Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pudełko ze zdjęciami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pudełko ze zdjęciami. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2016

Polska lat 70., red. Anna Musiałówna

To nie miało prawa się nie udać! Przed Anną Musiałówną kuratorką wystawy "Polska lat 70.", której pokłosiem jest album o tym samym tytule, stało bardzo trudne zadanie, z którego wywiązała się znakomicie. Wybrać 130 fotografii spośród ponad 3000 zdjęć 34 czołowych polskich fotografików, to nie przelewki. Ale też i efekt robi wrażenie. Ja wybrałem tylko 10 zdjęć z olbrzymim poczuciem niedosytu, ale co zrobić, coś w końcu trzeba wybrać. 

Dla pokolenia, które zna tylko rzeczywistość po roku '89, "Polska lat 70." to egzotyka.  Egzotyka, skansen równie odległy, jak dla mojego pokolenia okres międzywojenny a może i jeszcze bardziej bo postęp cywilizacyjny zmienił Polskę przez ostatnie ćwierć wieku w sposób głębszy niż wcześniejsze pół wieku. Podczas gdy Polska lat 70. korzeniami tkwiła jeszcze w latach gomułkowskich, to niezależnie od ocen współczesnych realiów nie da się powiedzieć, że Polska tkwi w latach gierkowskich.

Krzysztof Pawela
"Polska lat 70." jest obrazem siermiężnej rzeczywistości, w różnych jej odcieniach, owszem chwilami mogącymi wywołać uśmiech na twarzy, może czasami nostalgię, bo wiadomo na lata młodości patrzy się przez różowe okulary ale przeważnie jednak budzącą gorzką refleksję. To świat szarości życia, braku perspektyw, który nie zdaje sobie sprawy z własnego upośledzenia, traktując je jako coś normalnego. Nawet to co w pierwszej chwili widzowie wydaje się zabawne, po chwili zastanowienia zabawne już nie jest.

Kobieta na rowerze, na pustej szosie, zasłaniająca twarz jakby przed fotografem. Ale ona nie zasłania się przed nim lecz przed śniegiem, który pada jej prosto w oczy. Musiało mocno to jej dokuczać skoro straciła orientację i zjechała z prawej strony drogi na lewą. Na szczęście żaden samochód, oprócz samochodu fotografa nie jechał. Wiedziała, że tam nic nie jeździ i właśnie dlatego, że wiedziała, że nie ma co liczyć, ani na "podwózkę", ani na PKS wybrała się w taką pogodę do sklepu na rowerze. Mam nadzieję, że nic się jej nie stanie i szczęśliwie dojedzie do domu bo przecież w taką pogodę na rowerze ,nawet znacznie lepszym niż ten, na którym ona jedzie, o upadek nie trudno.

Krzysztof Wojciewski
Chłopaki, moi rówieśnicy nie mają co ze sobą robić w czasie wakacji, co tu robić - zagrajmy w karty. Kto z nas nie grał w "tysiąca" i nie korzystał z porad kolegi siedzącego nieopodal. Eh, młodość. Jak się tu nie uśmiechnąć? A że na cmentarzu? Niemieckim? Żydowskim? Komu to przeszkadza, przecież nie zmarłym, im już jest to przecież obojętne. Jednak nie wiem, czy nasza tolerancja nie obniżyła by się gdybyśmy zobaczyli młodych Litwinów grających w karty na polskich grobach na Cmentarzu na Rossie albo Ukraińców siedzący na zdewastowanych polskich nagrobkach na Cmentarzu Łyczakowskim.

Bogdan Łopieński

Scena gonitwy za prosięciem. Dwa "stare konie" nie mogą dać sobie rady ze spanikowanym zwierzakiem, który być może walczy o życie. Uciekł im z chlewika ale to chyba nic trudnego. To przecież poniemieckie gospodarstwo, którego właściciele nie do końca czują się gospodarzami na swoim, bo jeśli ich rodziny musiały opuścić swoje gospodarstwa na Kresach i zajęły obce domy, to jaką można mieć pewność, że sytuacja się nie zmieni. "Nie opłaca" się nawet kłaść dachu na stodole ani reperować wrót do niej. A może zwyczajnie nie mają pieniędzy, może to nie kwestia poczucia niepewności lecz biedy, wiązania z trudem końca z końcem. Pewnie się już nigdy nie dowiemy... 


Andrzej Polec

I tak można pisać o każdym ze zdjęć, bo każde z nich opowiada jakąś historię, historię autentyczną. To nie celebryckie ustawki (choć mam podejrzenia co do fotografii Adama Haydera - jeśli się mylę, to oczywiście, z góry, Autora przepraszam) lecz prawdziwe życie.

Kolejne "śmieszne" zdjęcie. Faktycznie, trudno się nie uśmiechnąć widząc nieporadnie gramolącą się do wagonu kobietę uchwyconą w mało atrakcyjnej pozie. Ale czy uśmiechnęlibyśmy się także wówczas, gdybyśmy na jej miejscu widzieli własną mamę albo babcię? Dlaczego ten pociąg zatrzymał się poza peronem? Czyżby był jakiś wypadek? Ktoś zginął? A może to nie było nic strasznego, może tylko semafor był opuszczony przed wjazdem na stację. Ktoś otworzył drzwi "na dziko" - przecież jest tak gorąco. Do peronu jeszcze daleko więc czemu nie spróbować wejść już teraz. Ale czy widzi to maszynista albo konduktor? Co stanie się jeśli drzwi nagle się zamkną albo pociąg ruszy? Mam nadzieję, że udało się wejść i tylko sukienka trochę się pobrudziła ale to nic, wypierze się.

