Pokazywanie postów oznaczonych etykietą introligatorstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą introligatorstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 marca 2019

Adwokat i róże, Jerzy Szaniawski

Jerzy Szaniawski "Adwokata i róże" nazwał komedią, ale to chyba miał być żart. Owszem, gdy czyta się jego dramat, to wywołuje on uśmiech, jak wówczas gdy z pochwał Jakóba, dalekiego "krewnego" Protazego z "Pana Tadeusza", rysuje się postać tytułowego bohatera niczym ze wstępu do "Prawniczych praw Murphy'ego". Arthur Bloch opowiadał w nich o adwokacie, którego klient, "zagorzały recydywista, został oskarżony o napad i bezsensowne morderstwo. Podczas pierwszego spotkania nieustannie dopytywał się, czy obrońca jest przekonany o jego winie. Ten tak długo, jak potrafił, unikał odpowiedzi, w końcu jednak oznajmił: - Niech pan posłucha, to nie ma żadnego znaczenia, czy uważam pana za winnego czy niewinnego. Moim zadaniem jest uzyskać dla pana możliwie najkorzystniejsze rozwiązanie: albo uniewinnienie, albo jak najłagodniejszy wyrok.
- To znaczy, że broniłby mnie pan, nawet gdyby pan był przekonany, że to zrobiłem? (...)
- Tak.
- Cholera - mruknął morderca - ja bym tak nie potrafił."  


A mecenas Wilcher potrafił. To jest coś, co "zgrzyta" w głównej postaci, wyrozumiałym starszym panu, kojarzącym się trochę z samym Szaniawskim, (chociaż ten gdy pisał sztukę daleko miał jeszcze do wieku emerytalnego), za sprawą tej pobłażliwości wobec uczuć, które nim samym chyba nigdy nie miotały podobnie jak i jego bohaterem. Przykro mówić, ale to jego zawodowe modus operandi, które przenosi na swego ucznia nie świadczy o nim najlepiej. Być skutecznym, także za cenę prawdy, to jakoś mało zabawne. Kiedy student zostaje uniewinniony, to przecież nie dlatego, że nie był winny usiłowania zabójstwa ale dlatego, że skuteczne okazały się łapówka i kłamstwo adwokata, w którym Wilcher miał swój udział. To nie miało nic wspólnego ani z prawdą ani z uczciwością. Miłe, że przestępca dostaje drugą szansę, którą być może wykorzysta, tak jak jego matka. Oby. Kto to jednak wie? Ale trudno uwierzyć by wszyscy klienci głównego bohatera tylko chwilowo pobłądzili i zeszli na złą drogę. A co z ofiarami, co z poczuciem sprawiedliwości, co ze słuszną karą za przestępstwo?

Jakoś też nie śmieszy, gdy ogląda się Wilchera przyglądającego się dobrotliwie, jak uczeń miota się w platonicznym, nieodwzajemnionym uczuciu do jego żony. Jest w tym podobny trochę do starego, wytrawny kolekcjoner, który z uśmiechem pobłażania patrzy na zachwyty początkującego zbieracza olśnionego jego kolekcją. Pochlebiają mu one a jednocześnie choć widzi że eksponaty są przedmiotem pożądania wie, że są niezagrożone.


Wydawałoby się, że "Adwokat i róże" to na pierwszy rzut oka, jak mówi Marek, sztuka o tym, że "tu ktoś kogoś zabił, czy chciał zabić, że tu ktoś coś skradł i może o tem, że tu ktoś kogoś... kochał...". Ale to tylko, że tak powiem warstwa politury, pod nią się kryje coś nieokreślonego, niedopowiedzianego, coś co wymyka się prostym stwierdzeniom. Od biedy, w braku lepszego określenia, można to nazwać wyższością pracy nad samym sobą ponad uczucia, które doraźnie miotają człowiekiem. Ale nie dam głowy, czy taki był zamysł Milczka z Zegrzynka. Choć nie da się ukryć, że w jego dramacie miłość przegrywa, a jeśli odnosi się wrażenie, że ma przewagę to tylko chwilowo.


