Zaskakujące, że tyle lat po wojnie prawda o niej przebija się z tak powoli i z takim trudem. O ile, jeśli chodzi o nasze "podwórko" obok bohatersko-martyrologicznego głównego nurtu, prawa obywatelskie zdobyła sobie, aczkolwiek z trudem, świadomość zagmatwanych relacji polsko-żydowskich w czasie wojny i kwestia niemieckich wypędzonych, to dopiero od niedawna pojawiła się szansa na spojrzenie na wojnę bez propagandowego zacięcia z rosyjskiego punktu widzenia. Na dodatek jest to spojrzenie oczami kobiet, które przecież niejako z definicji w powszechnym odczuciu są zepchnięte na drugi plan wojny, pozostający w cieniu walki z bronią w ręku będącej męską sprawą. Ale czy odwaga, strach i cierpienie kobiety w oblężonym mieście jest mniej ważne od odwagi, strachu i cierpienia mężczyzny na polu bitwy?
Mocny podtytuł kolejnego tomiku "Kart historii" nie do końca odpowiada zawartości. W rzeczywistości przejmujące są tylko zapiski Jeleny Konczyny. Stanowią wstrząsający dokument walki o fizyczne przetrwanie, mogący kojarzyć się z tym, co dotychczas znaliśmy tylko z opisów warszawskiego getta i obozów koncentracyjnych, pokazujący grozę głodu, który prowadzi do załamania wszelkich zasad funkcjonujących w normalnym życiu. Nie ma tu miejsca na głębokie rozważania o kondycji ludzkiej, jest za to pokazane ludzkie zezwierzęcenie i prawda o człowieku w sytuacjach ekstremalnych. Uzupełnieniem "Dziennika czasu blokady" Konczyny są "Zapiski człowieka oblężonego" Lidii Ginzburg, które stanowią psychologiczny opis cierpień towarzyszących fizycznym katuszom. Zaskakujące, że mimo że Konczyna i Ginzburg nie znały się, można mówić w ich przypadku o wspólnocie odczuwania, ich relacje są bowiem zaskakująco bliskie i można je porównać do dwóch stron tego samego medalu.
Natomiast tzw. mieszane uczucia budził we mnie "Zakazany dziennik" Olgi Bergholc (zwłaszcza w zestawieniu z dziennikiem Konczyny, który go poprzedza) i w związku z tym wypada poświęcić mu nieco uwagi bo konstatacja ta w zestawieniu z tematem może wyglądać na trochę obrazoburczą.
Relację Bergholc można podzielić na trzy części poświęcone kolejno: pierwszemu pobytowi w Leningradzie, pobytowi w Moskwie i ponownemu pobytowi w oblężonym mieście. Pierwsza to w zasadzie zapiski egocentryczki, która jakby w ogóle nie zauważała co się dzieje (choć z części drugiej niedwuznacznie wynika, że cierpiała głód), centralnym punktem są rozważania na temat ... romansu z kolegą męża, a co ciekawe gdy mąż umiera a flirt przeradza się w stały związek bezustannie pojawia się motyw miłości do zmarłego męża. Dopiero opuszczenie miasta i powrót do niego sprawiają, że cierpienia oblężonych zdobywają nieomalże równoważne stanowisko i Bergholc poświęca im znacznie więcej miejsca, choć nadal motywem przewodnim są relacje z - teraz już - konkubentem i tym co pojawiło się w "międzyczasie" - znaczeniem własnej twórczości dla mieszkańców Leningradu (trudno powiedzieć na ile przesadzonej bo w pozostałych dwóch relacjach głucho na ten temat).
Takie rozłożenie akcentów przez Bergholc zapewne w dużym stopniu wypływało z jej uprzywilejowanej pozycji. Aczkolwiek tak jak i inni oblężeni cierpiała głód nie osiągnął on jednak stadium, w którym zagrożone byłoby biologiczne przetrwanie, a po powrocie do miasta można odnieść wrażenie, że miała się całkiem nieźle.
To nie nastraja czytelnika jakoś specjalnie wyrozumiale, owszem pojawiają się w dzienniku wstrząsające obrazy ulic Leningradu ale ma się wrażenie, że są przedstawione przez kogoś kto nie do końca uczestniczy w cierpieniu, a sceptycyzm wobec autorki powiększa się, gdy uświadamia się sobie, że w gruncie rzeczy jest ona człowiekiem radzieckim (co jest zdumiewające biorąc pod uwagę, że była jedną z ofiar "Wielkiego terroru") i nie chce albo nie potrafi dostrzec, że cierpienia jej narodu w dużej mierze są wynikiem nie tylko niemieckiej agresji ale też i radzieckiego/rosyjskiego braku poszanowania dla życia ludzkiego. Oczywiście to nie dezawuuje wartości notatek Bergholc, które są tak samo cennym jak zapiski Konczyny świadectwem ludzkich doznań.
Natomiast tzw. mieszane uczucia budził we mnie "Zakazany dziennik" Olgi Bergholc (zwłaszcza w zestawieniu z dziennikiem Konczyny, który go poprzedza) i w związku z tym wypada poświęcić mu nieco uwagi bo konstatacja ta w zestawieniu z tematem może wyglądać na trochę obrazoburczą.
Relację Bergholc można podzielić na trzy części poświęcone kolejno: pierwszemu pobytowi w Leningradzie, pobytowi w Moskwie i ponownemu pobytowi w oblężonym mieście. Pierwsza to w zasadzie zapiski egocentryczki, która jakby w ogóle nie zauważała co się dzieje (choć z części drugiej niedwuznacznie wynika, że cierpiała głód), centralnym punktem są rozważania na temat ... romansu z kolegą męża, a co ciekawe gdy mąż umiera a flirt przeradza się w stały związek bezustannie pojawia się motyw miłości do zmarłego męża. Dopiero opuszczenie miasta i powrót do niego sprawiają, że cierpienia oblężonych zdobywają nieomalże równoważne stanowisko i Bergholc poświęca im znacznie więcej miejsca, choć nadal motywem przewodnim są relacje z - teraz już - konkubentem i tym co pojawiło się w "międzyczasie" - znaczeniem własnej twórczości dla mieszkańców Leningradu (trudno powiedzieć na ile przesadzonej bo w pozostałych dwóch relacjach głucho na ten temat).
Takie rozłożenie akcentów przez Bergholc zapewne w dużym stopniu wypływało z jej uprzywilejowanej pozycji. Aczkolwiek tak jak i inni oblężeni cierpiała głód nie osiągnął on jednak stadium, w którym zagrożone byłoby biologiczne przetrwanie, a po powrocie do miasta można odnieść wrażenie, że miała się całkiem nieźle.
To nie nastraja czytelnika jakoś specjalnie wyrozumiale, owszem pojawiają się w dzienniku wstrząsające obrazy ulic Leningradu ale ma się wrażenie, że są przedstawione przez kogoś kto nie do końca uczestniczy w cierpieniu, a sceptycyzm wobec autorki powiększa się, gdy uświadamia się sobie, że w gruncie rzeczy jest ona człowiekiem radzieckim (co jest zdumiewające biorąc pod uwagę, że była jedną z ofiar "Wielkiego terroru") i nie chce albo nie potrafi dostrzec, że cierpienia jej narodu w dużej mierze są wynikiem nie tylko niemieckiej agresji ale też i radzieckiego/rosyjskiego braku poszanowania dla życia ludzkiego. Oczywiście to nie dezawuuje wartości notatek Bergholc, które są tak samo cennym jak zapiski Konczyny świadectwem ludzkich doznań.