Piotr Borowicz


Postać emeryta z ulicy Zapłotkowej z "Awantury w Niekłaju" Edmunda Niziurskiego. Co sprawia, że starszy pan wyszedł na targowisko? Czy zmusiła go bieda, a może po prostu nie ma co zrobić z wolnym czasem i chce być między ludźmi? Ile lat musiał zbierać te stare buty i roboczą odzież dzisiaj już mu niepotrzebną. Szkoda mu było ich wyrzucić bo "może jeszcze się przydadzą" ale okazało się, że jednak się nie przydały. W akcie desperacji teraz się zdecydował je sprzedać, przecież szkoda je wyrzucić, są jeszcze całkiem dobre, a że trochę używane, to co to szkodzi. Może komuś jeszcze się przydadzą, może ktoś kupi... 

I można tak o każdym zdjęciu ale myślę, że Wasze historie na ich temat mogą być ciekawsze.

Adam Hayder
Witold Kuliński
Krzysztof Barański i Sławomir Biegański


Leszek Fidusiewicz

Nie będę pisał, że polecam (nie tylko miłośnikom fotografii), bo to oczywiste.

piątek, 15 listopada 2013

Alicja w Krainie Czarów, Lewis Carroll

Moje pierwsze spotkanie z powieścią Carrolla jest nie do powtórzenia, to była wersja komiksowa z tygodnika "Świerszczyk" (kto to jeszcze pamięta?) prenumerowanego w szkole. Pamiętam, jak bardzo byłem niepocieszony, gdy okazało się, że nie wszystkie numery docierały do szkoły i w starannie zbieranych, dziurkowanych i nanizanych na wstążkę numerach powstawały luki i nie mogłem śledzić przygód Alicji. Było - minęło. Na pocieszenie została mi książka mojej siostry, wzięta na wieczne nieoddanie - wydanie z 1986 r. w tłumaczeniu Roberta Stillera.  


To podobno najlepsze tłumaczenie obok przekładów Macieja Słomczyńskiego i Antoniego Marianowicza. Rzeczywiście pozwala wyraźnie dostrzec warstwę, na którą nie zwraca się w pierwszej chwili uwagi koncentrując się na śledzeniu przygód Alicji, niestety ma tę wadę, że jest mało przyjazne najważniejszym odbiorcom czyli dzieciom. Za to dorośli mają zabawę gwarantowaną bo czyż nie są urocze "proste reguły wpajane przez przyjaciół", które mówią, że "rozpalony do czerwoności koniec pogrzebacza sparzy cię, jeśli go za długo trzymasz; i że jeśli bardzo głęboko zatniesz się w palec nożem to przeważnie krwawi; (...) jeśli wypijesz za dużo z butelki z napisem "Trucizna", to prawie na pewno prędzej czy później ci to zaszkodzi."

Choć zapewne krytyka feministyczna już zazgrzytałaby zębami na spostrzeżenie Gołębia - "(...) zrozum, że dziewczynki jedzą tak samo dużo jajek jak węże. Nie wierzę - odpowiedział Gołąb - ale gdyby tak było, to są też pewnym rodzajem żmij; tyle mogę powiedzieć. (...) no i co mi za różnica, czy jesteś dziewczynką, czy żmiją?" Pisząc "Alicję" Carroll był już po trzydziestce, tak że nie wykluczone, że zawarł w tej konstatacji przemyślenia na temat płci pięknej na podstawie własnych doświadczeń.  

Rozbrajająca jest również prostota diagnozy stanu ludzkiej psychiki - "A może to w ogóle pieprz powoduje, że ludzie są tacy zapiekli - ciągnęła, bardzo zadowolona, że wymyślił nową regułę - a od octu robią się skwaszeni, a od rumianku im gorzko w środku, a - a od cukierków i tym podobnych rzeczy dzieci są takie słodkie."

Jednak szczególnie lubię nie pozbawione słuszności spostrzeżenie, że "cóż jest warta książka (...) w której nie ma rozmów ani obrazków", co prawda moje wydanie jest ilustrowane przez Dušana Kállay'a ale może nadejdzie czas, że ktoś zdecyduje się wykorzystać świetne fotografie Katarzyny Widmańskiej (dwie pierwsze poniżej) przeznaczone raczej dla pełnoletnich, ewentualnie te, których autorami są Tomasz Sikora i Marcin Mroszczuk (tytułem przykładu ostatnie zdjęcie).


www.behance.net


To jednak raczej, jak mawiają prawnicy, zdarzenie przyszłe i niepewne (jak dożycie do emerytury) a jako dorośli z perspektywy czasu możemy wyrazić tylko uznanie dla etymologicznych rozważań bohaterów książki, bo i takie można znaleźć - "A ile mieliście jednego dnia lekcji? Spytała Alicja, (...). Pierwszego dnia dziesięć - odpowiedział Fałszywy Żółw - a następnego dnia dziewięć i tak dalej. Jaki to dziwny plan zajęć! Wykrzyknęła Alicja. Dlatego to się nazywa lekcje - wyjaśnił Gryfon - bo codziennie jest lekcej i lekcej." odrobinę przy tym żałując, że dowiadujemy się o nich tak późno, bo być może gdybyśmy wiedzieli o nich wcześniej, byłoby by nam w szkole choć trochę "lekcej" ...   

niedziela, 14 października 2012

Wielcy fotografowie w Internecie

"Co by było, gdyby wielcy fotografowie publikowali dzisiaj swoje zdjęcia na forach internetowych i fotoserwisach w rodzaju Flickera? Jakimi komentarzami zaszczyciliby ich znawcy fotografii recenzujący zdjęcia na tych witrynach? (...).

