Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2016

Zbyt krótkie szczęście, Paweł Pollak

Pisanie opinii na temat książek Pawła Pollaka to ryzykowne zajęcie, ale niech tam, zaryzykuję jeszcze raz. Znowu wybrałem się do Wrocławia, a skoro tak, to co mogłem zabrać do pociągu jak nie powieść, której akcja we Wrocławiu właśnie się rozgrywa. Niedawno śledziłem perypetie Mocka, tym razem padło na komisarza Przygodnego. Trzeba przyznać, że w stosunku do pierwszej książki o nim, "Zbyt krótkie szczęście" prezentuje wyraźny postęp, czytelnik i główny bohater rozpoznają zabójcę przy końcu, a nie w połowie powieści. Warstwa kryminalna jest całkiem zręcznie i ciekawie przedstawiona, a czego więcej chcieć od dobrego kryminału.


Niestety, Autor uległ chyba jakiejś dziwnej, panującej u nas manierze i osadził akcję w "pogłębionym" tle psychologicznym i społecznym, co pewnie miało dodać książce realizmu ale wyszło, jak to zwykle bywa, "tak sobie". O ile można machnąć ręką na niewczesne wyrzuty sumienia głównego bohatera świeżo po rozwodzie, to trochę dziwacznie wypada postać kloszarda, który niczym średniowieczny święty z żalu po niespełnionej miłości wyzbywa się majątku i pielęgnuje pamięć o ukochanej na progu jej dawnej szkoły, nie mówiąc już o jego zażyłości z komisarzem policji.

Podobnie nieprzekonująco wypada postać przyjaciela komisarza Przygodnego, szefa działu kryminalnego lokalnej gazety. Obaj panowie z racji swych zajęć wzajemnie sobie pomagają (podobno) ale na pewno nie w "Zbyt krótkim szczęściu", a ściślej mówiąc dziennikarz nie pomaga komisarzowi, żadne bowiem z jego "odkryć" nie ma wpływu na znalezienie zabójcy. Co gorsza, czytelnicy śledzą przez ponad 100 stron koleje jednego z prywatnych śledztw dziennikarza, wiedząc od początku, jaki będzie jego rezultat, a nie da się ukryć, że nie jest to coś, co przykuwa do fotela. Niestety, postać redaktora Kuriaty powieści nie służy. I nie chodzi o to, że to antypatyczny, zadufany w sobie, dosyć prymitywny facet, którego zachowanie dalekie jest od poprawności politycznej, oględnie rzecz ujmując. Takim stworzył go Autor i już. Jakim jednak cudem dziennikarz z lokalnej gazety może pozwolić sobie na zakup samochodu za 350 tysięcy złotych? I jak to możliwe, że dziennikarz działu kryminalnego z dwudziestoletnim stażem, bywalec agencji towarzyskich (w celach służbowych oczywiście) znający grypserę nie wie co to alf (choć może się tego domyślić nawet z kontekstu prowadzonej rozmowy)? Ale co tu się dziwić dziennikarzowi, skoro komisarz policji z równie długim stażem, nic nie wie na temat homoseksualnej prostytucji. Itp. itd. Takie drobiazgi nie przydają, niestety, książce wiarygodności.

To co początkowo wydaje się zaletą książki - drobne złośliwości z humorystycznym zacięciem, z czasem przestaje bawić a niebezpiecznie zaczyna przypomina zwyczajne marudzenie i wygłaszanie jedynie słusznych poglądów na wszystko, począwszy od stanu wrocławskiej komunikacji miejskiej, poprzez ocenę kwalifikacji kobiet jako sędziów, przydatności policyjnych profilerów (czyżby kamyczek do ogródka konkurencji) a skończywszy na decyzji generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wydaje mi się to specjalnie ani odkrywcze, ani interesujące, nawet wówczas jeśli te enuncjacje wynikają z osobistych doświadczeń Autora (jak na przykład obowiązki tłumacza przysięgłego wobec policji), podobnie zresztą jak epizod, w którym daje upust swoim uczuciom (?) wobec nierzetelnego wydawcy. Wierni czytelnicy bloga Pawła Pollaka, jeśli tylko sięgną po książkę będę mieli okazję do własnego "śledztwa".