Uczucie przegrywa, gdy patrzy się na Wilchera, którego miłość do żony wygasła a w jej miejscu pozostało, bo ja wiem... może przywiązanie i sympatia, przegrywa, gdy patrzy się na Dorotę, tkwiącą u boku męża, którego nie kocha, gdy patrzy się na Marka, który zostaje u boku swego mentora, cierpiąc z powodu  nieodwzajemnionej miłości, a i odejście Łukasza ma w sobie zapowiedź klęski miłości i powrotu. Ogień miłości może i pali się wielkim płomieniem ale szybko gaśnie. Główny bohater Szaniawskiego już to wie, jego żona chyba też, owszem zdradza męża a przecież nie opuszcza go i nie podąża za kochankiem. Wybiera bezpieczne, spokojne życie u boku pozbawionego namiętności i wyrozumiałego męża. Nie będzie ryzykować by zostać za jakiś czas "starszą panią" porzuconą przez młodego kochanka. Łukasz to co innego, perspektywa statusu porzuconego młodego kochanka "starszej pani", z jego punktu widzenia, nie jest tak przerażająca. On wie już czym jest zranione serce, już tego doświadczył i okazało się, że od tego się nie umiera zwłaszcza, że ma "w zapasie" perspektywę azylu, do którego będzie mógł powrócić. Nie każdy ma takie szczęście. Wewnętrzne doskonalenie vs. miłość. To jest wybór... No, a dla miłośników zagadek kryminalnych ciągle pozostaje poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kto kradł róże adwokata. Polecam!

wtorek, 5 marca 2019

Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace, Stefan Żeromski, na obrzeżach książki

Trafiło do mnie ocenzurowane a właściwie autocenzurowane wydanie "Syzyfowych prac" Żeromskiego z 1916 r. w oprawie wykonanej przez Urszulę Pietrusewicz i Daniela Szlachtowskiego z Pracowni Leśnej 6. Ci, którzy poznali się na powieści Żeromskiego i dla których jest czymś więcej niż tylko "narodową nudą", być może pamiętają postać profesora Rudolfa Leima. Otóż w rozdziale VIII powieści można przeczytać, iż "W dni galowe dworskie pan Leim maszerował przez miasto ustrojony w mundur z haftowanym kołnierzem, z orderami, wśród których wisiał miedziak "za usmirenje polskowo miatieża", ze szpadą u boku i w pierogu."  

zdjęcia pochodzą ze strony https://www.facebook.com/pracownialesna6/

Tak na prawdę ten "miedziak", który zdobi oprawę był wykonany z ciemnego brązu i w tej wersji był nadawany urzędnikom cywilnym i wojskowym, którzy w latach powstania styczniowego służyli na terenie Polski i którzy wspomagali tłumienie powstania oraz obywatelom, którzy wspomagali administrację rosyjską i wojsko (nadano ponad 230 tys. takich medali). Niezbyt dobrze więc świadczy o profesorze Leimie obnoszenie się z takim odznaczeniem. Był jeszcze wariant medalu wykonany z jasnego brązu, ale był przeznaczony dla żołnierzy i chłopów walczących z powstańcami (ten z kolei był nadany w ilości prawie 370 tys.).


To ciekawe wydanie, jako że było jednym z dwóch wydań ocenzurowanych a właściwie autocenzurowanych przez pisarza i akurat z nich possus o "miedziaku" profesora Leima podobnie zresztą jak wiele innych, drażliwych dla Rosjan został usunięty.

Powieść ukazała się najpierw krakowskim dzienniku "Nowa Reforma" w 1897 r., i w tym samym roku we Lwowie (by uniknąć kłopotów z rosyjską cenzurą) w formie książkowej i doczekały się szybko dwóch kolejnych wydań; w 1901 i 1905 roku. Żeromski podpisał książkę pseudonimem Maurycy Zych a tytuł został wybrany przez redakcję "Nowej Reformy" której Żeromski zaproponował zestaw kilku tytułów do wyboru (jakie były inne propozycje nie wiadomo). Trzy wydania w ciągu ośmiu lat to sukces wydawniczy o jakim mogą tylko marzyć współcześni pisarze. 


Ze względu na popularność książki, okazało się, że byli chętni by powieść wydać także w zaborze rosyjskim ale by "ograć" cenzurę pisarz za namową Kazimierza Rakowskiego, który był redaktorem tygodnika "Sztandar" (który dla zmylenia cenzury w latach 1907 - 1908 kilkukrotnie musiał zmieniać tytuł) zmienił tytuł powieści na "Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace" i podpisał ją własnym imieniem i nazwiskiem. Oprócz gazetowego wydania w "Sztandarze, które ukazywało się od grudnia 1908 r. do lipca 1909 wyszły także dwa wydania książkowe. Pierwsze w 1909 (choć książka ma datę 1910), drugie w 1916 r. Kolejne ukazało się już w niepodległej Polsce w 1919 r. a choć zostało przejrzane przez Żeromskiego, to wcale nie było automatycznym powrotem do wydań lwowskich, za to mniej więcej zgodne jest z tekstem, który znany jest z lektur szkolnych.


