niedziela, 24 marca 2013

Pokolenie Marka Świdy, Andrzej Strug

Są dwie przyczyny, dla których sięgnąłem po "Pokolenie Marka Świdy". Pierwsza to wyrzuty sumienia na myśl o przysypanym kurzem czytelniczym wyzwaniu "Polski listopad", o którym już kiedyś zresztą pisałem, druga, to fakt, że niedawno odkryłem, że niedaleko mojego biura znajduje się muzeum Andrzeja Struga, do którego, póki co, i tak się jeszcze nie wybrałem.


Ale do rzeczy, powieść Struga, to książka generalnie dla tych, którzy lubią ... Żeromskiego. Mimo, że tytułowy bohater ma wiele cech samego autora (m.in. studia w Krakowie, udział w wojnie) to trudno oprzeć się wrażeniu, że jest w nim coś z Marcina Borowicz, Cezarego Baryki i Rafała Olbromskiego. Rodzinne Jordanowice Świdy jakoś dziwnie przypominają Tarniny z "Popiołów", siostra Świdy - Janka kojarzy się z Zofką, brat zaś z Piotrem Olbromskim, że o wątkach romansowych nie wspomnę. Z kolei grób pana Tuchołki nasuwa skojarzenie z grobem powstańca z opowieści Szymona Nogi a śmierć Ignacka przywodzi na myśl, tym razem, nie Żeromskiego lecz Prusa i jego "Grzechy dzieciństwa", w których umiera garbaty Józio przyjaciel Kazia Leśniewskiego. "Pokolenie Marka Świdy" obejmuje  zbliżony okres jak "Przedwiośnie" (mniej więcej od wojny rosyjsko-japońskiej do początku lat 20-tych), tyle, że główny bohater powieści Struga w porównaniu z Baryką sprawia jednak wrażenie bardziej zagubionego i niepotrafiącego nadać sens własnemu życiu. Dużo w jego życiu jest działań pod wpływem impulsu, który potem okazuje się mieć zaskakująco trwałe konsekwencje.

To obraz Polski, w której ci, którzy stawiali na szali własne życie walcząc o niepodległość ojczyzny, po jej odzyskaniu grzęzną w prozie życia, której ton nadają inni i okazuje się znacznie bardziej skomplikowana niż walka twarzą w twarz z wrogiem albo też w ogóle nie potrafią sobie znaleźć w niej miejsca. Nie powiedziałbym, że to obraz pokolenia bo szkolni koledzy Świdy pojawiają się epizodycznie i nawet przy dużej dobrej woli trudno ich uznać za reprezentatywnych dla społeczeństwa jak neurastenicznego Anglika polskiego pochodzenia - Botwida czy Nusyma Skurnika, Żyda który utożsamia się z Polską, a z którego jednak wychodzi żydowskość poprzez zamiłowanie i talent do "geszeftu".

Styl, początkowo irytujący, po jakimś czasie zaczyna wciągać ale wymaga od czytelnika ciągłej uwagi, i nazwałbym go stylem "za dużo słów" - "Stolica okryła się niezliczoną mnogością odezw, plakatów, podniecających i zachęcających afiszów. Hasła, nakazy, okrzyki, pytania, nawoływania, groźby, maksymy, sentencje, wzniosłe bohomazy, karykatury, dowcipy i szyderstwa nastręczały się wszędzie. Napisy upstrzyły mury, drzewa, tramwaje, słupy, dachy, płoty, szyby, urzędy i lokale, teatry i kościoły. Deptało się po nich na chodnikach, ćmiło się od nich w oczach i w głowie. (...) Nieprawdopodobna mnogość samorzutnych komitetów, kół, wydziałów, sekcji, korporacji, zbiórek, związków, straży, opiek, pomocy rozpleniła się w tych dniach niewielu.". To jak widać "gęsta" proza dająca wrażenie tętnienia życiem ale również napięcia i pośpiechu. W każdym razie efekt jest interesujący a zresztą i cała książka jest niezła.

Wybitnie jest jednak nie dostosowana do potrzeb dzisiejszego czytelnika, bo potraktowanie niektórych wątków może jeśli nie śmieszyć to przynajmniej budzić uśmiech - jest więc wątek erotyczny, który może na ówczesnych pensjonarkach robił wrażenie ale w naszych czasach dosłowności - niespecjalnie, wątek podróży przez Malaje zdecydowanie najsłabszy w swojej nieprawdopodobności i "skrócie myślowym". Co jednak dzisiaj może dziwić, to eksponowanie zaangażowania i zainteresowania sprawami Państwa. Coś co zwykle kwituje się wzruszeniem ramion, u Struga jest autentycznie przeżywane i mimo upływu lat wygląda interesująco i już wiem, że "Pokolenie Marka Świdy" nie jest ostatnią jego książką, którą przeczytałem ...      

niedziela, 17 marca 2013

W krainach słońca, Antoni Jakubski

Jeszcze jedna książka z "wykopalisk", tym razem klasyka polskiej literatury podróżniczej -"W krainach słońca. Kartki z podróży do Afryki Środkowej w latach 1909 i 1910" Antoniego Jakubskiego, która  doczekała się przed wojną dwóch wydań, pierwszego w 1914 r, i drugiego poszerzonego, w 1923 r. 


Autor to postać dzisiaj zapomniana ale warta przypomnienia bo to sylwetka niebanalna. Antoni Władysław Jakubski urodził się 28 marca 1885 r. we Lwowie, był zoologiem, zwanym trochę żartobliwie "twórcą polskiej szkoły czerwcowej", za sprawą monografii poświęconej, czerwcowi polskiemu - gatunkowi owadów z rodzaju pluskwiaków.

W latach 1903-08 studiował nauki przyrodnicze na Uniwersytecie Lwowskim u prof. J. Nasbauma-Hilarowicza, który napisał potem wstęp do jego wspomnień z wyprawy do Afryki i u Benedykta Dybowskiego. Po ukończeniu studiów początkowo pracował jako nauczyciel w gimnazjach w Stanisławowie i Lwowie, a w 1912 r. objął stanowisko asystenta Zakładu Histologii na Uniwersytecie Lwowskim. W 1917 r. habilitował się z zoologii i anatomii porównawczej. W okresie I wojny światowej służył w Legionach i do 1920 r. był oficerem sztabu jednostek Wojska Polskiego. Był czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i otrzymał też Krzyż Virtuti Militari V klasy. 

