Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mniszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mniszek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2016

Na ustach grzechu, Magdalena Samozwaniec

"Na ustach grzechu" powstało jako "szydera" z najsłynniejszej polskiej szmiry, dzisiaj już mocno przykurzonej poczytności jednak której współczesne polskie - pożal się Boże - autorki mogą tylko marzyć. Chodzi oczywiście o "Trędowatą" Heleny Mniszkówny. Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że miłośniczki łzawych romansów mogłyby się na żarcie Magdaleny Samozwaniec nie poznać i wziąć jej książkę całkiem serio, żałując jedynie że tak szybko się kończy. Zawiera ona bowiem wszystko to co klasyczna powieść kobieca zawiera i świetnie utrzymuje się w konwencji, w której napisany został jej pierwowzór. 


Są więc wyższe sfery i mezalians, kobieta z przyszłością i mężczyzna po przejściach a oboje piękni, jest miłość i rozsądek (a właściwie wyrachowanie), miłość oczywiście zwycięża, a że o rozwodzie mowy być nie może więc połączyć ich może dopiero śmierć. Czy można się nie wzruszyć, zwłaszcza jeśli to wszystko napisane jest jeszcze z emfazą? Nie ma innej opcji. Czy może być coś piękniejszego? Zwłaszcza, że do tego dochodzą jeszcze emocje i styl: "- Milcz ! - wydarła ze spienionych warg hrabina - jeżeli nie chcesz, bym wyszła wobec ciebie ze złoconych ram mego dobrego wychowania. Och, Zeni! - wybuchnęła, nie kryjąc się ze łzami - jak ty mnie dręczysz, już czuję w głowie moje częste palpitacje mózgu". Nie, nawet największy seksista nie mógłby się temu oprzeć!

Jednak parodia parodią, ale tak naprawdę nie ma się z czego śmiać, a książki Samozwaniec traktować tylko jako dowodu temperamentu jej autorki, którego przyczyna wybuchu ginie w pomroce dziejów (trzymając się kryteriów czasu gimbazy). Pod względem zwartości konstrukcji i logiki fabuły dla wielu współczesnych autorek bestsellerów "Na ustach grzechu" mogłoby stanowić niedościgły wzór, nie mówiąc już o tym, że jest ponadczasową rękawicą rzuconą w twarz bezguściu.

Owszem, kiedyś Jerzy Andrzejewski próbował w "Miazdze" bronić szmiry pisząc "pogarda dla szmiry treściowej i artystycznej wydaje mi się równie niedorzeczna, jak niedorzeczną byłaby np. pogarda dla nawozu, który - być może - nie jest przyjemny w wyglądzie i zapachu, jednak sprawia, że dzięki niemu świat roślinny uzyskuje bujną płodność. Zaryzykowałbym twierdzenie, iż większość dzieł wybitnych i uznanych za arcydzieła zawdzięcza w pewniej mierze swoją znakomitość właśnie elementom szmiry, szmiry wczorajszej i współczesnej, bowiem to ona - łatwa, niecierpliwa i przypochlebcza nawet w buntach - w sposób najbardziej bezpośredni reaguje na rozległe manifestacje życia. Spłyca je, trywializuje i upraszcza! Oczywiście! Lecz w ostatecznym rozrachunku bywa dobroczynnym nawozem, bowiem tak zawsze było i dzieje się nadal, iż sztuka, ta z wysokich rejonów, żywi się nie tylko życiem, i nie tylko osobą samego artysty, żywi się także sztuką, i to w najróżniejszych przejawach, także tych płaskich, jarmarcznych i durnych, chociaż do tych powinowactw wielcy twórcy nie lubią się zazwyczaj przyznawać. Powiedziałbym nawet więcej, powiedziałbym, iż nie dowierzam arcydziełom, które nie pozwalają mi, dzięki ich skamieniałej doskonałości, odnaleźć zanikających ech oraz cieni natrętnej i wulgarnej szmiry."

Ale jak widać, to próba równie "przekonująca" co sama "Miazga". Zachowanie właściwych proporcji nie musi być od razu wyrazem pogardy wobec szmiry, i nawet Andrzejewski powinien był wiedzieć, że nie ma żadnego "być może", żadnych wątpliwości co do wyglądu i zapachu nawozu, choć naturalnie mogą być tacy, którym się on podoba. Generalnie jednak jeśli wyciska on łzy, to nie są to łzy zachwytu i wzruszenia a obronna reakcja organizmu przed odorem. Jakby jednak nie było, wszystkim którzy mają choć trochę poczucie humoru i dobrego smaku, lekturę "Na ustach grzechu" polecam. Trudno się przy niej nie uśmiechnąć. 

środa, 2 kwietnia 2014

Trędowata, Helena Mniszek

Kiedy Rita podsumowała w 21 wersach historię, na której opowiedzenie w "W cieniu zakwitających dziewcząt" Proust potrzebował 550 stron pomyślałem sobie, że gdzie mu się tam równać z Heleną Mniszek, która przez 700 stron ciągnie historyjkę o tym, jak młoda dziewczyna po zawodzie miłosnym, dla oderwania się od przykrych wspomnień ima się zajęcia nauczycielki w arystokratycznej rodzinie i spotyka tam "pierwszą partię w kraju".