Irving Penn

Hej stary, powiem szczerze - nie wiem, co sobie myślałeś, kiedy robiłeś tę fotę! Miałeś ładną modelką (choć nie najmłodszą, he he), ale złapałeś ją z zamkniętymi powiekami i w niezbyt dobrej pozie. Największy problem to to, że MUSISZ TO SKADROWAĆ do kadru pionowego!!!! Tło jest za małe i za mocno naciągnięte, przez co widać zagięcie. Jeśli prześlesz mi plik, mogę Ci to poprawić i skadrować w Photoshopie. Jeżeli nie obchodzi Cię PROFESJONALIZM, uwierz mi, nigdy nie zdobędziesz pracy jako zawodowiec!!! Mam nadzieję, że za ostro Cię ni zjechałem! ;))) Mimo wszystko pozdrawiam, M.H.


Sam Abell


Cześć Sam, WYPASIONA scena! Szkoda, że nie udało Ci się wydobyć trochę więcej koloru z nieba. Odcienie niebieskiego powinny być nieco bardziej nasycone. Poza tym w fotografii stosuje się zasadę, że albo niebo albo ląd (jezioro?) musi przeważać. Nie dzieli się kadru tak w połowie. Następnym razem spróbuj lekko przechylić aparat, jak już złapiesz ostrość. Mimo to fajoska fotka. Jeśli możesz, obejrzyj moje zdjęcia i zostaw swoje komentarze. Tadek.


Garry Winogrand


Hej Garry. Całkiem nieźle, uchwyciłeś paru ludzi w fajnych pozach. Niestety od razu widać, że horyzont nie jest prosty. Wygląda bardzo nienaturalnie - jak zbocze góry! Mężczyznę z prawej trzeba by usunąć poprzez wykadrowanie. Czasami, zanim zrobi się zdjęcie, dobrze jest krzyknąć, żeby zwrócić na siebie uwagę ludzi. Gdybyś tak zrobił, byłoby lepiej widać ich twarze. Jerzy Wilczek.


Bill Brandt

Bill, problemem tego zdjęcia jest brak szczegółów w zacienionych obszarach. Są obiektywy, które dają więcej szczegółów w cieniach i lepszy kontrast. Najlepsze do tego są szkła firmy Leica. Jest ich parę typów, np. Elmarit, Summicron i Summilux. Nie wiem, który typ daje najwięcej detali w cieniach, ale zapytam znajomego i na pewno dam Ci znać. Pamiętaj, że na zdjęciu muszą być widoczne oboje oczu, inaczej nie ma poczucia głębi. Jakim obiektywem to robiłeś? Poza tym, chyba brakuje szczegółów w światłach, zwłaszcza na ręce modelki. Adrian z Pomorza


Henri Cartier-Bresson


Bonjour Henri - bo chyba jesteś Francuzem albo przynajmniej znasz Francuzki. Świetnie to wychwyciłeś, podoba mi się kompozycja, no i ten czworonóg :) Kiedyś mieliśmy psa, który wyglądał trochę podobnie do tego na zdjęciu. Wadą tej fotki jest to, że twój autofocus wyostrzył nie to miejsce co trzeba - fotografowany mężczyzna jest dosyć nieostry! Aparat błędnie ustawił ostrość na te osoby w drzwiach, a twój obiekt jest rozmyty, co rozprasza widza. Zwykle najlepiej jest ustawiać ostrość na najbliższym obiekcie, zresztą najczęściej aparat sam wybierze najbliższy duży obiekt, ale niestety tutaj technika trochę zawiodła!! ale i tak niesamowite zdjęcie. pozdrawiam Edek 


Keith Carter


Niezła proba. oczywiscie ostrosc jest na zlym koncu konia!! w kwadracie trudno sie komponuje wiec się nie przejmuj. Czasami my fotografowie musimy cieszyc sie tym co nam sie uda sfotografowac. Robson


William Eggleston


Przypadkowa fotka zrobiona jakimś pstrykaczem. Nawet bym nie brał pod uwagę prezentowania czegoś takiego. Jeżeli już chcesz pokazywać zdjęcia na forum to muszą to być zdjęcia czegoś niezwykłego albo z jakąś wizją artystyczną. Inaczej po prostu stracisz zainteresowanie swojej widowni. Jerzy S. [Nikon D200, zapasowy Nikon D70s, 17-35 f/2.8, 80-200 f/2.8, 8GB Microdrive (2), Photoshop CS2, Epson 2200].  


