Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieści XX wieku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieści XX wieku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2014

Lord Jim, Joseph Conrad

Jaki chłopiec w dzieciństwie nie marzył o dokonaniu bohaterskich czynów? To nic, że z biegiem lat okazywało się, że nie było okazji uratować nikogo z topieli ani z pożaru, nie udało się odkryć skarbów ani wygrać bitwy, "a to, co zdobywamy ... ech, lepiej zamilczę o tym; ale któż z nas zdoła powstrzymać wobec młodzieńczych wspomnień?" Ale nie wybrałem powieści Conrada żeby snuć wspomnienia z własnej młodości lecz ze względu na 70 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego bo przecież jednym z elementów powstańczego etosu była Conradowska wierność zasadom, a kto jest jej lepszym przykładem jak nie tytułowy bohater "Lorda Jima"?


Zastanawiałem się na czym polega fenomen powieści Conrada - może na tym, że tak jak często w życiu szlachetność przegrywa z nikczemnością, a może na tym, że jest to opowieść o "jednym z nas", przedstawionym w - o, zgrozo! - ciągle żywym, tradycyjnym, konserwatywnym wymiarze, w którym postawa mężczyzny wymyka się możliwościom zrozumienia jej przez kobietę.

Nie dziwię się snuciu paraleli pomiędzy postawą powstańców a bohaterem "Lord Jima", wszak byli zbliżonym wieku, wychowani na tych samych wartościach, dla nich nie było abstrakcją stwierdzenie, że "każde źdźbło trawy ma swoje miejsce na ziemi, skąd czerpie życie i siły; i tak samo człowiek jest wrośnięty w kraj, z którego czerpie swą wiarę wespół z życiem", rozumieli wartość "staroświeckich imponderabiliów", które nie były dla nich tylko abstrakcyjnymi pojęciami -  "Ale honor, honor, proszę pana ... Honor! ... To, to jest rzeczywiste, to, to naprawdę istnieje! A co życie może być warte, jeśli ... - (...) - ... jeżeli honor jest stracony (...)" i co do których nie uznawali kompromisów - "cnota jest jedna na całym świecie i jedna jest tylko wiara, jeden należyty sposób kierowania życiem i umierania."

Dzisiaj Jim ze swoim romantyzmem pewnie miałby niewielkie szanse na zrozumienie, przez jednych skazany na wieczyste potępienie za chwilę nadmiernej troski o własne życie, a żadna "kara za bohaterskie rojenia jego imaginacji, pokuta za pożądanie chwały, której nie był w stanie udźwignąć" nie byłaby dla nich zapewne wystarczająca.  Dla drugich byłby prawdopodobnie nieszkodliwym dziwakiem pozbawionym trzeźwego, pragmatycznego spojrzenia na świat, i zupełnie nie doceniliby oni jego odwagi stanięcia twarzą w twarz z konsekwencjami własnego czynu, który w gruncie rzeczy tak na prawdę niewielu obchodził.

A przecież cała jego postawa wydaje się tak po ludzku jak najbardziej zrozumiała. Z pewnością nie jest chwalebne tchórzostwo i pozostawienie na pastwę losu, na pewną wydawałoby się śmierć setek ludzi, których powierzono jego opiece. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem tego czynu ani to, że sami nie wiemy jak byśmy postąpili na jego miejscu ani tym bardziej to, że nie był w "pogotowiu". Ale czy poszukiwanie odkupienia hańby nie jest dostateczną pokutą?

Fakt, Jim jest egocentryczny, jeśli o to chodzi to nic się ani przed i ani po nie zmieniło. Tyle jednak, że o ile wcześniej "serce miał pełne szlachetnych porywów, a w myśli rozważał swą wyższość" i "myśli jego były przepełnione walecznymi czynami: kochał te swoje marzenia i sukcesy urojonych czynów", to po tym gdy uświadomił sobie jak to "niemiło się przekonać, że człowiek nie może urzeczywistnić swego marzenia, bo ma za mało sił albo mało zdolności" stał się tylko maruderem  tęskniącym "bez ustanku za swym utraconym skromnym miejscem w szeregach", w których nikt nie odczuwał jego braku i do których powrotu nikt go nie wzywał.

Jego życie stało się pasmem ciągłego udawadniania, że jest "jednym z nas", że należy do ludzi, "których istnienie opiera się po prostu na uczciwej wierze i instynktownej odwadze. Nie chodzi mi o odwagę wojskową ani odwagę cywilną, ani żaden specjalny rodzaj odwagi. Mam na myśli tę wrodzoną zdolność do spojrzenia pokusie prosto w oczy - gotowość bynajmniej nie intelektualną, lecz pozbawioną pozy odporność, być może, wyzbytą wdzięku, ale bezcenną - instynktowną i błogosławioną, nieugiętość wobec zewnętrznych i wewnętrznych trwóg, wobec potęgi przyrody, wobec kuszącego ludzkiego zepsucia - nieugiętość popartą przez wiarę, która nie ulega sile faktów, niedostępna jest dla zarazy przykładu, dla ponęt idei."