Druga książka o komisarzu przygodnym niestety obrosła w takie meandrujące dywagacje, podobnie jak i "złote myśli" w rodzaju "(...) ludzie to nie liczby, dwie cyfry są zawsze takie same, dwie kobiety nigdy." które nie sprzyjają "popychaniu" akcji do przodu. Nie ma co ukrywać, "Zbyt krótkiemu szczęściu" daleko do "Morderstwa w Orient Expresie", pewnie jak i innym współczesnym, polskim kryminałom, ale nie jest źle, na długą podróż pociągiem do Wrocławia i z powrotem może być. 

poniedziałek, 19 września 2016

Mock, Marek Krajewski

Wybierałem się pociągiem do Wrocławia, więc wybór książki na podróż był oczywisty - "Mock" Marka Krajewskiego. Co prawda moje wcześniejsze spotkania z Eberhardem Mockiem nie należały do udanych ale mój sentyment do miasta przeważył a i doszedłem do wniosku, że przez te kilka lat które minęły od wydania pierwszego tomu cyklu "wrocławskich" kryminałów umiejętności pisarskie Autora też nie stały w miejscu. I muszę przyznać, że generalnie nie zawiodłem się. Nie żeby "Mock" wyznaczał nowe trendy powieści kryminalnej, jakoś specjalnie fascynował i czytało się go z zapartym tchem. Nie, ale spełnia podstawową funkcję tego typu literatury - jest dostarczycielem rozrywki, oczywiście jeśli ktoś taką rozrywkę lubi.


Wrocław przed I wojną światową, tajemniczy zbiorowy mord i młody policjant, który wbrew wszystkim rozwiązuje zagadkę kryminalną (w tle jest jeszcze polityka), policjant w sumie niewiele lepszy od tych, przed którymi powinien strzec społeczeństwo ale taki już jest Eberhard Mock. Twardy i brutalny zarazem a jednocześnie wrażliwiec.

Najnowszą powieść Marka Krajewskiego czyta się w zasadzie bezboleśnie. Piszę w zasadzie, ponieważ zdarzają się Autorowi zaskakujące, zważywszy na jego pisarskie doświadczenie, potknięcia. Nie mówię nawet o nadawaniu ulicom Wrocławia nazw w ich oryginalnym niemieckim brzmieniu, co chwilami brzmi kuriozalnie, jak wówczas gdy występują one obok polskiej nazwy dzielnicy albo wówczas gdy na "niemieckiej" ulicy tytułowy bohater zachodzi do lokalu o "polskiej" nazwie, w którym na ścianach z kolei widnieją niemieckie mądrości. To zrozumiały zabieg, który ma się odwoływać to ciekawości i swego rodzaju sentymentu wrocławskich czytelników. Ma dać im namiastkę czegoś, czego nigdy na własne oczy, podobnie zresztą jak i Autor nie widzieli. Jak oddać atmosferę miasta, której się nie znało? To mógł oddać Grass w "Blaszanym bębenku", Tyrmand w "Złym" albo Döblin w "Berlin Alexanderplatz" i trudno mieć o to pretensje do Marka Krajewskiego, który z oczywistych powodów z klimatem przedwojennego Wrocławia nie miał szans się zetknąć. Podobnie, jak trudno mieć do niego pretensję, o to że szafuje nazwami ulic bez umiaru, a jest ich chyba ok. 100, dając tym samym szansę większej liczbie wrocławian na znalezienie własnej ulicy w książce.

