Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dostojewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dostojewski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 listopada 2016

Bracia Karamazow, Fiodor Dostojewski

Dostojewski budzi u mnie tak zwane mieszane uczucia, z rodzaju tych, które ogarniają zięcia, gdy widzi jak teściowa spada w przepaść w jego nowym samochodzie. Z jednej strony, irytuje mnie swoim mitotwórstwem, które wzięło za przedmiot "duszę rosyjską" i "lud Bogonośćca", z drugiej zaś wywołuje podziw dla znajomości ludzkiej psychiki i pisarskiego mistrzostwa. To drugie uczucie przeważa i to przeważa do tego stopnia, że po skończonej lekturze jego powieści (podobnie jak w przypadku Conrada), mam świadomość tego, że będę musiał do niej powrócić. I "Bracia Karamazow" nie byli tu wyjątkiem, pozostała tylko kwestia wyboru przekładu;  Adam Pomorski czy Cezary Wodziński?


Odredakcyjne zachwyty nad kongenialnością przekładu Adama Pomorskiego jakoś nie wzbudziły mojego zaufania (zresztą, jak się okazało, niesłusznie) i zdecydowałem się na Cezarego Wodzińskiego, o którego kompetencji jako tłumacza miała świadczyć książka na temat jurodstwa, co wziąłem za dobrą monetę. Szczerze mówiąc, nie spostrzegłem jakoś nowej jakości, obiecywanego filozoficznego odczytania - powiedziałbym natomiast, że w porównaniu z wersją Wata, tekst Wodzińskiego czytało się mi ciężej, tekst wymagał jakby więcej namysłu, choć przy "Braciach Karamazow", to może wyjść tylko na dobre, zwłaszcza, że od początku lekturze towarzyszy świadomość obcowania z książką wyjątkową.

Jej ciężar gatunkowy jest oczywisty i żeby to dostrzec nie trzeba być wytrawnym znawcą literatury. Nie ulega wątpliwości, że Dostojewski jest "szpiegiem ludzkiego serca", które jest u niego polem zmagań pomiędzy diabłem i Bogiem. I te zmagania w "Braciach Karamazow" są pokazane w sposób jakiego nie powstydziłoby się żadne współczesne reality show żerujące na ludzkich uczuciach. A jest co pokazywać - "co się tam (...) między nimi dzieje - to straszne, (...), udręka, koszmarna fantazja, w którą niepodobna uwierzyć: (...) pchają się do własnej zguby, nie wiadomo dlaczego, sami to wiedzą i sami się tym rozkoszują".

Nie dziwię się zachwytom "gimbazy" nad wersją Barbary Beaupre (bo trudno to nazwać przekładem). Nawet po okrojeniu tego wszystkiego co najważniejsze i tak zostaje przecież z powieści jeszcze pasjonujący, trochę perwersyjny romans, w którym ojciec i syn rywalizują o względy kobiety niepewnego prowadzenia się, podlany sosem, na który składa się m. in. morderstwo i pomniejsze "romansiki". Ale przecież w "Braciach Karamazow" nie chodzi o to by bohaterowie żyli długo i szczęśliwie. Powiedziałbym, że to "z definicji" wykluczone. Bo czy neurastenicy mogą zaznać szczęścia?! Tu każdego wystarczy lekko trącić palcem a już podskakuje do sufitu. Nawet, wydawałoby się, twardziele stają się wrażliwi niczym mimozy.

Eh, co za ludzie, irytujący i fascynujący zarazem. Czy to rosyjskie "typy" nie wiem, ale wiem, że tylko Dostojewski tak potrafił ich przedstawić. Ludzi z piekłem w piersi i z piekłem w głowie. Niepoukładanych, podążających za swymi impulsami albo wiarą w potęgę własnego rozumu i w końcu skonfrontowanych z własnym sumieniem, które okazuje odporne na "nowinki" i "niereformowalne". Jeśli więc Wielki Inkwizytor wygrywa bitwy ze starcem Zosimą, to wcale nie znaczy, że wygra całą batalię. Jest Bóg, czy nie ma Boga? Wszystko wolno, czy nie wolno wszystkiego? Dla bohaterów Dostojewskiego, okazuje się, są to pytania pierwsze i odpowiedzi na nie kształtują ich życie. Ale są to wszakże pytania retoryczne, z których niektórzy w swej pysze i zaślepieniu nie zdają sobie sprawy a udzielenie błędnej odpowiedzi i jej praktyczna realizacja drogo ich kosztuje.

Co takiego jest w tych Karamazowach? - otóż bogactwo ich osobowości, "które zdolne są pomieścić w sobie wszystkie możliwe skrajności i jednocześnie kontemplować obie otchłanie, otchłań nad nami, otchłań wzniosłych ideałów, i otchłań pod nami, otchłań najnikczemniejszego i najbardziej cuchnącego upadku". O tak, a o upadek nietrudno. Miłość, bogactwo, sława, każdego w końcu coś skusi i każdy znajdzie jakieś usprawiedliwienie dla wyrządzonych przy okazji krzywd. Jeden tylko Alosza okazuje się odporny na pokusy, pozostali zaś bracia wdepnęli po szyję. Ulegli podszeptom złego ale czy można się dziwić - przecież to takie ludzkie wszak "jeśli diabeł nie istnieje i jeśli wobec tego wymyślił go człowiek, to stworzył go na swój obraz i podobieństwo". I prawdę mówiąc, wydają się znacznie ciekawsi od Aloszy (przewidywalnego i nieskomplikowanego do bólu), zwłaszcza Smierdiakow - ciekawe, że jego uczucia, gotowego litować się nad każdym skrzywdzonym Aloszy, nie obejmują. Dymitra, będące mówiąc wprost, alkoholikiem i dziwkarzem, i owszem, ale Pawła jakoś nie. Czyż to nie ciekawe? Według mnie znacznie bardziej niż powikłane losy miłości głównych bohaterów, które chwilami zaczynają przypominać operę mydlaną i na tle których, zapowiedź powtórnego małżeńskiego szczęścia pani Chochłakow przyjmuje się z prawdziwą ulgą jako powrót do normalności i przewidywalności. A przecież, te ludzkie dziwolągi Dostojewskiego pozostają jakoś bliskie i ich postępowanie mimo swej ekscentryczności wcale nie jest takie zaskakujące i to jest właśnie fascynujące i przerażające zarazem. 

wtorek, 18 października 2016

Biesy, Fiodor Dostojewski

"Biesy" czytałem trzy lata temu i kiedy tylko je skończyłem wiedziałem, że do nich wrócę (podobnie zresztą jak i do "Braci Karamazow", którzy już czekają w kolejce) bo parafrazując brata Jorge z "Imienia róży" - cóż innego jest w literaturze, jak nie ciągła, wzniosła rekapitulacja. Trudno nie uśmiechnąć się, trochę smutno, gdy czyta się opinię Dostojewskiego na temat tego co wydawało by się jest współczesnym wynalazkiem i bolączką obecnej literatury - "talenty średniej klasy, (...) zwykle uznawani nieledwie za geniuszy - nie dość, że (...) jakoś nagle znikają bez śladu z ludzkiej pamięci, (...) ledwo nowe pokolenie zajmie miejsce ich własnego - w zawrotnym tempie popadają w niepamięć i budzą powszechne lekceważenie. Jakoś szybko się to u nas dokonuje, jak zmiana dekoracji w teatrze." To zresztą nie jedyna, profetyczna obserwacja w "Biesach". Dla czytelnika z mojego pokolenia okazują się one zaskakująco trafną wizją przyszłości w totalitarnym świecie komunizmu, dzięki czemu powieść zdobyła sobie opinię "politycznej" ale o tym trochę później. 