Po wojnie, w 1919 r. objął stanowisko profesora nadzwyczajnego (w 1921 r. otrzymał tytuł profesora zwyczajnego) anatomii porównawczej i biologii na Uniwersytecie Poznańskim. W 1922 r., organizował Morskie Laboratorium Rybackie na Helu i był współzałożyciele Polskiego Towarzystwa Zoologicznego (1937 r.). W czasie II wojny światowej został aresztowany i przebywał w kilku obozach koncentracyjnych. Po wyzwoleniu wyjechał do Włoch, gdzie wstąpił do II Dywizji Pancernej w randze podpułkownika i był organizatorem polskiego szkolnictwa w II Korpusie. Po wojnie wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie pracował w British Museum a po przejściu na emeryturę zamieszkał w Pernhos, w ośrodku dla emerytowanych oficerów polskich. Zmarł 20 maja 1962 r. w Londynie.

zdjęcie okładki i strony tytułowej ze strony www.atticus.pl

Jakubski w okresie od sierpnia 1909 do marca 1910 roku odbył wyprawę na tereny ówczesnej Niemieckiej Afryki Wschodniej. Wyprawa składała się z dwóch osobnych tras. Pierwsza prowadziła z Kilosy (na zach. od Morogoro) nad jeziora Rukwa i Niasa, druga zaś z Bujko (na płn.-zach. od Mombo) na Kilimandżaro (tej części poświęcił niewielką publikację "Wyprawia na Mont Kilimandżaro", Kraków 1926), którego był pierwszym polskim zdobywcą, choć tak na prawdę ze względu na załamanie pogody nie dotarł na sam szczyt, doszedł bowiem do wysokości 5830 m n.p.m. (wysokość Kilimandżaro - 5895 m n.p.m.) na brzeg krateru szczytowego Kibo. 

"W krainach słońca" do dzisiaj zachowały swoje walory literackie, nic zresztą dziwnego skoro pisane mającą do czynienia na co dzień ze słowem pisanym, choć trochę specyficznym bo w książce wyraźnie  widać naukowe zainteresowania autora bo tak jak Czekanowski w swoich "W głąb lasów Aruwimi" sporo miejsca poświęca zagadnieniom antropologicznym, tak u Jakubskiego widoczne są jego zainteresowania przyrodnicze.

figurka przywieziona przez A. W. Jakubskiego z wyprawy

W przeciwieństwie jednak do postaci Jana Czekanowskiego, z "W krainach słońca" nie wyłania się zbyt sympatyczny obraz ich autora. W sumie niezbyt daleko mu do bohaterów kongijskich opowiadań Conrada, bo swoich tragarzy traktuje jak niewolników wymuszając posłuszeństwo przemocą nie stroniąc przy tym od bicia (chociaż chyba nie dokonywanego osobiście). Ale w sumie nie budzi to zaskoczenie, skoro dla Jakubskiego to Murzyni to "czarne małpy" i "ludzie pierwotni". "Europejczyk w obcowaniu z murzynami musi się uzbroić w cierpliwość, ale i stanowczość jest konieczną. Murzyn powinien wierzyć Europejczykowi, powinien wiedzieć, że postanowienia jego są nieodwołalne, ale i sprawiedliwe.  Ludzkie obchodzenie się z czarnym, staranie o dobre dlań pożywienie, jak i utrzymanie wesołego nastroju w pracującej gromadzie - to są warunki pomyślnej współpracy. Murzyn ma w sobie coś z dziecka i starca. Wesoły, lekkomyślny i gadatliwy, przepadający za wesołą kompanią w którejby przy pełnych garnkach piwa "pombe" można było całą noc pośpiewać i różnych opowieści się nasłuchać - rankiem już niestrudzony zabiera się ochoczo do pracy. Na ból są srodze wytrzymali. Bicie odczuwają mniej jako cierpienie, raczej jako pohańbienie."

Wygląda na to, że Jakubski mógłby zrobić karierę w państwie Leopolda II, swoją drogę ciekawe jako co on by odbierał bicie. Niejako dla równowagi dostaje się też osadnikom niemieckim. Widać zresztą niezbyt ukrywaną niechęć do Niemców przy okazji wzmianek o krwawo stłumionych powstaniach plemion, które usiłowały wyzwolić się spod ich panowania.

Oczywiście, nie jest to dominujący w książce motyw, znaczna jej część poświęcona jest myśliwskim przygodom i codziennym trudom wędrówki, którą mógł je przepłacić życiem a co najmniej trwałą utratą zdrowia, jak to zdarzyło się jego współpasażerom podróży do Afryki.  w czasie której zrobił zupełnie zaskakujące znajomości. O ile poznanie w Mombassie "Wasserpolaka" Schwentawsky'iego może jeszcze niespecjalnie zdumiewa to już spotkanie z Mojżeszem Goldsmithem "nowoczesnym Srulem z Lubartowa" w miejscu odległym od wiele dni wędrówki od wybrzeża już tak. "Urodzony w Warszawie, gdzie do szóstego roku życia przebywał, wspomina jeszcze teraz Syreni gród, jako wzór elegancji i wytworności. Dotychczas nie zapomniał zupełnie polskiej mowy, owszem zna nawet piosenkę "Mama sze gniewa, roczkamy macha", poczem następują dźwięki najzupełniej dla ucha polskiego niezrozumiałe. Poczciwe Żydzisko - więcej sobie przypisuje, niż wie: ma naturalnie i swoje wady, ale z gruntu serdeczny i usłużny". Na drodze Jakubskiego staje też niemiecki kapral o swojsko brzmiącym nazwisku - Brzezynski.

Dzisiaj pewnie Jakubskiego nie ominęłoby napiętnowanie bo opowieści Cejrowskiego w porównaniu z jego wspomnieniami to wzór poprawności politycznej, tyle "W krainach słońca" przedstawiają obraz autentycznej Afryki i jej mieszkańców a nie kolorowych, egzotycznych obrazków. 

piątek, 15 marca 2013

Lochy Watykanu, André Gide

Nie ma to jak tytuł na czasie ... Po "Lochy Watykanu" sięgnąłem trochę "niechcący", zupełnie nie myśląc o kontekście, w jakim przyszło mi je czytać ale to dodało lekturze tylko kolejnej szczypty pikanterii, zważywszy że książka swego czasu (w 1952 r.) trafiła na Indeks Ksiąg Zakazanych (Gide był zresztą w doborowym towarzystwie m. in. Goldsmith'a i Balzaka, żeby poprzestać tylko na tych, których nazwiska można znaleźć na blogu). 

 
Nie zresztą dziwnego - powieść Gide'a mogła bulwersować Kościół. Sam pomysł spisku mającego na celu uwięzienie papieża brzmiał świętokradczo - "czy przedstawiciel Boga na ziemi mógłby być porwany ze świętego stolca i przez intrygę Kwirynału skradziony niejako całemu chrześcijaństwu, to problem wielce drażliwy" - nawet jeśli to był tylko rzekomy spisek. Do tego dochodzi instrumentalizm w traktowaniu wiernych, obojętność wobec niedostatku będącego konsekwencją posłuszeństwa Kościołowi a jakby tego było mało to zakwestionowanie utrwalonych norm społecznych, aluzje do homoseksualizmu i pederastii musiały też zrobić swoje, nie wspominając już o ocierającym się o kazirodztwo romansie.