I udowodnił to, ale ta nieugiętość i wiara w to, że posiada się monopol na jedynie słuszne rozumienie ludzkiej natury stały się przyczyną kolejnej katastrofy, "surowej nauki, odwetu, przejawu jakiejś ciemnej i utajonej cechy ludzkiej natury, który niestety nie leży w nas tak głęboko pod powierzchnią, jakbyśmy radzi to sobie wyobrażać" tym razem o nieodwracalnych skutkach i z której chyba też nie wyciągnąłby właściwych wniosków. Cóż z tego, że poniósł tego, także nieodwracalne konsekwencje? Jego śmierć nie mogła naprawić skutków jego błędu, nie wróciła życia żadnej z ofiar i była marnym pocieszeniem dla ich bliskich, jednak paradoksalnie może dlatego "wydaje się większy i bardziej żałosny w osamotnieniu swego ducha".

piątek, 9 maja 2014

Pod wulkanem, Malcolm Lowry

"Pod wulkanem" to jedna z tych książek, które wywołują efekt "wow!",  należąca do tej samej kategorii co "Ulisses", "Czarodziejska góra" czy "Bracia Karamazow", i którą kiedyś ktoś, kto pretendował do miana inteligenta musiał znać przynajmniej z tytułu, od czego, jak wiadomo, do lektury jeszcze i tak daleka droga. Dzisiaj gdy inteligencję wypiera tzw. klasa średnia (nomen omen) podejrzewam, że książkę co raz mniej osób kojarzy, bo kto w końcu ma dzisiaj czas by wczytywać się w "tajnie duszy" jakiegoś przegranego faceta, mieszkającego gdzieś na drugim końcu świata, w mieście, którego nazwy nie da się nawet normalnie wymówić.

 
"Pod wulkanem" jest książką, do której trzeba dojrzeć, a przynajmniej ja musiałem. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy, ponad dwadzieścia lat temu, za swój największy, a w zasadzie jedyny sukces uznałem dobrnięcie do końca. Teraz, to była już zupełnie inna sprawa, trochę więcej oczytania, trochę więcej doświadczenia i znacznie więcej cierpliwości - dzięki temu można mieć wrażenie (ale nie pewność), że mniej więcej wiadomo o co w tym chodzi. I jeszcze ten styl; sprawiający że proza robi wrażenie "gęstości" prozy a duszność miasta pod wulkanem jest prawie że namacalna.

Piszę o wrażeniu a nie pewności co do zrozumienia powieści Lowry'ego ponieważ pełna jest wieloznaczności i mniej lub bardziej przejrzystych odwołań, jak choćby liczba 7 na koniu, którego motyw się przewija, a który okazuje się być przyczyną śmierci pary głównych bohaterów. Trudno nie skojarzyć jej z motywem siódemki występującym w Apokalipsie św. Jana. To zresztą nie jedyne nawiązanie do Nowego Testamentu bo bez trudu można w historii o umierającym Indianinie dopatrzeć się wariantu przypowieści o miłosiernym Samarytaninie z Ewangelii św. Łukasza. Tyle tylko, że wszyscy tym razem zachowali się jak kapłan i lewita, nawet Hugh żałujący, że nie walczy o sprawiedliwość nad Ebro.

To on, wg mnie, bardziej przypomina Conradowskiego Lorda Jima, choć zdaniem narratora, to głównego bohatera - Konsula, było można sobie wyobrazić "jako bardziej łzawą odmianę pseudo-Lorda Jima, człowieka żyjącego na dobrowolnym wygnaniu, rozmyślającego ponuro - mimo orderu - o straconym honorze, o ponurej tajemnicy, wyobrażającego sobie, że straszliwe piętno przylgnęło do niego na całe życie." A kiedy mowa jest o mglistym świetle, półświetle Tamizy i oczekiwaniu "u wejścia do Gavesend" na przypływ, skojarzeni z "Jądrem ciemności" nasuwa się samo, choć ściśle rzecz biorąc tam "przypływ się skończył" a Marlow, który jest także narratorem także w "Lordzie Jimie", "czekał odpływu". Ale to w sumie ciekawostki, zresztą pierwsze z brzegu, bo znajdą tu też coś dla siebie miłośnicy Cervantesa czy "Celnika" Rousseau etc. etc.

Ważniejsza jednak wydaje się wieloznaczność powieści i to dotycząca rzeczy tak "podstawowych" z punktu widzenia czytelnika, jak tytuł czy ustalenie o czym tak na prawdę ona jest. Bo nie chodzi przecież tylko o to, że wulkan jest tłem akcji i milczącym świadkiem tego co się wydarzyło. Okazuje się, że legenda o wulkanach, w której "Popocatepetl - rzecz dziwna - był marzycielem: ogień jego miłości wojownika nigdy nie wygasł w sercu poety, płonął wiecznie dla Ixtaccihuat, którą odzyskawszy, zaraz znów stracił i której strzegł w jej wiecznym uśpieniu" jest parabolą tragicznej historii uczucia Geoffreya i Ivonne. "A przecież kochali się! Ale było to tak, jak gdyby ich miłość wędrowała przez samotną kaktusową równinę, daleko stąd, zagubiona - potykając się i upadając, szarpana przez dzikie bestie, wołają ratunku - umierająca, przynajmniej dla oczu, jakby w pełnym znużenia spokoju."

