Pisanie opinii na temat książek Pawła Pollaka to ryzykowne zajęcie, ale niech tam, zaryzykuję jeszcze raz. Znowu wybrałem się do Wrocławia, a skoro tak, to co mogłem zabrać do pociągu jak nie powieść, której akcja we Wrocławiu właśnie się rozgrywa. Niedawno śledziłem perypetie Mocka, tym razem padło na komisarza Przygodnego. Trzeba przyznać, że w stosunku do pierwszej książki o nim, "Zbyt krótkie szczęście" prezentuje wyraźny postęp, czytelnik i główny bohater rozpoznają zabójcę przy końcu, a nie w połowie powieści. Warstwa kryminalna jest całkiem zręcznie i ciekawie przedstawiona, a czego więcej chcieć od dobrego kryminału.
Niestety, Autor uległ chyba jakiejś dziwnej, panującej u nas manierze i osadził akcję w "pogłębionym" tle psychologicznym i społecznym, co pewnie miało dodać książce realizmu ale wyszło, jak to zwykle bywa, "tak sobie". O ile można machnąć ręką na niewczesne wyrzuty sumienia głównego bohatera świeżo po rozwodzie, to trochę dziwacznie wypada postać kloszarda, który niczym średniowieczny święty z żalu po niespełnionej miłości wyzbywa się majątku i pielęgnuje pamięć o ukochanej na progu jej dawnej szkoły, nie mówiąc już o jego zażyłości z komisarzem policji.
Podobnie nieprzekonująco wypada postać przyjaciela komisarza Przygodnego, szefa działu kryminalnego lokalnej gazety. Obaj panowie z racji swych zajęć wzajemnie sobie pomagają (podobno) ale na pewno nie w "Zbyt krótkim szczęściu", a ściślej mówiąc dziennikarz nie pomaga komisarzowi, żadne bowiem z jego "odkryć" nie ma wpływu na znalezienie zabójcy. Co gorsza, czytelnicy śledzą przez ponad 100 stron koleje jednego z prywatnych śledztw dziennikarza, wiedząc od początku, jaki będzie jego rezultat, a nie da się ukryć, że nie jest to coś, co przykuwa do fotela. Niestety, postać redaktora Kuriaty powieści nie służy. I nie chodzi o to, że to antypatyczny, zadufany w sobie, dosyć prymitywny facet, którego zachowanie dalekie jest od poprawności politycznej, oględnie rzecz ujmując. Takim stworzył go Autor i już. Jakim jednak cudem dziennikarz z lokalnej gazety może pozwolić sobie na zakup samochodu za 350 tysięcy złotych? I jak to możliwe, że dziennikarz działu kryminalnego z dwudziestoletnim stażem, bywalec agencji towarzyskich (w celach służbowych oczywiście) znający grypserę nie wie co to alf (choć może się tego domyślić nawet z kontekstu prowadzonej rozmowy)? Ale co tu się dziwić dziennikarzowi, skoro komisarz policji z równie długim stażem, nic nie wie na temat homoseksualnej prostytucji. Itp. itd. Takie drobiazgi nie przydają, niestety, książce wiarygodności.
To co początkowo wydaje się zaletą książki - drobne złośliwości z humorystycznym zacięciem, z czasem przestaje bawić a niebezpiecznie zaczyna przypomina zwyczajne marudzenie i wygłaszanie jedynie słusznych poglądów na wszystko, począwszy od stanu wrocławskiej komunikacji miejskiej, poprzez ocenę kwalifikacji kobiet jako sędziów, przydatności policyjnych profilerów (czyżby kamyczek do ogródka konkurencji) a skończywszy na decyzji generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wydaje mi się to specjalnie ani odkrywcze, ani interesujące, nawet wówczas jeśli te enuncjacje wynikają z osobistych doświadczeń Autora (jak na przykład obowiązki tłumacza przysięgłego wobec policji), podobnie zresztą jak epizod, w którym daje upust swoim uczuciom (?) wobec nierzetelnego wydawcy. Wierni czytelnicy bloga Pawła Pollaka, jeśli tylko sięgną po książkę będę mieli okazję do własnego "śledztwa".