Do powtórki, po przekładzie Zbigniewa Podgórca i Tadeusza Zagórskiego zdecydowałem się na tłumaczenie Adama Pomorskiego. Nie potrafię stwierdzić, czy wprowadza ono istotną zmianę jakościową. Obie lektury dzieli zbyt duży okres czasu, ale nawet to nie zmienia faktu, że nie da się zauważyć rzeczy bijących po oczach nawet laika, jak choćby różnicy w motcie, ewangelii św. Łukasza (8, 32-36), czy braku rozdziału "U Tichona". Pomorski zaserwował natomiast czytelnikom sążniste, w wielu przypadkach, przypisy dosyć luźno, łagodnie mówiąc, trzymające się tekstu powieści, jak wówczas na przykład gdy mowa o "aluminiowych kolumnach". Obszernie cytuje fragmenty "Co robić?" Czernyszewskiego, w których o aluminiowych kolumnach nie ma ani słowa, są za to wspomniane aluminiowe meble. Niekiedy przypisy nabierają kuriozalnego wydźwięku, jak wówczas gdy czytamy o motywie... "falliczono-kastracyjnym" w komentarzu do sceny, w której Stawrogin łapie za nos gubernatora, podczas gdy nawet dla gimbusa jasne jest, że wybryk Stawrogina, to "sprawdzam" z jego strony w odpowiedzi na zadufane "nikt nie będzie wodził mnie za nos" jego ofiary. Ale nie przekład Adama Pomorskiego jest tu ważny. Trzeba zresztą uczciwie przyznać, że "Biesy" w jego tłumaczeniu czyta się znakomicie (podobnie zresztą jak i w przekładzie Podgórca i Zagórskiego).

Istotna jest sama powieść. Nie będę ukrywał, mam ambiwalentne odczucia co do pisarstwa Dostojewskiego z jednej strony zdumiewa mnie i irytuje ta niczym nieuzasadniona idea narodu "Bogonośćca" (bez której także w tym przypadku się nie obeszło), rozhisteryzowani bohaterowie (i nie zawsze są to kobiety - swoją drogą, dziwne że panie nie ogłosiły bojkotu pisarstwa Dostojewskiego, biorąc pod uwagę, to jak są u niego przedstawiane). Z drugiej jednak strony fascynuje mnie wiwisekcja ludzkiej duszy, nawet jeśli dokonuje się na osobnikach nadwrażliwych i nie reprezentatywnych.

Redakcyjna notka na okładce twierdzi, że to "brutalnie szczera opowieść o politykach i myśli społecznej", po części tak jest, ale twierdzić, że to jest istota "Biesów", to tak jak twierdzić, że "Zbrodnia i kara" jest powieścią kryminalną. Owszem, w każdej z tych powieści znajduje się odpowiedni element ale nie on przesądza o jej wymowie.  

Biesy, diabły, które zagościły w człowieku, tak jak ten wspomniany przez św. Łukasza. Tyle że człowiek, który napotkał Jezusa na swojej drodze miał szczęście. A bohaterowie Dostojewskiego? Ich biesy nie opuszczają i stają się przyczyną ich zguby. Przecież giną oni nie z powodu swoich poglądów politycznych. Zróbmy szybki przegląd ofiar: Stawrogin, Stiepan Wierchowieński, Iwan Szatow, jego żona i jej dziecko, Liza, Lebiadkin, jego siostra i ich służąca oraz Fied'ka. Trup ściele się więc gęsto (ale dopiero w finale). W gruncie rzeczy żadna z tych osób, nie ginie z powodów politycznych. Nawet Szatow, którego śmierć jest zinstrumentalizowana bo ma się stać środkiem do uzależnienia współuczestników morderstwa, ginie dlatego, że Wierchowieński junior pała do niego zadawnioną antypatią. Większość tych ludzi nawet nie otarła się o politykę, łącznie ze Stawroginem, który nieustannie wystawia na próbę własną siłę, nie dla jakichś politycznych celów, lecz by poznać samego siebie.

Postacie w "Biesach" to ludzie miotający się (przynajmniej niektórzy z nich), ale nic dziwnego bo przecież u Dostojewskiego  "życie to ból, życie to strach (...)", .ludzie poszukujący. Dla niektórych rzeczywiście istotne są kwestie społeczne, czy polityczne ale dla wielu innych niekoniecznie. Wszak kobietom nie w głowie jest polityka, je zajmuje Stawrogin - kolekcjoner złamanych serc, Stiepan Wierchowieński to zajmuje się przede wszystkim sobą, podobnie jak Karmazinow i Stawrogin. Zresztą i polityka w wykonaniu członków "kółka" w gruncie rzeczy zaczyna się i kończy na morderstwie Szatowa. Polityka jest dla nich tylko próbą nadaniu życiu głębszego sensu, gdyby ktoś taki jak Piotr Wierchowieński, przekonał ich, że odnajdą go, nie przymierzając, w filatelistyce, zajęli by się filatelistyką. Jest instrumentem, który służy do pokazania ludzkiego zagubienia i meandrów, na które wkracza człowiek nie umiejący znaleźć dystansu pomiędzy ideologią a praktyką. Skutki tego okazują się opłakane nie tylko dla tych bezpośrednio zainteresowanych, a także dla zupełnie niewinnych ludzi.

Co tu dużo mówić, świetna książka.

czwartek, 5 listopada 2015

Wspomnienia z domu umarłych, Fiodor Dostojewski

Jakiś czas temu Koczowniczka trochę mnie zbeształa za to, że kręciłem nosem na "Wspomnienia z domu umarłych". Gwoli wyjaśnienia, kręcenie nosem odnosiło się, naturalnie, nie do literackiego warsztatu, lecz głównych motywów pisarstwa Dostojewskiego, zwłaszcza jego wiary w wyjątkowość natury ludu rosyjskiego, dla którego "najwznioślejszym i najbardziej znamiennym rysem (...) jest poczucie sprawiedliwości i pragnienie jej" i który jest "gotów zapomnieć piekło mąk za jedno poczciwe słowo" czy kompleksu na punkcie Polaków, choć oczywiście tych motywów jest nieporównywalna.


W każdym razie, zasiadłem do powtórki i nie żałuję. Dostojewski, wiadomo - "Zbrodnia i kara", ""Bracia Karamazow" i "Biesy" - to podstawa wiedzy o duszy człowieczej w literackim ujęciu. Ale oprócz tych żelaznych pozycji, jest też grupa utworów, które może nie są okryte aż takim nimbem sławy ale przecież wcale nie są gorsze. Nie mam wątpliwości, że należą do nich "Wspomnienia z domu umarłych". Lokują się one (oczywiście nie pod względem chronologicznym) gdzieś pomiędzy ""Jądrem ciemności" poprzez ukazanie meandrów duszy ludzkiej a "Innym światem" opisując granice człowieczeństwa. Łączy je z nimi także to, że są odbiciem podobnie jak u Conrada i Herling-Grudzińskiego, własnych doświadczeń autora, a nie wydumaną rzewną historyjką.

"Wspomnienia z domu umarłych" są relacją mordercy żony, skazanego na odsiedzenie dziesięcioletniej katorgi w twierdzy, w której Dostojewski wyraził swoje doświadczenia z czteroletniego zesłania. Na tym też polega podstawowa paralela z książką Herling-Grudzińskiego, tyle, że u Dostojewskiego odczłowieczenie widoczne w "Innym świecie" jest dopiero w stadium początkowym. Ale nawet i wówczas był to "własny, osobliwy świat, niepodobny do niczego innego, tu były własne, osobliwe prawa, osobliwa odzież, osobliwe zwyczaje i obyczaje, i martwy za życia dom, i życie jak nigdzie indziej, i szczególniejsi ludzie.", "hałas, rejwach, rechot, klątwy, brzęk kajdan, swąd i kopeć ogolone głowy, napiętnowane twarze, poszarpana odzież, wszystko to - sponiewierane, splugawione... Tak, człowiek jest wytrzymały! Człowiek - to istota, która się do wszystkiego przyzwyczaja, i sądzę, że to najtrafniejsze określenie człowieka."