W najprostszym wariancie, książka stanowi studium alkoholizmu - jeden dzień z życia, jak się okazuje, ostatni, nałogowego alkoholika, "był to już najdłuższy dzień, jaki dotąd przeżył, dzień - życie", ale to tylko pierwsze najbardziej oczywiste spostrzeżenie.

Ale jest to też powieść o osamotnieniu i dążeniu do samozniszczenia  człowieka, który nie może pogodzić się i nieakceptującym otaczającego go świata i jego prawideł, który mówi "kocham piekło. Z niecierpliwością czekam chwili, kiedy tam wrócę. Właściwie już biegnę. Już tam prawie jestem." "Nic się nie zmieniło i, mimo że Bóg okazał mi miłosierdzie, jestem wciąż samotny. Chociaż moje cierpienie wydaje się bezsensowne, wciąż jestem w udręce. Nie znajduję wytłumaczenia dla mojego życia." "Czym że jest życie, jeśli nie wieczną wojną i chwilowym pobytem na ziemi? Rewolucje szaleją też w tierra caliente ludzkiej duszy. Za każdy spokój trzeba drogo zapłacić piekłu ... ".
 
To chyba najlepiej oddaje stan głównego bohatera. Ale choć wydawać by się mogło, że cóż nas może obchodzić opowieść o jakimś angielskim pijaczynie-degeneracie, który znalazł koniec w przepaści-śmietnisku, zrównany w chwili śmierci ze zdechłym psem, to jednak jakoś niepokojąco, jakby dotyczyły także nas, brzmią słowa z publicznego ogrodu w Quauhnahuac, które tyle razy czytał:
 
"Czy podoba się wam ten ogród, który należy do was?
Uważajcie, żeby wasze dzieci go nie zniszczyły!" 

niedziela, 23 lutego 2014

Cichy Don, Michaił Szołochow

Zbierałem się i zbierałem się do "Cichego Donu" bo objętość powieści Szołochowa (?) budzi respekt, aż wreszcie nadszedł ten dzień ... Nawet nie było tak źle, a chwilami powiedziałbym, że było wręcz świetnie, chwilami jednak do tej świetności było bardzo daleko ale w sumie można było się przecież spodziewać, bo przecież książka która ukazała się w Związku Radzieckim w okresie stalinowskim, więc niezależnie od tego, że Szołochow otrzymał za nią nagrodę Nobla, musi mieć jakiś feler.


"Cichy Don" to jak wiadomo panorama życia kozaczyzny w latach 1912-22 i za jej sprawą powieść uznawana jest za powieść wybitną. To rzeczywiście mogłoby być arcydzieło ale nie jest. Przyczyną, dla której mam taką wątpliwość, chwilami jest bardzo nierówny poziom książki.

O ile trzy pierwsze części i ostatnia (jest ich osiem) nie budzą wątpliwości, że werdykt komitetu noblowskiego był uzasadniony, to nie da się tego powiedzieć o pozostałych. Zwłaszcza czwarta, która rozgrywa się w okresie rewolucji październikowej to przejaw prostackiej, nachalnej propagandy, w której nie obyło się bez odwołania do przemyśleń "Słońca ludzkości" - "narastanie rewolucji doprowadzało do wściekłości nie tylko rosyjskich obszarników i burżuazję, lecz wywołało strach i nienawiść wśród imperialistycznych kół Anglii, Ameryki i Francji. (...). Demaskując spisek międzynarodowej reakcji Stalin pisał wtedy: "Amerykańska burżuazja imperialistyczna, finansująca koalicję rosyjskiej burżuazji imperialistycznej (Milukow!), kliki wojskowych (Kiereński!) i górnych warstw drobnej burżuazji, które po lokajsku wysługują się "żywym siłom" Rosji (Certeli!) - oto obraz obecnej sytuacji."

Niestety nie jest to jedyny przykład "ukłonów" Szołochowa w stronę Stalina i nowego ustroju. Nie brak także licznych odwołań do Lenina, czy ideowych tromtadracji (oberwało się nawet Trockiemu).  Ta "propagitka" robi tym bardziej przykre wrażenie, że pojawia się nagle i osiąga od razu apogeum. Ideologiczna gorliwość pisarza nie wychodzi powieści na dobre, widać bowiem nieudolność w przedstawieniu tych, którzy niezłomnie "stoją i stać będą" po "dobrej" stronie i przedstawiani są jako pomnikowe postacie a jednocześnie przybiera ona niezamierzoną wymowę. Widać to chociażby w przypadku miłości pary komunistów, Anny i Bunczuka. To uczucie miało być w założeniu tragiczne a okazało się ... śmieszne. O takich związkach mówiono w Związku Radzieckim, że robione są dla nich specjalne trzyosobowe łóżka małżeńskie, bo "Lenin zawsze z nami"; główną ich troską, jest to jak idzie "robota", wzburzona impotencją niedoszłego kochanka Anna wybacza mu ją gdy dowiaduje się, że jest następstwem udziału w "walce", a szczytem kuriozum jest scena, w której Bunczuk rozpoznaje w Annie Żydówkę po kształcie uszu i oczach, co przywodzi na myśl rasistowskie pomiary antropologiczne.