Można na te proste marketingowe chwyty machnąć ręką, tak jak podarować można pseudostylizacje językowe, które zdaje się, mają pokazać zróżnicowanie społeczne bohaterów. Można też przymrużyć oko na koncepcję wielogodzinnej "podróży w czasie" serwowanej "ojcom założycielom CIA" przez Mocka (nawiasem mówiąc, gdyby taka rozmowa doszła do skutku jej uczestnicy mówiliby raczej o Związku Sowieckim niż Radzieckim) tak jak i na to, że Niemcy klną w powieści raczej "po polsku" niż w typowo "niemiecki" sposób ale to też w sumie drobiazgi. O ukłonie w stronę gender, nawet nie ma co wspominać, chociaż nie wiem czy feministki byłyby nim usatysfakcjonowane.

Gorzej, że czytelnik raczej nie szans na samodzielne rozwiązanie zagadki morderstwa. Może tylko strzelać na chybił trafił a rozwiązanie ukazuje się niczym deus ex machina. Tajemnicą Autora pozostanie powód przybrania koni powozu, którym uprowadzano chłopców (co od biedy można tłumaczyć częścią rytuału) a przede wszystkim pozostaną nią sprawcy śmierci dozorcy Kempinskiego, bo przecież nawet Eberhard Mock (a za nim czytelnik) poznaje tylko nazwiska dwóch z nich, podczas gdy w morderstwie brało udział pięciu mężczyzn. 

Jest więc trochę w "Mocku" naciągania, ale nie ma o co kruszyć kopii, w końcu to kryminał i to kryminał retro, nie o realizm więc w nim chodzi a o żwawą akcję i zapoznanie się z topografią miasta, a skoro to jest, to czego chcieć więcej od lektury na długą podróż pociągiem.  

piątek, 22 stycznia 2016

Sprawa Niny Frank, Katarzyna Bonda

Katarzyna Bonda uchodzi za królową polskiego kryminału. Jeśli rzeczywiście nią jest, to stan polskiego kryminału pozostawia wiele do życzenia sądząc po poziomie "Sprawy Niny Frank". A miało być tak dobrze a ryzyko wydawało się niewielkie sądząc po entuzjastycznej recenzji Jarosława Czechowicza. Tymczasem z każdą stroną otwierałem coraz szerzej oczy ze zdumienia, bo rzeczywiście u Katarzyny Bondy jest "Oryginalnie. Ciekawie. Zaskakująco. Niepowtarzalnie." choć po skończonej lekturze określenia te nie muszą już brzmieć jak komplement, bo "Sprawa Niny Frank" jest przede wszystkim książką niedopracowaną i mieszaniną pretensjonalności i banalności.


To chyba jakaś ogólniejsza przypadłość, że kryminał koniecznie musi mieć szersze obyczajowe. Tak też jest i u Katarzyny Bondy, niestety ze szkodą dla tego co jest solą kryminału czyli poszukiwania mordercy. O ile sam wątek kryminalny jest całkiem, całkiem (choć czytelnik nie ma szans na odgadnięcie kim jest morderca bo objawia się on niczym deus ex machina) to społeczny i obyczajowy anturaż, którym jest obudowany i który przerasta zasadniczy wątek, okazuje się porażką. Nie chodzi już nawet o to, że Autorka jest dłużniczką autorów scenariusza "U Pana Boga za piecem" (co jest zresztą zrozumiałe, jeśli się weźmie pod uwagę, że akcja powieści rozgrywa się na jej rodzinnym Podlasiu) a główny bohater ma kłopoty rodzinne (czy w jakimś współczesnym polskim kryminale, prowadzący śledztwo ich nie ma?). Gorzej, że miesza w to tanie psychologizowanie i tandetne feministyczne ujęcie doli i niedoli tytułowej bohaterki, a i nie obyło się bez prób skandalizowania. Mamy więc seksualnego dewianta poznającego swoją biseksualną żona na pielgrzymce do Częstochowy, opis próby defloracji, wariant kompleksu Elektry "dla ubogich", szmirowate sceny żalu na cmentarzu, wątki parapsychologiczne itp., itd.