Zdając sobie sprawę z kontrowersyjności książki Gide złapał się z tą kwestią "za bary" jasno wykładając swoje pisarskie credo - "Wytrawni krytycy określają powieść jako historię, która mogła się była dziać, a historię jako powieść, która się działa. Trzeba w istocie uznać, że sztuka powieściopisarza często zdobywa wiarę, tak jak fakt często jej urąga. Są sceptycy, którzy przeczą faktowi, z chwilą gdy odskakuje od przeciętności. Nie dla nich piszę." A pisze Gide w starym, dobrym stendhal'owskim stylu choć widać też nawiązania do Balzaca. Są więc tajemnice, rzekomy spisek, miłość i zbrodnia a do tego sceny z życia prowincji ale i też sceny z życia arystokracji. Gide wywarł wpływ podobno na najbardziej znanego "pożytecznego idiotę" - Sartre'a. Piszę - podobno - bo głowy nie dam, jako że Sartre ciągle czeka u mnie na lepsze czasy, za to mogę ręczyć za widoczny wpływ Gide'a na "Wdowę Couderc" Simenon'a, obaj panowie zresztą się znali.

Same "Lochy Watykanu" też nie są zawieszone w literackiej próżni - mówi się o nawiązaniu do  Dostojewskiego, ale ja dostrzegłem także "Wilde'a" (to jeszcze jeden znajomy pisarza) chociażby w pojawiających się od czasu do czasu paradoksach w rodzaju "najgorsze postanowienia są zwykle najtrwalsze", zapatrywaniach na sztukę i cyniczno-sarkastycznym podejściu do bohaterów, bo chyba tak można określić, na przykład, opis Juliusa, który "szanował w życiu każdego kostium, jaki człowiek pragnie przybrać: wysoko cenił pozory." Są też i elementy groteski, jak choćby ten, który pojawia się w świetnej scenie walki Amadeusza z pluskwami, który "Nie mając serca zgnieść ich na paznokciu, wrzucił pluskwy do nocnika i osikał je. Przez kilka chwil patrzył jak się miotają, zadowolony, okrutny, i na chwilę uczuł nieco ulgi." (czy nie przypomina to trochę późniejszych perypetii innego Amadeusza z "Jesieni w Pekinie"?).

Na proste pytanie: o czym są tytułowe "Lochy Watykanu" trudno w prosty sposób odpowiedzieć. Są one symbolem czegoś mitycznego, wymyślonego, czego nikt nie widział a naiwna wiara w jego istnienie dramatycznie zmienia koleje ludzkiego życia. Na to nakłada się egotyzm, przeświadczenie o własnej indywidualności i niezależności, bycia "ponad" i wreszcie czyn "bezinteresowny". Jak mówi jeden z bohaterów - "weszliśmy na fałszywą drogę: że własna korzyść nie zawsze powoduje człowiekiem: że bywają postępki bezinteresowne ... (...) Przez bezinteresowne rozumiem: bezcelowe. I że zło, to, co się nazywa zło, może być równie bezcelowe jak dobro." Kwestia wartości, dobra i zła to tylko subiektywne odczucie, sprawa umowna. Życie i śmierć to tylko kwestia przypadku i impulsu - "czułem, że mam objęcie dość szerokie, aby uścisnąć całą ludzkość; lub zdławić ją może ... Jakże to niewiele, życie ludzkie!" Inna sprawa, to to, czy bezcelowa zbrodnia pozostanie bez następstw, czy rzeczywiście jeśli nie można odnaleźć motywu, to oznacza to, że czyn nie pozostawia żadnych następstw w życiu jego sprawcy?  Na to pytanie jednak już każdy musi sobie sam odpowiedzieć ... Ja mogę tylko książkę z czystym sumieniem polecić.

sobota, 2 marca 2013

Konopnicka jakiej nie znamy, Maria Szypowska

I znowu dałem się namówić ... Przy okazji "Konopnickiej" Leny Magnone dostałem anonimowy, zachęcający anons "Konopnickiej jakiej nie znamy" Marii Szypowskiej. Autorka kojarzyła mi się do tej pory z ozdobami domowej biblioteczki moich Rodziców, albumami "Polska znaczy Ojczyzna" oraz "Gdańsk" przeznaczonymi raczej do oglądania i nigdy nie przeczytaną biografią Matejki ale postanowiłem zaryzykować.


Nie mogę powiedzieć, że ryzyko jakoś specjalnie się opłaciło ale i obyło się również i bez większych strat. W przeciwieństwie do książki Magnone, to biografia tradycyjnego typu, która za zadanie ma nie prezentację ideologicznych "misji i wizji" autorki lecz przedstawienie postaci bohaterki książki.

Na pewno wznowienie książki Marii Szypowskiej bestsellerem by nie było, bo nie prowadzi ona narracji z jakąś nadzwyczajną swadą, nie mniej jednak, przy swoim konwencjonalnym stylu i metodzie da się ją w miarę bezboleśnie czytać. Niewiele tu rzeczy, które mogą elektryzować uwagę dzisiejszego czytelnika a powiedziałbym nawet, że książka pozostawia poczucie niedosytu. Może gdy się ukazała (pierwsze wydanie pochodzi z 1963 r., na skanie jest okładka z wydania z 1969 r., mi trafiło się wydanie z 1973 r.) mogła bulwersować bo wówczas twórczość Konopnickiej znajdowała się jeszcze w narodowym panteonie ale od tego czasu minęło przecież pół wieku i oczekiwania czytelników bardzo pod tym względem podniosły poprzeczkę.

W wielu sprawach Szypowska starannie unika "postawienia kropki nad i". Niewiele dowiadujemy się o kłopotach rodzinnych Konopnickiej, rozstanie z mężem przechodzi jakoś tak mimo woli, opis relacji z córkami, zwłaszcza z Heleną pozostawia dużo do życzenia, o synu Stanisławie dowiadujemy się niewiele więcej ponad to, że był nieudacznikiem, itd. itp. Z drugiej strony Szypowska będąc daleko od feministycznego bełkotu prezentuje Konopnicką zaskakująco podobną do pani Dulskiej, bezlitośnie obnażając jej hipokryzję w staraniu się o pracę dla Stanisława u Michała Radziwiłła, torpedowaniu starań córki Laury, która marzyła by zostać aktorką czy reakcji na "kleptomanię" Heleny, choć Szypowska i tak wspomina tylko o kradzieżach i wątpliwej chorobie psychicznej pomijając bardziej pikantne szczegóły, tak że w tej części książka Magnone ma nad nią przewagę.