Ona na początku jest nim poirytowana, on chce ją zdobyć dla kaprysu - i z tego rodzi się między nimi uczucie. Co prawda związkowi na drodze stoi "sfera" ale miłość sprawia, że Waldy zdecydowany jest pokonać "fanatyzm sferowy" i prawie mu się to udaje bo "wszyscy mężczyźni, którzy znali Stefcię poprzednio, mieli teraz do niej żywy podziw z powodu, że została narzeczoną ordynata. Uważano ją za fetyszkę, gdyż wyborny gust Waldemara znanym był powszechnie." Jednak, jak wiadomo "podłość ludzka nie ma granic", wrażliwa dziewczyna pod wpływem anonimów niechętnych jej związkowi z ordynatem, zapada na "zapalenie mózgu" i w dniu planowanego ślubu "zgasła przedwcześnie, zatruta fanatyzmem pewnych członków jego sfery".

Nie ma się co dziwić dziewiętnastoletniej dziewczynie z dworku, że zakochuje się w o trzynaście lat starszym arystokracie - przecież to chodząca doskonałość i "odznaczała go przy tym znamienna wypukłość charakteru, co go czyniło odrębnym." Te władcze sugestie, rzucone ex-starającemu się o Stefanię - "nie odpowiada pan właściwym warunkom, traktując je nazbyt podmiotowo, co znowu nie zgadza się z pewną skalą naszych pojęć" , zaangażowanie społeczne widoczne w odezwach; "Co my dla kraju?" i "Nie usuwajmy naszego posłannictwa", które poruszały "mnóstwo ciekawych kwestii" i w tym jak chroni "służbę od oszustwa Żydów" choć nie wyrzuca ich "z majątków swych" a jedynie używa "w pewnych dziedzinach, tylko pod ścisłym nadzorem i nie w folwarkach ani we wsiach, bo wówczas wpływają szkodliwie na lud". A przy tym jeszcze przystojny.

Jego wzięcie i uroda miały tylko jeden defekt - to wygląda na jakiś tik objawiający się w chwilach emocji w "nerwowym poruszaniu się nozdrzy". Musiało być to coś poważnego skoro Mniszkówna informuje o stanie "nozdrzy" Waldy'ego co kilkadziesiąt stron, dzięki czemu można poznać stadia zaawansowania tej przypadłości, począwszy od tego, że "nozdrza jego rozdęły się", w kolejnym etapie "szybko poruszały mu się", następnie "zaczęły wachlować szybkim tempem" i w końcu te "nozdrza zaczęły latać".

A Stefania, "dzidzi"?! To "esencjonalna dziewczyna" więc i Waldy'emu nie ma się co dziwić, że stracił dla niej głowę. Musiała robić mocne wrażenie skoro wszyscy widzieli, że Stenia "nie tylko rozpłomienia ordynata, lecz włazi mu do mózgu". Chociaż na początku nie było łatwo bo "obecność Waldemara niepokoiła ją. Nogi miał założone jedna na drugą. Widziała eleganckie jego buty z ostrogami, opinające prawdziwie arystokratyczne stopy, i drażniły ją w dziwny sposób." Z czasem jednak udało mu się przełamać jej niechęć do "butów z ostrogami" i drażniących ją "prawdziwie arystokratycznych stóp".

To wszystko jest podlane opisami, które równie dobrze mogą oddawać urodę jarmarcznych landszaftów z jeleniem na rykowisku albo chatą za wsią, akcją równie żwawą jak w operach mydlanych i opowiedziane stylem, który wywołuje ten sam efekt, jaki występuje przy pocieraniu styropianu o szybę.

Podobno powieść recenzował Bolesław Prus o czym wspomina sama autorka (choć jego opinii już nie znalazłem). Nie wiem jak to możliwe, może przekartkował książkę w pięć minut, a może rozpoznanie kojarzących się z "Lalką" "Emancypantkami" motywów sprawiło, że męska próżność i litościwe serce nie pozwoliły mu powiedzieć prawdy o tej elukubracji, którą każdy kto lubi dobrą literaturę powinien omijać szerokim łukiem. To ucieleśnienie szmiry, złego gustu (przekonany jestem, że powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje, wymyślił ktoś, kto podobnie jak Helena Mniszek był go pozbawiony) i grafomanii.

"Trędowata" to swego rodzaju klasyka, o której popularności dzisiejsze kontynuatorki gatunku mogą tylko pomarzyć ale mam wrażenie, że nawet miłośniczki tego rodzaju badziewia czują się pokonane przez Mniszkównę i niewiele z nich ma siłę dociągnąć lekturę do końca, bo o ile pierwszy tom "dzieła", które wypożyczyłem był ewidentnie "zaczytany" to drugi był nieomalże w idealnym stanie, chociaż to akurat w drugim tomie zawarta jest w zasadzie jedyna interesująca i strawna scena (spór Waldemara z rodziną). Ale co tam! Nie ma sensu narzekać, wszak "Tu l'as voulu, George Dandin"!