Jaki chłopiec w dzieciństwie nie marzył o dokonaniu bohaterskich czynów? To nic, że z biegiem lat okazywało się, że nie było okazji uratować nikogo z topieli ani z pożaru, nie udało się odkryć skarbów ani wygrać bitwy, "a to, co zdobywamy ... ech, lepiej zamilczę o tym; ale któż z nas zdoła powstrzymać wobec młodzieńczych wspomnień?" Ale nie wybrałem powieści Conrada żeby snuć wspomnienia z własnej młodości lecz ze względu na 70 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego bo przecież jednym z elementów powstańczego etosu była Conradowska wierność zasadom, a kto jest jej lepszym przykładem jak nie tytułowy bohater "Lorda Jima"?
Zastanawiałem się na czym polega fenomen powieści Conrada - może na tym, że tak jak często w życiu szlachetność przegrywa z nikczemnością, a może na tym, że jest to opowieść o "jednym z nas", przedstawionym w - o, zgrozo! - ciągle żywym, tradycyjnym, konserwatywnym wymiarze, w którym postawa mężczyzny wymyka się możliwościom zrozumienia jej przez kobietę.
Nie dziwię się snuciu paraleli pomiędzy postawą powstańców a bohaterem "Lord Jima", wszak byli zbliżonym wieku, wychowani na tych samych wartościach, dla nich nie było abstrakcją stwierdzenie, że "każde źdźbło trawy ma swoje miejsce na ziemi, skąd czerpie życie i siły; i tak samo człowiek jest wrośnięty w kraj, z którego czerpie swą wiarę wespół z życiem", rozumieli wartość "staroświeckich imponderabiliów", które nie były dla nich tylko abstrakcyjnymi pojęciami - "Ale honor, honor, proszę pana ... Honor! ... To, to jest rzeczywiste, to, to naprawdę istnieje! A co życie może być warte, jeśli ... - (...) - ... jeżeli honor jest stracony (...)" i co do których nie uznawali kompromisów - "cnota jest jedna na całym świecie i jedna jest tylko wiara, jeden należyty sposób kierowania życiem i umierania."
Dzisiaj Jim ze swoim romantyzmem pewnie miałby niewielkie szanse na zrozumienie, przez jednych skazany na wieczyste potępienie za chwilę nadmiernej troski o własne życie, a żadna "kara za bohaterskie rojenia jego imaginacji, pokuta za pożądanie chwały, której nie był w stanie udźwignąć" nie byłaby dla nich zapewne wystarczająca. Dla drugich byłby prawdopodobnie nieszkodliwym dziwakiem pozbawionym trzeźwego, pragmatycznego spojrzenia na świat, i zupełnie nie doceniliby oni jego odwagi stanięcia twarzą w twarz z konsekwencjami własnego czynu, który w gruncie rzeczy tak na prawdę niewielu obchodził.
A przecież cała jego postawa wydaje się tak po ludzku jak najbardziej zrozumiała. Z pewnością nie jest chwalebne tchórzostwo i pozostawienie na pastwę losu, na pewną wydawałoby się śmierć setek ludzi, których powierzono jego opiece. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem tego czynu ani to, że sami nie wiemy jak byśmy postąpili na jego miejscu ani tym bardziej to, że nie był w "pogotowiu". Ale czy poszukiwanie odkupienia hańby nie jest dostateczną pokutą?
Fakt, Jim jest egocentryczny, jeśli o to chodzi to nic się ani przed i ani po nie zmieniło. Tyle jednak, że o ile wcześniej "serce miał pełne szlachetnych porywów, a w myśli rozważał swą wyższość" i "myśli jego były przepełnione walecznymi czynami: kochał te swoje marzenia i sukcesy urojonych czynów", to po tym gdy uświadomił sobie jak to "niemiło się przekonać, że człowiek nie może urzeczywistnić swego marzenia, bo ma za mało sił albo mało zdolności" stał się tylko maruderem tęskniącym "bez ustanku za swym utraconym skromnym miejscem w szeregach", w których nikt nie odczuwał jego braku i do których powrotu nikt go nie wzywał.
Jego życie stało się pasmem ciągłego udawadniania, że jest "jednym z nas", że należy do ludzi, "których istnienie opiera się po prostu na uczciwej wierze i instynktownej odwadze. Nie chodzi mi o odwagę wojskową ani odwagę cywilną, ani żaden specjalny rodzaj odwagi. Mam na myśli tę wrodzoną zdolność do spojrzenia pokusie prosto w oczy - gotowość bynajmniej nie intelektualną, lecz pozbawioną pozy odporność, być może, wyzbytą wdzięku, ale bezcenną - instynktowną i błogosławioną, nieugiętość wobec zewnętrznych i wewnętrznych trwóg, wobec potęgi przyrody, wobec kuszącego ludzkiego zepsucia - nieugiętość popartą przez wiarę, która nie ulega sile faktów, niedostępna jest dla zarazy przykładu, dla ponęt idei."
