Najbardziej znana, a w zasadzie jedyna szerzej znana książka Deotymy, to jak sugeruje już jej podtytuł, "starodawny romansik", klasyka literatury młodzieżowej i jak to bywa, podzieliła los klasyki. Jedni omijają ją z daleka szerokim łukiem, drudzy sięgają zwykle na fali sentymentu do lektur młodości. A powroty, jak wiadomo, bywają ryzykowne. Ten okazał się nie tyle ryzykowny co raczej zabawny, choć gdybym był specjalistą od krytyki feministycznej i gender pewnie zgrzytałbym zębami czytając "Panienkę z okienka" bo to woda na młyn seksistów, wsteczników i w ogóle wszelkiej maści ciemnogrodzian.
W gruncie rzeczy powieść Łuszczewskiej jest adresowana do dziewcząt. Jeśli czyta się, jak to "za kawalerami szły panny także po trzy rzędem. Ubrania ich pstrzyły się różnymi barwami, ale krój miały jeden nieodmienny. Suknia sztywna w ciągnione floresowe wzory, z tyłu mocno powłóczysta, u dołu strefowana kilku pasamonami z ciemnych taśm kamelorowych albo z czarnego aksamitu. Na przód spódnicy spuszczał się długi a wąski fartuszek, w domu zwykle płócienny, a od stroju rąbkowy powiewny, jakby biała szarfa. Stanik twardy i długi dosadnie zarysowywał utoczenie kibici. Rękawy, podobne do męskich, wydęte, rozporkami zatrzęsione, ściągały się u dłoni pod koronkowy mankiet, a z ramion tworzyły dwie wypukłe bańki, niby dwie podpórki mające podtrzymywać równowagę krezy. Ta ostatnia bywała najrozmaitszych rodzajów: czasem grubo rurkowana, a mała w obwodzie, czasem znów cieniuchna, ledwie troszeczkę falująca, a za to szeroka jakby tarcza." i tak dalej przez ponad stronę z okładem, to nie da się ukryć, że nie jest to coś, co chłopcy czytają z zapartym tchem, chyba że któryś z nich zamierza zostać krawcem damskim albo kostiumologiem.
Ale mówiąc szczerze, mam poważne wątpliwości, czy "Panienka z okienka" strawna jest także dla dzisiejszych nastolatek. Brzmi bowiem prawie jak "Pamiętniki" Paska, jak choćby dialog Flory i Kazimierza:
"- Waszmość wykoncypowałeś takową halegorię, aby łódkę swego afektu przeprowadzić między rafami przeciwnych sobie humorów. (...)
- Owóż, upraszam jeno, abyś mię przyjęła pod banderę swojej protekcji, a tuszę sobie, że z takowym sygnałem dopłynę do fortunnego portu", przy którym trudno wstrzymać się od uśmiechu, podobnie jak przy dramatycznym wezwaniu Kazimierza do ukochanej - "Jadwichno moja! Suplikuję...", a na tle całej książki nie są to jakieś wyjątkowe fragmenty.
Ale to w końcu tylko forma, cóż dopiero powiedzieć o treści - aż dziw bierze, że Deotyma nie została jeszcze zmiażdżona przez którąś z krytyczek feministycznych. Jakim polem do popisu byłoby choćby zdanie, w którym pisze - "w domu bowiem tak porządnickiej, a zarazem tak lękliwej osoby, jaką była samotna wdowa, wszelkie wejścia i otwory miały szczelne zamknięcie" dla krytyczki formatu Luce Irigaray (specjalistki od seksualnych aspektów fizyki, która odkryła że "mechanika cieczy jest dziedziną kobiecą, podczas gdy mechanika ciała stałego to sprawa typowo męska - jak wiadomo, kobiece narządy płciowe wydzielają czasem płyny, męskie zaś wystają i sztywnieją.").