Ralph Gibbson

Hej Ralph, fajny pomysł i myślę, że miałeś fajną koncepcje. Ale ten cień za bardzo koncentruje uwage - trzeba bylo zrobic jeden krok w lewo. Jeśli wtedy tło byłoby zbyt kontrastowe, to można było chyba podejśc krok do przodu?!?! Ale brawa za próbę i życze wiecej szczescia następnym razem .... pozddruffka - pitcherman 

Edward Steichen

O wiele za ciemna ekspozycja i brak ostrości. Może będziesz się bronic, że specjalnie starałeś się zrobić nieostro, pytanie tylko po co?? Ja uważam, że zdjęcie ma być ostre. Polecam zapoznanie się z pracami innych osób na tym forum, żebyś zorientował się, jak powinno wyglądać dobre zdjęcie. 

Alex Webb

Hej Alex, niestety nie widzę w tym zdjęciu wyraźnej kompozycji, a na dokładkę całkowicie zginęły Ci szczegóły w ciemnych obszarach. Zdecydowanie musisz kupić sobie aparat z większym zakresem dynamiki - powinieneś wypróbować Fuji S3, podobno ma najlepszą dynamikę ze wszystkich lustrzanek, ale trzeba wiedzieć, jak go używać. Pomogłoby również, gdybyś to dopalił fleszem. Daję Ci tylko dwie gwiazdki, ale podobają mi się niektóre Twoje inne foty, zagłosuj też na moje. Adam"

Tekst powyższy pochodzi, z zachowaniem pisowni oryginału i z pominięciem niewielkiego fragmentu ze strony autofocus - niestety jej autor, Tomasz Szynalski, już od kilku lat nie udziela się na blogu. Warto jednak  tam zajrzeć bo równie pouczające co sam post były komentarze do niego. 

środa, 25 lipca 2012

Po stokroć Hermanowicz!

I znowu poniekąd kłania się mi molierowski Pan Jourdain ... . Swoim Henrykiem Hermanowiczem (1912-1992) chwaliłem się, a jakże (wiadomo - "lepiej mówić dobrze o sobie niż źle o innych"), przy tej okazji ale dopiero kilka dni temu uświadomiłem sobie, że moje spotkanie z jego fotografią zaczęło się znacznie, znacznie wcześniej.


Mój szkolny wysiłek został doceniony przez Rodziców i dostałem jako nagrodę album "Kraków" ze wstępem Janusza Roszko (1973) ale że z mojego rodzinnego miasta do Krakowa daleka droga a i refleksja nad sztuką nie była cechą charakterystyczną mojego ówczesnego wieku więc co tu dużo mówić nie bardzo byłem w stanie docenić urody jego fotografii. Dopiero oferta jaką dostałem rok, może dwa lata temu zwróciła mi uwagę na to co traciłem.


Jego "Kobietę z zamkniętymi oczami"  przeciwstawiano fotografiom Man Ray'a - być może słusznie. Dla mnie jednak bardziej adekwatne byłoby zestawienia z pracami z "Camera Work" A. Stieglitza, którego mogłaby być ozdobą gdyby nie to, że ukazała się 20 lat po ukazaniu ostatniego numeru pisma (co zresztą pokazuje generalnie pewne zapóźnienie polskiej sztuki fotograficznej). "Socjalistyczne w treści" "Oczyszczanie błotniarek" (1949) kojarzy się ze wszystkim tylko nie z socrealizmem. Ale nie ma się co dziwić - Hermanowicz uchodzi za najlepszego ucznia Jana Bułhaka, przy czym bez większego ryzyka można powiedzieć, że tym razem uczeń pobił mistrza. 


Widać naturalnie wpływ Jana Bułhaka, czego dowodem może być "Na skrzyżowaniu dróg. Okolice Krzemieńca" (1938) ale już "Cień na murze. Florencja" (1957) kojarzy się bardziej z francuskimi mistrzami fotografii niż programem "fotografii ojczystej". 


Tak na prawdę jednak Hermanowicz znany jest przede wszystkim jako fotograf Krakowa a to jednak, co by nie mówić, nie Paryż i tematyka nie tak bogata. Pewnie dałoby się co prawda i tu zaobserwować świat a raczej półświatek ale czasy były mało sprzyjające i tego typu zdjęcia nie miały w Polsce żadnych szans. Pozostało więc do fotografowania to co widać na codzień a tu już łatwo można zostać zaszufladkowanym bez widoków na większy rezonans twórczości i pozostać tylko miejscową sławą tak jak to przydarzyło się tylu innym na prawdę niezłym krakowskim fotografom jak I. Krieger, S. Mucha czy S. Kołowca. 