Na marginesie perypetii związanych z edycjami tekstu wypada wspomnieć o sporach dotyczących tytułu. Przyjmuje się, że pierwotny tytuł książki to "Wybawiciel" choć są to tylko domniemania oparte na liście Żeromskiego z 1892 r. do Bolesława Wysłoucha, redaktora "Kuriera Lwowskiego", w którym pisarz wspomina, że w powieści przedstawił wychowanie w szkołach wiejskich i w gimnazjach w Królestwie i chciałby ją wydać na łamach gazety. I tyle. Jak już wspomniałem, powieść ostatecznie ukazała się dopiero w 1897 r., a tytuł "Syzyfowe prace" został wybrany przez redaktora gazety, za to tytuł "Andrzej Radek czyli Syzyfowe prace" z 1909 r. został już najprawdopodobniej ustalony przez pisarza, który z kolei w wydaniu z 1919 r. powrócił do wersji pierwotnej. Ale nie to jest najważniejsze, otóż utarło się interpretować tytuł powieści jako odzwierciedlenie daremności wysiłków rusyfikacyjnych, tak jak daremna była praca Syzyfa. Tymczasem prof. Artur Hutnikiewicz zaproponował odwrócenie znaczenia tytułu. Wg niego to "zmagania się młodzieży polskiej z potęgą miażdżącej machiny zaborczego państwa mają coś z wielkości, tragizmu i uporu pracy Syzyfa. Jest to trud nad siły, trud na pozór daremny, przeciw jakiejkolwiek rachubie i rozsądkowi, ale to tym więcej godne uwielbienia".

Cóż..., można powiedzieć, że to ciekawe ale nie da się ukryć, że Profesora chyba jednak poniosła fantazja. Owszem zmagania polskiej młodzieży z rusyfikacją mają coś z wielkości ale nie ma to nic wspólnego z Syzyfem. Jeśli zna się mit o nim, choćby tylko w ogólnym zarysie, to wie się, że w pracy Syzyfa nie było nic z wielkości. To kara jaką poniósł król Koryntu za kłamstwa i oszukiwanie bogów. Nic w tym szlachetnego, zważywszy, że nie dokonał żadnego czynu choćby tylko zbliżonego do czynu Prometeusza. Cóż więc za wielkość może tkwić w słusznej karze? To nie Syzyf zadaje sobie trud, który nie na pozór lecz naprawdę jest daremny - ten trud został mu zadany. Syzyf nie decyduje o niczym, jego wola nie ma żadnego znaczenia - ma wtoczyć głaz na szczyt i tyle, ma wykonać to co zostało mu nakazane i z bezcelowości czego każdy zdaje sobie sprawę. Jego męka jest nie tylko fizycznej natury ale także psychicznej, wie przecież, że jego wysiłek jest bezsensowny i bez nadziei jako że kara jest wieczna. Czy ten bezsensowny, upokarzający trud jest nawiązuje do postawy Marcina Borowicza i jego kolegów? Czy jest godny uwielbienia? Współczucia - być może, ale uwielbienia, no nie wiem... 

czwartek, 6 października 2016

Solaris, Stanisław Lem

Na moim stosunku do twórczości Lema zaważyły traumatyczne doznania na "Teście pilota Pirxa" w reżyserii Marka Piestraka, na obejrzenie, którego byłem skazany na jakimś szkolnym wyjściu do kina. Nawet fakt, że "Solaris" wziął na warsztat Andriej Tarkowski jakoś mnie nie przekonywał. Lemowski obraz oceanu traktowałem jako emanację typowo męskich upodobań do lamp z lawą, a i wizja przyszłości, którą stworzył ponad pół wieku temu, z dzisiejszego punktu widzenia, zgrzytała mi siermiężnością w wielu detalach. Cóż, Lem nie okazał się profetycznym wizjonerem jeśli chodzi o rozwój technologiczny (przynajmniej w "Solaris") ale to wszystko w gruncie rzeczy jest nieważne i po lekturze powieści jasne już jest, dlaczego należy ona do najbardziej znanych polskich książek na świecie. 