Porównania książek obu pań trudno uniknąć i mam wrażenie, że przy całym swoim "naukawym" zadęciu, naturalnej, wydawałoby się przewadze, Leny Magnone wynikającej z szerszej perspektywy i dystansu to jednak mimo wszystko to biografia Marii Szypowskiej jest bardziej interesująca. Feministyczne ujęcie Magnone, w którym dostaje się na przykład Sienkiewiczowi za jego nacechowaną wyższością postawę wobec Konopnickiej, której swoją recenzją pomógł w karierze, wystawione jest na ciężką próbę w konfrontacji chociażby z budzącym niesmak listem poetki do Kraszewskiego: "Czcigodny Panie. W miłościwym przygarnięciu do siebie wszystkich prac ducha narodowego tyle okazujesz, Czcigodny Panie, ojcowskiej prawie dobroci, że i ja ośmielam się przesłać Ci zbiorek poezji moich, abyś je wyposażył słowem swoim na życie w ludzkiej pamięci, jeśli tego okażą się godnymi". Chciałoby się rzec, że wazelina nawet w zabieganiu o własną karierę powinna mieć swoje granice a świadomość, że Konopnicka w gruncie rzeczy przez całe swoje życie mogła być zdana tylko na siebie w niewielkim stopniu taki serwilizm tłumaczy.

Mnie interesowała na kanwie "Mendla Gdańskiego" kwestia rzekomego antysemityzmu Konopnickiej i muszę przyznać, że byłem zaskoczony, że była daleka od poprawności politycznej narzekając, że "Żydów wolno tylko chwalić" a w Grazu jest tylko "jedna rodzina krakowskich Żydków Gumplowiczów". Bądźmy przy tym szczerzy, ze swoim intelektem, po roku pobierania nauk w pensji dla panien, Konopnicka nie miała wielkich szans z Ludwikiem Gumplowiczem, który był jednym z wybitniejszych polskich socjologów prawa, bo to o nim m.in. w ten sposób pisała (pikanterii relacji z Gumplowiczami dodaje fakt, że syn profesora, Maksymilian popełnił z jej powodu samobójstwo). Co zresztą nie przeszkadzało jej kadzić, swoim zwyczajem, w korespondencji z nim - "Nieraz myśląc o Panu podziwiam pogodę umysłu Pana, równowagę i tę dobrą filozofię, która daje spokój. (...) Jest to wspaniała buchalteria życia - przed którą się korzę. Ach jak mi daleko do tego." Ale clou leży w jej liście do Orzeszkowej, w którym pisze, że "Wielką zwolenniczką Żydów nie jestem, ale nienawidzę ucisku i niesprawiedliwości. Chwalić ich - gdyby byli spokojni i szczęśliwi - może bym nie potrafiła, ale kiedy są prześladowani, po ich stronie staję. Za wszelką krzywdą gotowam przemówić zawsze." Najlepszy jest w tym wszystkim komentarz  i podsumowanie samej Szypowskiej, że Konopnicka "(...) bez względu na jakieś swoje resentymenty czy sceptyczny głos trzeźwego rozsądku pisze Mendla Gdańskiego".

Tak jak wspomniałem, książka Marii Szypowskiej pozostawia poczucie niedosytu, wiele wątków jest zaledwie zasygnalizowanych pozostawiając zaciekawionych czytelników na pastwę własnych domysłów i spekulacji, dobrze co prawda że w ogóle jest ale ewidentnie czas już na książkę, która uzupełni niedomówienia "Konopnickiej jakiej nie znamy". 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Karawana literatury, Waldemar Łysiak

Dałem się namówić Mili, choć po "przedbiegach" w postaci lektury rozdziału "Literatura kobieca" zdawałem sobie sprawę z tego, że dobrze nie będzie. Ale nie sądziłem, że aż tak! Książka Waldemara Łysiaka powinna być zatytułowana tak jak ostatni jej rozdział - "Trociny, wydzieliny, bździny", co w pełni oddawałoby jej zawartość. Jak ulał pasuje do niej wierszyk Tuwima:

"Po pierwsze 
złe wiersze

Po drugie 
za długie

Po trzecie
hańba takiemu poecie

Po czwarte
nic nie warte (...)".


Mimo, że podobnie jak Łysiak nie jestem najlepszego zdania o poziomie polskiej literatury współczesnej, to nie ma co nad tym lać łez, ponieważ funkcjonuje ona na zasadzie popytu i podaży, jacy czytelnicy taka i literatura, i jest ona takim samym produktem jak nie przymierzając buty. Wydawane są książki, które mają szansę znaleźć swoich czytelników, których gusta są przecież zróżnicowane. Waldemar Łysiak sprawia wrażenie jakby tego nie rozumiał, choć ta prawidłowość stosuje się przecież i do niego bo pisze to co czytelnicy chcą przeczytać. Ale nie to jest podstawową wadą książki.

Otóż jeśli ktoś, podobnie jak ja, sugerując się tytułem, sądził że "Karawana literatury" jest książką o literaturze to jest w głębokim błędzie. To książka nie o literaturze a przede wszystkim o literatach i rzeczach, które z literaturą nie mają nic wspólnego. Można się z niej na przykład dowiedzieć, że "W Polsce chory jest cały system uliczny (dziurawe jezdnie, brak miejsc do parkowania, bezkarność właścicieli psów masowo obsrywających chodniki, itp.)", że Krzysztof Różycki czytał "wniosek lustracyjny złożony w 1999 r. przez posłów KPN-u w sprawie Jerzego Buzka." Są i przaśne złote myśli w rodzaju "Kablowanie" to praca nudna i brudna jak seks oralny. Znaczy: monotonna i paskudna, a dużą przyjemność daje tylko osobie obsługiwanej, czyli "oficerowi prowadzącemu"" - aż chce się zapytać; skąd Autor wie takie rzeczy? Odnosi się przy tym wrażenie, że zainteresowanie seksem przybiera w książce niezdrowe rozmiary, Łysiak zajmuje się bowiem na przykład omawianiem ekscentrycznych praktyk seksualnych w ... filmach, czy mało wyszukanym dialogiem między ... Dorotą Rabczewską i Przemysławem Saletą, a przykłady takie można by jeszcze mnożyć. Konia z rzędem temu, kto znajdzie ich związek z literaturą.