Henrykowi Hermanowiczowi udało się wyjść z krakowskimi tematami poza krakowskie opłotki. Mimo, że miasto jest na nim rozpoznawalne to jednak jego obraz odbiega od tego do czego przyzwyczaiła nas sztampa widokówek (dowód powyżej).

fotografie pochodzą ze strony www.dylag.pl

Album z wprowadzeniem Anny Baranowej "Hermanowicz na nowo odkryty", który został wydany przy okazji wystawy, jaka miała miejsce w Galerii Dyląg w Krakowie w 2009 r. ma nieco mylący tytuł. Owszem jeśli chodzi o wybór artysty, wszystko się zgadza - Po stokroć Hermanowicz! ale jeśli chodzi o zawartość to już nie bardzo, bo naliczyłem nieco ponad 100 fotografii. Nie byłbym też sobą, gdybym przy tej okazji trochę nie ponarzekał. Jak na gust zwolennika staromodnej fotografii "przedstawiającej" trochę za dużo w albumie prac z cyklu "Szuflada" i "Horrible sensu", z drugiej strony prace piktorialne pokazują, że kierunek był ślepą uliczką nawet dla takiego mistrza jak Hermanowicz. Do reszty, czyli tak na prawdę do zdecydowanej większości wyboru nie ma się o co przyczepić, uznanie należy się zwłaszcza za pokazanie prac "socjalistycznych w treści", które znakomicie się obroniły i przemawiają do widza także i dzisiaj. Kolejna lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą zobaczyć jak wygląda prawdziwa fotografia.

czwartek, 19 lipca 2012

Zawód: fotograf, Chris Niedenthal

Już dzięki tylko jednemu zdjęciu Chris Niedenthal zapisał się w historii polskiej fotografii - mowa oczywiście o słynnym "Czasie Apokalipsy" (ja akurat wolę wersję z kobietą na przystanku, jako bardziej oddającą okoliczności, w jakich fotografia była wykonywana ale zamieszczam też wersję "kanoniczną" z niebieskim fiatem). Ulica Puławska w Warszawie - kino Moskwa, wkrótce po ogłoszeniu stanu wojennego. Kina już nie ma - przed centrum biznesowym, wybudowanym na jego miejscu stoją dwa betonowe lwy (na fotografii widoczny jest jeden) jedyne pamiątki z tamtych czasów. Zdjęcie symbol, chyba każdy je widział niekoniecznie wiedząc kim jest jego autor ale taki jest los fotografów. Zawsze pozostają w cieniu swoich prac, z tego punktu widzenia są artystami drugiej kategorii.


Nie zastanawiałem się więc specjalnie, gdy wpadła mi w ręce autobiografia czy może raczej wspomnienia "Zawód: fotograf" Chrisa Niedenthala. Niestety książka jest dowodem na to, że autor znacznie lepiej włada aparatem fotograficznym niż piórem. Dla jasności - to nie jest zła książka, czyta się ją łatwo ale równie łatwo zapomina. Istnieje niestety rozdźwięk pomiędzy tym, jak przemawiają jego fotografie a tym jak on sam o sobie i o nich pisze. Tak na prawdę nie jest to ani autobiografia w całym tego słowa znaczeniu ani też wspomnienia. To zbiór chronologicznie ułożonych historyjek z życia Niedenthala, począwszy od dzieciństwa poprzez rozkwit kariery przypadający na lata '80-te a skończywszy na rozdziale "genealogicznym".




Styl narracji utrzymany jest w konwencji przyswajalnej nawet dla gimnazjalistów i czasami ma się wrażenie, że to do niech książka jest adresowana, gdy na przykład czyta się wyjaśnia, że droga katowicka to tzw. gierkówka. Autor jest fotografem - reporterem i czuje się to też w tekście, bo ponad 90 "historyjek" podzielonych na rozdziały jest opowieścią o wydarzeniach a nie o ich istocie. Wszystkie opowiedziane są lekkim tonem i koniecznie spuentowane co po jakimś czasie robi wrażenie dosyć drażniącej (przynajmniej mnie) maniery, jeśli nie natręctwa.


Jednak co tam tekst, ważne są przecież fotografie Autora i rzeczywiście jest ich mnóstwo powiedziałbym za dużo, co prawda cesarz Józef II na premierze "Uprowadzenia z seraju" miał powiedzieć Mozartowi - "za dużo nut" ale w przypadku książki Niedenthala można być trochę bardziej konkretnym. Mankamentów jest kilka, pierwsze co rzuca się w oczy to opowieść o zdjęciach, które w książce są niezamieszczone, drugie o co już Autora trudno obwiniać to "zbijanie" kilku zdjęć obok siebie na tej samej stronie. Szkoda, że dotyczy to niestety też zdjęć w jego dorobku ważnych (lata 70-te i 80-te) i to w dodatku tak nieszczęśliwie dobranych, że zlewając się z sobą wszystkie tracą swoją wymowę. 


Ale chyba najgorszym pomysłem było psucie zdjęć poprzez zamieszczanie na nich tekstu, dotyczy to niestety fotografii rozpoznawalnych w dorobku Autora, chciałoby się nawet rzec - kultowych jak, choćby ta zamieszczona poniżej, należąca do moich ulubionych fotografii Niedenthala, mająca charakter satyry choć zrobiona w zupełnie nieśmiesznych okolicznościach bo na Stadionie Dziesięciolecia, w 1976 r. po wiecu "poparcia" będącym reakcją władzy na protesty robotnicze w Radomiu i w Ursusie.   


