"Czas kobiet" to książka ... niewygodna. Moje pokolenie było wychowywane w przekonaniu, że Niemcy ex definitione nie mogą być ofiarami wojny, wszakże byli agresorami a w zemście ofiar dokonał się akt sprawiedliwości dziejowej. Tym prostym tłumaczeniem łatwo zapadającym w pamięć zwykle usiłuje usprawiedliwić wszystko to co spotkało pokonanych.
zdjęcie ze strony www.atticus.pl
Ale to nie jest żadne wytłumaczenie ani usprawiedliwienie - zemsta dosięgnęła nie sprawców zbrodni a tych, którym najłatwiej było ją bezkarnie wymierzyć. Mimo to, co zaskakujące w "Czasie kobiet" to "usprawiedliwienie" jest często obecne i to w najbardziej zaskakujących momentach. Czytelnik pełen współczucia i przejęty losem bohaterki wspomnień, już-już ma zapałać świętym oburzeniem na Rosjan albo Polaków, gdy von Krockow przypomina, że przecież całkiem niedawno coś podobnego już miało miejsce a teraz tylko role się odwróciły. Więc czego Niemcy mają oczekiwać? - to naturalna chęć odwetu. Ale stopniowo przychodzi refleksja, że przecież Libussa Fritz-Krockow ani jej dopiero co urodzona córeczka nigdy do nikogo nie strzelały, nikogo nie zabiły ani nie spaliły czyjegoś domu. Wyjaśnienie, że to wszystko co spotkało ją, rodzinę, sąsiadów i znajomych to "sprawiedliwość" jakoś przestaje wystarczać. Tym bardziej, że książka wcale nie jest napisana w oskarżycielskim tonie. Mimo cierpień i poniewierki, książka nie pała świętym oburzeniem a tylko relacjonuje przeżycia Libussy jak choćby wówczas, gdy zostaje skazana na karę ... pręgierza. "Karę odbywam przed budynkiem milicji w sklepowej dzielnicy Glowitz, zaraz poniżej kościoła. (...) Każdy kto koło mnie przechodzi, może na mnie plunąć. Polacy jednak tylko pochrząkują, albo w najgorszym razie plują na ziemię, Niemcy zaś przezornie przechodzą na drugą stronę ulicy. Po prawie trzech godzinach pozwalają mi w końcu odejść." Ale nie należy mieć złudzeń, jesteśmy też negatywnymi bohaterami, którzy o rycerskości wobec pokonanych, słabych i bezbronnych wydają się nic nie wiedzieć. Nie ma tu jednak, żadnych kategorycznych sądów. O tym, że ktoś jest dobrym decyduje nie jego narodowość ale on sam, są zatem dobrzy i źli Niemcy, Polacy i Rosjanie. Często książkę von Krockowa stawia się w jednym rzędzie z książkami Marion Dönhoff ale wydaje mi się, że to nie do końca trafne zestawienie bo jej książki te, które zostały przetłumaczone na język polski - "Dzieciństwo w Prusach Wschodnich" oraz "Nazwy, których nikt już nie wymienia" bliższe są duchem raczej "Dzieciom Jerominów" Ernsta Wiecherta, wyczuwa się w nich przede wszystkim tęsknotę za krajem, w którym autorka się urodziła i wychowała. Nie znaczy to by "Czas kobiet" był tych akcentów pozbawiony - "Na spokojnym, sielskim Pomorzu przedwojennych czasów zima była porą nęcących zapachów - jabłek pieczonych we framudze pieca, kiełbas, szynek, gęsich piersi dojrzewających w wędzarni, palonej w domu kawy i pierników. W zimie odbywały się wielkie polowania z nagonką, do których należały również uczty zwane naganianiem misek. Ślizgano się na łyżwach na zamarzniętym wiejskim stawie, jeżdżono na sankach na zboczu pastwisk dla źrebiąt. Był to czas kuligów, z kłębami pary unoszącymi się ze zwierzęcych chrap, przy dźwiękach dzwoneczków. Komu miałoby przeto przeszkadzać zimno? Było się przecież przyjemnie opatulonym, od stóp do głów. Zima była czasem odpoczynku po ciężkiej pracy, ustalającej rytm życia od wiosennych prac w polu, aż do zbioru ziemniaków jesienią. Zima to było też Boże Narodzenie." Są one jednak na dalszym tle, bo najistotniejszym motywem są przeżycia powojenne związane z przetrwaniem i opuszczeniem na zawsze rodzinnych stron. Nie sposób też nie zauważyć bo sygnalizuje to już tytuł książki, zupełnego odwrócenia dotychczasowych ról społecznych - w braku mężczyzn, którzy zginęli albo siedzieli w obozach jenieckich albo też zupełnej bezradności i nieumiejętności dostosowania się do całkowicie nowych okoliczności kobiety musiały przejąć ich tradycyjne role - wykonywać męskie prace, podejmować decyzje zarezerwowane dla głowy domu i widać, że musiało to być ciężkim orzechem do zgryzienia zwłaszcza dla starszego pokolenia. Jednak, na szczęście nie jest to książka "genderowa" - to przejmujące wspomnienia, które mogą nas trochę uwierać ale mimo tego, a może właśnie dlatego warte poznania.