Druga książka o komisarzu przygodnym niestety obrosła w takie meandrujące dywagacje, podobnie jak i "złote myśli" w rodzaju "(...) ludzie to nie liczby, dwie cyfry są zawsze takie same, dwie kobiety nigdy." które nie sprzyjają "popychaniu" akcji do przodu. Nie ma co ukrywać, "Zbyt krótkiemu szczęściu" daleko do "Morderstwa w Orient Expresie", pewnie jak i innym współczesnym, polskim kryminałom, ale nie jest źle, na długą podróż pociągiem do Wrocławia i z powrotem może być.
Niestety, Autor uległ chyba jakiejś dziwnej, panującej u nas manierze i osadził akcję w "pogłębionym" tle psychologicznym i społecznym, co pewnie miało dodać książce realizmu ale wyszło, jak to zwykle bywa, "tak sobie". O ile można machnąć ręką na niewczesne wyrzuty sumienia głównego bohatera świeżo po rozwodzie, to trochę dziwacznie wypada postać kloszarda, który niczym średniowieczny święty z żalu po niespełnionej miłości wyzbywa się majątku i pielęgnuje pamięć o ukochanej na progu jej dawnej szkoły, nie mówiąc już o jego zażyłości z komisarzem policji.
Podobnie nieprzekonująco wypada postać przyjaciela komisarza Przygodnego, szefa działu kryminalnego lokalnej gazety. Obaj panowie z racji swych zajęć wzajemnie sobie pomagają (podobno) ale na pewno nie w "Zbyt krótkim szczęściu", a ściślej mówiąc dziennikarz nie pomaga komisarzowi, żadne bowiem z jego "odkryć" nie ma wpływu na znalezienie zabójcy. Co gorsza, czytelnicy śledzą przez ponad 100 stron koleje jednego z prywatnych śledztw dziennikarza, wiedząc od początku, jaki będzie jego rezultat, a nie da się ukryć, że nie jest to coś, co przykuwa do fotela. Niestety, postać redaktora Kuriaty powieści nie służy. I nie chodzi o to, że to antypatyczny, zadufany w sobie, dosyć prymitywny facet, którego zachowanie dalekie jest od poprawności politycznej, oględnie rzecz ujmując. Takim stworzył go Autor i już. Jakim jednak cudem dziennikarz z lokalnej gazety może pozwolić sobie na zakup samochodu za 350 tysięcy złotych? I jak to możliwe, że dziennikarz działu kryminalnego z dwudziestoletnim stażem, bywalec agencji towarzyskich (w celach służbowych oczywiście) znający grypserę nie wie co to alf (choć może się tego domyślić nawet z kontekstu prowadzonej rozmowy)? Ale co tu się dziwić dziennikarzowi, skoro komisarz policji z równie długim stażem, nic nie wie na temat homoseksualnej prostytucji. Itp. itd. Takie drobiazgi nie przydają, niestety, książce wiarygodności.
To co początkowo wydaje się zaletą książki - drobne złośliwości z humorystycznym zacięciem, z czasem przestaje bawić a niebezpiecznie zaczyna przypomina zwyczajne marudzenie i wygłaszanie jedynie słusznych poglądów na wszystko, począwszy od stanu wrocławskiej komunikacji miejskiej, poprzez ocenę kwalifikacji kobiet jako sędziów, przydatności policyjnych profilerów (czyżby kamyczek do ogródka konkurencji) a skończywszy na decyzji generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wydaje mi się to specjalnie ani odkrywcze, ani interesujące, nawet wówczas jeśli te enuncjacje wynikają z osobistych doświadczeń Autora (jak na przykład obowiązki tłumacza przysięgłego wobec policji), podobnie zresztą jak epizod, w którym daje upust swoim uczuciom (?) wobec nierzetelnego wydawcy. Wierni czytelnicy bloga Pawła Pollaka, jeśli tylko sięgną po książkę będę mieli okazję do własnego "śledztwa".
Druga książka o komisarzu przygodnym niestety obrosła w takie meandrujące dywagacje, podobnie jak i "złote myśli" w rodzaju "(...) ludzie to nie liczby, dwie cyfry są zawsze takie same, dwie kobiety nigdy." które nie sprzyjają "popychaniu" akcji do przodu. Nie ma co ukrywać, "Zbyt krótkiemu szczęściu" daleko do "Morderstwa w Orient Expresie", pewnie jak i innym współczesnym, polskim kryminałom, ale nie jest źle, na długą podróż pociągiem do Wrocławia i z powrotem może być.