Ten mroczny portret wcale nie odnosi się tylko do ludzi za kratami. Ci, którzy żyją po ich "dobrej" stronie, wcale nie są lepsi czego dowodem jest opowiadanie "Mąż Akulki", a już z pewnością już nie są lepsi ci, którzy mają chronić społeczeństwo przed tymi, którzy naruszyli jego prawa. Pokusa, na którą zostali wystawieni jest szczególna - "Kto raz zakosztował (...) władzy, tego bezgranicznego panowania nad ciałem, krwią i duchem takiego samego jak on człowieka, podobnie stworzonego, brata w Chrystusie, kto zakosztował tej władzy, kto miał możność poniżyć największym poniżeniem inną istotę, stworzoną na obraz i podobieństwo Boże, ten już nieuchronnie przestaje władać nad swymi doznaniami." Okazuje się, że władza z jej atrybutami również może prowadzić człowieka na manowce - "w mundurze był groźnym bóstwem. W surducie stał się nagle zwykłym zerem i zakrawał na lokaja. Aż dziw, jak wiele znaczy u tych ludzi mundur".

Ale w tym posępnym świecie, według Dostojewskiego, nawet w najgorszej jednostce istnieje pierwiastek człowieczeństwa - "Każdy człowiek, kimkolwiek by był, poniżony żąda - chociażby instynktownie tylko, chociażby bezwiednie, poszanowania swojej ludzkiej godności." Przecież o każdym można powiedzieć "Toć i on miał matkę!", co u Dostojewskiego jest odwrotnością poglądu Conrada o zarodku zła tkwiącym w człowieku, widocznym w słowach Marlowa "A i to miejsce (...) było ongi jednym z ciemnych zakątków ziemi".

Niezależnie od obrazu "domu umarłych" i losów przebywających w nim ludzi, które w skondensowanej formie zawarte są w paraboli przedstawiających losy zwierząt - co najmniej równie ciekawie a znacznie bardziej zagadkowo przedstawia się postać Gorianczykowa, autora odnalezionych przez narratora zapisków. Wyłania się z nich zupełnie inna postać, niż ta którą opisuje narrator. O ile we odnalezionych przez narratora wspomnieniach mamy do czynienia z człowiekiem, który chce czuć wspólność losu wraz z towarzyszami niedoli, choć ci wolą jednak zachować wobec niego dystans, to w wolnym świecie jest on człowiekiem pełnym nieufności do innych. Tam zbrodniarze, tu uczciwi obywatele i to ci drudzy budzą w nim lęk. Odnosi się wrażenie, że bliższy był mu świat więźniów niż świat ludzi wolnych. Być może u podstaw tego leży przyczyna, dla której popełnił zbrodnię, która raz na zawsze podkopała w nim zaufanie do innego człowieka, ale wszakże to jego zaufanie także i w więzieniu było nadużywane. To poczucie wspólnoty szczególnie widoczne jest w braku refleksji i wyrzutów sumienia nad popełnioną zbrodnią - cechą wspólną wszystkich więźniów. Wyjątkiem w tej regule jest tylko dziewczynka - niewinna istota, nieskażona jeszcze wadami dorosłości.

Tajemnicą Dostojewskiego pozostanie natomiast rozwiązanie "zagadki życia", które sprawiało, że ci którzy je posiedli "niemal zawsze pozostają na Syberii i z rozkoszą się tu zadomawiają", chociaż jeśli chwilę się zastanowić i przypatrzeć jego życiorysowi, można powątpiewać, czy rzeczywiście je znał.  

sobota, 31 stycznia 2015

Bracia Karamazow, Fiodor Dostojewski

Wow! Absolutna rewelacja i mistrzostwo świata (chociaż z drugiej strony, czy takie znowu mistrzostwo - bo konia z rzędem temu, kto doliczy się, ile lat miała Anna Fiodorowna Krasotkin!)! To jest dopiero literatura! To dzięki "Braciom Karamazow" Dostojewski uchodzi za znawcę duszy ludzkiej a właściwie rosyjskiej, co może zakrawać na kosmiczne nieporozumienie, bo gdy czyta się jego wynurzenia na temat narodu bogonośćca, kiedy to "lud napotkawszy ateistę zwycięży go, i nastanie jedna prawosławna Rosja. (...) albowiem lud ten - to lud Boga w sobie noszący" i zestawi się to z obrazami tego samego ludu tak dzielnie poczynającego sobie z własnymi cerkwiami, niecałe pół wieku później, w czasie rewolucji październikowej, można mieć pewne wątpliwości, czy aby Dostojewski na pewno wiedział o czym pisze. Skąd się wziął u niego pomysł, że "czysto rosyjskimi" są pytania "czy jest Bóg, czy jest nieśmiertelność" a rozważania "o socjalizmie, o anarchizmie, o przeistoczeniu ludzkości" to problemy rosyjskie? Ale przecież gdy Wielki Inkwizytor mówi "O, pozwolimy im nawet na grzech, słabi są i bezsilni, i będą nas kochali jak dzieci, za to pozwolimy im grzeszyć" nie można odmówić Dostojewskiemu znajomości swojego narodu, wobec którego te słowa okazały się nadspodziewanie prorocze. 


Ale niezależnie od tego, czy Dostojewski odsłania prawdę o człowieku, czy też tylko jej pozór, swoje wyobrażenie o nim albo półprawdę to nie da się przejść obok jego opus vitae, kwitując je wzruszeniem ramion i lekceważeniem. Owszem, można próbować zrobić z "Braci Karamazow" romansidło, bo przecież powieść ma wszelkie dane ku temu; ojciec i najstarszy syn konkurują o względy kobiety tej samej kobiety dosyć niepewnej konduity igrającej ich uczuciami, a porzucona narzeczona tego drugiego, ciągle go kochająca, jest celem adoracji średniego syna.

Nawiasem mówiąc, ciekawe kto miał rację? Czy Dymitr, który nie może się od niej odczepić, gdy mówi, że zakochała się  nie w nim lecz "w swoim marzeniu, w swoim majaku... ponieważ to m o j e marzenie, m ó j majak!" a może zakochany w niej Iwan, wg którego to "co dla innych jest obietnicą, to dla niej... wiecznym, ciężkim, może ponurym, ale nieustannym obowiązkiem. I będzie odtąd napawać się poczuciem spełnionego obowiązku!" a Dymitr jest jej potrzeby aby "mogła nieustannie rozpamiętywać heroizm własnej wierności i aby mu wyrzucać wiarołomstwo." a może najmłodszy z braci Alosza, który uważa, że dręczy ona Iwana tylko dlatego, że go kocha. a dręczy dlatego, że w Dymitrze kocha własną udrękę a cała jej miłość wmówiła sobie. Już samo to wystarczyłoby na niezłą historię miłosną.

Tak, trzeba przyznać Karamazowowie to niezła rodzinka, "lubieżniki, dusigrosze i jurodiwi!", bo i takich tu nie brak. Wszak u Aloszy dopatrzeć się można powinowactwa z księciem Myszkinem z "Idioty", ci zresztą którzy choć trochę interesują się Dostojewskim znajdą bez trudu i inne nawiązania zarówno do jego twórczości jak i jego życia. Bo czyż na przykład obietnica Katii - "Niech pan posłucha, Alosza, niech pan wie, że skoro się tylko pobierzemy, będę pana podglądać i otwierać wszystkie listy... Uprzedzam pana..." nie przypomina żony Dostojewskiego, Anny, która miała specyficzny stosunek do tajemnicy korespondencji, a wynurzenia na temat zazdrości, że "niepodobna sobie wyobrazić całej hańby i moralnego upadku, z jakim potrafi się oswoić zazdrośnik bez najmniejszych wyrzutów sumienia" nie są odbiciem jego własnych doznać? Albo czy pytanie, "czy istotnie każdy człowiek ma prawo rozstrzygać patrząc na innych ludzi: kto z nich godzien jest żyć, a kto nie godzien?" nie kojarzy się z dylematem Raskolnikowa ze "Zbrodni i kary", a dwaj Polacy przedstawieni jako szwarccharaktery to nie stały element jego twórczości? Etc., etc., etc.  