Zresztą jej znajomość nie jest najsilniejszą stroną Autora, na próżno szukać w "Karawanie literatury" szerszego odniesienia do jakiejkolwiek książki (chyba poza "Nocnikiem" A. Żuławskiego, podpierając się nim co jakiś czas, co zaskakuje tym bardziej, że książka ta aż roi się od błędów), której tytuł wymienia, ograniczając się do przytoczenia opinii innych na jej temat. Po kilkukrotnych tego typu zabiegach odnosi się wrażenie, że Łysiak w ogóle ich nie czytał i powtarza tylko to, co ktoś wcześniej miał do powiedzenia. To ciągłe opieranie się na spostrzeżeniach innych sprawia, że książka staje się tylko kompilacją zgrabnie połączonych cytatów z intelektualnym wkładem Autora ograniczonym do minimum. Przyznaję, tego rodzaju zabiegi robiły na mnie wrażenie erudycji (nawiasem mówiąc powinien wiedzieć,  że w sądzie wyroki wydaje sędzia, także gdy jest to kobieta, bo sędzina to żona sędziego), wówczas, kiedy zetknąłem się z pisarstwem Waldemara Łysiaka po raz pierwszy Tyle tylko, że czasy licealne mam, niestety, dawno już za sobą i dzisiaj oczekuję od książki jakiejś wartości dodanej. A tej na próżno szukać, nawet w tym co Autora interesuje chyba najbardziej - personaliach, bo czytelnikom serwowane są tylko dobrze znane "stare, odgrzewane kotlety" w rodzaju kto donosił, kto był homoseksualistą, kto z kim spał i kto komu dał "w mordę". Nic nowego.

Nie da się też nie zauważyć, że Łysiak używa książki do nachalnej autopromocji, która czasami przybiera niespodziewany dla samego Autora wydźwięk, kiedy sam z dumą ustawia się w rankingu popularności w jednym rzędzie wśród "zasłużonych PZPR-owców, WRON-owców, PRON-owców i SB-ków", czy też autorek, jak to z finezyjnym dowcipem określa, "literatury menstruacyjnej". Personalne rozgrywki z kolegami po fachu, które osiągają apogeum w rozdziale poświęconym Rafałowi Ziemkiewiczowi, nawet już nie dziwią.

To wszystko sprawia, że wywody na temat poziomu literatury, kontrowersyjności nagród, mechanizmów dotyczących krytyki literackiej giną w potoku żółci i jadu - w sumie powstała książka, ani odkrywcza, ani mądra, ani dowcipna - dla mnie "szkoda czasu i atłasu". 

sobota, 23 lutego 2013

Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, Hannah Arendt

Jeśli ktoś, kiedyś wybierze się na cmentarz żydowski w Warszawie (tym przy ulicy Okopowej) będzie tam mógł zobaczyć las macew podobny do tego z okładki "Eichmanna w Jerozolimie", tyle tylko, że zarośnięty drzewami. Kiedy byłem tam pierwszy raz, ładne parę lat temu, byłem pod wrażeniem poczucia opuszczenia tego miejsca, tym większego, że tuż za murem są Stare Powązki, "tętniące życiem" choć to może niezbyt właściwe słowa w odniesieniu do cmentarza. Co się stało? Gdzie są ci wszyscy, których najbliżsi zostali tu pochowani? 


"Eichmann w Jerozolimie" nie daje odpowiedzi na te pytania a przynajmniej nie bezpośrednio, bo też i nie taki jest temat tej chyba najbardziej znanej książki Hannah Arendt (najbardziej znaczącą pozycją w jej dorobku są "Korzenie totalitaryzmu" - ona sama też jest ciekawą postacią, nowożytnym wariantem Heloizy), poświęconej jednemu z bardziej znaczących procesów w dziejach sądownictwa, w którym sąd Izraela, sądził obywatela Niemiec za przestępstwa popełnione na obywatelach innych państw. Co więcej Eichmann był sądzony na mocy przepisów, które działały wstecz i w dodatku za przestępstwa, które formalnie nie istniały w chwili ich popełnienia. To, że znalazł się przed sądem w Jerozolimie z pogwałceniem prawa, wygląda więc w tych okolicznościach na wcale nie najważniejszy szczegół. Trudno się było zresztą dziwić władzom Izraela, że porwały Eichmanna bo musiały mieć świadomość, że "ci, którzy uniknęli procesu w Norymberdze i nie zostali wydani władzom kraju, na których terytorium popełnili zbrodnie - nie stanęli nigdy przed sądem bądź też znaleźli w niemieckiego wymiaru sprawiedliwości możliwie największe "zrozumienie"."

Książka Arendt to rodzaj wielkiej, krytycznej glosy do tego procesu z równie sensacyjnymi, jak on sam, wnioskami, choć dzisiaj niektóre z nich mogą wydawać się dzisiaj oczywiste zważywszy, że minęło pół wieku od pierwszego wydania. To gorzka ocena postawy własnego narodu, dla którego "akceptacja uprzywilejowania pewnych kategorii ludzi - Żydów niemieckich w odróżnieniu od Żydów polskich, kombatantów i Żydów z odznaczeniami w odróżnieniu od zwykłych Żydów, rodzin, których przodkowie urodzili się w Niemczech w odróżnieniu od obywateli niedawno naturalizowanych itd. - stanowiła początek upadku cieszącej się poważaniem społeczności żydowskiej." Nie jest to zresztą tylko spostrzeżenie samej Arendt, bo przekonaniu o funkcjonowaniu takiego rozróżnienia można również znaleźć w "Dziennikach" V. Klemperera. Podobnie, jak potwierdzenie jej opinii, że "można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy (...) zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów" znajduje oparcie w "Spowiedzi" C. Perechodnika.

Interesującym wątkiem jest kwestia "Ostatecznego rozwiązania" w państwach, którym Niemcy zostawili mniejszą lub większą niezależność. Zdaniem Arendt, zagłada Żydów, nawet jeśli władze tych państw deklarowały oficjalny antysemityzm, nigdy nie przybrała takich rozmiarów jak na Wschodzie z powodu oporów przed wysyłaniem ludzi na śmierć i niechęci Niemców do przymusowego, siłowego wprowadzenia w życie swojej idee fixe.

No i "last but not least", a w książce chronologicznie jako pierwszy poruszony został problem mentalności człowieka, który był współodpowiedzialny za cierpienia i śmierć setek tysięcy ludzi. Okazało się, że przed sądem w Jerozolimie stanął przeciętniak, żeby nie powiedzieć miernota, która z problemami zdobyła średnie wykształcenie. Człowiek bez wyobraźni, podchodzący do swojego zadania jak urzędnik, który chce wypełnić swoją funkcję jak najlepiej by zasłużyć u przełożonych na pochwałę i awans. Nie ma tu żadnego demonicznego wyrachowania a jedynie przerażająca bezrefleksyjność, tego, takiego sobie, zwykłego Niemca - rzeczywiście "Rzecz o banalności zła".

sobota, 9 lutego 2013

Polski kształt dialogu, Józef Tischner

Na blogu Bernadetty Darskiej znalazłem notatkę na temat antologii "Kim-są-Polacy?", która zawiera zestaw dyżurnych tematów przypominających odgrzewane kotlety (m.in. polski antysemityzm i martyrologia). Moją uwagę zwróciła wzmianka o rozmowie Adama Michnika z Jerzym Sadeckim, w której Michnik "stara się pokazać historyczne tło dla tego, z czym w przestrzeni publicznej mamy do czynienia dzisiaj. Próbuje diagnozować m.in. przemiany polskiej prawicy, postępującą barbaryzację języka polityki i mediów, a także spłycenie współczesnej religijności."