Można by to nawet wziąć za dobrą monetę i grę Autorki z czytelnikiem, prześmiewczą powieść naigrywającą się z feminizmu w literaturze, telewizyjnych oper mydlanych i świata show-businessu, a grafomanię wciąć za element tej gry bo aż trudno uwierzyć by ktoś pisał na serio, że "mijały miesiące, a żywioł ognia, który wspólnie podsycaliśmy, nie gasł. Dowiadywałam się o nim rzeczy strasznych, a on obserwował, jak gubię kolejne męskie serca i z uśmiechem nabijam na szpileczki, po czym wkładam do puzderka niczym suszone kwiaty do zielnika." i podaje genialną, w swojej prostocie, receptę na wyrzuty sumienia - "Odkręciłam kurki - huk spadającej wody zagłuszył na chwilę natrętne myśli. Wpatrywałam się w przezroczystą ciecz, w której za chwilę się zanurzę. Jak najszybciej pragnęłam zmyć z siebie kolejne warstwy mazi, która oblepia mi duszę i barwi ją na czarno. Jest jej tak dużo, że zaczyna być widoczna także w realu.", dzięki której można się dowiedzieć, że wystarczy się wykąpać by się ich pozbyć. Niemożliwe by Katarzyna Bonda pisała to na serio bo przecież "Sprawa Niny Frank" to taka skomplikowana formalnie powieść, w której wynurzenia ofiary, opowieść narratora i listy mordercy mieszają się ze sobą.

Ale ta moja pewność jest jakby trochę mniej pewna, gdy przychodzi co do czego, czyli rozpoczyna się mowa o szczegółach, bo czy aby na pewno jedna z bohaterek książki wie co mówi, gdy chce żeby jej syn znalazł sobie synową (żeby nie było wątpliwości, chłop nie ma syna na wydaniu)? Czy naprawdę nowości książkowe kupuje się w antykwariacie? Dlaczego mąż mówi (do osoby, która zna jego stan cywilny) o swojej kochance per narzeczona? Czemu mąż ofiary usiłuje ukryć ślady pobicia w czasie spotkania z policyjnym profilerem, chociaż ślady te o wiele wyraźniejsze widzieli już przesłuchujący go wcześniej policjanci? Jak to się dzieje, że facet który mieszka w ubogim domu, w którym pomieszczenia dla zwierząt graniczą z izbami dla ludzi, ma odtwarzacze wideo i DVD a gwiazda filmowa, choć ma płaski telewizor ciągle jeszcze ogląda filmy na kasetach VHS? Czy czytelnik ma naprawdę uwierzyć, że "seryjni mordercy, zawodowi kilerzy, cyngle mafii, pedofile, maniacy seksualni" zwierzają się pracownikowi policji? Jak to się dzieje, że w jednym z głupszych epizodów, rozmówcy "wysławiali się bardzo poprawnie, nadużywając jedynie archaicznych sformułowań" - a raptem można w nim znaleźć, choć epizod ciągnie się przez kilka stron, tylko jedno takie sformułowanie? Jakim cudem z najwyższego piętra Atrium Plaza może się rozciągać widok na całą Warszawę skoro budynek ma tylko 6 pięter i czy aby na pewno sportowe porsche jest limuzyną?

Można by tak to ciągnąć i ciągnąć, tylko po co, skoro odpowiedzi na te pytania zna chyba tylko Katarzyna Bonda i jej policyjny profiler Hubert Meyer, szczerze w to wierzę, udając się na poszukiwania przyzwoicie napisanego polskiego kryminału.

