Dostało się Turgieniewowi od Dostojewskiego w "Biesach", oj dostało! A przecież to nie był zły pisarz, fakt ustępuje Dostojewskiemu ale kto mógłby mu dorównać, podczas gdy Turgieniew reprezentuje bardzo przyzwoite pisarstwo, w stylu coś pośredniego pomiędzy Gogolem i Tołstojem. Tak przynajmniej można sądzić na podstawie "Ojców i dzieci".
To miała być powieść o zderzeniu pokoleń co zresztą sugeruje jej tytuł ale to nie żadne zderzenie, a co najwyżej delikatne stuknięcie. Parę tygodni na wsi, piękne kobiety i wielkomiejskie idee łącznie z nihilizmem i pokoleniowym buntem wywietrzały z głowy głównym bohaterom.
Zresztą nie był to nihilizm zbyt wysokiej próby skoro jego propagator, który "był wielkim amatorem kobiet i kobiecej urody, ale miłość w znaczeniu idealnym albo, jak powiadał, romantycznym nazywał niedorzecznością, niewybaczalną głupotą, rycerskie uczucia uważał za coś w rodzaju kalectwa czy choroby" sam padł ofiarą takiej właśnie miłości, nieszczęśliwie w dodatku lokując swoje uczucie w kobiecie, którą określić można by było jako swego rodzaju nihilistkę bo "nie mając żadnych przesądów, nie mając nawet żadnych ściśle określonych przekonań, przed niczym nie ustępowała i nie zmierzała do nikąd. Wiele rzeczy widziała jasno, wiele ją interesowało, ale nic jej nie zadowalało zupełnie; nie wiadomo też, czy pragnęła pełni zadowolenia. Umysł miała dociekliwy, ale zarazem obojętny; jej wątpliwości nie przycichały nigdy do tego stopnia, by mogła o nich zapomnieć, ale też nigdy nie urastały tak, by mogły stać się przyczyną niepokoju."
Gdy czyta się u Turgieniewa, że "dawniej młodzi musieli się uczyć; jeśli nie chcieli uchodzić za ignorantów, musieli pracować. A teraz dość powiedzieć; wszystko na świecie głupstwo! - i sprawa załatwiona. Młodzież przyjęła to z radością. Doprawdy przedtem byli zwykłymi durniami, a teraz otrzymali nagle miano nihilistów", to ma się wrażenie, że bunt pokoleń to jakieś cykliczne zjawisko i wcale, przynajmniej jeśli o to chodzi, nie odbiegliśmy tak daleko od Rosji sprzed 150 lat.
Zresztą nie był to nihilizm zbyt wysokiej próby skoro jego propagator, który "był wielkim amatorem kobiet i kobiecej urody, ale miłość w znaczeniu idealnym albo, jak powiadał, romantycznym nazywał niedorzecznością, niewybaczalną głupotą, rycerskie uczucia uważał za coś w rodzaju kalectwa czy choroby" sam padł ofiarą takiej właśnie miłości, nieszczęśliwie w dodatku lokując swoje uczucie w kobiecie, którą określić można by było jako swego rodzaju nihilistkę bo "nie mając żadnych przesądów, nie mając nawet żadnych ściśle określonych przekonań, przed niczym nie ustępowała i nie zmierzała do nikąd. Wiele rzeczy widziała jasno, wiele ją interesowało, ale nic jej nie zadowalało zupełnie; nie wiadomo też, czy pragnęła pełni zadowolenia. Umysł miała dociekliwy, ale zarazem obojętny; jej wątpliwości nie przycichały nigdy do tego stopnia, by mogła o nich zapomnieć, ale też nigdy nie urastały tak, by mogły stać się przyczyną niepokoju."
Gdy czyta się u Turgieniewa, że "dawniej młodzi musieli się uczyć; jeśli nie chcieli uchodzić za ignorantów, musieli pracować. A teraz dość powiedzieć; wszystko na świecie głupstwo! - i sprawa załatwiona. Młodzież przyjęła to z radością. Doprawdy przedtem byli zwykłymi durniami, a teraz otrzymali nagle miano nihilistów", to ma się wrażenie, że bunt pokoleń to jakieś cykliczne zjawisko i wcale, przynajmniej jeśli o to chodzi, nie odbiegliśmy tak daleko od Rosji sprzed 150 lat.
Tak jak wspomniałem w "Ojcach i dzieciach" nihilizm zmierzył się z miłością i to ona w różnych odcieniach wydaje mi się najbardziej interesująca - jest więc nieco wstydliwa miłość ojca Arkadiusza do konkubiny z niższej sfery (trochę przypominająca sytuację Obłomowa), która musiała naprawdę mieć w sobie "coś" skoro kochał się w niej także stryj Arkadiusza i jego przyjaciel (Eugeniusz Bazarow - czyżby aluzja do "Eugeniusza Oniegina"?).
Z Bazarowem musiało być zresztą coś nie tak, bo wbrew temu co twierdził o ojcu przyjaciela, on sam to "człowiek poza nurtem życia, nie ma już nic do powiedzenia", którego oprócz drażniących poglądów, bo już zachowanie w pełni odpowiadało formom, i nieszczęśliwego lokowania uczuć nic nie wyróżniało, i którego życiu dopiero powrót do domu rodziców nadał sens. Cóż zresztą znaczy "poza nurtem życia"? To tak jakby zaprzeczał, że można żyć pełnią życia nie interesując się fermentem umysłowym zajmującym innych a przecież widać, że ten ferment i "nurt życia" do niczego nie prowadzi.
Wreszcie miłość Arkadiusza - miłego chłopaka, łatwo ulegającego wpływom, który z wielbiciela, pożal się Boże, nihilisty zmienia się w safandułę i hreczkosieja (tak jak i ojciec), choć trzeba mu przyznać, że ostatecznie mądrze ulokował swoje uczucie.
Dzisiaj może powieść Turgieniewa nie budzi wielkich emocji, choć przyznaję, losy bohaterów śledziłem z autentycznym zainteresowaniem bo cokolwiek by o niej nie mówić jest to kawałek dobrej, sprawdzonej dziewiętnastowiecznej prozy. Polecam.