Myślę, że przez to pomijanie przez krytykę feministyczną "Panienka z okienka" dużo traci, a tak może miała by szansę na renesans popularności, po z okładem 100 latach. Co prawda Hedwiga i Kazimierz to nie Bella i Edward ale jakieś nowe odczytanie (ups... dekodowanie) z pewnością wyszłoby jej na dobre.
A tak co?! Pozostały leżące odłogiem zupełnie niewyzyskane feministycznie i genderowo przez Deotymę motywy, o co aż się prosi, mamy bowiem przybranego ojca, który chcąc się żenić z pasierbicą więzi ją i który ma za nic kobiecy intelekt, bez ogródek wyznając - "Co mi tam u niewiasty doktorskie dysputy? Byle ją na gębie Pan Bóg pobłogosławił, to już i dość dla niej mądrości".
Mamy macho, może niezbyt rozgarniętego za to wierzącego w potęgę swojej pięści (szabli) ale przecież panującego nad emocjami - wszak wyznaje Hedwidze - "teraz tedy waćpanna możesz zweryfikować, jaka jest dla niej moja adoracja, kiedy, wedle, jej ordynansu, pokłoniłem się temu staremu łykowi, wziąłem rekuzę i nie zdławiłem go na miejscu. Poszedł doma żyw", desperacko zakochanego w niewinnej cud-dziewicy, z wzajemnością zresztą, patriotę, któremu nie smakują "niemieckie specjały, niezrozumiałe dla szczeropolskiego podniebienia; jakieś gruszki z kluskami, jakieś ziółka ze śledziem. Pan Kazimierz byłby wolał zrazy z kaszą albo groch z kapustą". Choć jeśli się chwilę zastanowić, to pojawia się wątpliwość, czy nie jest to patriotyzm wątpliwej próby, bo dla szczeropolskiego podniebienia Kazimierza okazują się jak najbardziej zrozumiałe (o, zgrozo!) zagraniczne trunki - goldwasser, węgrzyn czy alikant.
Postacie kobiet nie robią w porównaniu z mężczyznami takiego wrażenia - ani Hedwiga, która jako katoliczka nie pójdzie za mąż za lutra ani pani Flora, która nie ma takich oporów, gotowa wyjść za każdego byleby tylko miał odpowiednio dużo pieniędzy. Aha, byłbym zapomniał, mimo perypetii głównych bohaterów, chwilami mrożących krew w żyłach, wszystko dobrze się skończyło i żyli długo i szczęśliwie. Czego i Wam życzę!
W gruncie rzeczy powieść Łuszczewskiej jest adresowana do dziewcząt. Jeśli czyta się, jak to "za kawalerami szły panny także po trzy rzędem. Ubrania ich pstrzyły się różnymi barwami, ale krój miały jeden nieodmienny. Suknia sztywna w ciągnione floresowe wzory, z tyłu mocno powłóczysta, u dołu strefowana kilku pasamonami z ciemnych taśm kamelorowych albo z czarnego aksamitu. Na przód spódnicy spuszczał się długi a wąski fartuszek, w domu zwykle płócienny, a od stroju rąbkowy powiewny, jakby biała szarfa. Stanik twardy i długi dosadnie zarysowywał utoczenie kibici. Rękawy, podobne do męskich, wydęte, rozporkami zatrzęsione, ściągały się u dłoni pod koronkowy mankiet, a z ramion tworzyły dwie wypukłe bańki, niby dwie podpórki mające podtrzymywać równowagę krezy. Ta ostatnia bywała najrozmaitszych rodzajów: czasem grubo rurkowana, a mała w obwodzie, czasem znów cieniuchna, ledwie troszeczkę falująca, a za to szeroka jakby tarcza." i tak dalej przez ponad stronę z okładem, to nie da się ukryć, że nie jest to coś, co chłopcy czytają z zapartym tchem, chyba że któryś z nich zamierza zostać krawcem damskim albo kostiumologiem.