niedziela, 7 czerwca 2015

Gdzie mól i rdza - raz jeszcze

Nieopatrznie zamieściłem niezbyt pochlebną opinię na temat "Gdzie mól i rdza". Powinienem był wziąć pod uwagę polemiczny zapał Autora i wrażliwość na punkcie własnej twórczości, które beztrosko - o sancta simplicitas! - zlekceważyłem. W tej beztrosce nie byłem odosobniony, bo wykazała się nią także Koczowniczka, która ośmieliła się w komentarzu do mojego wpisu wytknąć występującą, jej zdaniem, nielogiczność, w innej powieści Pawła Pollaka. No i się zaczęło! Jakichże to zarzutów wobec mnie nie było - a to, że stosuję cenzurę (w najlepszym komunistycznym stylu), jestem do Pawła Pollaka uprzedzony, jestem wtórnym analfabetą, o mojej - opcjonalnie - hipokryzji (godnej podziwu), nieumiejętności oceny tekstów i ignorancji (niezłej) czy kłopotach (niejakich) z wyrażaniem myśli chyba nawet nie warto wspominać. Wszystko to podane ze smakiem i wielką kulturą osobistą bo Autor nie ma w zwyczaju obrażać swoich interlokutorów, on tylko stosuje wyrażenia neutralne. Na moje szczęście - bo strach pomyśleć co by to było gdyby Paweł Pollak chciał mnie naprawdę spostponować.

Nie będę przytaczał tej całej historii, zainteresowani mogą ją prześledzić. Odniosę się tylko do tych zarzutów Autora, które warte są, moim zdaniem, wyjaśnienia, a które dotyczyły książki będącej przedmiotem mojego wcześniejszego wpisu.


Paweł Pollak skarży się, że nie zamieściłem jego kolejnego postu w odpowiedzi na głos Koczowniczki. Otóż nie został on zamieszczony tylko z jednego powodu, a mianowicie zawartej w nim pod jej adresem impertynencji bo tak się składa, że mam obniżoną tolerancję na arogancję i brak dobrych manier. W meritum dyskusji pomiędzy nimi nie wnikałem, jako że książki, o której dyskutowali, nie czytałem.

Co do tego, że policjanci będący bohaterami "Gdzie mól i rdza" nie rozróżniają bełtu od strzały, już wyjaśniam - niestety, nie obejdzie się bez spoilerowania, tak że ostrzegam ewentualnych czytelników powieści przed dalszą lekturą wpisu - owszem, policjanci nie stają przed koniecznością bezpośredniej oceny "to bełt, a to strzała" ale:
- znajdują człowieka, który według nich został zastrzelony z łuku i tę wersję przyjmuje też prowadzący śledztwo komisarz Przygodny;
- po jakimś czasie Przygodny doznaje iluminacji i orientuje się, że ofiara została zastrzelona nie z łuku a z kuszy.

Jak wiadomo, z łuku strzela się strzałami a z kuszy bełtami. Dla ścisłości, morderca też w ten sam sposób odpiera zarzut Przygodnego, na co słyszy w odpowiedzi, że wystarczy tylko strzelić z bliska i już wszystko będzie w porządku. Ale nie będzie - to nie jest tylko kwestia elastyczności strzały, to także kwestia jej długości. Bełty są krótsze i cięższe od strzał, każdy kto choć raz był na jakiejś "średniowiecznej rekonstrukcji" bez trudu dostrzeże różnicę. Nie używa się strzał z łuku do strzelania z kuszy nie tylko ze względu na elastyczność strzały ale i ze względu na ich długość. To, że bełt jest znacznie krótszy od strzały wynika z konstrukcji kuszy - z jednej strony jego długość ograniczona jest przez naciąg, z drugiej przez sposób ładowania (o czym będzie jeszcze mowa). Kusza przy ładowaniu stawiana jest na ziemi, więc strzała ze względu na swą długość po prostu by się do niej nie zmieściła. Jeśli więc to coś, co tkwiło w piersi ofiary zostało wystrzelone z kuszy (a zostało), to było bełtem, a nie strzałą, q.e.d.

Ale załóżmy, że to, że z kuszy strzela się bełtami jest tylko domniemaniem wzruszalnym. Jeśli ktoś jest odpowiednio zdeterminowany, to może po skróceniu strzelić z kuszy strzałą z łuku, tylko że "skrócenie" strzały zostawia ślad, który laboratorium kryminalistyczne bez trudu by znalazło (w powieści o niczym takim nie ma mowy). Z drugiej strony, kusza teoretycznie może mieć naciąg podobny do tego, jaki mają łuki i dzięki temu strzelać strzałami. Tyle, że wówczas jej rozmiary znacznie przewyższałyby standardowe i trudno byłoby ją nieść nie zwracając na siebie uwagi, bo pokrowiec czy torba, w której byłaby schowana musiałaby mieć bardzo duży rozmiar i rzucałby się w oczy, a morderca zdaje się, wybrał kuszę ze względu, na jej, że tak powiem, poręczność. 

