Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klukowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klukowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2015

Zamojszczyzna 1944-1959, Zygmunt Klukowski

Nie tak dawno minął "Dzień żołnierzy wyklętych" a ja dziwnym zbiegiem okoliczności byłem w trakcie lektury dzienników Zygmunta Klukowskiego obejmujących lata 1944-1959. Mówiąc ściśle, regularne zapiski diariusza kończą się we wrześniu 1946 roku potem pojawiają się już nieregularnie by zostać zastąpione wspomnieniami (jako więzień Klukowski z oczywistych względów nie mógł prowadzić notatek) by w ostateczności zostać zwieńczone listami m.in. do narzeczonej syna, który został skazany na śmierć jako członek organizacji podziemnej.

Ta część dzienników, w przeciwieństwie do tych dotyczących okresu okupacji niemieckiej nie miała naturalnie żadnych szans na opublikowanie do 1989 roku. To szokująca lektura, pokazująca trudną do uwierzenia skalę zakłamania powojennej historii Polski, zwłaszcza dla kogoś, kto uczył się najnowszej historii Polski z podręczników wydanych "za komuny", kiedy obowiązywała wersja o zwalczaniu reakcyjnych band przez bohaterskich funkcjonariuszy MO i UB. Z drugiej strony, dzisiaj to książka niewygodna dla tych, którzy bolesną prawdę na temat "żołnierzy wyklętych" traktują jako próbę dezawuowania ich odwagi i poświęcenia.


Można być zszokowanym  gdy czyta się pod datą 1 września 1945 roku - "Zaczynamy dziś szósty rok wojny. Chociaż pozbyliśmy się straszliwego wroga - Niemca, to jednak w dalszym ciągu mamy przed sobą wielką niewiadomą. Bo trudno przewidzieć, jak się w końcu ułożą nasze stosunki z Sowietami i czy nie wypadnie jeszcze staczać z nimi ciężkiej walki." W dzienniku Klukowskiego nie ma żadnego poczucia wyzwolenia, dla niego była to kolejna okupacja, wcale nie mniej dotkliwsza niż niemiecka - "Wojna z Niemcami się skończyła, w wielu krajach ludzie swobodnie odetchnęli, tylko my w dalszym ciągu żyjemy w ciężki warunkach niewoli, stale narażeni na gwałt, terror i barbarzyńskie napady rzekomych przyjaciół-sojuszników, a w rzeczywistości - okupantów nie lepszych od Niemców."

Nie mniej jednak mimo zdecydowanie wrogiego stosunku do nowej władzy Klukowski dostrzega różnice, które wykorzystywali też komuniści - "Mimo całej obecnej nagonki na AK, odczuliśmy wszyscy, że jednak duża jest różnica wobec okupacji niemieckiej, bo przy Niemcach nie do pomyślenia była żadna kulturalna impreza polska." I chociaż społeczeństwo wyraźnie było przeciwne komunistycznej władzy, oznaki tego wielokrotnie przewijają się w dzienniku, to jednak szafowanie przez nią narodowymi symbolami musiało robić na ludziach wrażenie. "Szeregi organizacyjne topnieją coraz bardziej: coraz więcej oficerów i podoficerów idzie do wojska, bardzo dużo jest aresztowanych, a reszta traci grunt pod nogami i nie wie, co ma ze sobą robić. Tylko nieliczna garstka trwa na swoim niezłomnym, bezkompromisowym stanowisku." 

Sam Klukowski aczkolwiek był zdecydowanym przeciwnikiem komunistów to jednak nie do końca ignorował nowe porządki. Mimo, że on sam chyba tego tak nie traktował i do tego się nie przyznaje, to jednak w jakiś sposób się z nimi godził bo przecież uczestniczył w życiu kulturalnym, wydawał książki czy z ramienia Polski zeznawał jako świadek w Norymberdze. Widać że musiał dostrzegać rozdźwięk w społeczeństwie, które z czasem coraz bardziej zapewne pragnęło "świętego spokoju" bo pojawiają się u niego passusy o "myślącej części społeczeństwa", która "jest zgnębiona, jak nigdy nie bywało nawet za okupacji niemieckiej. Panuje wszechobezwładniająca bezradność. Nie widzimy przed sobą jaśniejszego jutra, ale nie chcemy też poddać się biernie tokowi wydarzeń i podporządkować garstce rządzących, będących całkowicie na usługach Moskwy. Wszystko się w nas przeciwko temu buntuje." Tak jakby była jeszcze niemyśląca część społeczeństwa, dla której jest to obojętne albo dla której taki stan jest do zaakceptowania.