Ale takie i podobne "kwiatki", mimo że mają wpływ na odbiór powieści to jednak nie przesłaniają jej piękna. Tęsknota za utraconą przeszłością "małej ojczyzny" - "Stepie ojczysty pod niskim dońskim niebem! Zakręty wądołów, parowów, gliniastych jarów, przestrzeni ostnicy z zarosłymi trawą śladami końskich kopyt, kurhany, w mądrym milczeniu strzegące pogrzebanej sławy kozaczej! ... Chyląc się nisko, jak syn całuję twoją ziemię, nierdzewną krwią kozacką polany stepie doński!", scena śmierci Iljinicznej czy wreszcie będąca leitmotivem książki miłość Aksinii i Gieorgija to klasa sama w sobie ale nie gorsze są opisy losu głównego bohatera w czasie pierwszej wojny światowej i wojny domowej pełne brutalności i ohydy jak choćby scena zbiorowego gwałtu na Polce (w powieści znaleźć można sporo polskich "akcentów") czy twarzy zmarłego ojca głównego bohatera - "Grigorij ukląkł, żeby po raz ostatni przypatrzyć się uważnie drogiej twarzy, zapamiętać ją - i mimo woli wzdrygnął się z przestrachu i obrzydzenia: po szarym obliczu Panteleja Prokofiewicza, zapełniając rozpadliny oczu, zmarszczki na policzkach - pełzły wszy. Pokrywały twarz żywym, poruszającym się całunem, roiły się w brodzie, gromadziły w brwiach, leżały szarą warstwą na sztywnym kołnierzu granatowego czekmana ..."

Zwłaszcza jednak w przypadku części poświęconych wojnie domowej nie obyło się bez łyżek dziegciu w postaci ideologicznych wtrętów i bardzo technicznych opisów związków taktycznych, które równie dobrze nadawałyby się do podręczników wojskowości.

Pomimo tego, zwłaszcza tych propagandowych wstawek, "Cichy Don" broni się sposobem przedstawienia świata. Nic tu nie jest do końca czarno-białe. Nawet bolszewicy są chwilami przedstawiani jako bezlitośni mordercy, którzy mordują bezbronnych jeńców, gwałcą i kradną. Panorama życia Kozaków również nie jest laurką, owszem z jednej strony jest to malowniczy świat, z drugiej jednak prymitywna społeczność, w której podstawowym napojem jest samogon, gdzie ojciec gwałci córkę, teściowie mają "zastępować" synowym własnych synów albo namawiają synowe do zdradzania mężów, a wielka miłość Aksinii i Gieorgija nie przeszkadza im sypiać z innymi. Kozacy to nie naród-Bogonosiec, co zresztą staje się w trakcie lektury jasne bo wyraźnie artykułowana jest odrębność Kozaków wobec Rosjan (także i Ukraińców) w warstwie, nazwijmy to, etnicznej, oraz wobec chłopów, jeśli chodzi o różnice społeczne. To naród ludzi wolnych, wyraźnie czujący swoją odrębność i przywiązanie do niezależności, prymitywny i co tu dużo mówić, skazany na wymarcie, dla którego nie będzie już miejsca w nowej, radzieckiej rzeczywistości.

Jak na wielką "kolubrynę" czyta się "Cichy Don" zaskakująco dobrze, poza słabszymi momentami, o których wspominałem i które sprawiają wrażenie dosztukowanych (co widać nawet w tłumaczeniu - i nie dziwię się, że Sołżenicyn podważył wiarygodność autorstwa Szołochowa). I byłbym zapomniał ... - Don, który jest niemym świadkiem ludzkich losów wcale nie jest cichy ... Polecam. 

piątek, 15 marca 2013

Lochy Watykanu, André Gide

Nie ma to jak tytuł na czasie ... Po "Lochy Watykanu" sięgnąłem trochę "niechcący", zupełnie nie myśląc o kontekście, w jakim przyszło mi je czytać ale to dodało lekturze tylko kolejnej szczypty pikanterii, zważywszy że książka swego czasu (w 1952 r.) trafiła na Indeks Ksiąg Zakazanych (Gide był zresztą w doborowym towarzystwie m. in. Goldsmith'a i Balzaka, żeby poprzestać tylko na tych, których nazwiska można znaleźć na blogu). 

 
Nie zresztą dziwnego - powieść Gide'a mogła bulwersować Kościół. Sam pomysł spisku mającego na celu uwięzienie papieża brzmiał świętokradczo - "czy przedstawiciel Boga na ziemi mógłby być porwany ze świętego stolca i przez intrygę Kwirynału skradziony niejako całemu chrześcijaństwu, to problem wielce drażliwy" - nawet jeśli to był tylko rzekomy spisek. Do tego dochodzi instrumentalizm w traktowaniu wiernych, obojętność wobec niedostatku będącego konsekwencją posłuszeństwa Kościołowi a jakby tego było mało to zakwestionowanie utrwalonych norm społecznych, aluzje do homoseksualizmu i pederastii musiały też zrobić swoje, nie wspominając już o ocierającym się o kazirodztwo romansie.