I udowodnił to, ale ta nieugiętość i wiara w to, że posiada się monopol na jedynie słuszne rozumienie ludzkiej natury stały się przyczyną kolejnej katastrofy, "surowej nauki, odwetu, przejawu jakiejś ciemnej i utajonej cechy ludzkiej natury, który niestety nie leży w nas tak głęboko pod powierzchnią, jakbyśmy radzi to sobie wyobrażać" tym razem o nieodwracalnych skutkach i z której chyba też nie wyciągnąłby właściwych wniosków. Cóż z tego, że poniósł tego, także nieodwracalne konsekwencje? Jego śmierć nie mogła naprawić skutków jego błędu, nie wróciła życia żadnej z ofiar i była marnym pocieszeniem dla ich bliskich, jednak paradoksalnie może dlatego "wydaje się większy i bardziej żałosny w osamotnieniu swego ducha".
Nie dziwię się snuciu paraleli pomiędzy postawą powstańców a bohaterem "Lord Jima", wszak byli zbliżonym wieku, wychowani na tych samych wartościach, dla nich nie było abstrakcją stwierdzenie, że "każde źdźbło trawy ma swoje miejsce na ziemi, skąd czerpie życie i siły; i tak samo człowiek jest wrośnięty w kraj, z którego czerpie swą wiarę wespół z życiem", rozumieli wartość "staroświeckich imponderabiliów", które nie były dla nich tylko abstrakcyjnymi pojęciami - "Ale honor, honor, proszę pana ... Honor! ... To, to jest rzeczywiste, to, to naprawdę istnieje! A co życie może być warte, jeśli ... - (...) - ... jeżeli honor jest stracony (...)" i co do których nie uznawali kompromisów - "cnota jest jedna na całym świecie i jedna jest tylko wiara, jeden należyty sposób kierowania życiem i umierania."
Dzisiaj Jim ze swoim romantyzmem pewnie miałby niewielkie szanse na zrozumienie, przez jednych skazany na wieczyste potępienie za chwilę nadmiernej troski o własne życie, a żadna "kara za bohaterskie rojenia jego imaginacji, pokuta za pożądanie chwały, której nie był w stanie udźwignąć" nie byłaby dla nich zapewne wystarczająca. Dla drugich byłby prawdopodobnie nieszkodliwym dziwakiem pozbawionym trzeźwego, pragmatycznego spojrzenia na świat, i zupełnie nie doceniliby oni jego odwagi stanięcia twarzą w twarz z konsekwencjami własnego czynu, który w gruncie rzeczy tak na prawdę niewielu obchodził.
A przecież cała jego postawa wydaje się tak po ludzku jak najbardziej zrozumiała. Z pewnością nie jest chwalebne tchórzostwo i pozostawienie na pastwę losu, na pewną wydawałoby się śmierć setek ludzi, których powierzono jego opiece. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem tego czynu ani to, że sami nie wiemy jak byśmy postąpili na jego miejscu ani tym bardziej to, że nie był w "pogotowiu". Ale czy poszukiwanie odkupienia hańby nie jest dostateczną pokutą?
Fakt, Jim jest egocentryczny, jeśli o to chodzi to nic się ani przed i ani po nie zmieniło. Tyle jednak, że o ile wcześniej "serce miał pełne szlachetnych porywów, a w myśli rozważał swą wyższość" i "myśli jego były przepełnione walecznymi czynami: kochał te swoje marzenia i sukcesy urojonych czynów", to po tym gdy uświadomił sobie jak to "niemiło się przekonać, że człowiek nie może urzeczywistnić swego marzenia, bo ma za mało sił albo mało zdolności" stał się tylko maruderem tęskniącym "bez ustanku za swym utraconym skromnym miejscem w szeregach", w których nikt nie odczuwał jego braku i do których powrotu nikt go nie wzywał.
Jego życie stało się pasmem ciągłego udawadniania, że jest "jednym z nas", że należy do ludzi, "których istnienie opiera się po prostu na uczciwej wierze i instynktownej odwadze. Nie chodzi mi o odwagę wojskową ani odwagę cywilną, ani żaden specjalny rodzaj odwagi. Mam na myśli tę wrodzoną zdolność do spojrzenia pokusie prosto w oczy - gotowość bynajmniej nie intelektualną, lecz pozbawioną pozy odporność, być może, wyzbytą wdzięku, ale bezcenną - instynktowną i błogosławioną, nieugiętość wobec zewnętrznych i wewnętrznych trwóg, wobec potęgi przyrody, wobec kuszącego ludzkiego zepsucia - nieugiętość popartą przez wiarę, która nie ulega sile faktów, niedostępna jest dla zarazy przykładu, dla ponęt idei."
I udowodnił to, ale ta nieugiętość i wiara w to, że posiada się monopol na jedynie słuszne rozumienie ludzkiej natury stały się przyczyną kolejnej katastrofy, "surowej nauki, odwetu, przejawu jakiejś ciemnej i utajonej cechy ludzkiej natury, który niestety nie leży w nas tak głęboko pod powierzchnią, jakbyśmy radzi to sobie wyobrażać" tym razem o nieodwracalnych skutkach i z której chyba też nie wyciągnąłby właściwych wniosków. Cóż z tego, że poniósł tego, także nieodwracalne konsekwencje? Jego śmierć nie mogła naprawić skutków jego błędu, nie wróciła życia żadnej z ofiar i była marnym pocieszeniem dla ich bliskich, jednak paradoksalnie może dlatego "wydaje się większy i bardziej żałosny w osamotnieniu swego ducha".





