w naszych czasach dosłowności - niespecjalnie, wątek podróży przez Malaje zdecydowanie najsłabszy w swojej nieprawdopodobności i "skrócie myślowym". Co jednak dzisiaj może dziwić, to eksponowanie zaangażowania i zainteresowania sprawami Państwa. Coś co zwykle kwituje się wzruszeniem ramion, u Struga jest autentycznie przeżywane i mimo upływu lat wygląda interesująco i już wiem, że "Pokolenie Marka Świdy" nie jest ostatnią jego książką, którą przeczytałem ...
Wybitnie jest jednak nie dostosowana do potrzeb dzisiejszego czytelnika, bo potraktowanie niektórych wątków może jeśli nie śmieszyć to przynajmniej budzić uśmiech - jest więc wątek erotyczny, który może na ówczesnych pensjonarkach robił wrażenie ale w naszych czasach dosłowności - niespecjalnie, wątek podróży przez Malaje zdecydowanie najsłabszy w swojej nieprawdopodobności i "skrócie myślowym". Co jednak dzisiaj może dziwić, to eksponowanie zaangażowania i zainteresowania sprawami Państwa. Coś co zwykle kwituje się wzruszeniem ramion, u Struga jest autentycznie przeżywane i mimo upływu lat wygląda interesująco i już wiem, że "Pokolenie Marka Świdy" nie jest ostatnią jego książką, którą przeczytałem ...












