Nie dziwię się, że w ZSRR sponiewierano Pasternaka za "Doktora Żywago" niezależnie od tego, jak dzisiaj może się to wydawać zdumiewające, bo nie ma tam dla współczesnego czytelnika niczego zaskakującego. Ale dla sterujących kulturą radziecką nie do przyjęcia było przedstawienie rewolucji październikowej jako źródła ludzkich nieszczęść.
Jak bluźnierstwo musiało brzmieć porównanie czerwonego sztandaru z chorągwią śmierci - "Albo znowuż ten wasz sztandar czerwony. Co myślisz? Myślisz, że to flaga? A to wcale nie flaga, tylko dziwki-morowicy mamidło, malinowa chusta; mamidło, powiadam, a dlaczego mamidło? Żeby młodym chłopcom chustką machać, tumanić, młodych chłopców wabić na ubój, na śmieć, mór nasyłać. A wyście uwierzyli (...)", zdyskredytowanie marksizmu "Marksizm i nauka? (...) Marksizm ma zbyt mało opanowania, aby być nauką. Nauka jest zrównoważona. Marksizm i obiektywizm? Nie znam kierunku bardziej wyizolowanego i dalekiego od faktów. Każdy stara się sprawdzić sam siebie w praktyce, a przedstawiciele władzy dla stworzenia legend o własnej nieomylności na wszelkie sposoby odwracają się od prawdy", rewolucjonistów a wreszcie samej rewolucji wyzwalającej w ludziach najgorsze instynkty.
Ale schyłkowy okres cesarstwa (bo wówczas rozpoczyna się akcja powieści), rewolucja, wojna domowa i koniec lat 20-tych to tylko tło, które aż się prosi o porównanie z "Cichym Donem", zwłaszcza że obie powieści pokazują ludzi w gruncie rzeczy osamotnionych, miotanych wichrami historycznych wydarzeń, którzy chcą spokojnie żyć własnym życiem (Żywago twierdzi, że "lepiej nie rzucać się w oczy, trzeba żyć cicho i skromnie"). Czego by nie mówić o Szołochowie (a jest co mu zarzucić) to jednak Pasternakowi dużo brakuje do jego rozmachu i spójności, bo o ile u Szołochowa czytelnik śledzi losy postaci dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku to u Pasternaka na całe lata traci kontakt z bohaterami. Różni się też tło społeczne w obu powieściach, jedna bowiem przedstawia losy dońskiego kozactwa znad Donu, druga moskiewskiej inteligencji.
Ale jest też coś co łączy obie książki - to wybór romansu za motyw przewodni, w którym główni bohaterowie zdradzają własne żony żyjąc z kochankami. Mówiąc szczerze, dzisiaj perypetie miłosne Jurija Żywago i jego kochanek brzmią jakoś mało wiarygodnie choć z drugiej strony wstrzeliwują się one w stereotyp kobiety rosyjskiej, która rezygnuje z własnej osobowości na rzecz mężczyzny albo żeby być bardziej precyzyjnym, realizuje się tylko o tyle o ile jej wybrany jest szczęśliwy. W przypadku "Doktora Żywago" jest to o tyle zdumiewające, że jego bohaterki to nie proste, prymitywne wiejskie baby ale wykształcone kobiety. Tym bardziej nie sposób na przykład zrozumieć wolt jakich dokonuje Lara, która wyznaje swojemu kochankowi swoje uwielbienie zdradzanego męża, którego przybrane nazwisko Strielnikow plotka zmieniła na, nomen omen, Rasstrielnikow - "To piękny, czysty charakter. Głęboko wobec niego zawiniłam. Nie zrobiłam mu nic złego, powiedzieć tak byłoby kłamstwem. Ale on jest człowiekiem wspaniałym, wielkiej, wielkiej prawości, a ja - łajdaczka, nie dorastam mu do pięt. To cała moja wina."
Dzisiaj niewiele zostało z czaru, jaki "Doktor Żywago" wywierał przed laty. Porównałbym go, oczywiście z zachowaniem odpowiedniej proporcji, do losu, który spotkał u nas ... "Złego" Tyrmanda. Książka, która w swoim czasie była sensacją i rewelacją, w normalnych czasach spowszedniała pozostając tylko świadectwem literackim i symbolem pewnej epoki.
Ale schyłkowy okres cesarstwa (bo wówczas rozpoczyna się akcja powieści), rewolucja, wojna domowa i koniec lat 20-tych to tylko tło, które aż się prosi o porównanie z "Cichym Donem", zwłaszcza że obie powieści pokazują ludzi w gruncie rzeczy osamotnionych, miotanych wichrami historycznych wydarzeń, którzy chcą spokojnie żyć własnym życiem (Żywago twierdzi, że "lepiej nie rzucać się w oczy, trzeba żyć cicho i skromnie"). Czego by nie mówić o Szołochowie (a jest co mu zarzucić) to jednak Pasternakowi dużo brakuje do jego rozmachu i spójności, bo o ile u Szołochowa czytelnik śledzi losy postaci dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku to u Pasternaka na całe lata traci kontakt z bohaterami. Różni się też tło społeczne w obu powieściach, jedna bowiem przedstawia losy dońskiego kozactwa znad Donu, druga moskiewskiej inteligencji.
Ale jest też coś co łączy obie książki - to wybór romansu za motyw przewodni, w którym główni bohaterowie zdradzają własne żony żyjąc z kochankami. Mówiąc szczerze, dzisiaj perypetie miłosne Jurija Żywago i jego kochanek brzmią jakoś mało wiarygodnie choć z drugiej strony wstrzeliwują się one w stereotyp kobiety rosyjskiej, która rezygnuje z własnej osobowości na rzecz mężczyzny albo żeby być bardziej precyzyjnym, realizuje się tylko o tyle o ile jej wybrany jest szczęśliwy. W przypadku "Doktora Żywago" jest to o tyle zdumiewające, że jego bohaterki to nie proste, prymitywne wiejskie baby ale wykształcone kobiety. Tym bardziej nie sposób na przykład zrozumieć wolt jakich dokonuje Lara, która wyznaje swojemu kochankowi swoje uwielbienie zdradzanego męża, którego przybrane nazwisko Strielnikow plotka zmieniła na, nomen omen, Rasstrielnikow - "To piękny, czysty charakter. Głęboko wobec niego zawiniłam. Nie zrobiłam mu nic złego, powiedzieć tak byłoby kłamstwem. Ale on jest człowiekiem wspaniałym, wielkiej, wielkiej prawości, a ja - łajdaczka, nie dorastam mu do pięt. To cała moja wina."
Dzisiaj niewiele zostało z czaru, jaki "Doktor Żywago" wywierał przed laty. Porównałbym go, oczywiście z zachowaniem odpowiedniej proporcji, do losu, który spotkał u nas ... "Złego" Tyrmanda. Książka, która w swoim czasie była sensacją i rewelacją, w normalnych czasach spowszedniała pozostając tylko świadectwem literackim i symbolem pewnej epoki.