Co tu dużo mówić - jestem pod wrażeniem..., pod dużym wrażeniem..., pod bardzo dużym wrażeniem! A wydawało mi się, że już dawno wyrosłem z literatury science fiction... Nie żeby jakoś szczególnie zainteresował mnie kontakt człowieka z obcą cywilizacją (choć i on jest ciekawy) bo "jak możemy się z nią porozumieć, jeżeli nie potrafimy już tego uczynić między sobą", można by powiedzieć, trawestując powieściowego solarystę Veubeke. Znacznie ważniejsze wydaje mi się zmierzenie człowieka z samym sobą, skonfrontowanie z tym, co skrywa się w zakamarkach jego umysłu, bo przecież w każdym z nas "muszą też istnieć rzeczy... sytuacje... takie, że nikt nie odważył się ich urzeczywistnić, poza swoją myślą, w jakiejś jednej chwili oszołomienia, upadku, szaleństwa".

A jakże często wyruszamy na spotkanie "innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi", choćby tym innym światem miała być nowa praca a Innym miał się okazać sąsiad za ściany. I o tym właściwie jest "Solaris".


Według Lema, szukając odpowiedzi na pytania dotyczące drugiej osoby, znajdujemy odpowiedzi dotyczące nas samych. Tyle, że są to odpowiedzi, z którymi nie chcemy się zgodzić. Bilans naszych "wypraw badawczych" jest opłakany bo odkrywając, w sposób zupełnie nie zamierzony, częstokroć niezbyt pochlebną prawdę o sobie, nadal nie potrafimy zrozumieć drugiego człowieka. A czego nie możemy zrozumieć, to odrzucamy od siebie, chcemy od tego uciec albo to zniszczyć. Okazuje się, ku naszemu przerażeniu, że jakże wielu rzeczy nie rozumiemy, zaczynamy sobie zdawać sprawę w swojej pysze, w swoim przekonaniu o własnej wielkości, że "człowiek może ogarnąć tak niewiele rzeczy naraz; widzimy tylko to, co dzieje się przed nami, tu i teraz". A poszukiwanie odpowiedzi prawdy o Innym "to jest oszukiwanie się, chodzenie po bibliotece, spisanej w niezrozumiałym języku, że się niby będzie tylko oglądać kolory grzbietów...".


Nie tak miało być, a tego wszystkiego doświadczają w "Solaris" ludzie. Stają przed emanacją własnych, skrywanych dotychczas w najgłębszych zakamarkach umysłu wyobrażeń. "One są w gruncie rzeczy lustrem, w którym odbija się część ich mózgu. Jeżeli jest wspaniała, to dlatego, że wspaniałe było ich wspomnienie. Oni dali recepturę" - to wyjaśnienie nie odnosi się, tak jak w powieści, tylko do Kelvina. On i tak miał szczęście. Inni mieli znacznie gorzej. To co ujrzeli, obnażyło ich nie tylko w sposób, w jakim obawiali się być odbierani przez innych ale także w takim, którego sami nie mogli znieść. Ale chyba nawet nie to było najgorsze. Najgorsza wydaje się w tym wszystkim bezradność i brak odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".

Bezradność wobec czegoś na co w ogóle nie ma się wpływu, na coś czego nie potrafią zrozumieć. Cóż za policzek w twarz! Jak to możliwe, przecież to oni są badaczami, wszystko wiedzącymi objaśniaczami a okazuje się, że sami są obiektami badawczymi. Zresztą nawet i co do tego nie można mieć pewności. Może zjawienie "fantomów" "miało być torturą, może przysługą, a może tylko mikroskopowym badaniem. Wyrazem przyjaźni, podstępnym ciosem, może szyderstwem? Może wszystkim naraz albo - co wydaje (...) się najprawdopodobniejsze - czymś całkiem innym." Stoją w obliczu czegoś całkowicie niezrozumiałego, mają swoje domniemania, swoje teorie na ten temat ale to wszystko to tylko przypuszczenia. Zero pewności. A niepewność budzi lęk, choć zdarza się, tak jak w przypadku Kelvina, że także nadzieję, tyle że i jedno i drugie wydaje się tak samo nieuzasadnione.

A teraz udaję się na poszukiwania kolejnej książki Lema...

