Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Najważniejsze książki chrześcijaństwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Najważniejsze książki chrześcijaństwa. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2014

O naśladowaniu Chrystusa, Tomasz a Kempis

Kiedy Guciamal wspominała słynną XVII Medytację Johna Donne'a, która posłużyła Hemingway'owi za motto do "Komu bije dzwon", mi przypomniało się "O naśladowaniu Chrystusa", a Wielki Post i Święta Wielkanocne okazały się w sam raz okazją do wyciągnięcia książki z półki.  


Jak pisał o napomnieniach Tomasza ks. Jan Sochoń, "nie wolno nam bać się konfrontacji z największymi świętymi i mistykami chrześcijaństwa, ponieważ w duchowych perspektywach wszyscy jesteśmy równi, podobnie jak równi bywamy w grzechach", nawet w dzisiejszy czasach "gdy obojętność religijna zdaje się obowiązywać niemal wszędzie i wszystkich, i gdy już samo słowo "mistyczny" wywołuje wśród ludzi lekceważące zmrużenie oczu i ironiczny uśmiech", a są one tym ważniejsze, że dotyczą "centralnych i najgłębszych spraw ludzkiego ducha i sięgają istoty religijnej wrażliwości".

"O naśladowaniu Chrystusa" jest książką fascynującą i nikt kto się z nią bliżej zetknie nie dziwi się, że zachowała swoją popularność mimo upływu prawie sześciuset lat od jej powstania. Okazuje się, że jej prawdy, jak choćby ta, że "moglibyśmy zażywać większego pokoju, gdybyśmy mniej zajmowali się tym, co inni mówią i robią, a co nas nie dotyczy. Jak długo może żyć w pokoju ktoś, kto miesza się do cudzych spraw, rozprasza w światowych dążeniach i rzadko osiąga stan wewnętrznego skupienia?" są prawdami ponadczasowymi i ogólnoludzkimi.

Niby wszystko to, o czym pisze Tomasz już wiemy, nie jest przecież niczym nowym świadomość, choć może wyrażana innymi słowami, że "w tym życiu każda doskonałość nosi skazę niedoskonałości, a wszelka wiedza - skazę niewiedzy" a jednak jego rozmyślania sprawiają, iż nabiera ona nowego znaczenia. Ich powolny, spokojny rytm pozwalający zastanowić się nad każdym takim odkryciem sprawia, że "O naśladowaniu Chrystusa" nie traktuje się jak zwykłej książki do czytania. Owszem, zapewne dałoby się ją bez wielkiego trudu przeczytać "od deski do deski" w jeden dłuższy wieczór ale nie sądzę by ktoś kto podjąłby się takiej próby odniósł pożytek z lektury. To książka przeznaczona do "poczytywania" w ciszy i spokoju, w której przypadku jest możliwe, a nawet wskazane, czytanie "na wyrywki", otwierając ją w dowolnym miejscu. 

Nie powiem by była to lektura dla każdego, bo choć napomnienia z księgi pierwszej i drugiej "przydatne w życiu duchowym" i "pobudzające do życia duchowego" mają wymiar ogólnoludzki to już "Księga duchowej pociechy" i "O sakramencie ołtarza" zapewne okazałyby się nie do przełknięcia dla wojujących ateistów. "O naśladowaniu Chrystusa" jest bowiem przeznaczone, choć nigdzie nie zostało to wyraźnie zapisane, dla ludzi wierzących, mniej lub bardziej, a także dla ludzi poszukujących i w swych poszukiwaniach otwartych i szczerych. Tacy czytelnicy z pewnością nie pozostaną obojętni na przemyślenia Tomasza, bo oferuje on wiarę czystą i bezinteresowną, taką o jakiej marzy się by według jej zasad postępowali ludzi i zgodnie z nią był urządzony świat.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Kwiatki świętego Franciszka

"Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał? Lecz możemy się chlubić krzyżem cierpienia i strapienia, bo on przecież jest nasz." to słowa z zaległej lektury sprzed ponad 30 lat ale nie mam złudzeń - pewnie gdybym ją wówczas przeczytał miałbym niewielką szansę by je zrozumieć.

