Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michalak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michalak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2015

Lato w Jagódce, Katarzyna Michalak

Po lekturze "Studni bez dnia""Trędowatej" i "Pogoni za rozumem" sądziłem, że o poziomie "literatury kobiecej" wiem już prawie wszystko. Myliłem się. I to bardzo. "Lato w Jagódce" wprowadziło mnie w świat dotychczas mi nieznany i zdumiewający, tak jak twórcza inwencja jego Autorki. Bo czegóż tu nie ma:
- porzucone na wycieraczce kalekie niemowlę;
- próba porwania, odmienionej dzięki reality show, bohaterki przez piątego księcia Królestwa Marokańskiego;
- powstańczy (w czasie Powstania warszawskiego) ślub trzynastoletniej sanitariuszki;
- odnalezienie się małżonków po ponad pół wieku z okładem;
- spotkanie po blisko 30 latach rozłąki rozdzielonych sióstr bliźniaczek, itd., itd., itd...

Gdybym był krytykiem literackim albo "współpracował" z Wydawnictwem Literackim, które wydało powieść Katarzyny Michalak to "dekodując" "Lato w Jagódce" napisałbym, że pod pozornie błahą powłoką Autorka porusza niesłychanie istotne kwestie społeczne, takie jak obecność osób niepełnosprawnych w społeczeństwie, toksyczni rodzice, znieczulica społeczna, kompleksy pokrywane bezwzględnością w dążeniu do odniesienia sukcesu materialnego etc., ale ponieważ książki czytam wyłącznie dla przyjemności, to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że podobnych bzdur jak powieść Katarzyny Michalak nigdy wcześniej nie czytałem, choć mam za sobą nawet lekturę "Gender dla średniozaawansowanych".


Sensu w "Lecie w Jagódce" lepiej nie próbować dociekać, to iście syzyfowy trud - czemu pracownica kiosku Ruchu z PGR-Dobryczyn spod Rzeszowa rodzi w szpitalu przy ulicy Karowej w Warszawie? Ile lat ma główna bohaterka: 23 jak wynika z chronologii zdarzeń, czy 28 jak twierdzi Autorka? Jakim cudem jej rodzice po 28 latach trafiają do kobiety, której ją podrzucili, zważywszy na to, że kobieta zmieniała w tym czasie adres? Dlaczego Gabriela/Gabrysia/Gabula/Gabrina/Gabi wychowywana od niemowlęcia przez Stefanię (czyżby to ukłon w stronę Heleny Mniszkówny?) zwraca się do niej per "ciociu"? Jakim cudem Stefania była "śmiertelnie zmęczona po kilkugodzinnej podróży samolotem na Cypr" skoro do Larnaki leci się ok. 3 i pół godziny? Albo jak to się stało, że rodzicom Stefanii zabrano 30 hektarowy majątek, skoro wiadomo, że parcelacji podlegały majątki o powierzchni przekraczającej 50 hektarów? Na żadne z tych pytań nie znajdzie się w książce odpowiedzi.

Ale w sumie nie ma się co dziwić bo widać, że Autorka chwilami traci kontrolę nad swoim dziełem - oto Gabriela/Gabrysia/Gabula/Gabrina/Gabi ma od urodzenia szpotawą stopę (co można wywnioskować z książki) chodzi więc o kulach lub w specjalnym bucie ortopedycznym ale jak się okazuje kalectwo nie przeszkadza jej biegać, maszerować dziarskim krokiem a nawet brodzić "po kostki w ciepłej, słonej wodzie" w czasie spaceru na plaży. Ma się wrażenie, że kalectwo stanowi w powieści tylko szczególny rodzaj sztafażu i zostało potraktowane bardzo przedmiotowo, co może budzić niesmak u co wrażliwszych czytelników. Podobnie zresztą jak i "żarcik" Gabrieli, która mówi swojej przybranej matce, kobiecie po 70-ce - "Ty z Gabrielem-Rogerem będziesz nadrabiała stracone lata, nie mam nic przeciwko siostrzyczce czy braciszkowi..." 

Zresztą nie ma się co czepiać takich drobiazgów, skoro z powieści Katarzyny Michalak można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Gdyby ktoś nie wiedział, to "każdy normalny noworodek, na dobry początek życia powinien otrzymać od losu kochających rodziców i ciepły dom, a w nim własny pokoik pomalowany na pastelowy róż, łóżeczko z baldachimem, może nawet kolebusi..." Muszę ze skruchą przyznać, że niestety moje dzieci nie były normalnymi noworodkami bo nie dostały własnego pokoiku pomalowanego na pastelowy róż, że o kolebusi nie wspomnę. Zupełnie jednak zdruzgotany poczułem się, gdy zorientowałem się, ilu cech typowo męskich mi brakuje i że aby nadrobić te braki powinienem pójść po naukę do szefowej głównej bohaterki, która "w jednej ręce trzymała papierosa, w drugiej szklankę piwa, trzecią obracała kartki periodyku dla koniarzy, czwartą rozgarniała dym, a piątą miarowo uderzała szpicrutą o cholewę wysokich oficerek".

Wiadomo, że romanse jako lektura dla pań mają mniej więcej ten sam poziom prawdopodobieństwa co science-fiction czy fantasy jako lektura dla panów, nie mniej jednak wydawało mi się, że można w nich oczekiwać pewnego rysu realizmu. Okazało się jednak, że moje oczekiwania w odniesieniu do "Lata w Jagódce" były całkowicie nieuzasadnione. Nie wiem, gdzie Autorka poznała wiejskiego parolatka, dla którego doglądanie krów, kóz i drobiu, cięcie pokrzyw dla prosiąt, sieczkę dla koni, gniecenie ziemniaków w parowniku to nie "praca, ale wspaniała zabawa" i w jakim sądzie widziała by adwokat wchodząc na salę sądową witał "się z sędzią, jak ze starym znajomym". W zestawieniu z tym fakt, że główna bohaterka po zażyciu cukierków na przeczyszczenie przeznaczonych dla niedźwiedzi (tak, tak), co było u niej reakcją na wybudzenie po ataku narkolepsji, "toaletę opuściła późnym wieczorem. O parę kilo lżejsza" jest doprawdy drobiazgiem. Swoją drogą, miała kobieta szczęście (nomen omen - nazywała się Szczęśliwa a ostatecznie zamieszkała w Szczęśliwicach) - mogła się przecież odwodnić.

Co tu dużo pisać (a można jeszcze, można) - lektura "Lata w Jagódce" na długo wyleczyła mnie z chęci kolejnego bliższego spotkania z literaturą dla pań. Ostrzegam!