Zdając sobie sprawę z kontrowersyjności książki Gide złapał się z tą kwestią "za bary" jasno wykładając swoje pisarskie credo - "Wytrawni krytycy określają powieść jako historię, która mogła się była dziać, a historię jako powieść, która się działa. Trzeba w istocie uznać, że sztuka powieściopisarza często zdobywa wiarę, tak jak fakt często jej urąga. Są sceptycy, którzy przeczą faktowi, z chwilą gdy odskakuje od przeciętności. Nie dla nich piszę." A pisze Gide w starym, dobrym stendhal'owskim stylu choć widać też nawiązania do Balzaca. Są więc tajemnice, rzekomy spisek, miłość i zbrodnia a do tego sceny z życia prowincji ale i też sceny z życia arystokracji. Gide wywarł wpływ podobno na najbardziej znanego "pożytecznego idiotę" - Sartre'a. Piszę - podobno - bo głowy nie dam, jako że Sartre ciągle czeka u mnie na lepsze czasy, za to mogę ręczyć za widoczny wpływ Gide'a na "Wdowę Couderc" Simenon'a, obaj panowie zresztą się znali.

Same "Lochy Watykanu" też nie są zawieszone w literackiej próżni - mówi się o nawiązaniu do  Dostojewskiego, ale ja dostrzegłem także "Wilde'a" (to jeszcze jeden znajomy pisarza) chociażby w pojawiających się od czasu do czasu paradoksach w rodzaju "najgorsze postanowienia są zwykle najtrwalsze", zapatrywaniach na sztukę i cyniczno-sarkastycznym podejściu do bohaterów, bo chyba tak można określić, na przykład, opis Juliusa, który "szanował w życiu każdego kostium, jaki człowiek pragnie przybrać: wysoko cenił pozory." Są też i elementy groteski, jak choćby ten, który pojawia się w świetnej scenie walki Amadeusza z pluskwami, który "Nie mając serca zgnieść ich na paznokciu, wrzucił pluskwy do nocnika i osikał je. Przez kilka chwil patrzył jak się miotają, zadowolony, okrutny, i na chwilę uczuł nieco ulgi." (czy nie przypomina to trochę późniejszych perypetii innego Amadeusza z "Jesieni w Pekinie"?).

Na proste pytanie: o czym są tytułowe "Lochy Watykanu" trudno w prosty sposób odpowiedzieć. Są one symbolem czegoś mitycznego, wymyślonego, czego nikt nie widział a naiwna wiara w jego istnienie dramatycznie zmienia koleje ludzkiego życia. Na to nakłada się egotyzm, przeświadczenie o własnej indywidualności i niezależności, bycia "ponad" i wreszcie czyn "bezinteresowny". Jak mówi jeden z bohaterów - "weszliśmy na fałszywą drogę: że własna korzyść nie zawsze powoduje człowiekiem: że bywają postępki bezinteresowne ... (...) Przez bezinteresowne rozumiem: bezcelowe. I że zło, to, co się nazywa zło, może być równie bezcelowe jak dobro." Kwestia wartości, dobra i zła to tylko subiektywne odczucie, sprawa umowna. Życie i śmierć to tylko kwestia przypadku i impulsu - "czułem, że mam objęcie dość szerokie, aby uścisnąć całą ludzkość; lub zdławić ją może ... Jakże to niewiele, życie ludzkie!" Inna sprawa, to to, czy bezcelowa zbrodnia pozostanie bez następstw, czy rzeczywiście jeśli nie można odnaleźć motywu, to oznacza to, że czyn nie pozostawia żadnych następstw w życiu jego sprawcy?  Na to pytanie jednak już każdy musi sobie sam odpowiedzieć ... Ja mogę tylko książkę z czystym sumieniem polecić.

wtorek, 8 stycznia 2013

Absalomie, Absalomie ... , William Faulkner

Trochę czasu mi to zajęło ale udało się ... , wiedziałem od razu, że łatwo nie będzie, ale że był jeden z dawno zaplanowanych "powrotów" więc niejako nie miałem wyjścia i nie żałuję. I myślę, że ci którzy skuszą się na "Absalomie, Absalomie ..." (tajemnicą wydawcy pozostanie, dlaczego tytuł w oryginale zakończony wykrzyknikiem, w polskim tłumaczeniu kończy się wielokropkiem) również żałować nie będą. Nie ma się jednak co oszukiwać, to nie jest książka dla każdego. Niby jest tu wszystko co gwarantuje sukces literaturze popularnej ale to proza "gęsta", przez którą trzeba się mozolnie przebijać choć jednocześnie warta każdej godziny z nią spędzonej, posiadająca to "coś" - atmosferę, która fascynuje i wciąga czytelnika odsłaniając z wolna koleje losów Thomasa Sutpena i tych, którzy mieli nieszczęście się z nim zetknąć.