Miałem kiedyś szczęście - moim polonistą, niestety tylko przez rok (tak się jakoś składało, że co roku się zmieniali) był ówczesny doktor Mieczysław Jankowiak (1932-2009) a późniejszy profesor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. To były czasy, kiedy nauczyciel z tytułem doktora, w liceum, w niezbyt dużym mieście miał szansę zbudować albo przynajmniej położyć podwaliny pod formację intelektualną swoich uczniów. Jak wiadomo "rok nie wyrok ... ",  ale pochlebiam sobie, coś jednak oprócz wspomnień zostało mi z tamtych lekcji. 


Pokłosiem lekcji z Profesorem było u mnie zaszczepienie przeświadczenia, że punktem wyjścia dla poznawania literatury jest "klasyka klasyki", to co leży u jej podstaw a czego nikt "normalny" dzisiaj do ręki nie bierze, jeśli nie musi. Myślę przede wszystkim o literaturze średniowiecza (ale także o literaturze starożytnej). To zadziwiające jak okres uchodzący powszechnie (i mylnie) za czas regresu intelektualnego okazał się trwały i inspirujący. Bo przecież musi być jakaś przyczyna, dla której w świadomości ciągle istnieją Król Artur, Tristan i Izolda czy Heloiza i Abelard. 

Dla mnie średniowiecze ma przede wszystkim posmak "Żywych kamieni" W. Berenta, H. Malewskiej "Kamienie wołać będą" i oczywiście "Krzyżowców" Z. Kossak-Szczuckiej, jest coś w narracji tych książek, co sprawia, że pasują do utworów z epoki, w której mężczyźni wydawali się płakać częściej niż kobiety. Ale nie ma to jak oryginał - przyszła wreszcie więc pora na "Kwiatki świętego Franciszka", które aż wstyd się przyznać, przez ponad dziesięć lat wchłaniały tylko kurz na półce. 

To zaskakująca książka - bierze się ją do ręki oczywiście ze świadomością, że to literatura hagiograficzna a każdy kto chociaż otarł się na przykład o "Legendę o świętym Aleksym" (nie wiem, czy nadal jest obowiązkowo "przerabiana") wie, że nie jest to, literatura zapierająca dech w piersi, a na pewno już nie w wieku szkolnym. Ale do wielu rzeczy trzeba dojrzeć. Zawsze interesował mnie tytuł tych opowieści zwłaszcza, że to nie kwiatki a zwierzęta odgrywały główną rolę w życiu św. Franciszka, jest w "Kwiatkach ..." na przykład wilk z Gubbio, kazanie do ptaków, czy przemowa do turkawek. Być może należy rozmieć je jako uczynki Biedaczyny; proste, przemijające i niosące radość jak kwiaty ziemskie a jednocześnie ich spełnienie daje życie wieczne, szczęście w raju wśród innych już kwiatów - boskich. 

Narracja "Kwiatków ... " w pełni odpowiada określeniu, jakim był obdarzony św. Franciszek - prostaczek. Proste opowieści opowiedziane prostym językiem. Ale to paradoksalnie właśnie prosty, współczesny język nowego, świetnego tłumaczenia Anny Dudzieńskiej-Facca (tłumaczenie w stosunku do wersji L. Staffa z 1910 r. nie zawiera żywotów brata Idziego i brata Jałowca) ma dla mnie jedną wadę, sprawia mianowicie, że tekst czyta się ... za szybko i z tej przyczyny musiałem "Kwiatki ... " przeczytać powtórnie już "na spokojnie" żeby móc się nimi, nie bójmy się tego słowa, podelektować. Nie ma się jednak co oszukiwać dla wielu książka wydać się może nudna lub infantylna, opisy cudów w rodzaju przeniesienia przez św. Franciszka swoim oddechem brata Marcina mogą tylko wywołać uśmiech na twarzy, wzruszenie ramionami albo zniecierpliwienie.

A jednak coś w tym jest - to książka radosna i tę radość się czuje nawet jeśli czasami napotyka się na opisy mąk piekielnych. Pokora, ubóstwo i radość przemawiają przez wszystkie opowiastki "Kwiatków ... " i trudno im się oprzeć, nic dziwnego, że książka przetrwała tyle wieków i wciąż znajduje czytelników, bo jeśli ktoś już na nią skusi, czyż może oprzeć się wrażeniu takich słów jak te? - "Bądź zatem błogosławiony wiecznym błogosławieństwem (...) kiedy idziesz i stoisz, kiedy czuwasz i śpisz, póki żyjesz i kiedy umrzesz."