Cóż niestety nie da się ukryć, że najlepszym sposobem prezentowania fotografii jest klasyczny album - Autor ma już dwa w swoim dorobku "Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rekwizyty" oraz "13/12. Polska stanu wojennego". Trochę szkoda bo książka okazało się zmarnowaną okazją - mamy zbiór lekkich anegdotek kończących się happy end'em i okraszonych zdjęciami. Przy takim sposobie eksponowania prac, jaki został przyjęty w "Zawód: fotograf" nie da się w pełni docenić ich rzeczywistej wartości. Okazuje się, że recepta Alicji z Krainy Czarów na dobrą książkę (wspominałem już o niej w poprzednim poście) nie zawsze działa Mimo tych wszystkich zastrzeżeń, nie mam wątpliwości dla każdego kto interesuje się fotografią jest to lektura obowiązkowa.

czwartek, 5 lipca 2012

Warszawa Główna Osobowa, Janusz Czarnecki

Nie wiem czemu ale fotografia kojarzy mi się ze "Złym" (1954), może dlatego, że rzeczywistość na niej przedstawiona jest równie siermiężna, jak ta którą opisywał Leopold Tyrmand: "Dotarł do Dworca Głównego od strony Twardej. Zaśmiecona hala zapełniała się opuszczającymi podmiejskie pociągi ludźmi. Przeciskał się w stronę sal bufetowych, nie zważając nawet, z jaką odrazą ludzie usuwają się przed nim z drogi. W sali restauracyjnej na poły siedzieli, na poły leżeli zmięci, zmęczeni podróżni, spali kładąc nieświeże, tłuste twarze na podesłanych ramionach, opartych o nakryte brudnymi, papierowymi serwetami stoły".


Fotografię wypatrzyłem na "Fotografii kolekcjonerskiej", wyraźnie czekała na mnie. W sumie niewiele pewnego o niej wiadomo poza tym, że na pewno została wykonana przez Janusza Czarneckiego (1928-2011) członka ZPAF od 1958 r. i ucznia Edwarda Hartwiga. Podpisana jest jako "Dworzec Śródmieście" (w Warszawie oczywiście) ale nawet dla mnie, średnio zorientowanego w architekturze stolicy jasne jest, że to dworzec "Warszawa Główna Osobowa" funkcjonujący obecnie jako Muzeum Kolejnictwa. Sam dworzec jest mało efektowny, powstał jako budynek prowizoryczny w latach 1945-46 wg projektu Witolda Bollogha (był też autorem odbudowy i przebudowy Teatru Ateneum) w miejscu dworca towarowego dawnego Dworca Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej ale jako że prowizorki są u nas najtrwalsze, swoją funkcję pełnił aż do 1997 r. Utkwił mi dobrze w pamięci, gdyż któregoś razu, już w ostatnich latach jego funkcjonowania, ku mojemu zaskoczeniu zamiast znaleźć się na Dworcu Centralnym znalazłem się właśnie na nim.

Gdyby nie podpis i tablica po prawej stronie, fotografia mogłaby być zrobiona w jakimś prowincjonalnym mieście średniej wielkości. Jest chyba późna wiosna albo wczesna jesień, popołudnie. Widać że to nie żaden "szczyt przewozowy" bo nie ma tłoku ani kolejek a i pasażerowie raczej udają się gdzieś blisko bo żaden z nich nie jest objuczony walizkami. W hali dworcowej będącej jednocześnie poczekalnią panuje w sumie dosyć senna atmosfera, co prawda jakaś kobieta śpiesznie kieruje się do wyjścia a jakaś para, która wchodzi nie ma zbyt wiele czasu do odjazdu pociągu ale nie ma kolejki ani tłumu, do odjazdu pociągu jeszcze jest trochę czasu bo ludzie nawet nie stoją (poza tymi, dla których zabrakło ławek) i nie widać by szykowali się do przejścia na peron. Nawet gołąb spaceruje przez nikogo nie niepokojony. Takie sobie zwyczajne ciepłe wiosenne/jesienne popołudnie. I coś w tym musiało być skoro dworzec stał się tematem piosenki, do której słowa ułożył Wojciech Młynarski (1964) (fragment):

"(..) Szanowni państwo, o to projekt całkiem nowy
jak zlikwidować kompleks Sali Kongresowej
Jak się nie załamywać i nie tonąć w splinach
Oto recepta jedyna.

Na wszystkie smutki - niedziela na Głównym
Na oddech krótki - niedziela na Głównym
Na sypkość uczuć i brak przyjaciela
Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela.

Na niski wskaźnik - niedziela na Głównym
Na nadmiar wyobraźni - niedziela na Głównym
Na splin, frustrację i oddech nierówny
Na Głównym niedziela, niedziela na Głównym.

W taką niedzielę, gdy czegoś się boisz
Tych słów niewiele ci nerwy ukoi:

Pociąg osobowy do Kutna
Odjeżdża z toru pierwszego
Przy peronie drugim.
Powtarzam....

Oto najlepszy jest relaks
Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela."


wtorek, 3 lipca 2012

Pola pejzażu, Paweł Pierściński

Pawła Pierścińskiego (ur. 1938) poznałem kilka lat temu, kiedy ku mojemu zaskoczeniu zaprosił mnie do domu (a ściślej mówiąc mieszkania) bym obejrzał jego prace. Miły, gościnny starszy pan, po którym trudno poznać, że jest niekwestionowanym guru fotografii krajobrazowej, którego nagrody i wyróżnienia międzynarodowe i krajowe, wystawy zbiorowe i indywidualne, gdyby je chcieć wymienić wszystkie zajęłyby pewnie kilka stron druku. Ja trochę stremowany, choć na codzień "zarabiam językiem". Zanim został "ojcem założycielem" "Kieleckiej szkoły krajobrazu", wiele jego prac zahaczało o fotografię socjologiczną, aczkolwiek nie były one jakoś specjalnie zaprogramowane ale nie należy zapominać, że był wówczas niespełna dwudziestoletnim fotografem, mało kto jest wówczas artystycznie zaprogramowany, zresztą nie wydaje się to takie istotne zważywszy na to co jego fotografie prezentują.