To mi przypomniało najsłynniejszą książkę księdza Józefa Tischnera "Polski kształt dialogu", poświęconą światopoglądowym różnicom i relacjom pomiędzy marksizmem a chrześcijaństwem w powojennej Polsce. Po raz pierwszy zetknąłem się z nią w czasie studiów, dzięki koledze, który studiując socjologię miał ją w zestawie lektur obowiązkowych i miałem tylko jedną noc na jej przeczytanie, bo za mną był już rządek chętnych. To było marne, bezdebitowe wydanie ale to wówczas dodawało tylko książce jeszcze pikanterii, choć i bez tego czytało się ją nieomal z wypiekami na twarzy, co jak na książkę bądź co bądź filozoficzną nieczęsto się zdarza. Jakimś cudem "legalne" wydanie w Polsce ukazało się dopiero w 2002 roku, dwa lata po śmierci Księdza.

Dlaczego legendarna książka mająca edycję emigracyjną, drugoobiegową, tłumaczenia na język włoski, angielski i niemiecki musiała tak długo czekać na "normalne" wydanie? Mam wrażenie, upewniony przez posłowie Jarosława Gowina, że stało się to za sprawą samego ... Autora, który poświęcił sporo uwagi m.in. Adamowi Michnikowi i Leszkowi Kołakowskiemu, których poznał osobiście już po napisaniu "Polskiego kształtu dialogu".

A jego przemyślenia na temat ich poglądów nie były to do końca uwagi pochlebne i trudno odmówić im racji, gdy czyta się, że "Kołakowski był wprawdzie wrażliwy na godność człowieka, ale nie był wrażliwy na to, co działo się wówczas z tą godnością w Polsce. Nie widział konkretu - konkretu plebejskiej wiary. Nie miał żadnego uczestnictwa w przeżyciach prostego chłopa czy robotnika, który klęczał w niedzielę przez ołtarzem i wcale nie czuł się w tej pozie mniej ludzki i mniej godny siebie. Aby to wszystko widzieć i to wszystko czuć, wcale nie trzeba było samemu wierzyć. Wystarczyło żyć Polską."

Nawet dzisiaj, mam wrażenie, że słowa te nadal pozostają aktualne, tyle tylko że zmieniły się "elity" i zmienił się ich "bożek". Ale co to ma wspólnego z Adamem Michnikiem i jego "diagnozami" z "Kim są Polacy?"? Otóż, tak jak wspomniałem, Ksiądz poświęcił też w swojej książce nieco miejsca Adamowi Michnikowi a ściślej mówiąc poglądom przedstawionym przez niego w jego najgłośniejszej pracy "Kościół, lewica, dialog".

Gdy czyta się je poddane krytycznemu oglądowi, trudno nie pokiwać z politowaniem głową nad banalnością "odkrycia" przez Michnika katolicyzmu polskiego i polskiego Kościoła i tego, że  bronił on praw ludzkich, wolności i godności człowieka, który bronił także "rewizjonistów", którzy w 1968 r. "upomnieli się o swobody demokratyczne w kraju" (...) "mimo, że byli to często ludzie znani z działalności antyreligijnej". Ale ks. Tischner wytyka nie tylko banał tych stwierdzeń, których jedyna "wartość" polega w zasadzie na tym, że podaje je ktoś, kto określa siebie jako przedstawiciela "laickiej lewicy" (tak jakby była lewica nie laicka) ale także zarzuca Michnikowi, że "udziela moralnej sankcji zrębom" systemu, który doprowadził do poniżenia godności ludzkiej i patrzy w swojej książce tylko na relacje "na poziomie władzy, a więc na poziomie: episkopat - rząd, biskup - premier, Kościół i aparat partyjny. Tymczasem ten poziom dialogu był wtórny, drugorzędny. Istotny dialog i zasadniczy wybór dokonywał się na poziomie narody. To naród, to tzw. prosty lud, wypełniający kościoły i miejsca pielgrzymkowe, bronił się przeciwko procesom socjalizowania. (...) Michnik jakby tego nie widział, jakby patrzył przez pryzmat "lewicowego" zafascynowania "władzą"".

Mam wrażenie, że w gruncie rzeczy te słowa i w stosunki do "Kim są Polacy?" pozostają aktualne, to spojrzenie Michnika ciągle pozostaje spojrzeniem "guru elit" tyle, że nie ma dzisiaj już Księdza ani nikogo, kto potrafiłby go zastąpić. 

wtorek, 5 lutego 2013

Podglądając Innego. Polscy trawelebryci w Ameryce Łacińskiej, Marcin Gawrycki

Kilkukrotnie marudziłem już na temat nieumiejętności pisania prostym językiem o trudnych sprawach przez przedstawicieli świata nauki albo osoby pretendujące do tego miana. "Pogoń za "naukowością" - cokolwiek ona w naukach humanistycznych oznacza - sprawia, że naukowcy tworzą dla wąskiej grupy odbiorców, bez specjalnej chęci wyjścia na zewnątrz skorupy" to szerszy problem na post innego rodzaju a tu proszę, taka niespodzianka - książka naukowa napisana w sposób zrozumiały po jednokrotnym czytaniu i w dodatku nie jest to tylko moja opinia. W dodatku nie dość, że dobrze napisana to i jeszcze temat interesujący bo jakże tu odmówić sobie przyjemności poczytania o tych, którzy są znani z tego, że są znani, a ściślej mówiąc o ich odmianie - o tych, którzy znani są z tego, że prowadzą programy telewizyjne dotyczące podróży. 