I chyba nie należy się temu społecznemu zmęczeniu dziwić bo swoją rolę w nim odegrały ciemne strony działalności podziemia. Klukowski dostrzegał je, zwłaszcza że sam padł ich ofiarą i tylko przypadkowi zawdzięczał, że wyszedł z opresji cało - "Walka z bandytyzmem jest ogromnie trudna. Obecne władze państwowe są bezsilne. Niestety, nie widzę, aby i dowództwo podziemne starało się tępić tę straszną plagę. Mam nawet wrażenie - zresztą całkiem uzasadnione - że na tego rodzaju wyczyny dowództwo patrzy dziwnie pobłażliwie, najwyraźniej przez palce." Przyczyn tego stanu rzeczy dopatrywał się w fakcie, że "do berlingowskiego wojska chłopcom naszym iść nie pozwolono, nie zaopiekowano się nimi tak, jak należało, puszczono samopas, żołd wypłacano w wysokości niewystarczającej, by się utrzymać, zwłaszcza dla tych, którzy lubią i wypić, i zabawić się. Przy słabszych więc podstawach moralnych, odzwyczajeniu od zwykłej pracy, zaprawieni w różnych gwałtach, niektórzy łatwo zaczęli pozbywać się skrupułów i stali się faktycznie bandytami. Dlatego podobne napady rabunkowe, dokonywane przez byłych żołnierzy dywersji, w ostatnich czasach są zjawiskiem niemal codziennym." 

Można mówić o postępującej z czasem ambiwalencji jego stosunku do ludzi podziemia, gdy pisze: "zauważyłem, że kilkuletnia konspiracja i specjalne warunki pracy wycisnęły na tych ludziach swoiste piętno. Przeważnie żyją w stosunkowo ciasnym świecie, widzą tylko walkę podziemną, oderwani są od nurtu normalnego życia społecznego, w większości zarozumiali, bardzo pewni siebie, niektórych opanowała wyraźnie mania wielkości. Jedynie siebie uważają za posłanników ideowych, gotowi pomiatać i pogardzać każdym, kto nie bierze udziału w ruchu konspiracyjnym. Są to swego rodzaju fanatycy, apodyktyczni w sądach, nawykli do rozstrzygania wielu spraw za pomocą siły, o przytępionej wrażliwości na dokonywane z ich rozkazu akty gwałtu i bezprawia, jak na przykład rozmaite ekspropriacje, likwidowanie szkodliwych ludzi na mocy własnej decyzji. Lecz równocześnie są pełni poświęcenia, stale narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, ścigani i prześladowani, nie mają od wielu lat własnego kąta, pędzą tułacze życie, często brudni i zawszeni. Przed sobą mają jeden jedyny cel i dążą do niego z fanatyczną wiarą w zwycięstwo." Nie ma jednak wątpliwości co do tego, po której stronie się ostatecznie opowiada.

To co w dzienniku Klukowskiego zwraca uwagę, to ezopowy język opisujący działalność podziemia - nigdy nie pisze o mordach, rzadko o zabójstwach, znacznie częściej można przeczytać o likwidacji, uziemieniu, załatwieniu, rozwaleniu, rąbnięciu itp. itd. Wydaje mi się, że wynikało to z jednej strony ze świadomości, że często zabójstwa te były aktami bandytyzmu, z drugiej strony trudno było komuś, kto opowiedział się po stronie podziemia nazwać wprost w ten sposób działalność jego członków, choć i to się zmieniło po tym jak na sobie doświadczył tego rodzaju indywidualnej "inicjatywy" żołnierzy państwa podziemnego.

"Zamojszczyzna" stanowi pasjonujący obraz "w pigułce" Polski tuż "po wyzwoleniu", także dla tych, którzy, tak jak ja nigdy jej choćby tylko przejazdem, nie odwiedzili. Polecam. 

piątek, 6 lutego 2015

Zamojszczyzna 1918-1943, Zygmunt Klukowski

Gdyby nie łamiący język wierszyk Brzechwy "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" pewnie mało kto słyszałby o tym miasteczku, którego "piewcą" był Zygmunt Klukowski i który musiał przeżyć spory szok, kiedy tam trafił w 1918 roku bo to co zobaczył nie napawało optymizmem - "przede wszystkim wszędzie błoto - na rynku, na wszystkich ulicach. Tylko główna ulica, stanowiąca część szosy wiodącej z Zamościa do Biłgoraja, była wybrukowana kocimi łbami. Tylko na głównej ulicy ułożone były wąskie chodniki z klinkieru, a poza tym gdzieniegdzie z desek. Koło wikarówki, w poprzek szosy, przebiegała kanał z nieczystościami, wiecznie niemożliwie śmierdzący. W całym mieście były tylko trzy studnie publiczne, ani jednego publicznego ustępu, na ulicach ani jednej latarni. W nocy gdy nie świecił księżyc, panowały nieprzebrane ciemności. Domy na zewnątrz zaniedbane, nietynkowane, brudne. Po rynku i przyległych ulicach łaziły świnie, które zresztą były nawet pożyteczne, bo oczyszczały trochę miasto. Słowem, wszędzie brud i smród."