Ale "Bracia Karamazow" nie są ani romansem, ani kryminałem (mimo zamordowania starego Karamazowa) ani eklektycznym przeglądem motywów twórczości pisarza i epizodów z jego życia, to wizja człowieka takiego jakim go widzi Dostojewski, człowieka pełnego sprzeczności, w którym "diabeł z Bogiem się zmaga, a polem bitwy jest serce człowiecze". Człowieka miotanego burzą uczuć, a uczucia te nie mają granic i hamulców. Jego bohaterowie "trudno uwierzyć: gubią siebie nawzajem nie wiadomo po co, wiedzą o tym, delektują się tym", "to straszne, to, powiadam panu, udręka, koszmar, doprawdy" jeśli w miejsce uczuć używają rozumu, to tylko po to by wyrządzić zło. Jednak czy dla ich ofiar robi różnicę, że krzywda jakiej doznali popełniona jest z wyrachowania albo pod wpływem emocji?

"To tylko nerwy... pańskie przeczulone nerwy" słyszy w czasie przesłuchania Dymitr ale przecież to samo może odnosić się i do innych postaci występujących w powieści. Niewielu tu zwykłych ludzi, większość postaci to wrażliwi niczym mimozy histerycy, noszący nerwy nie pod ale na skórze, w swoich nastrojach wahający się niczym pijani "od płota do płota" i obnoszący się ze swoimi nastrojami publicznie. Gdyby żyli dzisiaj, mogli by zrobić "karierę" w "Rozmowach w toku" Ewy Drzyzgi. Ale jednocześnie w tej histerii, skrajności i ekshibicjonizmie uczuć bohaterowie Dostojewskiego mimo wszystkich wad są jakoś dziwnie bliscy, może dlatego, że "na ogół przecież ludzie, najbardziej niegodziwi, są naiwniejsi i lepsi, niż nam się to wydaje. Podobnie jak my sami."

czwartek, 25 września 2014

Mistrz z Petersburga, John Maxwell Coetzee

Znowu dałem się namówić ... Trochę to trwało ale wreszcie przeczytałem "Mistrza z Petersburga", na którego uwagę zwróciła mi Agapiet. Nie musiała mnie nawet jakoś specjalnie usilnie namawiać bo po "Hańbie" mam o Coetzee bardzo dobrą opinię, a po "Mistrzu ... " tylko się w niej upewniłem, aczkolwiek to jednak nie ta klasa.


Standardowa opinia na temat powieści Coetzee sprowadza się do tego, że wykorzystuje ona motyw z "Biesów" Dostojewskiego. I to jest prawda, tyle że nie cała. W dodatku ta informacja powinna stanowić światełko ostrzegawcze dla czytelników, bo nie jest to jedyne nawiązanie do twórczości pisarza, ponieważ w książce można odnaleźć aluzje także do innych jego powieści (na przykład motyw siekiery, czy ulica Sadowa kojarzyć się może ze "Zbrodnią i karą", do której bohaterowie książki kilkukrotnie nawiązują) i do faktów bezpośrednio związanych z biografią Dostojewskiego (m.in. zesłanie, pobyt w Dreźnie, zawoalowana aluzja do epilepsji, hazard, autorstwo powieści).

To sprawia, że "Mistrza ... " nie da się czytać ot tak sobie, z marszu. To znaczy można, ale jeśli nie ma się choćby jako takiego pojęcia o życiu Dostojewskiego i jego twórczości, to lektura sprowadza się do historii o ojczymie bardzo związanym ze swoim pasierbem (znowu motyw z życia pisarza), który chcąc odzyskać po jego śmierci dokumenty z nim związane, staje w obliczu zagadki jego śmierci i do konfrontacji z człowiekiem zamieszanym tą śmierć i dowiaduje się czegoś także o samym sobie.

Jednak jeśli ma się świadomość tego, że Coetzee podejmuje z czytelnikiem grę, to zaczyna się podchodzić się do książki z podejrzliwością - czy na przykład Anna Siergiejewna nie nawiązuje do bohaterki "Ojców i dzieci" Turgieniewa, w której kochał się Bazarow? Bo przecież jest w "Mistrzu ..." Karmazynow z "Biesów", w którym Dostojewski skarykaturował Turgieniewa, a i sam Bazorow był nihilistą tak jak Nieczajew, którego postać wykorzystuje Coetzee. Ta podejrzliwość chwilami może graniczyć z obsesją bo przez chwilę wydawać się może, że Matriona jest jakoś powiązana z bohaterką "Skrzywdzonych i poniżonych" choć przecież to absurd bo w "Mistrzu ... " jest to podchodząca z rezerwą do tytułowego bohatera dziewczynka a w "Skrzywdzonych ... " stara, zrzędliwa służąca. A może dziewczynka nawiązuje do haniebnego incydentu z życia Dostojewskiego? W każdym razie trudno oprzeć się wrażeniu, że żadna postać, żadne miejsce nie jest przypadkowe i powiązane jest albo z jego twórczością albo z jego życiem. Powiem szczerze, w tym dla mnie leży główny urok książki Coetzee bo jego rozważania a la Dostojewski nie za bardzo mnie wciągnęły.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Idiota, Fiodor Dostojewski

"Idiota" jest dowodem na to, że lektura dzienników i wspomnień na coś się jednak przydaje. Nie trzeba bowiem dużej przenikliwości by odnaleźć w powieści nawiązanie do osobistych doświadczeń Dostojewskiego: pobyt w Szwajcarii, epilepsja, nawet spłacanie przez głównego bohatera niepewnych długów przejętych w spadku, to wszystko można odnaleźć we "Wspomnieniach" i "Dzienniku" Anny Dostojewskiej.


Kiedy czyta się w "Idiocie", że "są ludzie, którzy znajdują nadzwyczajną rozkosz w swojej drażliwej obraźliwości, zwłaszcza kiedy dochodzi ona w nich (a to się staje zawsze bardzo prędko) do ostatnich granic; w owej chwili przyjemniej im nawet, jak się zdaje, czuć się obrażonymi aniżeli nieobrażonymi. Tych ludzi, tak łatwo wpadających w rozdrażnienie, zawsze potem męczą wyrzuty sumienia, jeśli są oczywiście rozsądni i zdolni do stwierdzenia, że wzburzenie ich było dziesięć razy większe, niż być powinno.", to ma się wrażenie, że Dostojewski pisze o sobie. Ale to tylko ciekawostki, które dodają lekturze szczypty pikanterii, a szczerze mówiąc przydałoby się jej znacznie więcej, bo powieści daleko do najlepszych dzieł Dostojewskiego. Widać pewną wtórność w pomysłach, nawet przy pobieżnej wiedzy na temat jego twórczości: jest upośledzona kobieta, umierający gruźlik, poczucie "uzasadnienia" morderstwa itd.

To niby prosta historia, romans, w którym główny bohater oświadcza się kobiecie, która cierpi na coś w rodzaju skrupulatnego sumienia, i choć ta również go kocha to jednocześnie czuje się niegodna go poślubić i usiłuje związać go z inną kobietą. Ta druga także go kocha tyle, że czuje się poniżona wpychaniem jej w ramiona mężczyzny, a jednocześnie nie może zapomnieć, że kocha on jej poprzedniczkę. Sytuacja przerasta tytułowego bohatera, któremu wszystko wydaje się proste i możliwe do racjonalnego wytłumaczenia, tyle że to co jemu się takie wydaje, nie mieści się jednak w standardach społeczności, w której się pojawił niczym deus ex machina. "Cha, cha! Jak można kochać dwie kobiety naraz? Jakimś odmiennymi dwiema miłościami? To ciekawe ... biedny idiota! Co z nim teraz będzie?" (to też zresztą jeden z rysów biografii pisarza).