Pomysł z użyciem przez zabójcę kuszy ma też i inne mankamenty. Otóż dwaj policjanci zostali znalezieni w samochodzie z takimi samymi strzałami (niech będzie nawet, że to strzały z łuku), jaką znaleziono w ciele pierwszej ofiary. A skoro w tamtym przypadku morderca strzelał z kuszy, to pewnie i tym razem jej użył. Rzecz w tym, że policjantów było dwóch, gdy pierwszy został ugodzony strzałą, drugi widząc co się dzieje sięgnął po broń - nie zdążył. Morderca był szybszy. Sęk w tym, że kuszy nie da się naciągnąć tak szybko jak łuku, trzeba ją postawić na ziemi i naciąga się cięciwę oburącz (albo korbą lub specjalnym hakiem). Zajmuje to trochę czasu nawet doświadczonemu kusznikowi. Zabójca więc musiał być najszybszym kusznikiem świata albo drugi z zabitych przez niego policjantów był najwolniejszym policjantem świata, skoro widząc co się dzieje, zdążył tylko wyciągnąć broń z kabury, co doświadczonemu policjantowi powinno zająć sekundę, góra dwie. Mówiąc szczerze, cały ten epizod, przy dokładniejszym zastanowieniu się jest mało logiczny, ale jego omawianie wydłużyłoby niepomiernie długość wpisu, który i tak już stał się wystarczająco długi.

To nie wszystko. Okazuje się, że kusza, z której strzelano (strzałami z łuku wg Autora, niech będzie) do pierwszej ofiary została "wypożyczona" przez zabójcę od jego drugiej ofiary, starszego pana, będącego kolekcjonerem broni, który zginął tydzień po pierwszym morderstwie. Miał nie byle jaką kolekcję, był z niej dumny i był świadom jej wartości a przynajmniej uważał ją za wartościową. Jakim więc cudem nie zauważył braku kuszy? Przecież cała kolekcja mieściła się w trzypokojowym mieszkaniu, przy czym kusza nie stała gdzieś w kącie ale była wyeksponowana w gablocie. Czyżby kolekcjoner nie wchodził do tego pokoju przez tydzień, a może sam pożyczył ją mordercy albo może zauważył jej brak i przeszedł nad tym do porządku dziennego? Dziwna sprawa. 

Tyle w sprawie strzał i bełtów, łuków i kusz. Ale to nie jedyne wątpliwości, jakie nasuwają się przy lekturze "Gdzie mól i rdza". Nie dowiemy się na przykład, skąd seryjny zabójca wziął kurarę, odpowiedź na to pytanie pozostaje tajemnicą mordercy i Autora, albo jakim cudem emerytowany profesor uniwersytetu, wykładający wcześniej literaturę polską i parający się malarstwem, nie ma pojęcia, nawet orientacyjnego, o wartości posiadanego przez siebie obrazu Władysława Czachórskiego (jak twierdzi komisarz Przygodny), zna ją za to dobrze pielęgniarz-morderca - jak się okazuje, humanista. 

niedziela, 31 maja 2015

Studium w szkarłacie, Artur Conan Doyle

Historia genialnego detektywa ma już prawie 130 lat. Co takiego jest w opowieściach o Sherlocku Holmesie, jakich dzisiaj już nikt by się nie odważył napisać a które wciąż są czytane? Zaczęło się od "Studium w szkarłacie", dwuczęściowej powieści, w której, cytując londyńskie "Echo" za doktorem Watsonem, chodziło o "krwawą zemstę na tle zadawnionej, romantycznej nienawiści, w której miłość i mormoni odegrali znaczną rolę", kryminalnej zagadki bez zadęcia i pretensji by być czymkolwiek więcej niż niemęczącą umysłową rozrywką dla czytelnika. 