Nie lepiej było i z mieszkańcami Szczebrzeszyna - "Ludność tak była do wszy przyzwyczajona, że ich obecność wcale jej nie raziła. Niektórzy nie kąpali się przez całe życie" Gdy kazał przy przyjmowaniu do szpitala wykąpać jakąś staruszkę, ta zaczęła go "błagać, żeby jej tego nie robić: "Ostatnim razem się kąpała, jakem za mąż wychodziła, a teraz na stare lata, pan doktor chce mi taką krzywdę robić""


Ale co w sumie "wielkie mi co", "smród, brud i ubóstwo", to przecież żadne odkrycie i co tak właściwie może być interesującego w zapiskach dotyczących jakiejś dziury zabitej dechami, o której na dobrą sprawę nawet nie bardzo wiadomo gdzie leży? Otóż okazuje się, że może, bo zapiski te dotyczą tak naprawdę społeczności miasteczka, w której, jak w soczewce skupia się los polskiej prowincji w czasie wojny.

"Zamojszczyzna" nie jest książką jednolitą, w tym znaczeniu, że okres 1918-1939 ma formę anegdotycznych wspomnień, choć jak widać z tej niewielkiej próbki jest to bardzo gorzka anegdota. Ale ta poetyka raptownie zmienia się w czerwcu 1939 roku, kiedy zapiski przybierają formę pisanego na bieżąco dziennika. To dokument burzący nasze dobre przekonania o nas samych, o postawie społeczeństwa podczas okupacji, nie tylko dotykający "dyżurnego" tematu stosunków polsko-żydowskich (a Klukowski bynajmniej nie należał do filosemitów) ale także postawy wobec Niemców i relacji polsko-polskich. "Zamojszczyzna" jest tym bardziej ciekawa, niepokojąca i uwierająca nasze narodowe ego, że pisana jest przez człowieka nietuzinkowego, patriotę, człowieka wykształconego i o szerokich horyzontach a w dodatku bystrego obserwatora, któremu stanowisko dyrektora i lekarza miejscowego szpitala zapewniało doskonałe miejsce obserwacji.  

Miasteczko w 1939 roku przechodziło z rąk do rąk, najpierw byli w nim Niemcy, potem Rosjanie - "Żydzi szczebrzeszyńscy witali ich entuzjastycznie, cały dzień stali na ulicy, krzyczeli: "Niech żyje Armia Czerwona!", częstowali jabłkami, ustawiali osobno dzieci, które też witały bolszewików z wyciągniętymi pięściami." a już wcześniej "ukazali się w mieście komuniści cywile z czerwonymi opaskami na lewym ramieniu. Około godziny czwartej wyszedłem na miasto, żeby zobaczyć co się dzieje. Trzeba mieć bardzo mocne nerwy, żeby znieść widok szmatławych, oberwanych wyrostków żydowskich rewidujących żołnierzy polskich, odbierających im nie tylko broń, pasy, czasem konie, lecz nawet ściągających im buty; przejmują całą władzę w mieście w swoje ręce". 

Zawsze mnie zastanawiało, jak społeczność która przez tyle lat mieszkała w Polsce w ten sposób mogła demonstrować wrogość wobec państwa, którego była obywatelami? I jeśli weźmie się ten sposób manifestacji uczuć Żydów do Polski, to wydaje się oczywiste, że rewanż, gdy Szczebrzeszyn znowu trafił w ręce niemieckie był tylko kwestią czasu i nie trzeba było do niego żadnych specjalnych zachęt. Gdy Niemcy organizowali "łapankę" na Żydów potrzebnych do pracy, "całej brance przyglądało się dużo ludności polskiej. Na wielu twarzach nie było znać najmniejszego współczucia, przeciwnie, śmiano się i dowcipkowano. Bardzo charakterystyczne było odezwanie się jednego z mieszczan, byłego legionisty: "Nic mi nie żal, od kiedy widziałem, jak rozbrajali żołnierzy polskich".

