Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sfery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sfery. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2013

Dziennik norymberski, Gustave Mark Gilbert

Niedawny post Jeżanny na temat wspomnień Rudolfa Hoessa przypomniał mi o "Dzienniku norymberskim" Gilberta (Höss zeznawał w procesie w Norymberdze jako świadek m.in. w sprawie Ernsta Kaltenbrunera), który już swoje odstał na półce. Ale gdy wreszcie skończyłem jego lekturę, to muszę przyznać, że odkładałem książkę z lekkim poczuciem zawodu i tak zwanymi mieszanymi uczuciami.   


Sam do końca nie wiem czego się po niej spodziewałam, chyba czegoś w rodzaju "Eichmanna. Rzecz o banalności zła" Arendt, eseju napisanego z pazurem, i też przecież osnutego wokół procesu niemieckiego zbrodniarza. Tymczasem u Gilberta, wojskowego psychologa, który sprawował nadzór nad oskarżonymi otrzymujemy mało pasjonujące opisy zachowań, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, poszczególnych więźniów, z których układają się ich portrety psychologiczne.

Dowiadujemy się między innymi, że jeśli chodzi o Juliusa Streicher'a wydawcę osławionego "Stürmera", to "inni zbrodniarze wojenni uznawali jego towarzystwo za nieodpowiednie. Jego lubieżna, perwersyjna umysłowość została najniżej oceniona w testach psychologicznych IQ", co wcale nie znaczy, że była niska. Z kolei feldmarszałek Wilhelm Keitel, szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu "pozbawiony insygniów wojskowych wciąż wyglądał na pruskiego oficera starej szkoły, ale bez rangi i władzy miał w sobie tyle kręgosłupa co meduza" a minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop był sfrustrowanym oportunistą, bo "wszelkie próby ustalenia jego poglądów w naszych początkowych rozmowach były skazane na klęskę, ponieważ (...) nie sprawiał wrażenia, że ma jakiekolwiek poglądy" i który nie mógł "ani zracjonalizować swojej postawy, ani też przyznać się do winy", zaś "słabość morale (...) narcyza", jakim był Herman Göring, marszałek III Rzeszy i naczelny dowódca Luftwaffe, była widoczna w tym jak przybierał  "pozy romantycznego bohatera" z domieszką "agresywnego cynizmu [i] nacjonalizmu"  etc. etc. etc.

I o ile nawet nie zdumiewa, to że ludzie w większości o ponad przeciętnej inteligencji, rządzący Niemcami przez ponad 10 lat, z czysto ludzkiego punktu widzenia okazali się miernotami bo to cecha wcale nie przypisana tylko do rządzącym Trzecią Rzeszą, lecz to, zaskakiwać już może dalszy wniosek z tego płynący, że za sprawą takich małych ludzi, za sprawą takiej "nędzy ludzkiej" zginęło kilkadziesiąt milionów ludzi.

Tylko Albert Speer umiał spojrzeć prawdzie w oczy i bez wybiegów przyznać się do odpowiedzialności za swoje czyny (przy okazji polecam jego "Wspomnienia" i dla równowagi biografię Joachima Festa), pozostali zaś usiłowali ukryć się za kłamstwami, zaprzeczeniem faktom, niemożnością zdania sobie sprawy z własnej odpowiedzialności i usiłowaniem przerzucenia jej na innych, ukrywaniem się za rozkazami czy zasłanianiem się niewiedzą. Te wszystkie próby obwiniania za własne czyny Hitlera, który miał zapewniać wydając rozkazy, że bierze na siebie za nie odpowiedzialność są żenujące - tak, jakby jakiekolwiek zapewnienie innego człowieka mogło rzeczywiście z kogokolwiek dorosłego taką odpowiedzialność zdjąć. Wiara w moc rozkazu i przekonanie, że skoro "nie wykonam go ja, to przyjdzie inny i zrobi to samo, więc co to zmieni jeśli ja go wykonam", to wszystko sprawia, że "bohaterowie" procesu norymberskiego są przede wszystkim żałośni i żenujący. 

Mnie szczególniej zainteresowały jego polskie "akcenty", wspomniana jest m.in. zeznająca jako świadek Seweryna Szmaglewska (autorka późniejszych "Niewinnych w Norymberdze"), czy wyjście na jaw tajnego protokołu do paktu Ribbentrop - Mołotow. Patrząc zwłaszcza na tą ostatnią sprawę, trudno się nie zadumać nad cyniczną ale jednak nie pozbawioną racji uwagą Göringa, że "zwycięzca zawsze będzie sędzią, a zwyciężony oskarżonym".

Wszak przed sądem stanął tylko jeden z agresorów napaści na Polskę, która dała początek wojnie światowej. Jeśli poruszono sprawę rozstrzeliwania jeńców amerykańskich pod Malmedy, to czemu pominięto mord polskich jeńców w Katyniu? Podobna wątpliwość nasuwa się, jeśli weźmie się pod uwagę zarzut walki z Kościołem i religią postawiony Niemcom, podczas gdy Rosjanie mieli na tym polu już wcześniej co najmniej porównywalne, jeśli nie większe "osiągnięcia", wreszcie zarzut ludobójstwa, gdzie w choćby w odniesieniu do Ukraińców i wywołanego "Wielkiego głodu" również na tym polu wyprzedzili Niemców (dla równowagi - podnoszenie kwestii rasistowskich ustaw norymberskich przez przedstawicieli Stanów Zjednoczonych, w czasie kiedy w USA w najlepsze przestrzegano praw Jima Crow'a też zakrawało na hipokryzję). Czy nie było więc trochę tak, że mordercy sądzili morderców?

Proces był także dyskusyjny z czysto formalnoprawnego punktu widzenia bo obywatele niemieccy byli sądzeni przez obcy sąd za przestępstwa, które w chwili ich popełnienia nie istniały - czyli mówiąc wprost - z naruszeniem zasady niedziałania prawa wstecz. Ale kwestie ściśle prawne związane z procesem w Norymberdze były poza zainteresowaniami Gilberta (ich ciekawy wycinek przedstawia natomiast Jerzy Zajadło w "Formule Radbrucha. Filozofii prawa na granicy pozytywizmu prawniczego i prawa natury" pokazującej, że dylemat przed jakim stała Antygona nie jest tylko przebrzmiałym starożytnym mitem).

W sumie powstała książka do spokojnego, uważnego czytania, ważna ale też i monotonna, bez fajerwerków, stopniowania napięcia i niespodziewanych zwrotów akcji, zdecydowanie dla zainteresowanych bliżej tematem a jednocześnie wytrwałych.