zdjęcie ze strony www.book.hipopotamstudio.pl

I nikomu nie przeszkadza, że w sumie dowiadujemy się w niej więcej o narratorze niż głównym bohaterze, który sam w sobie jest równie zagadkowy, jak sprawy, które przyjdzie mu jeszcze rozwiązać. Prosta historia, prosta narracja - klasyka jak przystało na drugą połowę XIX wieku.

Cóż można chcieć więcej od kryminału... - no, może jeszcze feministki mogłyby zarzucić Conan Doyle'owi, że napisał seksistowską powieść, bo nie dość, że panie grają w niej drugo- i trzeciorzędną rolę, powiela seksistowskie kalki, w których to kobieta jest źródłem konfliktu, to na domiar złego przyczyna całej tej historii - Lucy Ferrier jest tylko przedmiotem w rękach mężczyzn a sama nie wiele ma do powiedzenia. To jednak zostawiam już specjalistom do ponowoczesnego dekodowania tekstów bo mnie bardziej zaciekawił pewien szczegół.

Miłośnicy kryminałów, którzy znają "Studium w szkarłacie" (ktoś nie zna? - ręka w górę!) być może pamiętają, że Holmes zdając Watsonowi relację z tropienia "staruszki", która zgłosiła się po odbiór obrączki w odpowiedzi na zamieszczony przez niego w gazecie anons, opowiada, że gdy ta po wyjściu z 221b Baker Street, zatrzymała dorożkę - "zobaczywszy, że się usadowiła wewnątrz, przyczepiłem się z tyłu"

Niby nic, sęk w tym, że w londyńskich dorożkach w tamtych czasach woźnica siedział nie z przodu a z tyłu właśnie, co zresztą wynika z relacji mordercy, który sam wcielił się w rolę dorożkarza i śledził swoją ofiarę korzystającą z usług innego fiakra - "Pojechałem za nim trzymając się cały czas tak blisko nich, że mój koń chrapami dotykał niemal pleców dorożkarza" (skoro tak, to jasne jest, że dorożkarz nie mógł siedzieć z przodu, jak choćby w warszawskich dorożkach). Taka też dorożka, co prawda przedstawiona w mocno uproszczony sposób, widnieje na okładce projektu Bohdana Bocianowskiego ale na "wszelki wypadek" zamieszczam również jej fotografię z epoki. 


Jakim więc cudem Sherlock Holmes mógł niezauważony przyczepić się z tyłu dorożki i jak ani on, ani stangret nie zauważyli wyskakującej "pasażerki", która musiała wyskakiwać przed nimi? To dopiero jest zagadka... 

wtorek, 26 maja 2015

Gdzie mól i rdza, Paweł Pollak

Już nie pamiętam dzięki komu dowiedziałem się o batalii, którą Paweł Pollak toczył w sieci przeciwko Marcie Grzebule. Przez jakiś czas to było nawet zabawne, dopóki nie stało się nudne. Teraz z uporem godnym lepszej sprawy, prowadzi krucjatę przeciwko self-publishingowi podobnie jak Roman Kozłowski, postać z jego powieści, przeciwko pornografii.

Byłem ciekaw jak pisze ktoś, kto jest tropicielem występków przeciwko językowi polskiemu w książkach innych autorów bo próbki na blogu to jednak nie to. Poszukiwania miałem ułatwione, jako że na blogu Pawła Pollaka znajdują się okładki jego książek. Mówiąc szczerze, są równie kiczowate jak okładki "dzieł" autorów, których miażdży swoją krytyką, z jednym wyjątkiem. To "Gdzie mól i rdza" projektu Anny M. Domasiewicz. Wybór więc miałem prosty. A że Wrocław, w którym rozgrywa się akcja powieści, bardzo lubię więc Autor miał u mnie duży kredyt zaufania.


