Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huelle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huelle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 listopada 2013

Castorp, Paweł Huelle

Powtórna lektura zawsze jest opatrzona sporą dozą ryzyka, czytanie po latach owszem czasami wychodzi nam na dobre bo dojrzalsi i bogatsi wiedzą i doświadczenie dostrzegamy rzeczy wcześniej dla nas niewidoczne ale jest to broń obosieczna, bo sprawia że to czym kiedyś się zachłysnęliśmy wcale nie jest tak wspaniałe jak się to kiedyś nam wydawało. Z tego punktu widzenia nie jest to najlepszy pomysł bo może czasem lepiej zachować w pamięci to pierwsze wrażenie oczarowania lekturą. A różnie z tym bywa, tak na przykład o ile powtórna lektura "Kota i myszy" dała mi szansę docenić drugą część trylogii Grassa, a w przypadku "Weisera Dawidka" Huelle utrwaliła opinię to już powtórna lektura "Hanemanna" Chwina zdarła mi trochę łusek z oczu. 


Sięgałem więc po "Castorpa" Pawła Huelle trochę z duszą na ramieniu ale jak się okazało zupełnie nie potrzebnie, bo to jedna z lepszych "gdańskich" książek polskich autorów - Grass ze swoją trylogią ciągle jest bezkonkurencyjny.

To trzeci pastisz pisarza, po "Weiserze Dawidku" i "Mercedes-Benz" inspirowanych odpowiednio Grassem i Hrabalem, tym razem nawiązujący do Manna i choć niedwuznacznie odwołuje się do postaci głównego bohatera "Czarodziejskiej góry", to mi kojarzy się także z "Buddenbrookami" (może to za sprawą "Effi Briest", która jest dosyć ważnym rekwizytem) i nie ma w tym nic dziwnego bo w Gdańsku anno domini 1905 opisanym w powieści, czuje się ducha Hanzy której członkiem był nie tylko Hamburg, z którego przyjechał Castorp, ale także i Lubeka.

Skojarzeń, zresztą bardzo różnych, jest tu bez liku bo to i stan gdańskich chodników przypominający te z "miasta N." z Gogolowskich "Martwych dusz", daleki cień "Jądra ciemności" przebijający przez belgijską spółkę kolonialną, nawiązanie do "Wspomnienia" Hölderlina, wykorzystanie istniejącego w literaturze niemieckiej stereotypu "pięknej Polki" etc. etc. etc.

Są także skojarzenia całkiem nie literackie jak choćby opis ulicy, przy której zamieszkał tytułowy bohater - "ulica Kasztanowa była ostatnią, jak się zdawało, zabudowaną częścią miasta. Za kamienicą rozciągały się bliżej nie określone składy, kilka fabrycznych szop, dalej ogrody i wreszcie pola, wśród których znikająca linia tramwajowa robiła szczególne, bo całkiem nierealne wrażenie." przywołuje na myśl "Zbieraczki chrustu" Heinricha Zille (mimo, że fotografia została zrobiona została w Charlottenburgu prawdopodobnie w  1898 r.). A swoją drogą, czy spódnica kobiety widocznej na zdjęciu nie kojarzy się trochę ze spódnicami babki Koljaczkowej?


To wszystko sprawia, że Autorowi udało się zbudować główny atut powieści - jej klimat. Trochę oniryczny, chwilami trochę kafkowski i zagadkowy, w którym zanurzona jest mroczna tajemnica gospodyni Hansa Castorpa i jej służącej a przede wszystkim powolnie snująca się piękna opowieść o pierwszej, młodzieńczej i nieśmiałej miłości, jeszcze czystej i nieskalanej fizycznym pożądaniem, trochę kojarząca się z "Madame" Libery (pojawia się zresztą Joanna Schopenhauer) . 

Nic z tego, tak częstego epatowania niemieckością, które w powieściach tego typu zwykle nie wychodzi dalej niż przedwojenne nazwy ulic. Huelle z tego zrezygnował, pojawiają się one tylko gdzieniegdzie, jakby przez przeoczenie, koncentruje się za to na opisie miasta i jego mieszkańców sprzed ponad 100 lat z jego typowymi ówczesnymi akcentami.

Piękna nostalgiczna książka, tęskniąca za światem, którego ani Autorowi ani żadnemu z nas nie dane już było poznać.   

czwartek, 2 sierpnia 2012

Weiser Dawidek, Paweł Huelle

Dwóch jest tylko gdańskich pisarzy, Grass w Berlinie i Huelle w Gdańsku - chciałoby się powiedzieć, trawestując pułkownika Kuklinowskiego z "Potopu", tuż po przeczytaniu "Weisera Dawidka".


