Przy okazji "wspominek" jakie miałem z Zacofanym w lekturze na temat "Prawem i lewem" Władysława Łozińskiego zeszło na jego brata Walerego i "Zaklęty dwór", a skoro powiedziało się A wypada powiedzieć też i B ... .
Książka ma już ponad półtora wieku i jeśli myśleć stereotypami powinna leżeć pomiędzy innymi ramotami z tamtych czasów, wyciągana tylko przez badaczy literatury i studentów polonistyki. Ale jest jakiś powód dla którego "Zaklęty dwór" ciągle jest wznawiany i to nie będąc szkolną lekturą. Co prawda powieść Łozińskiego chodzi w nimbie pierwszej (albo jednej z pierwszych) polskich powieści kryminalno-sensacyjnych, co trudno mi ocenić bo nie znam jej konkurencji ale jej obecność we współczesnym "obiegu wydawniczym" i bez tej sławy, moim zdaniem, jest uzasadniona.
Bo i też czego się tu nie znajdzie - jest wątek romansowy i awanturniczy, jest patriotyczny spisek, i przyziemne oszustwa, intryga, której przedmiotem jest spadek, zaskakujące zwroty akcji i interesujące obserwacje społeczne, tajemniczy duch, piękna nieznajoma, dwóch przyjaciół z których jeden jest obdarzony romantyczną duszą a drugi stąpa twardo po ziemi (nawiasem mówiąc trudno oprzeć się wrażeniu, że jego epizod szkolny przypomina trochę losy szkolnej edukacji Rafała Olbromskiego z "Popiołów" S. Żeromskiego). Naturalnie wszystko dobrze się kończy. Skąd my to znamy?! A to wszystko lekko podlane dowcipną uszczypliwością i podane trochę w stylu chwilami kojarzącym się z "Pamiątkami Soplicy" H. Rzewuskiego, chociaż niektóre przypadki kojarzą się bardziej z wyczynami opisanymi we wspomnianym już "Prawem i lewem", jak choćby ten - "Starościc kupił sztukę sukna i kazał staromiejskiemu Żydowi krawcowi zrobić płaszcz. "Ale każdy najdrobniejszy kawałeczek pozostały oddasz mi na powrót!" - zaostrzał na końcu. We dwa dni przybył krawiec z robotą i z kawałkami. Starościc oglądnął wszystko i nie przymierzając nawet, kazał przerobić płaszcz na surdut, upominając się znowu o każdą resztę najmniejszą. Następnie z surduta kazał sobie zrobić spencer, a z spencera kamizelkę, z kamizelki czapkę, a zawsze o kawałki dopominał się najusilniej. Kiedy już ostatnia skończyła się przemiana, a Żyd przybył z czapką do dworu, zapytał go starościc: "A kawałki masz?" - "Mam, jasny panie". - "Wszystkie?" - "Co do jednego." - "A więc teraz tu u mnie uszyjesz płaszcz na powrót!" Gdyby piorun nagle ugodził w Żyda, nie mógłby go tyle zdziwić i przestraszyć, co ten rozkaz niespodziewany. Na próżno biedak prosił się do domu i na różne odwoływał się przeszkody. Starościc nie odstąpił od swego. W miejsce okrawek dodawał łokieć sukna nowego, ale koniecznie chciał mieć płaszcz jak dawniej. Nie widząc innego ratunku przyznał się Żyd, że parę łokci sukna zostawił w domu. Starościc na to zapłacił mu za robotę, ile żądał, ale w naddatku kazał mu wlepić sowitą porcję plag na pamiątkę". Takich wychowawczych anegdotek można tu znaleźć całkiem sporo i na dodatek także ślady oświeceniowej moralistyki, jak choćby w filipice autora przeciwko zapożyczeniom z języka francuskiego, co jednak nie przeszkadza bohaterom książki namiętnego używania wtrętów łacińskich. Te jakoś Łozińskiemu do polszczyzny pasowały, zresztą nic dziwnego skoro jej znajomość została wyniesiona ze szkół a powieść jest wyraźnie tradycjonalistyczna - szlachta nawet jeśli ma jakieś swoje wady to i tak przeważają nad nimi jej zalety, w każdym razie na pewno chce dobrze a jeśli jej nie wychodzi to nie z jej winy. Magnackie "fumy" należy wybaczyć bo to tylko taka słabostka, za którą ukryta jest wrażliwa osobowość a całemu złu winni są generalnie nieoświeceni, eufemistycznie mówiąc, chłopi i wykorzystujący ich, podobnie zresztą jak i ich panów urzędnicy różnego autoramentu.
Co ciekawe, tego rodzaju anachronizmy w niczym nie przeszkadzają w lekturze, zwłaszcza że nie są jakoś szczególnie natrętne, powiedziałbym nawet, że mają swój "smaczek". Jest to oczywiście powieść "z myszką" ale mam wrażenie, że spokojnie może stanąć w szranki ze współczesnymi "produkcjami" i wcale nie stoi na przegranej pozycji.
Co ciekawe, tego rodzaju anachronizmy w niczym nie przeszkadzają w lekturze, zwłaszcza że nie są jakoś szczególnie natrętne, powiedziałbym nawet, że mają swój "smaczek". Jest to oczywiście powieść "z myszką" ale mam wrażenie, że spokojnie może stanąć w szranki ze współczesnymi "produkcjami" i wcale nie stoi na przegranej pozycji.