Tak na prawdę wszystko zaczęło się od jego chyba najbardziej znanego zdjęcia - "Sinusoidy" wykonanej w 1956 r. w podkieleckiej wsi Mąchocice-Scholasterii (niedaleko Bodzentyna), za które w 1962 r. zdobył nagrodę na VIII Europejskiej Wystawie Fotografii w Lund (Szwecja) i które zapewniło mu sławę.  Dzisiaj zdjęcia nie można już wykonać - czas i industrializacja zrobiły swoje. Ale tak na prawdę pierwszy był "Dzban iłżecki" fotografia starsza o rok, jednak nie tak efektowna. Zamiast niej wolałem umieścić "Ptaka - przedwiośnie" z cyklu Portret Ziemi Kieleckiej (1971) i "klasykę" z cyklu Geometria krajobrazu (1962). Ta  druga co prawda nie jest sztandarową fotografią Pawła Pierścińskiego ale też i nie najgorszą a dla mnie ma tę zaletę, że na co dzień cieszy moje oczy.





Paweł Pierściński kojarzony jest przede wszystkim z  "Kielecką szkołą krajobrazu" (określenia jako pierwszy użył Jan Sunderland) przeżywającą swój rozkwit w latach 60-tych (za "złoty okres" uważane są zwłaszcza lata 1962-1968) i 70-tych XX wieku. "Szkołę" współtworzyło kilku fotografów starszego pokolenia takich jak m. in. Jan Spałwan i Janusz Buczkowski, do których dołączyli młodsi fotograficy m. in. Jerzy Piątek (o którym już pisałem na blogu) czy Andrzej Pęczalski ale o tym przy innej okazji. "Na teraz" w dużym uproszczeniu musi wystarczyć informacja, że KSK koncentrowała się na odnalezieniu form geometrycznych w krajobrazie. 


Ale wypada poświęcić kilka słów "Polom pejzażu". Książkę trudno zakwalifikować, to trochę album, trochę biografia, trochę szkic z dziejów polskiej fotografii. To nie jest książka "nowoczesna", tak jak "nienowoczesna" jest fotografia Pawła Pierścińskiego. Bo jest on mistrzem "tradycyjnej" fotografii monochromatycznej. To opowieść o nim samym, o pierwszych doświadczeniach z fotografią brzmiących anegdotycznie jak "pożyczenie" ... salaterki, w której mógł wywoływać zdjęcia bo ... talerze, w których to dotychczas robił nie zdawały egzaminu. 

To także opowieść o ludziach, z którymi zetknęła go fotografia, a którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii polskiej fotografii jak chociażby wspomniany Jan Sunderland czy Edward Hartwig a także o przyjaciołach i kolegach z którymi współtworzył "kielecką szkołę krajobrazu" jak Janusz Buczkowski czy Jan Spałwan a z młodszego pokolenia Jerzy Piątek. O silnym związaniu grupy wspólnym poczuciem estetyki zaświadcza autentyczna historia, kiedy to nie umawiając się wcześniej ze sobą pięciu czy sześciu fotografików spotkało się tego samego dnia o tej samej porze w tym samym miejscu. Złośliwi twierdzili, że gdyby ściąć drzewo, z którego robione były zdjęcia "Kielecka szkoła krajobrazu" skończyłaby się.  To przytyk do często eksploatowanego tematu bardzo efektownego widoku ze zbocza Klonówki, zresztą nie do końca zgodnego z "ortodoksyjnymi" założeniami "KSK" wykorzystywał bowiem także widok nieba, które w większości prac albo było neutralne albo wręcz nie istniało.  



Ale "Pola pejzażu" mimo, że siłą rzeczy w dużej części obracają się wokół "Kieleckiej szkoły krajobrazu" pokazują, że co najmniej równie dobrze Paweł Pierściński czuł się w fotografii "przemysłowej" - jego fotografie dalekie są od socrealistycznego monumentalizmu i patosu. Ta sfera fotografii okazała się nadzwyczaj żywotna. W 1978 r. powstał we współpracy z innymi fotografami skupionymi wokół ośrodka kieleckiego (jego losom też zresztą poświęcono w książce sporo uwagi - swego czasu zaraz po Warszawie był to najsilniejsze środowisko fotografików) cykl "Huta - dom - rodzina" o wyraźnym zacięciu socjologicznym a po ponad 30 latach grupa zapaleńców zdecydowała się na jego przypomnienie szerokiej publiczności w nowej aranżacji.  