Na dodatek jeszcze te drugo- i trzecioplanowe postacie, "oni wszyscy tam są przewrażliwieni, drobiazgowi, egoistyczni, pyszałkowaci, wulgarni" i poboczne epizody, które jedynie zaciemniają tło, gmatwając je i pozostając bez znaczenia dla zasadniczego wątku, zacierając dramat kobiety, która "wyobraża sobie, że jest najbardziej upadłą, najbardziej grzeszną istotą na całym świecie. (...) bez ustanku krzyczy jak szalona, że nie uznaje żadnej swojej winy, że jest ofiarą ludzi, ofiarą rozpustnika i niegodziwca; ale cokolwiek by mówiła (...) ona pierwsza nie wierzy sobie i że przeciwnie, w swoim sumieniu jest najzupełniej przekonana, iż wina ... leży wyłącznie po jej stronie." a jednocześnie "w tym ciągłym uświadamianiu sobie hańby ona może znajdowała właśnie jakąś okropną, nienaturalną rozkosz, rozkosz dokonywanej na kimś zemsty."

Nie panując nad jednym związkiem, choć to za dużo powiedziane, główny bohater uwikłał się w kolejny. Wydaje się, że nic nie powinno stanąć na przeszkodzie ich szczęści, bo przecież kobieta, którą kocha sama o nim mówi - "nie spotkałam w życiu człowieka, który byłby do niego podobny ze szlachetnej prostoty ducha i bezgranicznej ufności do ludzi. (...) każdy, kto chce, może go oszukać, a każdemu kto go oszuka, on później przebaczy; i za to go właśnie pokochałam ...". Ale prostoduszność, szczerość i prawdomówność, w pełnym zepsucia świecie, w którym "szczerość i szlachetność, dowcip i wysoka godność osobista polega tylko na wspaniałym kunszcie", w połączeniu z niedojrzałością, staje się przyczyną tragedii.

By jednak tego się dowiedzieć, trzeba przejść chwilami drogę przez mękę, choć z drugiej strony warto. Dla wytrwałych.  

niedziela, 2 marca 2014

Mój biedny Fiedia. Dziennik, Anna Dostojewska

Po "Wspomnieniach" Anny Dostojewskiej, postanowiłem zrobić "dogrywkę" i sięgnąłem po jej dziennik obejmujący okres od kwietnia do sierpnia 1867 roku pisany podczas pobytu państwa Dostojewskich zagranicą.

Wow ...! Co za różnica pomiędzy wygładzonymi (tu nie ma już szacownego Fiodora Michajłowicza - Anna tylko raz używa takiego określenia, ani "mojego męża", zamiast tego jest Fiedia) przez staruszkę u schyłku życia wspomnieniami,  a prowadzonymi na co dzień zapiskami młodej kobiety, która swoje odczucia mogła powierzyć tylko kartkom notatnika - "W domu nie mogę nic robić, nic nie przychodzi mi do głowy, tylko ta nieodłączna rozpacz, która mnie pożera i męczy. Nie mam jej z kim podzielić, a przecież znosić wszystko w samotności jest o wiele ciężej, o wiele trudniej", choć gdy zaczynała zapiski nie przewidywała w najgorszych snach jaka będzie ich treść.


Coś niesamowitego! Nie jest to wielka literatura ale czyta się świetnie, a przede wszystkim czuje się autentyczność i szczerość zapisków. Annie w niezamierzony sposób udało się stworzyć dwa wspaniałe, naturalne portrety a właściwie autoportret oraz portret, i muszę powiedzieć, że nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że jej konterfakt jest mniej interesujący niż portret Dostojewskiego. A w dodatku, co zakrawa na ironię losu, "Mój biedny Fiedia" stanowi jakby drugą stroną medalu, który pomagała tworzyć Dostojewskiemu w "Graczu", stanowiąc opis rzeczywistości widzianej z punktu widzenia ofiary nie hazardu lecz hazardzisty.

Któż by się tego po niej spodziewał?! Pewnie i Anna sama tego się nie spodziewała. To nic, że w pełni zasłużyła sobie na złośliwy przydomek "Madame Silbergrosik", to nic że emocjonalnie jest jeszcze podlotkiem, który musi szybko dorosnąć, zwykłą kobietą, która nagle znalazła się w niezwykłych dla siebie okolicznościach, zdana tylko na siebie.

Miłość do męża i pragnienie tej miłości jest leitmotivem jej dziennika - "Fiedia bardzo mnie kocha. Bardzo. I to jest całe moje szczęście. I to jest całe moje życie." Z jej strony musiało to być naprawdę wielkie uczucie, bo poniżenie jakiego doznawała mało która kobieta potrafiłaby znieść. Okazuje się, że wizerunek męża, który zaserwowała po latach we "Wspomnieniach", wykorzystując zresztą "Dziennik" to bajka mocno pociągnięta politurą, a jej związek w okresie, kiedy zwykle wszystko przedstawia się w różowych kolorach, pozostawiał, delikatnie mówiąc, sporo do życzenia - "Fiedia się strasznie rozzłościł, tym razem również na mnie, i powiedział, że skoro jestem głupia, to lepiej by było, gdybym trzymała język za zębami".

Kłótnie w tym młodym małżeństwie były w czasie pobytu w Niemczech w zasadzie normą. I to nie Anna jest ich inicjatorką - "Nie lubię się kłócić: na sercu robi się ciężko, myśli robią się smutne, nic nie chce się robić! Wolę już ustąpić, byleby zachować spokój." To nie było przekomarzanie się ani zwykłe sprzeczki.  Któregoś dnia rzucił się na nią z wymysłami, "pytając gdzie byłam, gdzie zachodziłam, jakbym mogła przez te 3 minuty gdziekolwiek zajść" - a awanturę o spóźnienie robi to człowiek, który sam spóźnił się z powrotem do domu z kasyna o ... tydzień. Fakt, pisał do niej w tym wcześniej ale ona nie czekała na listy, czekała jak pisze "na samego Fiedię". Co z tego, że Frankfurt, w którym chwilowo zamieszkali podoba się jej - "wszystko to jest tak piękne, że trudno sobie wyobrazić, i tylko żal mi było, że nie ma przy mnie Fiedi. Bez niego nic nie wprowadza mnie w zachwyt."  

A do szczęścia nie trzeba jej wiele. Jest tak emocjonalnie uzależniona od Dostojewskiego, że po największej awanturze, wystarczy z jego strony lada jaki gest i kilka ciepłych słów by pisała o wielkiej miłości. Stopniowo, na początku prawie niezauważalnie emocje powoli dają znać o sobie osiągając apogeum w Baden-Baden. Ich położenie staje się tam rozpaczliwe - "Ta wieczna nędza, te wieczne prośby o pieniądze ciągle pokazują jej nasze materialne położenie, które naprawdę nie jest do pozazdroszczenia." do tego stopnia, że rozważają nawet kwestię powrotu ale tego Anna boi się jeszcze bardziej. Nie dopuszcza do siebie myśli, że mieliby wrócić do Petersburga bo wie co ją tam czeka  - "kiedy pomyślę, że mamy wrócić do Petersburga, to ciarki mi chodzą po plecach. Wówczas wszystko się zmieni. Znów Fiedia będzie rozdrażniony. Znów zacznie przy rodzinie okazywać mi chłód i traktować ironicznie, ze złością. Myśl, że nasze szczęście mogłoby się rozpaść, sprawia mi taki ból, że wcale nie chcę wracać do domu."