Niestety trochę go nadużył. Nie żeby zaraz jakoś strasznie. Ale jednak. "Gdzie mól i rdza" okazało się mocno przegadanym kryminałem z ambicją opisu rzeczywistości społecznej pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. Być może dlatego powieść obrosła grubą warstwą motywów poza kryminalnych co niestety odbija się czytelnikowi czkawką.

Bo o ile zrozumieć można wprowadzenie do powieści wątku kryzysu małżeńskiego głównego bohatera, co  uwiarygodnia i pogłębia portret głównego bohatera, to trudno zrozumieć czemu Autor tak dużo miejsca poświęcił jego znajomemu, dziennikarzowi lokalnej gazety, bo ani opis panujących w niej stosunków opartych na molestowaniu seksualnym ani jego jazda porsche na basen, by pozostać tylko przy tych przykładach, nawet się nie ociera o rozwiązanie zagadki kryminalnej. A takich "ślepych uliczek" niczemu nie służących jest niestety więcej. Tylko Paweł Pollak wie po co głównemu bohaterowi syn, który w powieści nie wypowiada ani jednego słowa bo wyemigrował, co w końcu stało się z niesłusznie podejrzanym Nowakowskim i jego dziewczyną i jaka była przyczyna rozpadu małżeństwa Gabi i Marka Przygodnych. Ale to jeszcze pół biedy. Gorzej, jeśli przejawy nieposkromionego pisarskiego gadulstwa mają postać nudnego, belferskiego zrzędzenia, pełnego banałów na tematy wszelakie: od narzekania na kondycję wymiaru sprawiedliwości we współczesnej Polsce, poprzez wykład na temat właściwych postaw obywatelskich, po pretensję do jakości usług świadczonych przez Pocztę Polską, itd., itd., itd.

Niestety nie da się ukryć, że kiedy czytamy o emocjach komisarza Przygodnego związanych z wystawianiem na sprzedaż rzeczy na allegro rozwikłanie tajemnicy morderstw leży odłogiem. Podobnie jak opis Wrocławia. Naiwnie sądziłem, że Autor wyjdzie poza prosty, by nie powiedzieć prymitywny, chwyt jaki zastosował Krajewski a przed nim Chwin epatowania nazwami przedwojennych ulic miast, w których umieścili akcję swoich książek. O ile trudno mieć do nich pretensję, że skończyli na tym, na czym zaczęli, bo przecież poza znajomością widoków z fotografii i i pocztówek nie mieli pojęcia o atmosferze przedwojennego Wrocławia i Sopotu, to przecież Paweł Pollak umieścił akcję swojej książki w czasach jak najbardziej współczesnych. Jeśli ktoś, tak jak ja, liczył na portret miasta, to się przeliczył i to mocno. Parę nazw dzielnic, ulic, kilka budynków i to w zasadzie wszystko, a no i jeszcze tereny zielone. Szkoda. Nie twierdzę, że musiałby to być wizerunek miasta porównywalny na przykład z "Manhattan Transfer" ale miło by było, zamiast tych wszystkich narzekań w rodzaju, jakie to społeczeństwo głupie bo nie potrafi docenić osiągnięć kapitalizmu, posmakować atmosfery Wrocławia skoro już Autor zdecydował się umiejscowić w nim akcję książki.

Cóż, nie da ukryć, Paweł Pollak wyraźnie przynudza przez mniej więcej 3/4 książki. Dopiero końcówka nabiera rozpędu i robi się ciekawie. Tyle, że to trochę za późno i wrażenia tego nie może zatrzeć nawet sarkastyczne poczucie humoru przewijające się przez całą powieść, które trzeba zapisać na duży plus ale to jednak za mało. Można przeczytać "Gdzie mól i rdza", owszem, ale nic nadzwyczajnego, "średnia krajowa" - ja z książką Pawła Pollaka męczyłem się przez kilka dni, jak na kryminał, rzecz niedopuszczalna.