Powieść Faulknera, uchodzi za najlepszą w jego twórczości i zwieńczenie cyklu rozgrywającego się w hrabstwie Yoknapatawpha na Południu Stanów Zjednoczonych. Mimo swego starotestamentowego tytułu mi bardziej kojarzy się z antyczną tragedią. Żądza bogactwa, kazirodcze uczucie, nie znające hamulców pragnienie posiadania męskiego potomka, bratobójstwo to tylko niektóre z motywów, które dają się zauważyć bez większego wysiłku a nadających się na temat dla któregoś z wielkich tragików. I oczywiście pycha poprzedzająca upadek - by nawiązać do biblijnej opowieści o synu króla Dawida. Jeśli patrzeć na "Absalomie, Absalomie ..." z tej strony, to przesłań takich znaleźć można bez większego trudu znacznie więcej jak chociażby odpowiedź Faulknera na pytanie z księgi Koheleta  "Cóż przyjdzie pracującemu z trudu, jaki sobie zadaje?" - "człowiek wciąż i wciąż próbuje albo nawet musi próbować wciąż i wciąż, aż nagle ni stąd ni zowąd jest już po wszystkim i z tego całego próbowania zostaje tylko jakaś kamienna płyta z wydrapanym napisem, o ile w ogóle znajdzie się ktoś, kto pamięta, żeby się zająć wydrapaniem napisu, i zabiera się do tego, i ma na to czas. I na tę płytę deszcz pada, słońce świeci i po jakimś czasie już nikt nie pamięta ani tego imienia, ani niczego, co ten wyryty napis usiłuje wyrazić, więc to wszystko już nie ma znaczenia." Ten wanitatywny motyw dotyczy jednak bardziej protoplasty rodu, który równie szybko powstał jak zniknął. Historia Charlesa Bona pełniącego rolę tytułowego Absaloma, a która wbrew temu co mogłoby się wydawać ustępuje historii jego ojca, podobnie zresztą jak w w jego przypadku, bardziej dotyka, moim zdaniem, motywu kary za grzech pychy - hybris, jakim było życie "z bezwzględnym  (...) kodeksem pozwalającym brać wszystko, co się chce, byleby tylko było się dostatecznie silnym." Ma się też wrażenie, że nad bohaterami powieści wisi fatum, które stoi na drodze ich pragnieniom. Fatum, które ma postać rasizmu. O ile w pierwszym pokoleniu jest on reakcją na poniżenie i biedę i kojarzy mi się bardziej z postawą ojca Ruperta Andersona ("Missisipi w ogniu") oraz jego pytaniem "od kogo masz być lepszy jeśli nie od czarnucha?", to już w drugim jest rasizm "zaprogramowany", w którym się wyrasta i dojrzewa. Jego moc dominuje nad wszystkim - okazuje się bowiem, że bratobójstwo nie jest skutkiem obaw przed kazirodczym związkiem przyrodniego brata lecz niemożnością akceptacji kolorowego jako członka najbliższej rodziny. Przysłania on właściwy sens wizyty, która przez jednych odbierana jest jako mająca zwieńczyć kazirodczy związek choć w gruncie rzeczy miała zakończyć złudzenia zakochanej dziewczyny, która wierzy, że "miłość z wiarą na pewno istnieje, bo inaczej za cóż by mężczyźni walczyli? Za cóż innego warto by im było umierać? Przecież nie w puste imię honoru czy za dumę, czy nawet za pokój, ale za miłość z wiarą, która po nich pozostaje." i silniejsza jest niż moc tabu. Ale w gruncie rzeczy to tylko domysły, brak pewności którego są skutkiem, to efekt ciągle zmieniających się postaci relacjonujących wydarzenia. Czytelnik sam musi wyłuskiwać to co było faktem a czasami tylko hipotezą, która usiłuje odtworzyć motywy, jakimi kierowały się dramatis personae w rezultacie niekiedy zaciera się granica pomiędzy tym co rzeczywiste i nierzeczywiste.

Kończyłem książkę z pewnym żalem i wiem, że jeszcze do niej wrócę, bo ma się wrażenia, że obcuje się, nie chcę powiedzieć z czymś wielkim, żeby nie popadać w patos, ale z całą pewnością nieszablonowym i budzącym respekt, tylko tym razem z ambitnym zamiarem napisania, nie tylko "zajawkowej", jak ta wzmianki, ale sążnistej recenzji w rodzaju "kawał dobrej, kompletnie nikomu nie potrzebnej roboty".

sobota, 15 grudnia 2012

Lampart, Giuseppe Tomasi di Lampedusa

"Lampart" di Lampedusy jest jedyną jego powieścią, ale za to jaką ... . Wstyd się przyznać, że czekała na mnie na półce ponad dwadzieścia lat i zachodzę w głowę, jak mogłem się na niej nie poznać. Na usprawiedliwienie przychodzi mi na myśl tylko mój wiek licealisty wówczas gdy ją kupiłem i nieumiejętność poznania się na tym co na prawdę jest dobre, a jak wiadomo umiejętność ta przychodzi dopiero z czasem.
 
 
Jakoś zawsze podświadomie kojarzyłem "Lamparta" z "Czerwonym i czarnym". W powieści di Lapedusy jest zresztą coś z atmosfery Stendhala, aczkolwiek jeszcze bardziej widoczne jest powinowactwo z Balzakiem. Książka zresztą zawiera niezawoalowaną aluzję do niego bo "kilka tomów Balzaka (...) zdołało dotrzeć pokątną drogą do rąk księcia, który podjął się roli domowego cenzora; przeczytał je i potem pożyczył znajomemu, którego bardzo nie lubił, twierdząc, że są to utwory pisarza kipiącego żywotnością, ale narwanego i "opętanego" (dzisiaj powiedziałby: "opętanego monomanią"); sąd, jak widzimy, pochopny, lecz nie pozbawiony bystrości".

