Z biografiami pisarzy mam zawsze pewien kłopot - kiedy je czytać? Zanim pozna się twórczość, opowieść o dziele pisarza jest zwykle abstrakcją a na dodatek ukierunkowuje jej odbiór. Z kolei poznanie biografii, że tak powiem - post factum, pozbawione jest już smaczku, który związany jest z odkrywaniem nowego.
Ja wybrałem drogę pośrednią - sięgnąłem po biografię Dostojewskiego w trakcie poznawania jego dzieła i chyba był to dobry wybór. Może dlatego, że z jednej strony książka Stanisława Mackiewicza jest świetnie napisana, z drugiej miałem już niejakie pojęcia o tym, czego można się spodziewać w twórczości autora "Zbrodni i kary".
Książka daje wyobrażenie o życiu, poglądach i osobowości pisarza, ludziach wśród których się obracał i ideach, które wywarły na niego wpływ ale już chociażby z racji skromnej objętości książki ma się świadomość, że w gruncie rzeczy poznajemy tylko czubek góry lodowej. Mackiewicz, choć niewątpliwie był pod wrażeniem pisarstwa Dostojewskiego, to swojej książki nie pisał na kolanach, i patrzy na niego krytycznie. Trudno zresztą by było inaczej, skoro wiadomo, że był on "człowiekiem ponurym, zgryźliwym, zaczepnym, stale wywołującym awantury i nieznośnym w towarzystwie. Świadectwa wszystkich jego znajomych są absolutnie zgodne pod tym względem." Trudno pałać sympatią do kogoś "opętanego przez demona gry", kto "jak mały śmieszny, upokorzony, nikczemny biega z futrem żony po sklepach i błaga znajomych i nieznajomych o kilka monet" zresztą tylko po to by je zaraz przegrać w kasynie.
Na domiar złego Dostojewski rysuje się jak infantylny w swoich uczuciach nastolatek, gdy czyta się o jego zapewnieniach dawanych "nikomu niepotrzebnej babie, że będzie tym samym co jej kochanek, okrągłe zero ludzkie", zwłaszcza że tego rodzaju wyznania z uporem godnym lepszej sprawy adresował co jakiś czas do kolejnych miłości swojego życia.
Obrywa się zresztą nie tylko jemu. Mackiewicz prezentuje zamknięty krąg literackiego światka Rosji, w którym wszyscy znają wszystkich zaglądając przy tej okazji pod kołdrę także Tołstojowi, a jego spostrzeżeń, w rodzaju tego, że Tołstoj "bił rekordy koleżeńskie ilością aktów miłosnych spełnianych w ciągu jednej doby, a do swoich uciech zakupował hurtownie usługi całych personeli domów publicznych. Oto człowiek, o którym powiedzieć można, że propagandę wstrzemięźliwości płciowej rozpoczął ... w swoim czasie" na próżno szukać w nieco hagiograficznej biografii Szkłowskiego.
Nie ma się jednak co dziwić, przecież jak sam pisze, "wielcy ludzie portretowani "en pantoufles", to znaczy ze zbyt bliskiego dystansu i w ciągłej codzienności, wyglądają zwykle obrzydliwie", ale też widać, że nie po drodze mu z radzieckimi literaturoznawcami (swoją drogą, ciekawe czy kuksańce którymi ich obdzielił utrzymały się we wcześniejszych polskich wydaniach).
Jednak przede wszystkim książka Mackiewicza jest próbą odczytania osobowości pisarza poprzez jego dzieła i trzeba przyznać, że wiele wątków z życia samego Dostojewskiego i jemu współczesnych w tej twórczości da się bez trudu odnaleźć nawet w tych dwóch jego książkach, które ostatnio przeczytałem. Mackiewicz definiuje "dostojewszczyznę" jako "postawę ludzi stojących na granicy obłędu, nie umiejących opanować swych namiętności szaleńczych lub dziwacznych" gdzie "istota natury ludzkiej to bezgraniczne sprzeczności moralne, które wewnątrz człowieka z sobą walczą, które w duszy człowieka staczają ustawiczny, wściekły bój" a "cnoty i podłości walczą zawsze wewnątrz człowieka i o panowanie nad tym człowiekiem."
Z drugiej jednak strony sporo jest przesady w tym, gdy twierdzi, że "czytanie powieści Biesy bez znajomości politycznych i społecznych stosunków Rosji z czasów Aleksandra II jest zajęciem dość jałowym", równie dobrze można by powiedzieć, że ci którzy nie byli w Dublinie powinni darować sobie czytanie "Ulissesa" Joyce'a a nieznający Gdańska "Blaszany bębenek" Grass'a. Niewątpliwie znajomość realiów pomaga ale i bez książka robi wrażenie. A już dopatrywanie się pornografii i sadyzmu w usuniętym przez cenzurę rozdziale "U Tichona" (vel "Spowiedź Stawrogina") jest zupełnym nieporozumieniem.