Był jeszcze jeden powód, dla którego Anna obawiała się powrotu - "Wydaje mi się, że kiedy wrócimy do kraju, Fiedia przestanie mnie kochać. Ciągle jeszcze nie jestem przekonana o jego miłości. Ciągle się boję, że to miejsce w jego sercu, które teraz zajmuję, zajmie inna. Wydaje mi się, że ten człowiek nigdy jeszcze nie kochał; że tylko się mu wydawało, iż kochał; że prawdziwej miłości nie zaznał. Dlatego też myślę, że nie jest zdolny do miłości." A nie były to obawy bezpodstawne bo także w czasie pobytu zagranicą Dostojewski korespondował z "największą namiętnością jego życia" Apolinarią Susłową, co prawda ukrywając listy od niej przed Anną ale nie na wiele się to zdało, gdyż ta korzystając z jego nieuwagi albo nieobecności przeglądała jego korespondencję. To być może nieczyste sumienie Dostojewskiego było przyczyną scen zazdrości jakie jej urządzał.

Życie w Baden-Baden było na prawdę trudne, a Anna bez mrugnięcia okiem  znosiła początkowo bez ekscesy Fiodora - "przez pierwszy miesiąc cierpiałam bez szemrania i nie powiedziałam ani jednego słowa, nawet kiedy brał ostatnie pieniądze". Ale nawet do niej zaciera w końcu coś docierać, do tego stopnia, że męża, którego tak podziwia i uwielbia nazywa "głupcem i durniem" co wcześniej był nie do pomyślenia. Dostrzega, że ten "wielki człowiek" ma równie wielkie skazy - "Fiedię trzeba koniecznie bronić nie tylko przed innymi, lecz również przed nim samym, ponieważ nie ma woli, aby zapanować nad sobą. Powie, obieca, da nawet słowo honoru, a postąpi właśnie zupełnie odwrotnie, niż obiecał." i przyjmuje nawet do wiadomości, że być może inni mogą mieć rację w ocenie jego zachowania - "Fiedia uchodzi (...) za człowieka, który wszystkich zaczepia. To bardzo źle, ponieważ przy następnej "historii" krupierzy mogą mu zwrócić uwagę, iż ciągle wywołuje awantury, i wówczas będzie musiał przestać chodzić na ruletkę." Ale znowu wystarczy cieplejszy gest z jego strony by Anna wszystko puszczała w niepamięć i pisała o miłości. Do następnego razu, kiedy znowu odbierze jej pieniądze, zastawi rzeczy w lombardzie i będzie obwiniał o kolejną przegraną w kasynie.

Czego więc spodziewać się po pozostawionej samej sobie przerażonej całą sytuacją młodej kobiecie, wychowaną w cieplarnianych warunkach - opanowania i konsekwencji?! Sytuacja stawała się rozpaczliwa - "Czekając na Fiedię, cierpiałem okropnie: płakałam, przeklinałam siebie, ruletkę, Baden, wszystko" a wahadło zmiany nastrojów wychylało się coraz bardziej. Anna miota się od uświadomienia sobie, że w tym związku nie ma mowy nie tylko o żadnym partnerstwie ale o zwykłym poczuciu obowiązku - "czy na Fiedi nie ciąży obowiązek w stosunku do mnie, czy nie oddałam mu swego życia, czy nie oddałam mu swej duszy, czy nie jestem gotowa cierpieć, żeby tylko on był szczęśliwy? On tego zupełnie nie ceni." do miłości.

Trudno powiedzieć czy to kobiecy instynkt czy bezwolność sprawiła, że nie opierała żądaniom Dostojewskiego, który potrafił w ciągu dnia przegrać pieniądze, za które mogli utrzymać się przez rok - "Mówił, że wolałby, żeby jego żona była ordynarną awanturnicą. Ale Bóg dał mu żonę potulną, która zamiast na niego krzyczeć, tylko pociesza i wybacza." Ale i to na niewiele się zdawało skoro dalej grał i przegrywał wszystko co mieli. Owszem wywoływało to u niego poczucie winy, tylko co z tego, skoro nie odnosiło żadnego skutku. 

Do tego wszystkiego doszła ciąża Anny, którą znosiła bardzo źle - nic dziwnego w tych okolicznościach. Ale wystarczy, że Fiodor wieczorem przyniesie zakupy ze sklepu a ona już jest szczęśliwa - "żyję sobie przy nim jak u Pana Boga za piecem. (...) Jest to bardzo, bardzo miły człowiek, ten mój mąż, miły i prosty i ja jestem taka szczęśliwa." Tyle, że gdy trzeba wyjść z domu między ludzi świadomość upokorzenia wraca - "dookoła wyelegantowane damy - po prostu mi dojadło. Ja też jestem ambitna i nie chcę być ubrana gorzej od jakiejś pierwszej lepszej paniusi, która może wcale nie jest mnie warta, a tutaj przyjeżdża dobrze ubrana, a ja ciągle chodzę w starej czarnej sukience, w której mi strasznie gorąco i która na dodatek jest zła. Ale co robić, kiedy inaczej być nie może." Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że ta pokora i uległość ma ogólniejszy wymiar. Nie - ona jest tylko zastrzeżona w stosunku do Fiedii - w stosunku do innych, z którymi spotyka się na co dzień: gospodyni, służących, sąsiadów w czytelni nic z tego już nie ma, i Anna jest ich surowym i często niesprawiedliwym sędzią.

To mógłby być wspaniały materiał na powieść dla Fiodora, ale cóż - musiałby zrozumieć,  że żona nie stanowi tylko tła dla męża, a kobieta nie stanowi tylko tła mężczyzny tak jak się do dzieje w jego powieściach. Może i dobrze się stało, że nie spożytkował zapisków Anny - prawdopodobnie mielibyśmy wówczas kolejną wielką powieść a tam mamy prawdę o wielkim pisarzu. Polecam.

środa, 26 lutego 2014

Wspomnienia, Anna Dostojewska

To książka mojej Mamy. Stała i stała, stała i stała ... a że jestem przed przypomnieniem sobie "Braci Karamazow" w ramach "przygotowania gruntu" więc postanowiłem ją, nie bez obaw, "odkurzyć". Nie jest to lektura porywająca i zapierająca dech w piersiach ale na pewno zasługuje na uwagę, już choćby z tego względu, że to "policzek w twarz" feministek, bo trudno inaczej nazwać książkę, w której celem życia kobiety jest troska o szczęśliwe życie męża i sprowadzenie do roli mężowskiego "sługi i podnóżka". 


Anna nawet nie ukrywa swego wiernopoddańczego stosunku do męża - "bezgranicznie kochałam Fiodora Michajłowicza, nie była to jednak miłość fizyczna, namiętność, która mogłaby pojawić się u kobiety równej mu wiekiem. Moja miłość była czysto duchowa, idealna. Było to raczej uwielbienie dla człowieka, tak bardzo utalentowanego i posiadającego tak wielkie wartości moralne."

Jednak nawet spoza zasłony dymnej kadzidła można dostrzec obraz Dostojewskiego, który niewiele ma wspólnego z tymi "wielkimi wartościami moralnymi". Dużo starszy od żony, mogący być jej ojcem, urządzał jej sceny zazdrości, które musiały być czymś rzeczywiście przykrym bo wspomina o niech wielokrotnie - "przyjemność moich wyjazdów z domu często psuły nieoczekiwane i niczym nie uzasadnione wybuchy zazdrości ze strony Fiodora Michajłowicza, co stawiało mnie niekiedy w głupiej sytuacji", "wściekły, niemal niepoczytalny staje się mój kochany mąż w chwilach zazdrości""zareagował wybuchem gniewu i stekiem obraźliwych słów". A przecież Anna pisze "Wspomnienia" po latach, gdy z reguły wypieramy z pamięci przykre doznania dając pierwszeństwo temu co dobrze i ciepło w niej się zapisało.