"Lampart" mógłby uchodzić za jedną z najlepszych części "Komedii ludzkiej", gdyby jego akcja nie rozgrywała się na Sycylii lecz we Francji. No, może trochę przesadziłem, bo balzakowskim tematom: miłości, pieniądzom i karierze nie towarzyszą dłużyzny i ślepe wątki poboczne, które zaraz bezproduktywnie obumierają, a wszystko dzieje się w czasie gdy Balzac już od dziesięciu lat nie żył, chociaż główny bohater jest rówieśnikiem co młodszych postaci "Komedii". Zresztą narrator dba o to, byśmy nie poczuli się jak u Balzaka bo od czasu do czasu sprowadza nas na ziemię i przypomina, że choć to co opowiada działo się półtora wieku temu to on jednak jest wśród nas (prawie wśród nas).

Jest jeszcze jedno skojarzenie, które mi się nasunęło w trakcie czytania książki - "Buddenbrookowie" - to przecież także historia schyłku rodziny, o ile jednak w wersji Manna jest on spowodowany nienadążaniem i niezrozumieniem przemian ekonomicznych i społecznych, to w przypadku "Lamparta" mamy coś w rodzaju splendid isolation wobec przemian politycznych.

Książę ma świadomość, że "ludziom dawnego pokolenia, nie pozostaje nic innego, jak tylko zaszyć się w kącie i obserwować młodych fikających koziołki i tarzających się wokół (...) pompatycznie przystrojonego katafalku. (...) potrzeba teraz ludzi młodych, sprytnych, nastawionych raczej na "jak" niż na "dlaczego", takich, którzy potrafią się maskować, to jest chciałem powiedzieć: dostosować swoje konkretne osobiste interesy do nieokreślonych ideałów publicznych". Z jednej strony dostrzega w ludziach nowej władzy "zlepek chytrości, żle skrojonego ubrania, złota i głupoty" ale z drugiej, zaskakująco szybko pogodził się z tym i przywykł "do źle ogolonych policzków, do prostackiego akcentu, do dziwacznych ubiorów, do przenikliwego zapachu zatęchłego potu i dostrzegał coraz wyraźniej wyjątkową inteligencję", cech jakie nieśli ze sobą homines novi. Nie buntuje się i nie kontestuje rzeczywistości, w sumie z rezygnacją przyjmuje do wiadomości, że "spotkał go osobisty zawód, zawód człowieka, który łudzi się, że ma wszystkich pod swoją kontrolą i który dowiaduje się, że wiele rzeczy dzieje się bez jego wiedzy", wie że jego epoka i jego świat schodzi ze sceny, choć od czasu do czasu zdobywa się jeszcze na "pokaz siły".

Mimo całej sympatii do tytułowego bohatera "Lamparta" trudno oprzeć się wrażeniu, że świat i życie nie znoszą próżni, porażka jednych jest sukcesem drugich. Gdy miejsce bezwolnej, indolentnej arystokracji zajmują pozbawieni skrupułów parweniusze, to o ile jest to wstrząs dla jednostek ("Próba uwiedzenia to był akt podboju, małżeństwo to kapitulacja na całej linii."), to w ogólnym rozrachunku nie ma to wielkiego znaczenia, bo choć "wielcy panowie byli powściągliwi i zagadkowi, chłopi wylewni i prości, to i jednych i drugich szatan owijał sobie dokoła małego palca".

Świetna książka, którą czyta się jednym tchem i która ani przez chwilę nie nudzi, ubarwiona od czasu do czasu szczyptą dowcipnej, lekko tylko złośliwej ironii ale też momentami poruszająca. Jest też miła niespodzianka - niewielki nasz, rodzimy akcent - "w Paryżu żyją teraz polscy hrabiowie, których zmusiły do ucieczki z kraju powstania i despotyzm; obecnie są dorożkarzami, ale spoglądają na swoich klientów mieszczuchów z takim marsem, że ci biedacy wsiadają do dorożki sami już nie wiedząc po co i z miną zbitych psów." Bez cienia wątpliwości - polecam.

piątek, 9 listopada 2012

Wilk stepowy, Herman Hesse

Powinienem był tę książkę przeczytać dawno temu, kiedy przechodziłem, tak jak każdy chyba, "Sturm und Drang periode". Dzisiaj czytam ją już tylko z wybitnie refleksyjnym nastawieniem, bo też i "Wilk stepowy" jest książką refleksyjną, która zmusza do zastanowienia się, jeśli nie nad sobą, to przynajmniej nad jej bohaterem.

 
Ale może to i dobrze, że przeczytałem ją dopiero teraz, w wieku kiedy już trochę szerzej otwieram oczy i więcej dostrzegam, bo klimat wewnętrznych zmagań Harrego Hallera już tak na mnie nie działa i to pomimo świadomości, że zmagania te w dużym stopniu były odzwierciedleniem postawy samego autora. Zgadzają się wszak szczegóły życiorysów Hermanna Hesse'go i Harrego Hallera takie jak chociażby rozwód, nieudana próba samobójcza, czy związek z dużo młodszą kobietą, a i inicjały imienia i nazwiska głównego bohatera nie są sprawą przypadku. Trzy spojrzenia na tytułową postać, z zewnątrz, oczami samego Hallera i autora profetycznego "Traktatu o wilku stepowym" dają trzy różne perspektywy, które na swój sposób dopełniają się wzajemnie.