"Ofiarami" M. F. Gawryckiego są Elżbieta Dzikowska i Tony Halik, Martyna Wojciechowska oraz Wojciech Cejrowski i Robert Makłowicz (pojawiają się też "wpadkowo" m. in. Beata Pawlikowska, Jarosław Kret, Marcin Kydryński i ... Arkady Fiedler) oraz ich "urobek" w postaci programów telewizyjnych i w dwóch ostatnich przypadkach, także książek. Ich tematyka ograniczona jest do Ameryki Łacińskiej (z wyjątkiem osławionego przypadku Kydryńskiego) ale uwagi formułowane na ich tle mają, moim zdaniem, ogólniejsze zastosowanie i nie ograniczają tylko do programów o tej części świata. Co łączy te postacie? - ano to, że podróżowanie uczynili swoim źródłem dochodów i za sprawą przekazywania swoich wrażeń w telewizji stali się osobami znanymi. Mimo, że samo określenie trawelebryta pobrzmiewa pejoratywnie to sam jego status nie jest uwłaczający, zresztą Autor dostrzega rzeczywiste osiągnięcia podróżnicze zwłaszcza Martyny Wojciechowskiej i Tony Halika. To co poddaje krytyce, to przede wszystkim sposób w jaki trawelebryci traktują bohaterów swoich programów i sposób w jaki prezentują ich widzom. Zarzuca im generalnie "mentorski i patriarchalny ton" oraz "egzotyzację" obrazów, które przedstawiają podczas gdy tak naprawdę są one efektem podróży turystycznych, wycieczek, które w zasadzie każdy odpowiednio zdeterminowany widz jest w stanie podjąć samodzielnie lub z biurem podróży. To jednak, że z różnych przyczyn nie decydujemy się na podjęcie daje trawelebrytom przewagę nad nami i "autorytet zdobyty przez doświadczenie. Każde (...) stwierdzenie i osąd o egzotycznych krajach, które mają na celu "zobiektyzowanie" rzeczywistości, można bowiem wówczas podkreślić i wzmocnić autorytatywnym komentarzem:"Wiem, bo tam byłem". Trudno z takim zdaniem polemizować ...". "Podglądając Innego" jasno formułuje powód, dla którego została poddana krytyce ich "twórczość" i zakwestionowana wartość prezentowanego w niej obrazu świata. Otóż "trawelebryci kreują i wygłaszają subiektywne sądy, uzurpując sobie prawo do odkrywania obiektywnych prawd. (...) w społeczeństwie ugruntowuje się w ten sposób obraz latynoamerykańskich Innych i możliwość wzajemnego zrozumienia staje się coraz trudniejsza do zrealizowania." Trudno temu poglądowi nie przyznać racji i nie zgodzić się, że instrumentalne traktowanie przez trawelebrytów ludzi z którymi rozmawiają jest dowodem na to, że "pogoń za oglądalnością jest ważniejsza niż poprawa międzykulturowych relacji." Ja dodałbym bym jeszcze, że przede wszystkim jest świadectwem kultury osobistej a w zasadzie w wielu przypadkach jej braku. "Podglądając Innego" aczkolwiek w przeważającej mierze krytyczne to jednak dostrzega "wartość dodaną" nawet w przypadku programów tych osób, które zostały potraktowane surowo tak jak Elżbieta Dzikowska czy Wojciech Cejrowski. W przypadku tego drugiego Autor przyznaje, iż "charakteryzuje się często dojrzałością swoich sądów, skłonnością do przeciwstawiania się ogólnie znanym prawdom i przenikliwością spostrzeżeń" choć dla równowagi zastrzega, że "jest to (...) typowa mądrość bez empatii. Często wie w jaki sposób ująć problem, ale równie często robi to jak słoń w składzie porcelany", jest "arogancki, przekonany o swoim "jestestwie", prezentuje nieznoszącą sprzeciwu pewność siebie i kategoryczność swoich sądów. (...) Bohater jest jeden - on sam". Pewnym zaskoczeniem była dla mnie przyczyna, dla której krytycznej ocenie zostały poddane programy Martyny Wojciechowskiej. Profesor Gawrycki zarzuca jej, że "dyskurs rozwojowo-genderowy" jakim się posługuje pozbawia kobiety, przedstawiane przez nią kobiety, ich wartości, spychając je do roli biednych kobiet z Trzeciego Świata, którym "wolność może nadać jedynie biała podróżniczka z Europy". Muszę przyznać, że jako "niepoprawnego seksistę odczuwającego patriarchalną potrzebę dominacji" zaskoczył mnie ten dystans do feminizmu i feministek, który zarzucono, że "walcząc o prawa sióstr w krajach pozaeuropejskich, esencjalizują ich sytuację, wychodząc z paternalistycznego założenia, że one wiedzą, co dla uciskanych kobiet jest dobre." w swojej nienowoczesności bowiem traktowałem krytykę feministyczną i postkolonialną jak papużki nierozłączki. Ale żeby nie było tak całkiem miło - cóż, nie da się ukryć, że "Podglądając Innego" jest książką naukową. Niestety Autor o tym przypomina, z uporem godnym lepszej sprawy zapuszczając się co jakiś czas w odmęty "treści intelektualnie nośnych", które z punktu widzenia tematu są mało istotne, jak choćby rozważania na temat państw Trzeciego Świata. Na szczęście nie ma tego zbyt wiele i nie wpływa to na jasność wywodów, tak że dla mnie "Podglądając Innego" okazało się pierwszą od wielu lat "przyswajalną" pracą naukową.

sobota, 2 lutego 2013

Zielone piekło, Raymond Maufrais

Po raz pierwszy na dziennik Maufrais'a natknąłem się w domowej biblioteczce moich Rodziców. Było to wydanie Iskier z 1966 r., do którego mam sentyment ponieważ wykorzystałem w podstawówce jego fragment do wypracowania z polskiego, w którym opisywałem ... szklarnię z roślinami tropikalnymi w Ogrodzie Botanicznym we Wrocławiu. Nie pamiętam już co to było ale pamiętam, że praca zrobiła wrażenie na mojej polonistce.


Tamto wydanie gdzieś się zawieruszyło ale na pocieszenie kupiłem sobie edycję "Zysk i S-ka", która na dodatek ma tę zaletę, że zawiera także relację z wyprawy do Mato Grosso (przygotowywana była do wydania jako książka jeszcze przez samego autora ukazała się jednak razem z dziennikiem z Gujany już po jego śmierci, w 1952) a także zdjęcia oraz informacje o Maufrais'ie. Choć część poświęcona wyprawie w głąb Brazylii jest interesującą opowieścią, to jednak bez dwóch zdań to dziennik z wyprawy do Gujany jest tu najważniejszy i to jemu książka zawiera swój tytuł. "Zielone piekło" dzięki niemu jest klasyką gatunku zupełnie nieporównywalną z masowo zalewającym rynek badziewiem produkowanym przez travelebrytów w rodzaju Wojciecha Cejrowskiego, Beaty Pawlikowskiej czy Martyny Wojciechowskiej (polecam, przy okazji, "Podglądając innego. Polscy trawelebryci w Ameryce Łacińskiej" M. F. Gawryckiego). To historia dramatu, jaki rozegrał się w Gujanie Francuskiej pod koniec 1949 roku, kiedy Maufrais podjął samotną wyprawę, której celem było dotarcie do gór Tumuc-Humac i spotkanie z nieznanymi plemionami Indian. Nigdy z tej wyprawy nie wrócił - znaleziono tylko dziennik i trochę rzeczy. Podziw i uznanie dla wytrwałości i samozaparcia to pierwsza refleksja, która przychodzi na myśl czytając jego pisaną na bieżąco relację. Ale z czasem do podziwu dla odwagi i hartu ducha, dochodzi współczucie, żal i ... zdumienie. Bo choć trzyma się stronę Maufrais'a gdy puszcza mimo uszu wszystkie ostrzeżenia, to jednak, gdy jest już tam w środku dżungli ponad miesiąc od dnia kiedy się w nią zapuścił i ma jeszcze szansę powrotu z przypadkowo poznanymi Indianami a mimo to chory, w złej kondycji, bez zapasów żywności i niewystarczająco wyekwipowany decyduje się kontynuować wyprawę, zaczynamy się zastanawiać o co chodzi. To już nie jest odwaga, to upór który zaczyna przypominać szaleństwo, i który w ostatecznym rozrachunku zapędził Maufrais'a w sytuację bez wyjścia. Gdy czyta się relację z ostatniego miesiąca wyprawy trudno nie być wstrząśniętym. Co sprawia, że człowiek podejmuje takie decyzje? Czy jest w tym pragnienie sławy, chęć sprawdzenia granic własnych możliwości, obawa przed wydumaną śmiesznością, która miałby go spotkać w przypadku porażki? I dlaczego wycofanie się musi być traktowane w kategoriach porażki? Może po prostu trzeba zdać sobie sprawę z nierealności zamierzonego celu i podjąć kolejną próbę? "Zielone piekło" pokazuje brutalną prawdę, w której romantyzm zewu przygody, odwaga, hart ducha, siła i wytrwałość przegrywają z rzeczywistością i obojętnością świata natury. Poruszająca książka.  