Z "wielkimi wartościami moralnymi" nie bardzo licuje hazard, któremu Dostojewski namiętnie się oddawał w czasie czteroletniego pobytu za granicą, do tego stopnia, że państwo Dostojewscy nie mieli co do garnka włożyć. Było tam naprawdę źle skoro Anna pisze, że "to było coś koszmarnego". Ale nawet w odniesieniu do tego okresu usiłuje dopatrzeć się w mężu pozytywów, choć przybiera to karykaturalny wydźwięk, gdy pisze: "często zatrzymywaliśmy się przed wystawami wspaniałych sklepów i Fiodor Michajłowicz wybierał biżuterię, którą podarowałby mi, gdyby był bogaty. Należy oddać sprawiedliwość: mój mąż posiadał dobry gust i wybrane przez niego klejnoty były zachwycające". Zapomina jakby przy tym, że trochę wcześniej też posiadający dobry gust mąż zastawił jej biżuterię w lombardzie by mieć co przegrywać w kasynie oferując za to ... widok biżuterii w sklepie.

Chciałoby się zapytać Anny Dostojewskiej - "pani kpi czy o drogę pyta?" gdy zapewnia, że ręczy za wiarygodność "Wspomnień" i "całkowitą bezstronność w opisie postępowania pewnych osób" - bo na pewno nie obejmuje ona jej męża. Nie kwestionuję szczerości jej pragnienia "przedstawienia czytelnikom Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego ze wszystkimi jego zaletami i wadami, takiego, jakim był w swym życiu rodzinnym i osobistym" tyle tylko, że kończy się na pragnieniu. Anna jest strażniczką pomnikowego wizerunku męża, co zresztą z jej punktu widzenia jest naturalne i nieodosobnione, by przypomnieć tylko postawę wdowy po Ryszardzie Kapuścińskim.

Ale ten pomnikowy wizerunek pisarza rwie się w szwach. Z Dostojewskiego wychodzi bowiem cham i prostak, kiedy przed swoją narzeczoną roztacza zachwyty nad poprzednim obiektem swoich westchnień, Anną Korwin-Krukowską mówiąc, że "to jedna z najwspanialszych kobiet jakie spotkałem w życiu" i w dodatku kłamiąc, że to on "zwrócił jej słowo", albo gdy pytał się Anny widząc po raz pierwszy jej matkę chrzestną "kto tu jest chrzestną matką? Tyś ją trzymała do chrztu, czy ona ciebie?" (panie dzieliła różnica 16 lat). Cóż za delikatność i takt, prawdziwie rosyjski człowiek - ruski czołg. Z drugiej stronu, nie wątpię, że coś z wyglądem Anny musiało być na rzeczy. Małżeństwo z Dostojewskim "średnio" jej służyło, skoro mimo dzielącej ich różnicy wieku (24 lata) zdarzało się, że niektórzy brali ich za to samo pokolenie.

Dla delikatnej, wrażliwej dziewczyny, by nie powiedzieć histeryczki, która nie do końca wiedziała w co się pakuje, proza życia małżeńskiego z Dostojewskim to musiał być szok, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie jego chorobę (epilepsję)  - "Słysząc jego nie kończące się godzinami krzyki i jęki, widząc jego zmienioną cierpieniem twarz, jego oczy szaleńczo znieruchomiałe, zupełnie nie rozumiejąc jego nieskładnej mowy, byłam prawie przekonana, że mój najdroższy, ukochany mąż zwariował. I jakżeż przerażona byłam tą myślą!".

Anna stając w obronie pamięci męża, z którym miała krzyż Pański, prawie przez wszystkie lata związku z nim z trudnością wiążąc koniec z końcem, bo naiwność Dostojewskiego w prozaicznych sprawach codziennego życia, w tym także w sprawach finansowych graniczyła z głupotą, wystawia mimowolnie pomnik samej sobie. Dla kobiety tkwiącej w związku z "toksycznym" nadwrażliwcem-histerykiem, przekonanym o własnej wyjątkowości i wielkości i sfrustrowanym sukcesami innych (list Strachowa do Tołstoja, rzuca zupełnie inne światło na Dostojewskiego niż to, którym chce oświetlić pamięć o nim Anna) musiała być to prawdziwa katorga, którą mogła znieść chyba w dużej mierze za sprawą swojej naiwności i prostoduszności, której wielokrotnie daje dowód.

czwartek, 12 września 2013

Dostojewski, Stanisław Mackiewicz (Cat)

Z biografiami pisarzy mam zawsze pewien kłopot - kiedy je czytać? Zanim pozna się twórczość, opowieść o dziele pisarza jest zwykle abstrakcją a na dodatek ukierunkowuje jej odbiór. Z kolei poznanie biografii, że tak powiem - post factum, pozbawione jest już smaczku, który związany jest z odkrywaniem nowego. 


Ja wybrałem drogę pośrednią - sięgnąłem po biografię Dostojewskiego w trakcie poznawania jego dzieła i chyba był to dobry wybór. Może dlatego, że z jednej strony książka Stanisława Mackiewicza jest świetnie napisana, z drugiej miałem już niejakie pojęcia o tym, czego można się spodziewać w twórczości autora "Zbrodni i kary".

Książka daje wyobrażenie o życiu, poglądach i osobowości pisarza, ludziach wśród których się obracał i ideach, które wywarły na niego wpływ ale już chociażby z racji skromnej objętości książki ma się świadomość, że w gruncie rzeczy poznajemy tylko czubek góry lodowej. Mackiewicz, choć niewątpliwie był pod wrażeniem pisarstwa Dostojewskiego, to swojej książki nie pisał na kolanach, i patrzy na niego krytycznie. Trudno zresztą by było inaczej, skoro wiadomo, że był on "człowiekiem ponurym, zgryźliwym, zaczepnym, stale wywołującym awantury i nieznośnym w towarzystwie. Świadectwa wszystkich jego znajomych są absolutnie zgodne pod tym względem." Trudno pałać sympatią do kogoś "opętanego przez demona gry", kto "jak mały śmieszny, upokorzony, nikczemny biega z futrem żony po sklepach i błaga znajomych i nieznajomych o kilka monet" zresztą tylko po to by je zaraz przegrać w kasynie.

Na domiar złego Dostojewski rysuje się jak infantylny w swoich uczuciach nastolatek, gdy czyta się o jego zapewnieniach dawanych  "nikomu niepotrzebnej babie, że będzie tym samym co jej kochanek, okrągłe zero ludzkie", zwłaszcza że tego rodzaju wyznania z uporem godnym lepszej sprawy adresował co jakiś czas do kolejnych miłości swojego życia.

Obrywa się zresztą nie tylko jemu. Mackiewicz prezentuje zamknięty krąg literackiego światka Rosji, w którym  wszyscy znają wszystkich zaglądając przy tej okazji pod kołdrę także Tołstojowi, a jego spostrzeżeń, w rodzaju tego, że Tołstoj "bił rekordy koleżeńskie ilością aktów miłosnych spełnianych w ciągu jednej doby, a do swoich uciech zakupował hurtownie usługi całych personeli domów publicznych. Oto człowiek, o którym powiedzieć można, że propagandę wstrzemięźliwości płciowej rozpoczął ... w swoim czasie" na próżno szukać w nieco hagiograficznej biografii Szkłowskiego.

Nie ma się jednak co dziwić, przecież jak sam pisze, "wielcy ludzie portretowani "en pantoufles", to znaczy ze zbyt bliskiego dystansu i w ciągłej codzienności, wyglądają zwykle obrzydliwie", ale też widać, że nie po drodze mu z radzieckimi literaturoznawcami (swoją drogą, ciekawe czy kuksańce którymi ich obdzielił utrzymały się we wcześniejszych polskich wydaniach). 