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ferdynand Wspaniały, Ludwik Jerzy Kern

"(...) przypadek, który jest sprzymierzeńcem wszystkich wielkich przedsięwzięć, który podróżnikom pomaga odkrywać nieznane lądy, a wodzom wygrywać przegrane bitwy, przypadek - ta gwiazda odważnych - przeszedł również z pomocą" mi. A wszystko za sprawą Kazimierza Mikulskiego.

zdjęcia oprawy ze strony https://www.facebook.com/pracownialesna6/

Ilustracja dziecięca a ściślej mówiąc (a właściwie pisząc) książek dla dzieci egzystuje sobie gdzieś na obrzeżach wielkiej sztuki. Kto dzisiaj kojarzy nazwiska Antoniego Boratyńskiego, Olgi Siemaszko, czy Jerzego Srokowskiego? Wszyscy oni, może oprócz Jana Marcina Szancera, odchodzą w zapomnienie. Nawet trudno powiedzieć by wypierani byli przez kolejne pokolenia artystów, bo tym których prace są najbardziej efektowne (Anastassija Archipowa, Olga i Andriej Dugin, Michael Fiodorov, Roberto Innocenti, Gienandij Spirin czy Vladyslav Yerko) "przytrafiają" się u nas jedna, dwie książki i trudno więc mówić o kształtowaniu gustu czytelników. 


Tym większe było moje zdziwienie kiedy swego czasu zorientowałem się, że chyba najwybitniejszy polski surrealista, artysta par excellance Kazimierz Mikulski jest autorem ilustracji do jednej z najpopularniejszych książek dla dzieci - "Ferdynanda Wspaniałego" (wydanie pierwsze 1963 r.) i jego kontynuacji "Ferdynand, zbudź się" (wydanie pierwsze 1965 r.). Zwłaszcza do tej pierwszej mam wielki sentyment nie tylko za sprawą lektury, którą niedawno przypomniałem sobie, czytając ją w do snu mojej najmłodszej latorośli ale też i fotografii (poniżej), wykonanej o ile mi wiadomo w krakowskiej ASP z pracami artysty w tle - przy okazji zagadka; kto jest na zdjęciu i przy jakiej okazji zostało ono zrobione?


Może sam pomysł, przeżywania przygód we śnie, wykorzystany przez Kerna, nie jest najoryginalniejszy bo opiera się przecież na nim "Alicja w krainie czarów", ale dla równowagi i "Ferdynand ... " też okazał się inspiracją. Motyw rozmów sztućców i naczyń, jaki się w nim pojawia, wykorzystany jest w "Zarozumiałej łyżeczce" Elżbiety Szeptyńskiej (z ilustracjami Edwarda Lutczyna), która przypomniana została w księdze drugiej "Poczytaj mi mamo" wydanej niedawno przez Naszą księgarnię.


Przygody Ferdynanda nic a nic się nie zestarzały, no może z wyjątkiem kilku detali, jak choćby tego, że nie ma już na dworcach kontrolerów sprawdzających bilety peronowe, ale co to jest w porównaniu z Kernowskim tygodniowym opadem atmosferycznym czy traumatycznym wspomnieniem Ferdynanda - "Zupa ogórkowa to było jedno z jego najgorszych wspomnień. Kiedyś niechcący wylał cały talerz ogórkowej zupy na dywan. Tak, to prawda, że wspiął się łapami na stół. Ale wcale nie po ogórkową zupę, lecz po parówkę, która obok niej leżała. Pech chciał, że przysuwając parówkę, potrącił ten przeklęty talerz. Parówka została na stole, a talerz z zupą znalazł się na dywanie. Talerz zabił się na miejscu. Przed śmiercią zdążył tylko powiedzieć: "Brzdęk!" i już nie żył. Zupa z rozpaczy po nim rozlała się po całym dywanie. Pan nie chciał słuchać żadnych usprawiedliwień Ferdynanda i okazał się człowiekiem bezlitosnym. Nawet nie bardzo bolało, ale odtąd Ferdynand na wspomnienie ogórkowej zupy dostawał gęsiej skórki." równie surrealistycznym jak obrazy Mikulskiego.
Albo dialogiem u krawca - ideale lakoniczności i sprecyzowania gustu: "- Jaki to ma być garnitur? - zapytał uprzejmie.
- Ładny - odparł bez wahania Ferdynand.
- Rozumiem - powiedział pan Dogg. - A z jakiego materiału?
- Z ładnego - po chwili zastanowienia odrzekł Ferdynand.
- A jak go uszyjemy?
- Ładnie.
- A kamizelka jaka będzie?
- Ładna.
- A spodnie?
- Ładne.
- A klapy?
- Ładne.
- A z jakim mankietem zrobimy spodnie?
- Z ładnym.
- A jaką damy podszewkę?
- Ładną.
Pan Dogg był uszczęśliwiony. Pierwszy raz zdarzyło mu się spotkać klienta, który tak dobrze wiedział czego chce. " Czego i Wam życzę!