Gorzej, że po początkowych stosunkowo mało groźnych szykanach, jak zmuszanie do pracy Niemcy rozpoczęli planową akcję eksterminacyjną niektórzy mieszkańcy zrezygnowali ze statusu biernego widza. W oczekiwaniu na "zrobienie porządku" z Żydami "na miasto wyległy wszystkie szumowiny, zjechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy będzie można przystąpić do rabunku" a gdy Niemcy zaczęli "oczyszczać" Szczebrzeszyn "niektórzy brali czynny udział w tropieniu i wynajdywaniu Żydów. Wskazywali, gdzie są ukryci Żydzi, chłopcy uganiali się nawet za małymi dziećmi żydowskimi, które policjanci zabijali na oczach wszystkich. W ogóle działy się straszne rzeczy, potworne, koszmarne, do których włosy stoją na głowie. I to jeszcze nie koniec." "W ogóle w stosunku do Żydów zapanowało jakieś dziwne zezwierzęcenie. Jakaś psychoza ogarnęła ludzi, którzy za przykładem Niemców często nie widzą w Żydzie człowieka, lecz uważają go za jakieś szkodliwe zwierzę, które należy tępić wszelkimi sposobami, podobnie jak wściekłe psy, szczury ..."

Ale to wszystko są motywy znane, które choć wstydliwe nie są żadną tajemnicą, a które apogeum osiągnęły w mordzie w Jedwabem. Równie wstydliwy jest problem stosunku Polaków do Niemców. Klukowski kilkukrotnie odwiedzając Warszawę dostrzegał w tej mierze zasadniczą różnicę pomiędzy stolicą i prowincją. Tłumaczył ją terrorem, który "zgnębił wszystko i wszystkich" pisząc - "życie nasze przebiega teraz w atmosferze śmierci, gwałtu i bezprawia. Ludność jest sterroryzowana, gnębiona coraz mocniej. Bez końca mnożą się ofiary". Ale nie wydaje mi się, by samym terrorem dało się wiele wytłumaczyć, bo przecież Warszawa pod okupacją niemiecką także nie była oazą spokoju. Co więcej, w terrorze o którym pisze Klukowski swój udział mieli też i sami Polacy, wspomina bowiem o pladze bandyckich napadów, która przynajmniej w początkowym okresie wojny, można odnieść wrażenie, była bardziej dolegliwa niż sama okupacja.

Coś rzeczywiście musiało być nie tak z kondycją społeczną mieszkańców Szczebrzeszyna, skoro sami Niemcy przyznawali "że broń znajdują we wsiach najczęściej na skutek donosów rozmaitych kolegów, sąsiadów" a gdy komendantowi miejscowej żandarmerii kazano znaleźć kilku konfidentów "zgłosiła się niespodziewanie duża liczba kandydatów" i zdarzały się nawet wypadki delatorstwa wśród najbliższej rodziny, gdzie brat złożył doniesienia na brata a teściowa na zięcia. Dopełnieniem tego były stosunki damsko-męskie jako że "sporo, niestety, tutejszych panienek, nie wyłączając uczennic gimnazjum, chętnie zawierało znajomości z oficerami i żołnierzami niemieckimi", ochotnicze, niekiedy gremialne podpisywanie volkslisty czy fakt, że w początkowym okresie okupacji mieszkańcy bez oporów, na ochotnika zgłaszali się do wyjazdu do pracy do Niemiec. Stąd niewesoła konstatacja - "niestety, i w miejscowym polskim społeczeństwie stosunki wzajemne nie układają się najlepiej. Nie ma zgodności i należytego zjednoczenia w ustosunkowaniu się do okupantów, szerzą się rozmaite plotki, intrygi, podłe donosicielstwo i wysługiwanie się Niemcom." wygląda na w pełni uzasadnioną.

Ale jeszcze większe zaskoczenie budzi refleksja na temat tego "na jak kruchych i wiotkich podstawach oparte są wśród wielu naszych chłopów uczucia religijne i przywiązanie do Kościoła katolickiego" gdy okazało się, że chłopi masowo przechodzą z katolicyzmu na prawosławie w nadziei na ocalenie majątku. Jak wspomina Klukowski - "Mówił mi dzisiaj ksiądz dziekan Szepietowski ze Zwierzyńca, że jest objaw powszechny i wymienił wiele wsi w powiecie biłgorajskim, gdzie cała ludność zmieniła wyznanie, zapisując się równocześnie na Ukraińców."

Nie ma co ukrywać, od strony zestawienia stereotypów i rzeczywistości, "Zamojszczyzna" to ciężki orzech do zgryzienia nawet dla niezaangażowanego, niezwiązanego z regionem czytelnika. Tym większe więc uznanie należy się współczesnej lokalnej społeczności, że nie obawiała się głęboko zajrzeć w lustro i mimo tak drastycznego portretu upamiętniła postać jej autora. CDN