Jednak przede wszystkim książka Mackiewicza jest próbą odczytania osobowości pisarza poprzez jego dzieła i trzeba przyznać, że wiele wątków z życia samego Dostojewskiego i jemu współczesnych w tej twórczości da się bez trudu odnaleźć nawet w tych dwóch jego książkach, które ostatnio przeczytałem. Mackiewicz definiuje "dostojewszczyznę" jako "postawę ludzi stojących na granicy obłędu, nie umiejących opanować swych namiętności szaleńczych lub dziwacznych" gdzie "istota natury ludzkiej to bezgraniczne sprzeczności moralne, które wewnątrz człowieka z sobą walczą, które w duszy człowieka staczają ustawiczny, wściekły bój" a "cnoty i podłości walczą zawsze wewnątrz człowieka i o panowanie nad tym człowiekiem."

Z drugiej jednak strony sporo jest przesady w tym, gdy twierdzi, że "czytanie powieści Biesy bez znajomości politycznych i społecznych stosunków Rosji z czasów Aleksandra II jest zajęciem dość jałowym", równie dobrze można by powiedzieć, że ci którzy nie byli w Dublinie powinni darować sobie czytanie "Ulissesa" Joyce'a a nieznający Gdańska "Blaszany bębenek" Grass'a. Niewątpliwie znajomość realiów pomaga ale i bez książka robi wrażenie. A już dopatrywanie się pornografii i sadyzmu w usuniętym przez cenzurę rozdziale "U Tichona" (vel "Spowiedź Stawrogina") jest zupełnym nieporozumieniem. 

Duże poczucie niedosytu pozostawia właściwie niewyjaśniona geneza niechęci Dostojewskiego do Polaków. Owszem, kwestii tej Mackiewicz nie przemilcza i porusza ją kilkukrotnie, pisząc m.in. że pisarz "za swoją misję uważał powstrzymywanie penetracji kultury polskiej do Rosji. Świat słowiański może się zgromadzić dookoła Rosji tylko po wyklęciu Polski - myślał. Stworzył typ "polaczka", "polaczyszki", powołującego się wciąż na swój honor, a w istocie oszusta i nikczemnika, i taki typ odwiedza po kolei prawie wszystkie jego powieści". Ale oprócz tego, że w odczuciach tych Dostojewski solidaryzował się ze słowianofilami (którym Mackiwicz poświęca zresztą sporo uwagi) trudno znaleźć coś konkretnego.

W książce Mackiewicza Dostojewski to przewrażliwony na własnym punkcie nieledwie neurastenik, który ma "przekonania ludowe, nacjonalistyczne, religijne, monarchistyczne" i  który "chciał być pisarzem rosyjskim" a "przez swój związek z Ewangelią stał się człowiekiem uniwersalistycznym".

Aż trudno uwierzyć, że napisana z pazurem książka ma blisko 3/4 wieku i choć, jak już wspomniałem, ma się po jej lekturze poczucie niedosytu, to jednocześnie zaostrza ona apetyt na Dostojewskiego.

piątek, 6 września 2013

Biesy, Fiodor Dostojewski

Sam jestem zaskoczony. Nigdy nie przypuszczałem, że lektura Dostojewskiego może wywołać uśmiech tyle, a trudno się nie uśmiechnąć gdy czyta się iście gogolowską charakterystykę Stiepana Trofimowicza, albo wzmiankę o "staruszku, lat około pięćdziesięciu pięciu", która skojarzyła mi się dwiema scenami z "Lalki" Prusa. W pierwszej Rzecki obrusza się na odpowiedź Wirskiego indagowanego przez służącą pani Stawskiej, co do wieku Rzeckiego: "A młody on czy stary? - badała dalej, przypatrując mi się jak sędzia śledczy.
- Widzisz przecie, że stary! ... - odparł rządca.
- W średnim wieku ... - wtrąciłem. (Oni, dalibóg, niedługo piętnastoletnich chłopców zaczną nazywać starymi."

W drugiej z kolei, role się odwróciły, to Wirski jest zbulwersowany zaliczeniem go do starych i protestuje: "Mężczyzna pięćdziesięcioletni nie jest starym; jest dopiero dojrzałym ...
- Jak jabłko, które już spada".  


Skojarzeń, zresztą zaskakujących, jest więcej. Na przykład epizod, w którym wspominana jest popularna stara niemiecka piosenka "Oh, du lieber Augustin" przypomina ... baśń Andersena o "Świniopasie", w której tytułowy bohater skonstruował garnek z dzwoneczkami wygrywającymi właśnie melodyjkę "Ach, kochany Augustynie wszystko, minie, minie, minie!".

No i conradowski trop. Być może niektórzy pamiętają z "Czasu Apokalipsy" fragment wiersza T. S. Eliota "Wydrążeni ludzie" recytowany przez pułkownika Kurtz a z "Jądra ciemności" Mefistofelesa z papier-maché. Okazuje się tymczasem, że papierowi ludzie, to "wynalazek" Dostojewskiego - "Ludzie z papieru; wszystko to wypływa z lokajstwa myśli (...) Byliby strasznie nieszczęśliwi, gdyby Rosja przekształciła się jakoś nagle podług ich formułki i gdyby stała się szczęśliwa i niezmiernie bogata. Kogóż mieliby nienawidzić wtedy? Kogo opluwać? Nad czym się znęcać? To tylko zwierzęca, bezgraniczna nienawiść do Rosji, wżerająca się w organizm ... I nie ma w tym żadnych "łez niewidzialnych dla świata, poza zewnętrznym śmiechem"."

I choćby już z powodu tylko tego "znaleziska", z mojego punktu widzenia, lektura "Biesów" opłaciła się. To książka na swój sposób będąca wzbogaconą modyfikacją "Zbrodni i kary", przedstawiająca podobnie jak tam obraz ludzkich postaw - "ponurych miernot", której akcja toczy się w gubernialnym mieście będącym w istocie rzeczy zabitą dechami rosyjską prowincją. Także tu pojawia się motyw przeświadczenia, że istnieją ludzie "wyżsi", predyscynowani do rządzenia innymi, mogący w imię osiągnięcia władzy poświęcać życie innych, należący do "tych istot typowo rosyjskich, które zwykle znienacka olśniewa jakąś wielka idea i wnet przytłacza je sobą, czasem nawet bezpowrotnie", którzy "wychodzą od nieograniczonej wolności dochodzą zaś do nieograniczonego despotyzmu".

Bez wątpienia "Biesy" są jednak bogatszą od "Zbrodni i kary" powieścią biorąc pod uwagę ilość wątków. Wydaje mi się, że kwestia rewolucji i jej niszczycielskiego oddziaływania na ludzi, która wysuwa się na plan pierwszy jest w gruncie rzeczy tylko pretekstem do przedstawienia problemu zła a tytuł powieści może być odczytywany na dwa sposoby. Z jednej strony jako symbolizujący zło, jakim był chociażby "eksperyment człowieka zblazowanego, podjęty, aby się przekonać, do czego można doprowadzić obłąkaną kobietę", będące immanentną częścią człowieka, wynikające z jego "wewnętrznych potrzeb", co widać najlepiej w rozdziale "U Tichona". Z drugiej zaś, jako zło pochodzące z zewnątrz, któremu człowiek poddaje się mniej lub bardziej świadomie. Zaskakujące jest przy tym niezrozumienie własnego położenia, zgoda na poddanie się temu złu bez uzmysłowienia sobie rzeczywistych konsekwencji takiego czynu, który jest wynikiem fałszywego rozumienia własnej wolności i staje się drogą donikąd - "wolność będzie wtedy dopiero, gdy już będzie obojętne: żyć czy umierać. Oto cel wszystkiego". 

"Biesy" uchodzą za powieść z kluczem, być może, ale jeśli nawet tak jest, to przynajmniej w moim przypadku, okazało się, że zamek do tego klucza okazał się mocno zardzewiały, w niczym to jednak nie przeszkadza lekturze, choć nie wątpię, że dodawał jej pikanterii w czasach współczesnych Dostojewskiemu. Dzisiaj klucz ten czytelny jest zapewne tylko dla znawców historii i literatury rosyjskiej i szczerze mówiąc nie specjalnie odczułem jego braku.