Przyznaję w Harrym Hallerze trudno mi doszukać się, tej, jakoby bestii "o cienkiej tylko powłoce wychowania i człowieczeństwa", która uważała "że paskudztwem jest cała nasza sztuka, cały nasz sposób myślenia, cała nasza pozorna kultura, jeśli ją porównamy z prawdziwą kulturą". Jakoś nie dostrzegłem też chwil gdy "czuł się i zachowywał jak wilk, kiedy szczerzył zęby i odczuwał nienawiść i śmiertelną wrogość do wszystkich ludzi i do ich zakłamanych  i zwyrodniałych manier i obyczajów". Bo raczej nie było to chwile kiedy siadywał na schodach domu gospodyni napawając się widokiem araukarii w doniczce, widokiem i zapachem czystości jakże mieszczańskiego wnętrza. Bije się z myślami? być może ale lektura "Sophiens Reise von Memel nach Sachsen" J.T. Hermesa, przepełniona oświeceniowym dydaktyzmem, nad którą znęcał się Schiller i Goethe, to raczej nie książka dla buntowników.

Mieszka jak filister, zachowuje się jak filister. Cóż może być bardziej "mieszczańskiego" niż życie rentiera, wynajęcie garsoniery kochance czy obawa przed zatańczeniem na balu maskowym z kobietą, którą się kocha przebraną za mężczyznę? Na balu maskowym! Trudno zaprzeczyć, że Haller ze swego życia uczynił "jakąś wstrętną historię choroby. Ze swych zdolności nieszczęście." Ile są warte jego rozterki, gdy świat nie żąda od niego "ani czynów, ani ofiar, ani podobnych rzeczy, (...) życie nie jest heroicznym poematem z rolami bohaterów i tym podobnych postaci, lecz mieszczańską przyzwoitą izbą, gdzie ludzi w pełni zadowala jedzenie, picie i robótka na drutach, partia taroka i radio."?

Owszem w takim świecie, ktoś kto "pragnie czegoś innego i żywi w sobie pragnienie tego, co bohaterskie i piękne, pragnienie kultu dla wielkich poetów albo dla świętych, ten jest szaleńcem i donkiszotem" ale przecież i ci mieszczanie, od których tak różny się czuje "wilk stepowy" czytają Goethe'go i słuchają Mozarta. Harry nie godzi się na otaczającą go rzeczywistość ale jedyne na co go stać to popijanie wina i nieudana próba samobójcza, która zresztą zostaje surowo oceniona, bo "samobójstwo jest wprawdzie wyjściem, ale przecież tylko jakimś wyjściem nędznym, nielegalnym, zapasowym i (...) w zasadzie szlachetniej i piękniej jest dać się pokonać przez samo życie, niż ginąć z własnej ręki." Śledząc nie tyle koleje losu ile raczej wewnętrzne zmagania Hallera trudno było mi się zgodzić z tym, że "samotność i niezależność przestały być jego pragnieniem i celem a stały się jego losem na jaki został skazany" bo Haller na nic przez nikogo nie został skazany.

Przecież od początku do końca sam decyduje o swoich czynach i swoich wyborach. Nie może dostrzec wyższych celów (a ściśle mówiąc - Boga) "wśród życia, jakie wiedziemy, wśród tego zadowolonego, tak bardzo mieszczańskiego, tak bardzo bezdusznego czasu, na widok tej architektury, tych interesów, tej polityki, tych ludzi!" ale tak naprawdę nie bardzo wiadomo co ma do zarzucenia temu mieszczańskiemu życiu, które pędzi, tej architekturze, w której mieszka, tym interesom, z których żyje. Nie pędzi przecież żywota Szymona Słupnika lecz cały czas obraca się w świecie, który go tak mierzi. Ale nie dowiadujemy się w czym nic nierobienie ma być lepsze od codziennej pracy a niesypianie od codziennego wstawania?

Na to na próżno szukać w "Wilku stepowym" odpowiedzi. I chyba świadomość tego braku odpowiedzi jest, bo Hesse przyznaje, że może być alternatywa dla postawy, w której "życie ludzkie jest tylko okrutną pomyłką, jakimś gwałtownym i niefortunnym poronionym tworem pramatki, jakąś dziką i straszliwie chybioną próbą natury" bo "człowiek jest może nie tylko na pół rozumnym zwierzęciem, lecz dzieckiem Bożym, przeznaczonym do nieśmiertelności." Ale znowu okazuje się, że ten dylemat może rozstrzygnąć tylko "wilk stepowy" bo przecież "obraz człowieka, niegdyś szczytny ideał, staje się dziś schematem. My obłąkani, być może na nowo uszlachetnimy ten ideał". Wydaje mi się jednak, że to uszlachetnienie może być wątpliwej próby, jeśli będzie dokonywane przez tych, którzy popadli w "obłęd" za sprawą odniesionych w życiu porażek, wstydliwych decyzji i nieumiejętności znalezienia sensu własnego życia, dla których motorem ich wewnętrznych rozterek są tylko niedoskonałości, jakże godnego politowania świata zewnętrznego, bez którego jednak ci spoglądający na niego z poczuciem wyższości, nie potrafią się obyć.