Nie, żebym sam od razu poznał się na debiutanckiej powieści Pawał Huelle (1987 - okładka poniżej), mi trafiło się jej drugie wydanie - londyńskie, podobno poprawione aczkolwiek w książce nie znalazłem adnotacji na ten temat (1992 - okładka powyżej). Ale ja to ja, a co miał powiedzieć redaktor "Twórczości", który książkę odrzucił, a który przecież z literatury żyje i powinien się na niej znać. Oczywiście poruszając tematykę gdańską nie uniknie się porównania z Grassem. "Weiser ... " zestawiany jest z "Kotem i myszą", drugą częścią trylogii gdańskiej Grassa ale nie wiem na ile to zestawienia jest adekwatne, bo czytałem ją dawno temu, a jedyne wrażenie jakie mi pozostało po niej, to to, że ta niewielka książeczka czytana zaraz po "Blaszanym bębenku" wypadało niepokojąco blado. Ja, niefachowym okiem się dopatrzyłem się raczej motywów z "Blaszanego bębenka" właśnie. Na przykład obecny jest motyw obrony Poczty Polskiej,  pojawia się Żótłoskrzydły, "powinowaty" Leo Hysia, a przede wszystkim motyw tajmnicy, u Grassa widoczny w śmierci Józefa Koljaczka, a u Huelle w śmierci (?) ale i w całej postaci Dawida. Dopiero teraz widać wtórność tego zabiegu w "Hanemannie" Chwina w postaci i śmierci dziewczyny na statku.  Jednak mnie bardziej zaintrygowała zaskakująca zbieżność motywu tajemniczego zniknięcia chłopca z "Piknikiem pod Wiszącą Skałą"  Joan Lindsay (1967, wyd. polskie 1991) rozsławionym przez film Petera Weir'a pod takim samym tytułem (1975), w którym także dochodzi do zniknięcia dzieci (czterech dziewczynek), z których odnajduje się tylko jedno (tak jak Elka), od którego i tak nie da się wiele dowiedzieć (podobnie jak od Elki).


Ale niezależnie od tego czy są tu jakieś zapożyczenia, dla mnie "Weiser ..." zalicza się do książek szczególnie bliskich obok "Dzieci Jerominów" i "Lekcji niemieckiego" chociaż do Gdańska nie jeździłem - jeśli już to raczej z mamą jechałem żółto-niebieskim pociągiem w piątek "na halę" do Gdyni. Nie miałem zardzewiałego schmeisera ale bagnet, którego co prawda nie zabrał Żółtoskrzydły ale ktoś kto zobaczył, jak chowałem go w ogródku przykrywając liśćmi buraków, a od noszenia zardzewiałego poniemieckiego hełmu bolała mnie głowa. Łuski, czasami naboje znajdywałem w ogrodzie mojej babci, te ostatnie wkładałem w imadło w warsztacie dziadka i piłowałem piłką do metalu usiłując sprawdzić co jest w środku. Chłopcy Pawła Huelle anno domini 1957 są mi więc bliscy wspólnotą "męskich" doświadczeń tych i innych. Moje wspomnienia nie dotyczą grudnia '70 ale pamiętam rozmowy dorosłych w '76 kiedy idąc do szkoły mijałem fabrykę makaronów. 

"Weiser Dawidek" jest powrotem do krainy dzieciństwa zarówno w podstawowej warstwie powieści toczącej się wokół tajemniczego zniknięcia tytułowego bohatera, jak i wątku politycznego - oba z nich są bardzo "gdańskie" i to mimo, że drugi z nich rozciąga się na przestrzeni wielu lat. Dzisiaj nie wydaje się być niczym specjalnym ale wówczas gdy ukazywało się pierwsze wydanie książki była to kwestia ciągle jeszcze drażliwa. 

Sama treść książki nie jest zbyt skomplikowana - Dawid jest outsiderem, który aż się naprasza by mieć ciężkie życie w szkole i wszystkie znaki wskazują na to, że go to nie minie. Niespodziewanie okazuje się, że w jego obronie staje dziewczyna, z której zdaniem liczy się banda chłopców. Stopniowo Dawid staje się dla chłopców guru, który jednak za zasłoną przedstawień na użytek podziwiającej go coraz bardziej bandy ukrywa swoje prawdziwe ja - dla nich niedostępne, o którym coś więcej zapewne wie tylko dziewczyna, która nawet po latach nie chce zdradzić tajemnicy. To wszystko zanurzone w realia drugiej połowy lat pięćdziesiątych widzianych oczami dzieci roztaczające magiczną atmosferę - "Wszystko było możliwe, nic - nieprawdopodobne", mi kojarzącą się trochę z "dziecięcymi" filmami Juliusza Nasfetera. Nie bez powodu "Weiser Dawidek" został ogłoszony "książką dziesięciolecia" a zaryzykowałbym też stwierdzenia, że należy do najlepszych książek polskiej literatury współczesnej.