Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Masłowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Masłowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 listopada 2012

Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną, Dorota Masłowska

Jedną z zalet (?) pisania bloga jest w moim przypadku "przeproszenie się" z polską literaturą współczesną. W ramach nadrabiania zaległości, które narosły przez parę dziesięcioleci złapałem się za "Wojnę polsko-ruską" Doroty Masłowskiej, bo to i książka znana i podobno najlepsza jej powieść. 


Jeśli rzeczywiście to jej najlepsza książka, to nawet wolę sobie nie wyobrażać jakie są te pozostałe. Zmarnowałem przez nią weekend bo miałem w planach "Biagunów" albo "Absalomie, Absalomie". Nie przeczytałem żadnej z nich. Myślałem skoro jest taka dobra to ją raz, dwa przeczytam. Jednym tchem, góra w trzy godziny. Bo co to jest dwieście stron z niewielkim okładem? Nic z tego. Nie doceniłem Doroty Masłowskiej.

Te dwieście strony czytałem jak Faulknera prawie. Ale gdzie jej tam do Faulknera?! Jej książka przypomina meblościankę w domu Izabeli Robakowskiej. Tą samą, co w niej, braciak Andrzeja Robakoskiego chował kwas w ptasim mleczku, co go Cichy w nim znalazł.

Podrapać trochę politurę paznokciem a tam, pod spodem, same paździerze. Tylko dlaczego książka taka głośna? Nie mogłem zgadnąć. Może przez te komiksowe obrazki. Może bo to literatura womitywna, myślałem, było - minęło. Może przez narrację, taką więcej jak skzyżowanie Holdena Caulfieda ze Zdzisławem Dyrmą ("zasadniczo"). A może, bo to samo życie; skitrać kwasa, wciągnąć ścieżkę, naspawać się i puknąć laskę. A one, głupie, tylko kombinują jakby załapać faceta. A potem to wiadomo. Będzie Klaudia albo Diana albo Maks albo Aleks. Bo tak wyczytała głupia pinda w jakimś swoim babskim piśmie, albo tak było na tym fajnym filmie, co na nim była w kinie albo leciał w telewizji. O tym jest ta książka. No i jeszcze o wojnie polsko-ruskiej. Ale ta wojna, ona bardziej taka jak, no ten co go Godot nazywali, co na niego czekali a on ciągle nie przychodził. Niby jest tylko tych Ruskich nie widać.

Miałem zjazd po "Wojnie polsko-ruskiej" fakt, przyznaję, miałem - z nudów. Życie wewnętrzne dresów. Owszem, dresów Silny nie nosił. Ale by mógł. Sól ziemi. Ale gust miał taki sobie albo zdesperowany był jak puknął tą dupę, co ją nikt normalny kijem przez ubranie by nie ruszył. Tą co do o niej, niby Natasza powiedziała "(...) po ile ty ją kupiłeś? Bo ona chyba była przeceniona jakaś w promocji". A to przecież "Wojna  polsko-ruska" na przecenie była.