I już na zakończenie - jedna z moich ulubionych fotografii Pawła Pierścińskiego "Pakamera". Od chwili kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz nie mogłem się uwolnić od wrażenia zapewne niezamierzonej paraleli z "Proletariatczykami" Felicjana Szczęsnego Kowarskiego (1890-1948). Czterech prostych robotników siedzących obok zbiornika z kawą (zbożową), choć niewątpliwie pozowało do zdjęcia siedzi niewątpliwie w pozach dla siebie naturalnych i niewymuszonych a przecież jakże zbliżonych do wizerunku w jakim zostali przedstawieni członkowie I Proletariatu.



Obraz F. Sz. Kowarskiego powstał co prawda wcześniej niż fotografia, bo w 1948 r. (znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie) ale niekoniecznie znany był Pawłowi Pierścińskiemu bo został spopularyzowany dopiero w 1968 r. kiedy został zreprodukowany na znaczku pocztowym wydanym w serii wydanej z okazji V zjazdu PZPR (Fischer 1736). wraz z "Manifestem" W. Weissa i "Strajkiem" S. Lentza a więc cztery lata po wykonaniu fotografii. 

Książka niewątpliwie nie jest "wielką literaturą" bo trochę razi w niektórych momentach, nadmierne skupienie uwagi na własnej osobie i dosyć schematyczny język ale dla każdego kto interesuje się fotografią nie tylko w jej aspektach technicznych a bardziej tym co leży u jej podłoża i ludźmi, którzy coś w niej znaczyli - lektura ciekawa. 

sobota, 23 czerwca 2012

"Oj, żałuj Rudy żałuj, że nie poszedłeś z nami"

Do trzech razy sztuka - ostatni (tym razem) przerywnik dający chwilę oddechu od książek i powiązań z Afryką bo to i okazja dla mnie nietypowa. Widziałem ten film a w zasadzie dwie nowele filmowe złączone   wspólnym tytułem tylko raz, jeszcze jako dziecko ale utkwił mi w pamięci, chyba na zawsze. Dopiero kilka lat temu, dowiedziałem się, że były to "Małe dramaty" Janusza Nasfetera.


Nie wiem, czy jest ktoś, kto po obejrzeniu pierwszej z nowel - "Karuzeli" (druga to "Upadek milionera") szybko zapomniał, to przejmujące: "Oj, żałuj Rudy żałuj ... ". Wspomnienia o filmie odżyły po tym, jak dotarła do mnie "Rękawka" Henryka Hermanowicza (1912-1992), fotografia wykonana w latach 60-tych, a może i wcześniej zważywszy na "design" wózków dziecięcych, które na niej widać (powyżej). 

Tłoczno i gwarno było nieopodal kopca Kraka we wtorek po świętach wielkanocnych. Najmniejszy kościółek w Krakowie - św. Benedykta nie miał żadnych szans pomieścić wszystkich, zresztą i tak w ten dzień dla ludzi co najmniej równie interesujący był "Gabinet śmiechu" i oczywiście karuzela. Jeszcze się nie kręci - pewnie czeka na zakończenie mszy (dzisiaj już nikt by na to nie zważał - ot, signum temporis) a może po prostu, jedni schodzą a drudzy siadają na drewnianych krzesełkach. Za go "Gabinet śmiechu" na pewno  był już otwarty ale też i robił takie hałasu jak karuzela, bo przecież kręcić się na niej nie bez dźwięków muzyki, to nie do końca było to. Do mojego miasta też taka przyjeżdżała. Krzesełka były zawieszone na czterech łańcuchach, które można było okręcać wokół osi a gdy ktoś potrafił, to mógł złapać jeszcze dziewczynę, jeśli była przed nim lub za nim (chłopak wiadomo - nie liczył się). Patrzyłem z zazdrością na nich ale nigdy nie odważyłem się wsiąść a i wielkich szans nie miałem bo byłem za mały. Może dlatego tak dobrze pamiętam tęsknotę i żal w głosie, w tym "Oj, żałuj Rudy żałuj ...", za niespełnionym marzeniem, które było tuż, tuż na wyciągnięcie ręki. To banalne spostrzeżenia - Nasfeter pokazał to co wie każde dziecko - dramaty w tym wieku wcale nie są małe, dorośli mają swoje, dzieci swoje nie mniej ważne a może i większe od naszych. Tak wielkie, że pamiętamy o nich po latach. Dzisiaj nie ma śladu ani po karuzeli a i miejsce, w którym stawała zmieniło się nie do poznania ale pamięć o dziecięcym, niespełnionym marzeniu pozostała.

fotografia ze zbiorów Muzeum Fotografii w Łodzi, publikowana na stronie www. filmpolski.pl

Na film natrafiłem, zupełnie przypadkiem na "youtubie", tak to najczęściej bywa. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zorientowałem się, że jest kolorowy - a jakie mogły być kolorowe klisze w 1958 roku - wiadomo. Dla mnie był to zawsze film czarno-biały bo w domu nie było kolorowego telewizora ale na szczęście zdjęcie (nie wiem, czy fotos czy werk), które znalazłem również jest monochromatyczne. Mimo, że dzieli je prawie (a prawie robi wielką różnicę) autor, czas i miejsce (co do zdjęcia z filmu - nie udało mi się ustalić autora zdjęcia z filmu, zostało wykonane latem 1958 w Kazimierzu Dolnym), to jednak bez trudu można dostrzec ten sam klimat - "gminnej" rozrywki i "gier i zabaw ludu polskiego" - oto Polska właśnie.