wtorek, 22 stycznia 2013

Tyrmand, Konwicki i ... Melania Kierczyńska

Przy okazji niedawnych "pogaduszek" z Beznadziejnie zacofanym w lekturze przypomniał mi się "Dziennik 1954" Leopolda Tyrmanda. Po raz pierwszy zetknąłem się z nim w czasie studiów, trafiło mi się wówczas drugoobiegowe, siermiężne, bo trudno by było inaczej, wydanie. Nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia podobnie zresztą jak i "Gorzki smak czekolady Lukullus", który znalazłem w domowej bibliotece Rodziców a nawet i "Zły".


Miałem jednak do książki jakiś sentyment, tak że skusiłem się na ilustrowaną edycję i nie żałuję, bo warto choćby dla, moim zdaniem, słynnego opisu zebrania Związku Literatów Polskich. "Po południu zebranie sekcji prozy Związku Literatów. Jeżeli ktoś chce się utrzymać w związku, lepiej żeby przychodził. Lista obecności wykładana jest do podpisania. Te zebrania mają cel dwojaki. Po pierwsze, mają pouczać pisarzy, jak mają pisać. Zaprzedani konformiści mogą ewentualnie ciągnąć z nich korzyści instruktażowe, ich usprawniony dydaktyzm może pomóc w konstruowaniu tekstów do natychmiastowej sprzedaży. Po drugie, i to jest ważniejsze, pozwalają wygadać się pisarzom trapionym przez obiekcje. W "swoim" gronie, przy drzwiach zamkniętych. Bezpieczne wentylowanie smrodliwych frustracji bez zatruwania nimi społeczeństwa, kanalizowanie i odprowadzanie nieczystości myśli w cuchnące błotko izolowanej od narodu literackiej kloaki. W ten sposób ropne materie zwątpień, protestów, różnic zdań, zostają zręcznie nacięte przez niby "otwartą" dyskusję i wydezynfekowanie z organizmów twórczych, których produkt ma być czysty, higieniczny, bezbarwny, bezwonny. Oczywiście, zebrania te przyciągają tłumnie urzędników od kultury, pracowników wydawnictw i czasopism, tych wszystkich, co żyją z pilnowania pisarzy lepiej, niż pisarze żyją z samych siebie (...). Pastwiono się nad niejakim Konwickim - młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się "nie takie". Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar - Melania Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie, o tym co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swej urodzie, kutasa widziała chyba w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiego chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się przy pomocy branzlu o Wedekindach i Havelock Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu."

Przez długi czas męczyło mnie to, kim była Melania Kierczyńska, którą uwiecznił Tyrmand, a w wikipedii jej biografia znajduje się od stosunkowo krótkiego czasu, zresztą nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania jakie nasuwają się po tekście chyba najsłynniejszego bikiniarza PRL-u. Otóż Tyrmand nie miał racji, Melania Kierczyńska k...a widziała nie tylko "w atlasie anatomicznym", bo w 1912 roku "wyszła za mąż za towarzysza partyjnego, nauczyciela z zawodu. W czerwcu 1913 urodziła się jej córka Olga". Co ciekawe na grobie - jest ona pochowana razem z matką na Powązkach Wojskowych - jako data jej urodzin widnieje rok 1914. Rozbieżność dat jest o tyle interesująca, że cytaty pochodzą z hagiograficznego zbioru wspomnień "Zapisane w pamięci. O Melanii Kierczyńskiej wspomnienia i szkice", który ukazał się w 1981 roku i który opracowała sama Olga Kierczyńska. Małżeństwo nie trwało długo, bo "Lata pierwszej wojny towarzyszka Melania już po rozstaniu się z mężem spędzała w Warszawie".

W Zakopanem w czerwcu 1950 roku wraz z córką.

Utworem, nad którym się tak pastwiono była "Godzina smutku". Konwicki zapewne przejął się krytyką i uwzględnił "wytyczne" bo opowiadanie zostało jednak wydane i to jeszcze w 1954 roku, zresztą nie była to jedyna książka napisana przez niego w tamtych latach. W każdym razie Kierczyńska musiała mu dobrze zajść za skórę, bo w wydanym w 1986 roku "Nowym Świecie i okolicach", pisząc o staruchach "które pamiętały jeszcze Lenina" miał prawdopodobnie właśnie ją na myśli, miała bowiem spotkać Lenina w czasie gdy ten przebywał w Krakowie w 1914 roku i miał tam odczyty. Pisząc o niej jako o jednej z "ciotek rewolucji" wspomina jak to znajdował "przyjemność w nieznacznym i długofalowym demoralizowaniu tych towarzyszek", choć mam wrażenie, że to demoralizowanie musiało być rzeczywiście "nieznaczne". Do Leopolda Tyrmanda po takiej "reklamie" też oczywiście specjalną sympatią nie pałał i poświęcił mu "Portret mężczyzny w kolorowych skarpetkach" stanowiący rozdział "Zórz wieczornych" wydanych w 1991 roku,. Pośrednio odniósł się tam też do całej sprawy ale jakoś zaskakująco nieporadnie bo tłumaczy się z "Władzy" wydanej również w 1954 r. (chociaż Tyrmand w ogóle o niej nie wspomina) i usiłuje podważyć autentyczność "Dziennika 1954". W sumie, patrząc po ludzku, nie ma się co dziwić, ale trochę szkoda bo interesujące mogłoby być właśnie jego spojrzenie - bądź co bądź osoby najbardziej zainteresowanej.