Książka daje wyobrażenie o życiu, poglądach i osobowości pisarza, ludziach wśród których się obracał i ideach, które wywarły na niego wpływ ale już chociażby z racji skromnej objętości książki ma się świadomość, że w gruncie rzeczy poznajemy tylko czubek góry lodowej. Mackiewicz, choć niewątpliwie był pod wrażeniem pisarstwa Dostojewskiego, to swojej książki nie pisał na kolanach, i patrzy na niego krytycznie. Trudno zresztą by było inaczej, skoro wiadomo, że był on "człowiekiem ponurym, zgryźliwym, zaczepnym, stale wywołującym awantury i nieznośnym w towarzystwie. Świadectwa wszystkich jego znajomych są absolutnie zgodne pod tym względem." Trudno pałać sympatią do kogoś "opętanego przez demona gry", kto "jak mały śmieszny, upokorzony, nikczemny biega z futrem żony po sklepach i błaga znajomych i nieznajomych o kilka monet" zresztą tylko po to by je zaraz przegrać w kasynie.
Na domiar złego Dostojewski rysuje się jak infantylny w swoich uczuciach nastolatek, gdy czyta się o jego zapewnieniach dawanych "nikomu niepotrzebnej babie, że będzie tym samym co jej kochanek, okrągłe zero ludzkie", zwłaszcza że tego rodzaju wyznania z uporem godnym lepszej sprawy adresował co jakiś czas do kolejnych miłości swojego życia.
Obrywa się zresztą nie tylko jemu. Mackiewicz prezentuje zamknięty krąg literackiego światka Rosji, w którym wszyscy znają wszystkich zaglądając przy tej okazji pod kołdrę także Tołstojowi, a jego spostrzeżeń, w rodzaju tego, że Tołstoj "bił rekordy koleżeńskie ilością aktów miłosnych spełnianych w ciągu jednej doby, a do swoich uciech zakupował hurtownie usługi całych personeli domów publicznych. Oto człowiek, o którym powiedzieć można, że propagandę wstrzemięźliwości płciowej rozpoczął ... w swoim czasie" na próżno szukać w nieco hagiograficznej biografii Szkłowskiego.
Nie ma się jednak co dziwić, przecież jak sam pisze, "wielcy ludzie portretowani "en pantoufles", to znaczy ze zbyt bliskiego dystansu i w ciągłej codzienności, wyglądają zwykle obrzydliwie", ale też widać, że nie po drodze mu z radzieckimi literaturoznawcami (swoją drogą, ciekawe czy kuksańce którymi ich obdzielił utrzymały się we wcześniejszych polskich wydaniach).
Jednak przede wszystkim książka Mackiewicza jest próbą odczytania osobowości pisarza poprzez jego dzieła i trzeba przyznać, że wiele wątków z życia samego Dostojewskiego i jemu współczesnych w tej twórczości da się bez trudu odnaleźć nawet w tych dwóch jego książkach, które ostatnio przeczytałem. Mackiewicz definiuje "dostojewszczyznę" jako "postawę ludzi stojących na granicy obłędu, nie umiejących opanować swych namiętności szaleńczych lub dziwacznych" gdzie "istota natury ludzkiej to bezgraniczne sprzeczności moralne, które wewnątrz człowieka z sobą walczą, które w duszy człowieka staczają ustawiczny, wściekły bój" a "cnoty i podłości walczą zawsze wewnątrz człowieka i o panowanie nad tym człowiekiem."
Z drugiej jednak strony sporo jest przesady w tym, gdy twierdzi, że "czytanie powieści Biesy bez znajomości politycznych i społecznych stosunków Rosji z czasów Aleksandra II jest zajęciem dość jałowym", równie dobrze można by powiedzieć, że ci którzy nie byli w Dublinie powinni darować sobie czytanie "Ulissesa" Joyce'a a nieznający Gdańska "Blaszany bębenek" Grass'a. Niewątpliwie znajomość realiów pomaga ale i bez książka robi wrażenie. A już dopatrywanie się pornografii i sadyzmu w usuniętym przez cenzurę rozdziale "U Tichona" (vel "Spowiedź Stawrogina") jest zupełnym nieporozumieniem.
Duże poczucie niedosytu pozostawia właściwie niewyjaśniona geneza niechęci Dostojewskiego do Polaków. Owszem, kwestii tej Mackiewicz nie przemilcza i porusza ją kilkukrotnie, pisząc m.in. że pisarz "za swoją misję uważał powstrzymywanie penetracji kultury polskiej do Rosji. Świat słowiański może się zgromadzić dookoła Rosji tylko po wyklęciu Polski - myślał. Stworzył typ "polaczka", "polaczyszki", powołującego się wciąż na swój honor, a w istocie oszusta i nikczemnika, i taki typ odwiedza po kolei prawie wszystkie jego powieści". Ale oprócz tego, że w odczuciach tych Dostojewski solidaryzował się ze słowianofilami (którym Mackiwicz poświęca zresztą sporo uwagi) trudno znaleźć coś konkretnego.
W książce Mackiewicza Dostojewski to przewrażliwony na własnym punkcie nieledwie neurastenik, który ma "przekonania ludowe, nacjonalistyczne, religijne, monarchistyczne" i który "chciał być pisarzem rosyjskim" a "przez swój związek z Ewangelią stał się człowiekiem uniwersalistycznym".
Aż trudno uwierzyć, że napisana z pazurem książka ma blisko 3/4 wieku i choć, jak już wspomniałem, ma się po jej lekturze poczucie niedosytu, to jednocześnie zaostrza ona apetyt na Dostojewskiego.