Ale mówiąc szczerze, mam poważne wątpliwości, czy "Panienka z okienka" strawna jest także dla dzisiejszych nastolatek. Brzmi bowiem prawie jak "Pamiętniki" Paska, jak choćby dialog Flory i Kazimierza:
"- Waszmość wykoncypowałeś takową halegorię, aby łódkę swego afektu przeprowadzić między rafami przeciwnych sobie humorów. (...)
- Owóż, upraszam jeno, abyś mię przyjęła pod banderę swojej protekcji, a tuszę sobie, że z takowym sygnałem dopłynę do fortunnego portu", przy którym trudno wstrzymać się od uśmiechu, podobnie jak przy dramatycznym wezwaniu Kazimierza do ukochanej - "Jadwichno moja! Suplikuję...", a na tle całej książki nie są to jakieś wyjątkowe fragmenty.
Ale to w końcu tylko forma, cóż dopiero powiedzieć o treści - aż dziw bierze, że Deotyma nie została jeszcze zmiażdżona przez którąś z krytyczek feministycznych. Jakim polem do popisu byłoby choćby zdanie, w którym pisze - "w domu bowiem tak porządnickiej, a zarazem tak lękliwej osoby, jaką była samotna wdowa, wszelkie wejścia i otwory miały szczelne zamknięcie" dla krytyczki formatu Luce Irigaray (specjalistki od seksualnych aspektów fizyki, która odkryła że "mechanika cieczy jest dziedziną kobiecą, podczas gdy mechanika ciała stałego to sprawa typowo męska - jak wiadomo, kobiece narządy płciowe wydzielają czasem płyny, męskie zaś wystają i sztywnieją.").
Myślę, że przez to pomijanie przez krytykę feministyczną "Panienka z okienka" dużo traci, a tak może miała by szansę na renesans popularności, po z okładem 100 latach. Co prawda Hedwiga i Kazimierz to nie Bella i Edward ale jakieś nowe odczytanie (ups... dekodowanie) z pewnością wyszłoby jej na dobre.
A tak co?! Pozostały leżące odłogiem zupełnie niewyzyskane feministycznie i genderowo przez Deotymę motywy, o co aż się prosi, mamy bowiem przybranego ojca, który chcąc się żenić z pasierbicą więzi ją i który ma za nic kobiecy intelekt, bez ogródek wyznając - "Co mi tam u niewiasty doktorskie dysputy? Byle ją na gębie Pan Bóg pobłogosławił, to już i dość dla niej mądrości".
Mamy macho, może niezbyt rozgarniętego za to wierzącego w potęgę swojej pięści (szabli) ale przecież panującego nad emocjami - wszak wyznaje Hedwidze - "teraz tedy waćpanna możesz zweryfikować, jaka jest dla niej moja adoracja, kiedy, wedle, jej ordynansu, pokłoniłem się temu staremu łykowi, wziąłem rekuzę i nie zdławiłem go na miejscu. Poszedł doma żyw", desperacko zakochanego w niewinnej cud-dziewicy, z wzajemnością zresztą, patriotę, któremu nie smakują "niemieckie specjały, niezrozumiałe dla szczeropolskiego podniebienia; jakieś gruszki z kluskami, jakieś ziółka ze śledziem. Pan Kazimierz byłby wolał zrazy z kaszą albo groch z kapustą". Choć jeśli się chwilę zastanowić, to pojawia się wątpliwość, czy nie jest to patriotyzm wątpliwej próby, bo dla szczeropolskiego podniebienia Kazimierza okazują się jak najbardziej zrozumiałe (o, zgrozo!) zagraniczne trunki - goldwasser, węgrzyn czy alikant.
Postacie kobiet nie robią w porównaniu z mężczyznami takiego wrażenia - ani Hedwiga, która jako katoliczka nie pójdzie za mąż za lutra ani pani Flora, która nie ma takich oporów, gotowa wyjść za każdego byleby tylko miał odpowiednio dużo pieniędzy. Aha, byłbym zapomniał, mimo perypetii głównych bohaterów, chwilami mrożących krew w żyłach, wszystko dobrze się skończyło i żyli długo i szczęśliwie. Czego i Wam życzę!
